Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

22 kwietnia 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Od Genesis do Apokalipsy
Od peru urewu do protê gê parêlthen • Energia umierających • Toksyczni guru, toksyczne religie • Religijne energie i potrzeby • Medytacje krzyżowe


« Pogrzeb religii - polemika Medytacja na czereśnie »

18-22 kwietnia 2005

Od peru urewu do protê gê parêlthen • Energia umierających • Toksyczni guru, toksyczne religie • Religijne energie i potrzeby • Medytacje krzyżowe




79. (Od peru urewu do protê gê parêlthen)

Wracając do tego, co napisał Piotr Lesiński w swoim "Pogrzebie religii"... Na początku Biblii - pierwsza lub druga strona - Bóg mówi do świeżo stworzonych ludzi: "Rozradzajcie się i rozmnażajcie", co po hebrajsku brzmiało: 'peru urewu'. Cały ten fragment brzmi: "Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną..." (Ks. Rodzaju 1.28) Ten fragment bywa uznawany za religijną podkładkę pod to, co ludzie zrobili w następnych tysiącleciach: przeludnili ziemię i spustoszyli ją swoją działalnością. A judeo-chrześcijański Bóg nie dość, że im na to własnymi słowami przyzwalał, to jeszcze właśnie to robić niedwuznacznie nakazywał, a więc i pochwalał owo działo niszczenia. O 'peru urewu' więcej pisze Ireneusz Kania TU. Faktem jest (i tu wracam do pamfletu Piotra Lesińskiego), że w chrześcijańskim nauczaniu trudno znaleźć jakieś ślady współczucia z Ziemią, szacunku do żywych istot innych niż człowiek, poczucia jedności z otaczającym krajobrazem, światem zwierząt i roślin. To wszystko, co razem z nami żyje, nie ma na gruncie religii "jerozolimskich" innej wartości niż wartość użytkowa. Zabić, zjeść, zaorać, wyciąć, sprzedać, spalić. (Religiami jerozolimskimi nazywam judaizm, chrześcijaństwo i islam.) Brak współczucia, szacunku i poczucia jedności względem istot i rzeczy innych niż ludzie to wyraz desakralizacji przyrody, jaką można prześledzić właśnie już od Starego Testamentu i jego opisu stworzenia świata. Tam Bóg stwarza świat, i to Bóg jest święty, ale stworzony przezeń świat już nie... Więcej pisze o tym Kania we wspomnianym eseju.

Ale nie tylko Genesis jest winna. Także, a może i bardziej, Apocalypsis. 21-szy rozdział Objawienia św. Jana zaczyna się od wizji: "I widziałem nowe niebo i nową ziemię; albowiem pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma." (Obj. 21.1) Jakiż byłby sens chronić lasy, wodę, zwierzęta, i nie tylko chronić, ale w ogóle darzyć jakimkolwiek szacunkiem, skoro wiadomo (z Apokalipsy - z Nowego Testamentu chrześcijańskiego), że to są rzeczy tymczasowe, chwilowo tylko istniejące i z góry przez Boga przeznaczone do pośpiesznej kasacji, a w przyszłym lepszym i zbawionym świecie ich nie będzie. To nawet gorzej niż w pierwszej Biblii, tej starej-żydowskiej, gdzie przynajmniej Bóg o stworzonym przez siebie świecie stwierdza, iż "jest dobry". Tutaj nie: ziemski świat materialny ma zostać zdmuchnięty, a w jego miejsce Bóg ma stworzyć jakąś "nową ziemię" i "nowe niebo", już zapewne z dużo lepszego surowca niż te pierwsze, byle jakie. Ludzie, ich dusze, a więc mówiąc współcześnie, świadomości, to co innego: o ile dostatecznie sprawiedliwe, katastrofy apokalipsy przeżyją, na koniec zaś dostaną nowe, udoskonalone ciała w nowym, rządzącym się lepszymi prawami fizyki, środowisku. To dotychczasowe jest na odstrzał. Tak postanowił Bóg. Zresztą autor lub autorzy Apokalipsy nie bardzo przejmowali się losem innych istot niż ludzie, a ściślej ta wybrana, zbawiona część ludzkości. Wobec pozostałych nie hamowali swojej mściwości. Apokalipsa jest negatywnie, jeśli nie wprost wrogo nastawiona do przyrody, do naturalnego środowiska. Słowa Apokalipsy brzmią jak anatema, wyklęcie rzucone na nie.

Tamte słowa po grecku brzmią:
Kai eidon uranon kainon kai gên kainên ho gar prôtos uranos kai hê prôtê gê parêlthen kai hê thalassa uk estin eti. (Wzięte z: www.sacrednamebible.com)

Na początku Biblii jest peru urewu- na końcu hê protê gê parêlthen... Od "Rozradzajcie się i rozmnażajcie" - do "pierwsza ziemia przeminęła".

Oto jest ten pogląd, który zaczyna nam dobijać się do świadomości: że tradycyjnym światopoglądom ufundowanym na Biblii czegoś istotnego brakuje, czegoś, czego potrzebę coraz bardziej paląco odczuwamy: właśnie współczucia z nie-ludzką częścią świata.

Jednak tym, którzy za bardzo by chcieli w tym miejscu pogniewać się na Biblię starą i nową, na judaizm i na chrześcijaństwo, przypomnę, że cywilizacje wyznające inne, nie-jerozolimskie i nie-biblijne religie, praktykowały tak samo okrutny i bezwzględny stosunek do przyrody. Chińczycy, wyznawcy niby pro-przyrodniczego taoizmu, przyrodę swojego kraju wyniszczyli równie skutecznie, albo i doszczętniej niż Europejczycy, przy okazji mając zwyczaj pożerać mnóstwo gatunków stworzeń, które dla nas były i są niejadalne. Hindusi z kolei wprawdzie otoczyli wiele gatunków protekcyjną czcią, ale co z tego, kiedy ludzka masa i tak dokonuje zniszczeń nawet bez złej woli. Więc nie ma dużego sensu winić Biblię i chrześcijaństwo za cywilizacyjne zniszczenia. Ale i pozytywnych wniosków nie ma: Biblia w ochronie przyrody nie pomoże.

Od peru urewu i protê gê parêlthen zaczęła się desakralizacja świata - historyczny proces, który w naszej części świata dawno dobiegł końca ze skutkiem takim, że nie mamy ani świętych krów, ani świętych gajów, ani też - co gorsza - gdyby ktoś próbował świętość tego lub owego gatunku lub miejsca w terenie przywracać, to nie znalazłby sensownego języka, aby to innym w zrozumiały sposób oznajmić ani ich do wspólnego szanowania nakłonić. Możemy pisać powieści o świętych górach lub jeziorach, ale jak przyjdzie do praktyki, to nie ma sposobu, żeby przez ogłoszenie jakiegoś obiektu "świętym" ochronić go przed zniszczeniem - przerobieniem na klepkę, zjeżdżalnię albo podstawkę pod maszt telefonii komórkowej. W realnym zastosowaniu nie ma takiego pojęcia.


80. (Energia umierających)

Alhean ("Pieczęć czyli jak ukraść człowiekowi duszę") przedstawia praktyki Kościoła niby jakąś Matrix: dusze są kradzione i pobierana z nich jest energia, którą zasila się ta organizacja. Wizja ta jest groteskowo przerysowana, ale jeśli przebrnąć przez ten styl przekazu i przyjrzeć się, jak to się praktycznie wykłada... Sprowadza się to do tego, że Kościół Katolicki faktycznie jest zasilany pewną energią (psychiczną energią), bo gdyby tej energetycznej podbudowy i zasilania nie było, to by dawno zanikł. Mówiąc prościej, musi istnieć trwała potrzeba, a raczej cały kompleks potrzeb, które skłaniają ludzi do korzystania z usług tej struktury i wchodzenia w praktyki obsługiwane przez tę organizację i kierowane przez jej funkcjonariuszy. Jest psychiczny stan, potrzeba, która skłania ludzi do "zawołania księdza" i ta energia napędza i podtrzymuje Kościół. To jest energia umierających! A inaczej: ludzka wola życia, potrzeba życia dalej, nawet w chwili zbliżającej się śmierci, i szczególnie w tej chwili. Wola życia umierających: to jest to, co zasila Kościół. Jak choćby mówi przysłowie "tonący brzytwy się chwyta" - ta wola jest potężna, więc przetransformowanie jej na paliwo dla instytucji dało tej instytucji potęgę. Oczywiście, nie tylko KK jest podłączony do tej potrzeby (i tego źródła energii), gdyż tak czyni wiele innych, zapewne większość, religii. Widoczna wielkość KK dowodzi, że jest on organizacją skuteczniejszą w tej roli od innych. Potrafi lepiej zagospodarować tę energię. Co nie znaczy, że jest to jedyne źródło energii-zasilania, z którego korzysta Kościół, czyli jedyna ludzka potrzeba tak zastosowana, gdyż takich potrzeb jest więcej i spróbuję je w dalszym ciągu wyliczyć. Ale ta potrzeba i to źródło energii dominują. Już sam główny symbol religii katolickiej to pokazuje aż nadto jednoznacznie: Jezus, Bóg, który nie tylko umiera, ale jest przez wyznawców nieustająco kontemplowany w chwili konania.

Mówiąc o "energii", nie chcę wcale twierdzić, że umierającym (jak i innym ludziom w potrzebie) ich energia jest jakoś odbierana, że są jej pozbawiani przez Kościół, że tu się jakiś wampiryzm energetyczny odbywa: tego nie mówię i tak wcale być nie musi, bo przy energii psychicznej zasada zachowania energii nie obowiązuje - inaczej niż w fizyce.


81. (Toksyczni guru, toksyczne religie)

Wśród listów, które przeczytałem przy okazji ostatniej religijnej dyskusji w "Tarace", jest głos kogoś, kto zaliczył ukradzenie duszy, tyle że nie od Kościoła Katolickiego, ale od pewnego toksycznego guru. Ta wiadomość wiele mi dała: wreszcie odgadłem, jaki rodzaj doświadczenia jest podstawiany pod owo tajemnicze "ukradzenie duszy". Jednak popadnięcie w uzależnienie od toksycznego guru dużo łatwiej czuję niż toksyczne uzależnienie od religii. Więc może właśnie o to chodzi? Że katolicyzm jest religią toksycznie uzależniającą. Toksycznie, to znaczy, że pozostawia ludzi jakoś poturbowanych wewnętrznie. Oczywiście, tu nie mam zamiaru niczego uogólniać, lata doświadczeń i studiowania ludzkiej różnorodności - a astrologia i enneagram znakomicie uczą tego, jak ludzie potrafią być różni! - nauczyły mnie, że ta sama rzecz dla jednych jest wspaniała, dla innych niestrawna. Co w katolicyzmie może uzależniać? Głównym źródłem zasilania dla tej religijnej formacji jest potrzeba dalszego życia u umierających. Ten akcent, nacisk, na umieranie, jest widoczny w głównym symbolu tej religii: Chrystusie na krzyżu. A więc śmierć. Jednak śmierć jest przez KK amplifikowana. Chrystus nie tylko umiera, ale jego śmierć jest wyjątkowo okrutna i bolesna, jest to rzadki pokaz sadyzmu. I to jest uwidocznione w symbolu krucyfiksu. (Który, notabene, jest wieszany przez wiernych wszędzie, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba, jakby to była świąteczna dekoracja albo środek do znakowania terenu.) Jego Śmierć w męczarniach jest przez Kościół nieustająco przypominana. Pierwszy domysł jest taki, że poprzez ten symbol katolicy mają nie tylko o śmierci pamiętać, ale także mają śmierci się bać, przerażać się jej, ma budzić ona w nich grozę. Im większa groza, tym większe, bardziej paniczne zapotrzebowanie na ratunek i tym gorliwiej ten ratunek jest przyzywany, a więc tym konieczniej funkcjonariusze Kościoła są potrzebni. To jednak nie koniec amplifikacji grozy śmierci. Amplifikowany jest także naturalny lęk człowieka przed tym, co go spotka po śmierci. (Bo właściwie spotkać go może cokolwiek...) Kościół twierdzi zatem, że jeśli nie zostaną odprawione pewne rytuały, które tylko jego ludzie potrafią wykonać, to umarłego czekają dalej takie horrory i męki, przy których umieranie w największych męczarniach to pestka. Grozi mianowicie wieczne potępienie, czyli piekło. Jeśli to odnieść do jakiejś w miarę naturalnej podstawy: wydaje się znowu, że naturalnym pragnieniem każdego jako tako rozgarniętego człowieka jest zakończyć, zamknąć swoje życie pogodzeniem się z bliskimi i dalszymi, w poczuciu, że się swój czas przeżyło sensownie, że to nie było "wszystko do dupy", jak się podobno wyraził pewien Wielki Polak na pogrzebie bliskiej osoby; czyli osiągnąć spokój sumienia. Owo ryzyko braku spokojnego sumienia Kościół amplifikuje, rozdyma do iście kosmicznych rozmiarów, każąc wierzyć w piekła, szatany, czyśćce i podwójne sądy Boże, bo najpierw ma być indywidualny, a potem Ostateczny. (Nigdy nie odgadłem, po co ta powtórka niebieskiej jurysdykcji.) Jakby na to nie patrzeć, nauczanie tego jest wtrącaniem ludzi w stany lękowe. Im większy lęk, tym znowu większa potrzeba znawców, którzy na ten lęk mają lekarstwa, czyli katolickich kapłanów. Koło się zamyka. Dawka paranoicznych, strach budzących i strach budujących wyobrażeń, jest z pewnością podawana w nadmiarze. Co jest głęboko wdrukowane w struktury myślowe chrześcijaństwa, dowodem słowo "bogobojny", oznaczające w tej religii człowieka sprawiedliwego i godnego szacunku: to ktoś, kto się tego kompleksu wyobrażeń intensywnie boi. Umieranie to niewątpliwie trudny moment w życiu. Człowieka i tak słabego w tym momencie, Kościół atakuje grozą, straszy, grozi karami, wtrąca w poczucie winy. Porównywalna presja jest kierowana na drugą grupę ludzi, którzy nie mogą się obronić: na dzieci. Co skutkuje kolejną rzeczą skutecznie wdrukowaną w ciało Kościoła: infantylizmem, który przenika tę instytucję i tę religię. Infantylne jest to nieustanne wołanie o "ojca" - i tego w niebie, i tego w Rzymie. Infantylna jest tłumność zachowań w tej religii. Infantylne jest traktowanie ludzi jako niedorosłych. Lęk i niedorosłość... Do tego dochodzi coś, czego nigdy pojąć nie mogłem: zagadkowa dla mnie potrzeba demonstrowania postawy podporządkowanej; zagadkowa potrzeba popadania w stan niewolniczy: demonstrowanie pokory, wykonywanie gestów właściwych dla osobników nisko postawionych w stadzie, padanie na kolana, bicie się w piersi, opuszczanie głowy i wzroku. Jak i adoracja Bóstwa, które najwyraźniej wyobrażane jest jako jakiś tyran, który w każdej chwili w swojej nieobliczalności mógłby zmiażdżyć oranta, a tylko najdalej podporządkowana postawa tamtego jest w mocy owego tyrana powstrzymać. [*] To jest przeniesienie na Osoby Boskie, przy znacznej znowu amplifikacji, stosunku, jaki istnieje miedzy osobnikiem "alfa" w stadzie, a podporządkowaną resztą. Ciekawe, że aż taka dawka poddańczych gestów istnieje tylko w religii - wśród ludzi nie ma od dawna potrzeby takich zachowań. Zapewne ta amplifikacja dokonała się dlatego, że normalnie, w stosunkach pomiędzy ludźmi lub stadnymi zwierzętami, aż tak wielkie spiętrzenie poddańczych postaw zwyczajnie nie jest potrzebne, bo płaszczące się osobniki w pewnym momencie dostają sygnał od dominanta, że starczy. Bóg takich sygnałów nie daje, więc mania wielbienia Go nie napotyka na granice. A raczej tą granicą jest jednostkowe lub kulturowe poczucie dobrego smaku; które jednak jest rozciągliwe i co jednego już niesmaczy, innym ciągle nie wystarcza. Zresztą, wydaje mi się, że uwielbienie hinduistów dla Kryszny jest intensywniejsze w swoim wyrazie niż katolików dla Maryi. Jerzy Prokopiuk pisał, że woli nazywać Boga "przyjacielem" niż ojcem, matką lub panem. (zob. Jestem heretykiem. Ogdoada gnostycka. Cz.I) Jeśli dobrze odczytuję sygnały obecnego czasu, to raczej na czasie jest jeszcze inne odbieranie Boga, jeszcze dalej odchodzące od tradycyjnie jerozolimskiego obrazu nieobliczalnego tyrana niż to, co określił Prokopiuk. Ten stosunek do Bóstwa jest zresztą stary, w Europie jako pierwszy (a może wcale nie pierwszy?) wyraził go Sokrates i za to został otruty: Bóg jako dajmonion, jako osobisty przewodnik, wyższe ja, jak to teraz nazywają miłośnicy huny. Podobno w hunie nie zaleca się spekulować, co może być jeszcze wyższego i większego niż to wyższe ja - byłoby to całkiem rozsądne założenie, że człowiekowi z natury nie dana jest dobra wiedza o jeszcze większych duchowych bytach. Widząc dużą dowolność, jaka istnieje w różnych religiach odnośnie tych wyższych bytów, trzeba stwierdzić, że faktycznie ta wiedza nie jest nam dana. A "wyższe ja" jest czymś dość dobrze empirycznie potwierdzonym: niektórym ludziom zdarza się ten głos sumienia, a zarazem lepszej wiedzy, wewnętrznej mądrości, rzeczywiście słyszeć.

([*] Ile w tym jest magii! - Kiedy wykonam gest własnej marności, poniżenia, niewolniczego podporządkowania, a jednocześnie będę wysławiał potęgę Boga, to w ten - magiczny - sposób powstrzymam Go przed atakiem na mnie.)


82. (Religijne energie i potrzeby)

Jakie są potrzeby, na które odpowiedzią jest religia? Jakie są stany psychiczne, a więc rodzaje psychicznej energii, którymi zasilana jest religia? Wymieniłem potrzebę życia dalej mimo zbliżającej się śmierci. Następnie: niepokój o niewiadomy los po śmierci. Także potrzeba autorytetu, często infantylnie się wyrażająca. Potrzeba podporządkowania się (dla mnie osobiście nader dziwna...) To oczywiście nie wszystko. Religia zawiera jeszcze trójkę: święto-rytuał-magia. Święta są czymś ciekawym przez swoją trwałość, a także przez to, że są opuszczane ostatnie. Ktoś może już niczego po katolicku nie praktykować, a nadal świętuje przynajmniej trzy wielkie święta: Boże Narodzenie, Wielkanoc i święto zmarłych przodków na Wszystkich Świętych. Ciekawe, że z nich listopadowe Dziady są przechrześcijańskiego pochodzenia, a Boże Narodzenia ma początki astrologiczne - wiąże się z zimowym przesileniem. Z tych trzech tylko Wielkanoc jest pamiątką historii świętej, chociaż powiązanie z przedchrześcijańskimi wiosennymi świętami dawnych zmartwychwstających bogów nie było bez znaczenia. Rytuał to coś, co ma wartość samo w sobie, także wtedy, kiedy nie ma religijnych odniesień. Wiem coś o tym, bo odprawiałem wiele nie-religijnych rytuałów, a mam też wrażenie, że potrzeba rytuału jest w nas zawarta niezależnie od czczenia bogów. Mamy wrodzony instynkt rytuału. Dobre odprawienie rytuału jest jak dobre wysłuchanie utworu muzycznego lub jak obejrzenie dobrej sztuki w teatrze; zresztą muzyka i teatr mają z rytuałem wiele wspólnego. Rytuał nie musi mieć znaczeń poza samym sobą. Przykładem japońskie rytuały picia herbaty (których nie znam z doświadczenia), albo rytuał przejścia po ogniu (który znam dobrze) - jeden i drugi do niczego nie służą, niczego przy ich pomocy nie chce się osiągać. Są też rytuały państwowe, narodowe, jak trzymanie warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza. (Przy okazji: patriotyzm, umiłowanie ojczyzny, jest, jak mi się wydaje, z punktu widzenia religii katolickiej - bałwochwalstwem. Przykład tego, jak człowiek bez oporów godzi sprzeczności.) Kiedy coś chcemy osiągnąć przy pomocy rytuału, coś zmienić w świecie, przyłożyć siły w pewnym jego punkcie - wtedy rytuał staje się magią. W tym sensie magią jest modlitwa o czyjeś zdrowie lub powodzenie: chcemy przecież poprzez swoje rytualne działanie nakłonić Boga lub świętego do spowodowania w świecie pożądanych przez nas skutków. Także msze w intencji i datki w intencji. Nie wiem, czy jacyś pryncypialni przeciwnicy magii nie powinni w ogóle takich działań skreślić. Oczywiście może być mnóstwo magicznych rytuałów nie związanych z jakąkolwiek religią. Religia jednak, w tym katolicka, zręcznie i skutecznie łączy w całość prócz innych elementów także święta, rytuały i magię. Zaspokaja potrzebę świętowania, rytuału i magicznego naprawiania losu.

Jest jeszcze jedna potrzeba i energia: potrzeba przynależności - do grupy. Tak silna u ludzi, że kiedyś nazwałem ją "archetypem przynależności", bo podobnie jak inne archetypy potrafi zmiażdżyć logikę i racje moralne. Archetyp przynależności pociąga poczucie więzi ze wspólnotą, do której się należy, gotowość ponoszenia ofiar dla niej oraz, mówiąc najogólniej, pozytywny stosunek do swoich, a negatywny do obcych. Archetyp czy też instynkt przynależności spotężniał przez miliony lat ewolucji gatunku Homo, ponieważ grupy krewniacze, które miały ów instynkt silniejszy, wygrywały, a te, w których był on słabszy, ginęły wytępione przez grupy o silniejszym instynkcie przynależności do wspólnoty. Solidarność w obliczu śmiertelnego wroga ewolucyjnie wygrywała. Przez religie (przez wiele albo większość z nich) ten archetyp został przejęty, a wspólnoty domagające się solidarności i ofiary - uświęcone. Albo naród-plemię stawało się wspólnotą sakralną, religijną, jak to się stało u Żydów, albo religia konstytuowała się jako solidarno-ofiarna wspólnota - tak się stało u początku chrześcijaństwa. Nawet tak mało wspólnotowa (w porównaniu z innymi) religia jak buddyzm również u podstaw podkreśla swoją wspólnotowość: przyjmuje się schronienie "u Buddy, Dharmy i Sanghi", czyli w formule tej buddyjska wspólnota staje jak równy z równymi przy Oświeconym Umyśle i Wyzwalającej Nauce.

Feliks Konieczny, który Żydów raczej nie lubił i wynajdywał na nich kolejne haki, wytykał im, że ich religia jest stadna, kolektywna. Że przedmiotem zbawczych i kosmicznych planów Boga jest w niej Naród Wybrany żydowski, a nie jednostka, osoba. Dalej, że najważniejsze rytuały tej religii są ważne, jeśli spełniane są przez co najmniej dziesięciu dorosłych wiernych. Przeciwstawiał temu osobisty i nie-kolektywny charakter religii katolickiej, dając przykład katolickiego polskiego kapłana-zesłańca, który przez lata odprawiał msze w pojedynkę, sam dla siebie tylko, co w niczym nie zmniejszało wartości tego nabożeństwa. Konieczny nie zauważa jednak, że wyznawca ów był kapłanem (a świecki katolik by mszy odprawiać nie mógł), natomiast Żydzi obywają się bez osobnego stanu kapłańskiego. Mamy coś za coś: katolicyzm, tak jak większość wyznań chrześcijańskich, jest nie-kolektywistyczny, ale posiada wyróżniony i hierarchiczny stan kapłański. Bez specjalnie kształconych kapłanów nie ma chrześcijaństwa - i faktycznie, tam, gdzie ich brakowało, religia ta zanikała, nie była podtrzymywana spontanicznie przez lud. Żydzi nie mając kapłanów, noszą swoją religię rzec można w sobie, w stanie rozproszenia, a wymóg dziesięciu (minjan) pozwala w uprawniony sposób tej religii ujawnić się, wydobyć z owego rozproszenia. Zresztą, ta wysoce sieciowa decentralizacja religii żydowskiej wielce mi imponuje.

Miało być o religijnym spożytkowaniu (lub: zawłaszczeniu) archetypu przynależności. Oznacza to, że religia podłącza się do zasilania ze styku swój-obcy. Staram się widzieć, lecz nie oceniać. W tym przypadku trudno wstrzymać się od oceniania. Jest to złe źródło. W skrajnym przypadku prowadzi to do zanegowania wszystkich, którzy pozostają poza kręgiem swoich. Żydzi w swoim religijnym prawie stosowali podwójne normy: inaczej byli obowiązani traktować swoich, współ-Żydów, inaczej obcych, gojim. To jakoby rzutowało im na nawyki moralne: inna moralność dla swoich, inna dla "niewtajemniczonych". Tylko Żyd według ich prawa był pełnowartościowym człowiekiem. Naziści przejęli to podejście, ale odkąd ogłosili Niemców "narodem panów", to musieli zrobić coś z narodem dotychczas uważającym się za wybrany. Zrobili.

Te niebezpieczne szowinistyczne idee pojawiają się w Objawieniu Św. Jana. Apokalipsa zapowiada zebranie zbawionych w przyszłej niebiańskiej, ze szlachetnych kryształów zbudowanej, Jerozolimie, podczas gdy wszystkich innych czeka wygnanie i pozostawienie poza zbawczym kręgiem. "Na zewnątrz są psy i czarownicy i wszetecznicy i zabójcy i bałwochwalcy, i wszyscy, którzy miłują kłamstwo i czynią je." Obj. 22.15: Ekso de hoi kynes kai hoi pharmakoi kai hoi pornoi kai hoi phoneis kai hoi eidôlolatrai kai pas ho philôn kai poiôn pseudos. (Eidololatrai to raczej "czciciele wizerunków"!) Od Objawienia św. Jana poszło wyobrażenie piekła dla wszystkich "nie-naszych", nie opieczętowanych odpowiednimi sakramentami. Skoro ci, którzy pozostają poza kręgiem "naszych" sakramentów, są przez Boga przeznaczeni na odstrzał, do potępienia, to co właściwie ma "nas" powstrzymywać od potępiania ich na nasz bieżący rachunek? Gdy to przemyśleć, okazuje się, jak poczucie współczującej solidarności z wszystkimi ludźmi jest niechrześcijańskie, że jest najwyraźniej ideą, która do umysłów chrześcijan wśliznęła się spoza ich religii, jako że stoi w sprzeczności z ich świętymi księgami. Poczucie duchowej wspólnoty ze wszystkimi ludźmi, globalna solidarność, jest najwyraźniej czymś, co do chrześcijan przyszło spoza ich doktryny, podobnie jak zamiłowanie do psów, które przecież Apokalipsa skazuje na potępienie (i kotów). Także jak idea ochrony przyrody i gatunków, jak geometria, jak nauka, jak patriotyzm, jak rozwój duchowy - wszystko idee pozabiblijnego pochodzenia. Skąd przyszła ta idea, współczującej jedności ze wszystkimi ludźmi? Z własnego rozumu, z własnego głosu sumienia - od dajmoniona, nie od ewangelistów.


83. (medytacje krzyżowe)

Rozważałem symbol Ukrzyżowanego - czyli eksponowanie chwili okrutnej śmierci Zbawiciela. Ta katolicka praktyka skojarzyła mi się z tantrą. Powiada się (w Tybecie), że trzeci, diamentowy pojazd buddyjskiej drogi, wadżrajana czyli buddyzm tantryczny, polega na tym, że szkodliwych i wiążących, odwodzących od wyzwolenia namiętności, a więc skażeń umysłu, nie wygasza się ani nie tłumi, lecz przeciwnie, poprzez odpowiednie praktyki korzysta się z ich energii i przekształca je w napęd popychający ku oświeceniu. W przypadku symbolu Śmierci Krzyżowej jest podobnie: choć okrutny, obraz ten nie skłania przecież wiernych do okrucieństwa, ani do zemsty, ani do uczucia grozy lub lęku. Raczej daje im wewnętrzną siłę i poczucie nadziei. Co najwyżej niektórych skłania do dumy i poczucia własnej wyższości, ale zapewne światlejsi uznaliby to za błąd. Tak więc w symbolu Ukrzyżowanego mamy do czynienia z przekształceniem wiązki niskich namiętności: dreszczu okrucieństwa i poczucia bezsilnego przerażenia, które naturalnie łączą się z oglądaniem okrutnego mordu, w uczucia wyższe: siłę ducha i nadzieję. Jest to ściśle tantryczna transformacja.

Podobnie tantryczny sens ma zapewne wiara w empiryczne nonsensy, takie jak wniebowzięcie Maryi albo narodzenie Jezusa z dziewiczej Matki. Pojawianie się niedorzeczności nie jest zwykłym defektem myślenia: jest sygnałem, że od tego miejsca poruszamy się w przestrzeni sakralnej, a więc cudownej, nie-z-tego-świata - w porządku odwrotnej strony umysłu. Paradoks polega na tym, że wtajemniczeni w tę transformację nie mogą jawnym tekstem ogłosić, że wiedzą o co tu chodzi i że jest to właśnie rytualno-sakralne łamanie logiki. Bo wtedy cały efekt by prysnął. Muszą solennie potwierdzać, że owszem, wszystkie te cuda miały (lub mają) miejsce naprawdę. To są "tajemnice wiary".

Z powyższych przykładów wnieść można, że dobra religia nie może być zbyt grzeczna. Buddyzm z początku był grzeczny, ale przecież poszedł w kierunku gniewnych bóstw, groźnych strażników-dharmapalów i przedstawień jab-jum na ołtarzach.



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 22 kwietnia 2005






« Pogrzeb religii - polemika Medytacja na czereśnie »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)