zdjęcie Autora

16 grudnia 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Stan wojenny

Kategoria: Twórczość

« Czułość świata Choinka jako Wisielec, głowa szczupaka i inne zwyczaje bożonarodzeniowe »

Pracowałam wówczas w zarządzie spółdzielni transportu wiejskiego jako inspektor do spraw ubezpieczeń i szkód i w stanie wojennym, w tymże zarządzie zamienionym w jednostkę zmilitaryzowaną, jako jeden z dyspozytorów. Pracowałam 24 godziny na 24 wolne. Miałam klucze od wszystkiego, także od wolnostojącego pawilonu zarządzanego przez emerytkę panią Pelę – byłą księgową, a ówczesną bibliotekarkę. Byłam też przewodniczącą komitetu do spraw rozdzielnictwa dóbr wszelakich, to jest serów z serwatki, masła z odzysków tłuszczu, kaszanki z kaszy i krwi, kur niosek zabijanych po wypełnieniu swojego życiowego zadania.

         Przywożono nam całe samochody tych kur, spętanych, ale żywych. Na pracownika przypadało 6 do 8 sztuk. Ale były żywe! Pracownicy już organizowali towarzyskie party – byle zdążyć przed godziną milicyjną. Na środku pokoju stawiało się ogromną miskę  z wrzątkiem, zanurzało zabite ciała kur, skubało zbiorowo (żartując i popijając kartkową albo bimberek). Nie można było zawieść klasy robotniczej! Dyspozytorzy układali więc je szpalerkiem wzdłuż podjazdu pod biurowiec, łapkami po prawej stronie, szyjkami po lewej i zadaniem kierowcy było tak precyzyjnie przejechać biedne byłe nioski, żeby zmiażdżyć ich główki, a zostawić nietknięte korpusy.

         Byłam ważną osobą, chociaż pracownicy warsztatów napraw głównych wskazali mi już topolę, na której będę wisiała – ponieważ biorąc udział w rozdzielnictwie dóbr służyłam reżimowi. Niemałe znaczenie miał fakt, że chodziłam w szpilkach i kożuszku, a nie w zasmołowanym kombinezonie i że służbowo czasem wchodziłam w konflikt ze złodziejami pragnącymi ukryć kradzieże przedstawiając je jako szkody.

         Pani Pela miała w swojej bibliotece kilka książek z dziedziny ubezpieczeń, a ja akurat prowadziłam szkolenie terenowych referentów ubezpieczeń. Przedefilowałam więc przez plac, widoczna dla wszystkich ,idąc do okrąglaczka biblioteki, otworzyłam kluczami pani Peli budyneczek. A tam, na podłodze, skrzynie z materiałami opatrunkowymi, niedostępną dla pań, a upragnioną ligniną i watą (podpasek jeszcze nie było, z braku waty używało się starych szmat) oraz skrzynie z bronią, Wyleciałam jak oparzona, przysięgałam typom, którzy mnie pochwycili na wszystkie świętości, że nikomu nie powiem, a jednak wyznaczono mi pewną topolę ze szpaleru okalających  plac drzew, na której zawisnę, za to, że po prostu jestem.

         Po kilku dniach ogłoszono stan wojenny. Odczułam ulgę. Możliwe, że uniknę powieszenia. Jednak, jak zwykle w takich razach wpadłam z deszczu po rynnę. Komendantem mojej firmy wyznaczono faceta, pijaka, niedoszłego artystę, malarza sentymentalnych pocztówek. Całymi godzinami tkwił zamknięty w swoim gabinecie, kiedy jednak stamtąd wybiegał w stanie niedopitym, groził na korytarzu wszystkim spotkanym odbezpieczoną bronią wprawiając w popłoch zwłaszcza panie. Oświadczał, że każda odmowa wykonania rozkazu stawia delikwenta(kę) pod mur. To był początek i przez kilka dni tak naprawdę nikt nie wiedział, na czym polega ten stan wojenny. Może miała to być prawdziwa okupacja, jak z gestapowcami, hitlerowcami itp? Może więc i teraz będą strzelać za odmowę wykonania polecenia służbowego?!

         I znowu moja elastyczność przydała się. Sama kiedyś malowałam obrazy, była to moja pierwsza fascynacja, znałam trochę teorię i wiele „chwytów”, więc malarzowi pocztówek przydawałam się ze swoimi radami. Ja także miałam dzieci, synów, a pan komendant (jak mi się zwierzył) lękał się o swoich, zdecydowanie kontestujących stan wojenny. Był rozdarty, a rozdarci ludzie bywają nieobliczalni.

         Był to czas, kiedy idioci z obu stron dochodzili do głosu i nikt nie był w stanie przywołać ich do rozsądku.

         Moi synowie, harcerze, ulegli presji swojego komendanta hufca, który postanowił nauczyć ich odwagi. W noc sylwestrową wydał rozkaz harcerzom przejścia na drugi brzeg Wisły po kładce montażowej poniżej mostu. Sęk w tym, że wojsko strzelało do tych „dywersantów”, choć na szczęście nikogo nie trafiło. A komendant chełpił się odwagą swoich harcerzy!

         Ich mama miała zaś inne zmartwienia (na szczęście nie wiedząc nic o „próbie męstwa” swoich dzieci.)

         Malarz pocztówek postanowił zgraję urzędasów wziąć z garść. Wygonili nas, tabun urzędniczek w szpilkach i cieniutkich pończoszkach na ulicę Komarowa (dziś Wołoska) rozdając żelazne łomy. Miałyśmy rąbać zeskorupiały lód na jezdni. Obok pracowali robotnicy z dawnej „Tewy” i jakichś zakładów naprawczych, których nie pilnowano tak mocno jak nas, i za niewielkie świadczenia w papierosach lub serze z serwatki zastępowali koleżanki w ich ciężkiej pracy. Jednak po jakimś czasie wydało się to i pan komendant stawiał niektóre z nas pod ścianę, grożąc bronią za niewykonanie rozkazu.

Czarę wszystkiego dopełnił nowy transport kur niosek do zabicia. W moich aktach personalnych widniała adnotacja, że jestem posiadaczką prawa jazdy i pan komendant oświadczył, że od godziny 6 rano (koniec mojego 24-godzinnego dyżuru) zostaję przesunięta ze stanowiska  specjalisty d/s ubezpieczeń na stanowisko kierowcy samochodu „Robur”. Nie pomogły żadne tłumaczenia, że odkąd w pierwszej jeździe po zdaniu egzaminu na prawo jazdy (w mieście) wjechałam samochodem Syrenka na jedyne, stojące w polu drzewo (na wsi), nie siadam za kierownicą samochodu, w dodatku ciężarowego.

Miałam przed sobą szpaler kur do zabicia. W dzieciństwie przeżyłam okropną traumę, kiedy kura z odciętą na pieńku głową biegała wokół mnie, a jak wiadomo fobie są silniejsze niż wszystko.

Wybiegłam z płaczem i bez przepustki poza tern naszej bazy. Resztą rozsądku udałam się do komendanta wojskowego rejonu, który zawiadował służbą zdrowia na terenie Służewca Przemysłowego. Zgłosiłam się do lekarza wojskowego z bólem zamostkowym i problemem niedziałania leków obniżających ciśnienie. Istotnie, to ciśnienie mi zaszalało. Teraz natychmiast z takim ciśnieniem pakują delikwenta do szpitala, ale to były inne czasy.

Pan lekarz wojskowy kazał mi się rozebrać do pasa (w obecności trzech zarumienionych i skrępowanych poborowych i mnie, ponieważ moja halka była spłowiała i w brzydkim różowym kolorze z nieco poszarpaną nylonową koronką), wysłuchał mnie łaskawie i oświadczył, że istotnie nie mogę prowadzić pojazdów mechanicznych mimo posiadanego prawa jazdy. Ponieważ byłam jedną z pierwszych klientek wojskowej służby zdrowia spotkała mnie dodatkowa nagroda w postaci zwolnienia lekarskiego (w pełni prawomocnego w jednostkach zmilitaryzowanych) na 6 tygodni, z zaznaczeniem, że delikwentka może chodzić (czytaj: stać w kolejkach). Pan lekarz podkreślił to ostatnie uprawnienie, jakby ze strony wojskowych władz spotkała mnie nagroda specjalna za lojalność. A może po prostu był tylko dobrym człowiekiem?

Potem szybko zmieniłam pracę. Ale jeszcze dziś jadąc tramwajem ulicą Komarowa, widzę w głębi, wzdłuż małej równoległej uliczki, ów szpaler topoli i przechodzą mnie ciarki po plecach. Cóż mnie obchodzi, że jakieś dziecko, czy nawet mnóstwo dzieci nie obejrzało swojego teleranka!

Ale takie symbole są właśnie najbardziej pożądane politycznie. Manipulacja polega na tym, żeby, jak w reklamach, posłużyć się słodkim maleństwem dla wymuszenia wzruszeń i zestawić to z okrucieństwem świata dorosłych — ale nie nadmiernym okrucieństwem, bo takiego unikamy, żeby nasze dzieci nie zetknęły się zbyt wcześnie z prawdziwym życiem.

Chodzi także o to, żeby jedną stronę przedstawić jako lepszą, słuszniejszą, drugiej zaś ująć autentycznych racji. Dlatego rozdmuchuje się problem konfidentów, donosicieli i współpracowników rzeczywistych i hipotetycznych, łącznie z paniami roznoszącymi herbatę, unikając jak diabeł święconej wody rzetelnego opisu ówczesnej rzeczywistości. To znaczy mam na myśli w przedstawianiu faktów nie faworyzowanie żadnej strony konfliktu. Wymiera już to pokolenie, które pamięta stan wojenny w dużym mieście (bo inaczej było na wsi i w małych ośrodkach) i za dziesięć lat już będzie można każdemu młodemu człowiekowi wcisnąć ciemnotę i wmówić co się tylko chce. Zapominamy, albo chcemy zapomnieć jako społeczeństwo, że nikt nie jest wszechwiedzący i że wszyscy w tamtych czasach wprawdzie czuli przez skórę idące zmiany, ale różnie je rozumieli i różne rzeczy akceptowali. Byliśmy o wiele mniej podzieleni, ci z jednej i z drugiej strony, co do zasad, niż dziś.

Mowa nienawiści bierze się z jednostronnego oglądu świata, a taki ogląd jest wygodniejszy dla rządzących i jest to samonapędzający się mechanizm.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Czułość świata Choinka jako Wisielec, głowa szczupaka i inne zwyczaje bożonarodzeniowe »

komentarze

[foto]

1. Popieram • autor: Przemysław Kapałka2012-12-17 20:33:34

Popieram dwa ostatnie akapity i podziwiam trafność ujęcia. Stan wojenny miał dużo zarówno złych, jak i dobrych stron, podobnie jak sytuacja, w jakiej został wprowadzony. Ocena go nie jest sprawą prostą. 

W moim mieście niewiele szczególnego się wtedy działo. Mój jedyny wart uwagi kontakt z milicją miał miejsce po tym, jak sforsowałem trzy trawniki (wtedy to było karalne, a niektórzy mieli prawdziwego hopla na tym punkcie).



Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)