Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 maja 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Warsztaty z chrabąszczami
tygodniowy felieton

Kategoria: Twarda Ścieżka

« Gnomy i trolle Z Saturnem w Supraślu »

30 maja 2005

Warsztaty z chrabąszczami



86. Warsztaty z chrabąszczami

Wstrzeliliśmy się w pogodę! Warsztaty w Pniewie na Boże Ciało, cztery dni (26-29 maja, piątek-niedziela) przypadły na napływ iście tropikalnego powietrza z południa. Już po powrocie patrzyłem na mapę pogody: Węgry, Polska i Ukraina były najgorętszym miejscem w Europie; Hiszpania została w tyle, podobnie było tylko chyba w Iraku. Większość świata zostawiliśmy w tyle, jeśli chodzi o temperaturę! W całej Ameryce Północnej było chłodniej, jakieś śmieszne temperatury po 16 i 25 stopni, w Azji też, tylko Delhi i Bangkok były gorętsze. W okolicy sosna kwitnie; z lasów, gdy wiatr powiał, podnosiła się mgła pyłku. Samochód upudrował mi się na żółto; buty, kiedy rano chodziłem po okolicy, tak samo ufarbowane. Inwazja chrabąszczy majowych. Wielkie, wypasione chrząszcze, poobjadały liście na drzewach, w dzień siedzą na dębach i żerują, słuchać chrobot szczęk, wiszą na gałązkach jak śliwki. Pod wieczór latają w powietrzu jak diabły. To demoniczne skojarzenie stąd, że ich ruch jest dokładnie chaotyczny: na wszystkie strony, nieprzewidywalnie. Ciekawe, dlaczego nikt ich nie je. Kilogramy, ba, tony latającego mięsa się marnują, a nie widziałem ani jednego drapieżnika, który by je chwytał. Wymyśliłem na poczekaniu dwa powody na wytłumaczenie. Po pierwsze, chrabąszcze ewolucyjnie uciekły w rozmiar. Są za wielkie dla wszystkich małych ptaków owadożernych; przecież nawet szpak ich nie przełknie - za to za małe dla typowych drapieżników, polujących na ptaki lub gryzonie. Drugi ich ratunek to nagły, masowy pojaw. W takich ilościach występują co parę lat, więc dla nikogo nie mogą być głównym i stałym źródłem żeru. Żaden drapieżnik nie mógł się ewolucyjnie wcelować właśnie w nich. Niektóre dęby przeczekiwały ich atak, opóźniając rozwinięcie liści - trwały w pączkach. Tak jakby w puli gatunku występował wariant obliczony na przepuszczenie wiosennych katastrof ponad sobą, przeczekując w zimowej szacie mimo upałów. W porównaniu z poprzednimi sezonami krajobraz w Pniewie zrobił się bardziej sielski (czyli wiejski i rolniczy), bo sąsiedzi Gospodyni obsiali jej pole żytem - inaczej niż w poprzednich latach, kiedy były tu odłogi i sukcesja lasu wchodziła. Za to w rzeczce, która w poprzednich latach przeważnie była sucha, teraz płynęła woda i nawet po saunie dawało się do niej wejść. Po staremu latały i trąbiły żurawie, były bociany, widziałem czaple, stale w powietrzu unosiły się myszołowy. Kruków zabrakło - pewnie przeniosły się gdzieś dalej, bo ktoś je jednak widział. I nietoperzy też nie było. Na warsztaty przyjechało nas dziesięcioro, licząc mnie. Co robiliśmy: w programie był, właściwie, standard: sauna-szałas potu pierwszego wieczoru, drugiego dnia kopanie grobów Sancheza i na noc wejście do ziemi, trzeciego wieczoru drugi szałas potu. (Niczyporukowie mówią: ta swetlodż, tej swetlodży - uroczystość szałasu potów jest u nich rodzaju żeńskiego!) Pomiędzy: sesje z bębnem, podróże bębnowe, praca z dźwiękiem bębna i oddechem. Z nowych rzeczy wypróbowywałem pracę w trójkach: jedna osoba leży w relaksie i podróżuje, druga bębni, a trzecia pomaga leżącej oddychać. Chodzi o to, że słuchający bębna często zapominają o oddechu, zwalniają go przesadnie, tymczasem wizja potrzebuje tlenu i skupienia na oddechu i na bębnie jednocześnie. Dlatego asystent na przypominać o oddechu dotykając żeber lub naciskając. To samo, wykonywane silniej, może przeprowadzić w hiperwentylację - ale tam nie zalecałem się zapuszczać. Innym razem! W budowie grobów zmieniłem szczegół: kopaliśmy je nie prostokątne, jak dotąd i jak robi Victor Sanchez, tylko owalne - i to wydaje się lepsze. Owal inaczej działa na umysł, kojarzy się z jajem, kokonem, otoczeniem opieką i ochroną przez Ziemię, a nie ze sztywną, zimną cmentarną dyscypliną, jak prostokąt. Dobra okazała się też integracja grupy przez szałas potu. Szałas potu na początek warsztatów znakomicie ludzi integruje - lepiej niż robienie wywiadów i przedstawianie osób w kręgu, od czego zwykle dotąd rozpoczynałem warsztaty. Po wyjściu z szałasu właściwie nikogo już nie interesowało, co kto robi i kim jest w cywilu - rzeczywistość tu-i-teraz przebijała to, co każdy przywiózł ze sobą z miasta.

Pniewo, 26-29 maja 2005. Uczestnicy: Przemysław Figura, Ewa Hoffa, Wojciech Jóźwiak, Karina Marcinkowska, Alina Michalik, Rafał Michałowski, Danuta Pawłowska, Elżbieta Rzóska, Michał Schmitt, Zbigniew Żurawiński.



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Pniewo/Milanówek, 30 maja 2005






« Gnomy i trolle Z Saturnem w Supraślu »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)