Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 stycznia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Starcze uzależnienie

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczajeuzależnienie

« Nad głową, pod nogami i w głąb Kontrowersyjne oświecenie autorstwa Izabeli Kopaniszyn »

Najbardziej dokuczliwe w chorobie, biedzie czy starości jest to, że uzależnia delikwenta/kę od ludzi, którymi jako młodzi nie musieli się przejmować, ani nie musieli nawet za bardzo liczyć. Nie mam na myśli tutaj „obsługi” starości jak lekarze, pielęgniarki, pracownicy opieki społecznej itp. Nie, bynajmniej. Myślę o uzależnieniu od listonoszy, gospodarzy domów, ekspedientek w sklepach, kierowców autobusów i innych osób spotykanych przypadkowo, którzy nagle stają się niesłychanie ważni. Kierowca, który pogania cię klaksonem, żebyś szybciej wsiadała, a na twoje żale odpowiada, że „nie ponimaju”, ekspedientka podająca towar w taki sposób, że musiałabyś się przewrócić, żeby go wziąć do ręki (odległość od lady zwiększają ustawione zgrzewki napojów), przechodzień puszczający drzwi tuż przed twoim nosem, a ty musiałabyś przełożyć kulę z ręki do ręki, żeby je zatrzymać – na co nie masz czasu, oraz wszyscy inni wymuszający na tobie poruszanie się z prędkością, której nie możesz rozwinąć, lub oczekujący wysokiego wzrostu, którego starsze roczniki nigdy nie osiągnęły. Także listonosze, dzwoniący do drzwi zaledwie trzy razy, gdy tobie potrzebny jest na dojście do domofonu czas odmierzany co najmniej czterema dzwonkami. Nie zdążysz podejść — w skrzynce zastaniesz awizo i musisz iść następnego dnia kawał drogi oraz odstać w kolejce na poczcie.

         Kiedyś, ze trzydzieści lat temu, mając przed oczami starość mojej mamy i myśląc o mojej, napisałam fragment powieści, który odrzuciłam na rzecz innej koncepcji, a który przypomniał mi się w związku z moim uzależnieniem od listonosza, które choć inne niż mamy, nie jest wcale mniejsze. Odnalazłam go z trudem w swoim tekstowym śmietniku i przywołuję teraz dla zobrazowania postawionej na początku tezy. 

         „Płatek kwiatu powstawał mozolnie i długo. Każde pociągnięcie pędzelkiem miało zakończyć przy nim pracę, ale żadne nie okazywało się wystarczające i zapadający zmrok, zmuszający do zmiany okularów uprzytomnił jej, że jeszcze jeden dzień kończy się bez rezultatu. Kwiaty stojące w wazonie dawno zeschły, więc te na płótnie coraz mniej były podobne do wspaniałego bukietu, kupionego dziesiątego, zaraz po otrzymaniu renty.

         Staruszka opuściła ręce. Już w tym miesiącu nie namaluje żadnych innych kwiatów – chyba, że je zmyśli. Ale zmyślone kwiaty nigdy nie będą takie piękne, tak bardzo okrutne i samolubne jak te szklarniowe cudeńka, które kupowała raz w miesiącu, zaraz po otrzymaniu przekazu. Listonoszka, przynosząca pieniądze każdego miesiąca oglądała je, już namalowane, krytycznym wzrokiem, ale raczej nie miała im nic do zarzucenia. Nawet mówiła babci, że gdy przejdzie na emeryturę, to sama spróbuje.

         Zmrok przesączał się przez szydełkową firankę z kordonka, której białość dawno już przeminęła, a której bliźniacza siostra, przefarbowana na pomarańczowo i zawieszona w kuchni, wyglądem przypominała sito. Przelotnie babcia pomyślała, że można by dziurawe miejsca w firance uzupełnić fragmentami płótna ze starego prześcieradła, z namalowanym plakatówką kwiatem, ale porzuciła tę myśl. Kwiaty powinny być albo na obrazach, albo na firankach; łączenie dwóch rzeczy w jedno nie uchodzi.

         W chwilę później, zmywając filiżankę, zapytała siebie: a właściwie dlaczego? Dlaczego na firance muszą być tylko dziergane kwiaty, a na obrazie malowane? Dlaczego, skoro bukiet zwiądł, dalej malować ma kwiaty? Czy dlatego, że pół obrazu zajęły już agresywne lwie paszcze, rachityczny bez i sztywne języki teściowej?

         Babcia zachichotała. A to ci pomysł! Może głupi, ale czemu nie spróbować? I tak nie ma pieniędzy na nowe kwiaty.

         Z drugiej strony obrazu babcia kładła podłużne plamy niebieskiej farby. Sylwetka, przypominana z dawnych lat nabierała wyrazistości. To był naprawdę wspaniały pomysł! Babcia chichotała z radości, ale stopniowo, gdy postać na obrazie przybierała kształty przez wiele lat zapomniane, babcia wystraszyła się. Starcza głowa z nadspodziewanie bujnymi, siwymi włosami, nastroszonymi jak szczotka, trzęsła się; ręce próbowały odgonić od twarzy nieznane niebezpieczeństwo.

         Jednak po chwili babcia uspokoiła się. Zaparzyła sobie jeszcze jedną filiżankę herbaty, do której, po namyśle, dodała „na smak” na końcu łyżki odrobinę rozpuszczalnej, prawdziwej kawy. Pal diabli ciśnienie i serce ułożone poprzecznie, to jest naprawdę wielka chwila!

         Z obrazu patrzył na nią niebieski misio, a w tle babcia widziała już nienamalowane jeszcze sklepienie schronu przeciwatomowego.

         Nareszcie go zrozumiała! Misia zdegenerowanego! I pomyśleć, że gdyby kobiety układały zasady etyczne, inne byłyby misie na świecie! Nie siedziałyby w schronach atomowych, nie prowadziłyby rozmów, po których nocne koszmary ożywały na pierwszych stronach gazet. Zdegenerowany misio, rzędy misiów patrzące na kurę tańczącą z uciętą głową i rozwiązaną na łapce szmatką. Zwariowany świat, gdzie zwierzaczki-pluszczki-futrzaczki-misiaczki miały charaktery różne, niezbyt misiowate. Może prawdziwe misie są okrutne i niszczą wszystko, co nie jest misiowe. Niszczą i nie przestają być piękne i miękkie.

         Misio jest misiowy i wszystko wokół musi być misiowe, a to, co nie jest zwierzaczkiem-puchaczkiem, sterczące pióra w przeciwieństwie do miękkiej sierści, musi zniknąć. Precz! Tańcz kuro z uciętą głową, tańcz między życiem a śmiercią, niech żyje bal tych, co mają ucięte głowy, tylko to jedno wam zostało, ostatni taniec, skurcz mięśni, w których wytworzył się kwas.

         Babcia wiedziała już tylko jedno – jest bardzo bliska odkrycia czegoś bardzo ważnego, istotnego, czegoś, czego inni nie odkryli przed nią.

         Płachty papieru pokrywały się rysunkami. Dziesiątki rysunków czekało na farbę. Na nią przyjdzie czas później. Teraz trzeba malować, malować, jak najpilniej wykorzystać stracone lata, babci już niewiele ich zostało, ale musi ujrzeć świat ten jedyny, zdegenerowany misio i ta jedyna tańcząca kura, żeby wszyscy spojrzawszy na rysunek, wiedzieli o co chodzi. Listonoszka powie, że rysunki te są gorsze niż obrazy kwiatów, ale musi przyznać, że taniej babcię kosztują. Ogólnie jednak zaaprobuje pomysł babci i na pewno (choć może po namyśle) zrozumie o co w tych rysunkach chodzi, jeśli tylko babcia odpowiednio postara się.

         Musi być porozumienie miedzy ludźmi, żeby jeden wiedział o czym mówi drugi. Jeżeli ciebie nie rozumieli całe życie – widać nie umiałaś tego wyrazić właściwymi słowami, prawidłowo powiedzieć, o co ci chodzi. Ale teraz trafiłaś już na właściwą drogę. Jeszcze tylko trochę wysiłku i wkładu pracy...

         Pewnego dnia listonoszka wejdzie w próg twojego mieszkania i stanie olśniona. Przypomni sobie swoje dzieciństwo, swoje całe życie, życie przyjaciół rodziny i znajomych i zrozumie, że misio to nie misio, a kura to nie kura, że misio może być księdzem, mężem, szefem, każdym zresztą, że kura też może być nią, jej głupawą synową, niedorozwiniętą córką z pierwszego męża głupawej synowej, kura też może być każdym i może życie jej, listonoszki, odmieni się za sprawą malunków babci. Babcia wiedziała – ten właśnie rysunek podaruje listonoszce. Misio na nim ma oczy podłużne, na twarzy uśmiech nie uśmiech...” 

         Moja mama, umierająca w czasach późnego PRL, uzależniona przez całe życie od innych ludzi, od ich opinii, wszystkich ich traktowała jako swego rodzaju władzę. Władzą była pani z Ligi Kobiet, z Opieki Społecznej, z Kwaterunku, a potem Spółdzielni Mieszkaniowej. Władzą była też Pani Listonoszka. Trzeba było być dla niej miłym, kwitując przesyłkę pieniężną, oddawać końcówkę. Gdyby nie być miłym dla tych ludzi, obgadaliby ją, a listonoszka najbardziej. Obgadana mogłaby nie doczekać się w razie czego pomocy sąsiadów, a przede wszystkim najważniejszej z nich, mieszkającej za ścianą Pani Policjantki, która reagowała na stukanie laską, na przykład gdy raz babcia spadła z łóżka i nie mogła się podnieść (chyba, że miała służbę dwudziestoczterogodzinną i tyle trwało czekanie babci). Dlatego należało dbać o to, by listonoszka miała dobrą opinię o poczynaniach babci, wsłuchiwać się w jej łaskawie wyrażone zdanie. Mogłaby na przykład przynieść rentę nie tego dnia, co trzeba. Ale ta władza sięgała swoimi mackami w życie o wiele głębiej. Należało tak postępować, żeby aprobowała ona wszelkie poczynania ocenianego/nej.

         Sądziłam, że tego rodzaju uzależnienie jest sprawą przeszłości słusznie minionej. Ja nie muszę liczyć na listonosza z emeryturą, mam konto w banku i internetowy dostęp do niego, najważniejsze PIN-y jeszcze pamiętam, rachunki płacę przelewami, większe kwoty w spożywczaku płacę kartą.

         Niestety, świat poszedł naprzód. Drzwi od mieszkania trzeba zamykać na zasuwę, część korytarza wygrodzono i zamknięto, wejściowe drzwi od bloku zaopatrzono w domofony. Jeśli komuś zależy na kontakcie ze mną, będzie czekał dopóty, dopóki nie poniosę słuchawki; nie wygramolę się z mojego fotela, nie rozruszam stawów i nie otworzę drzwi, jeśli jednak nie zależy mu, jak listonoszowi, odczeka zaledwie zwyczajowe trzy dzwonki. Kiedyś prosiłam na poczcie, żeby czekał dłużej, cztery dzwonki nie trzy i od tamtej pory obraził się na mnie, że składam na niego jakieś skargi. Wiele się więc zmieniło, ale starcze uzależnienie od otoczenia zostało.

         Jaki jest cel tego, co napisałam? Taka nieporadna nadzieja, że nawet zaganiany, młody człowiek czasem zastanowi się nad losem człowieka uzależnionego od innych, pochyli się nad nim, stawiając go chociażby na równi z losem zwierzątek: biednych kotków i piesków, o które na co dzień się troszczy, i której to trosce daje głośny wyraz. Kiedy otwieram FB, widzę fotki setek tych zwierzątek, nad którymi wszyscy się rozczulają; czytam o zbiórkach na ich rzecz, apelach o to czy tamto. Niestety, nie czytam nic na przykład o pomocy (niekoniecznie finansowej) hospicjom, domom opieki społecznej dla starszych i w ogóle pomaganiu (niekoniecznie finansowym) niesprawnym. Na przykład zauważaniu ich, że idą po chodniku, gdy spychasz ich swoim rowerem na jezdnię, przytrzymaniu przez chwilę drzwi wejściowych, zanim się nie wgramolą przez próg, powstrzymaniu się od poganiania klaksonem i podjeżdżaniu pod krawężnik, gdy kierujesz autobusem, nawet niskopodłogowym, a nie zmuszaniu do wchodzenia w kałużę. 
         Może ów młody człowiek włączy to w kanon swojej duchowości, o którą bardzo dba, często poświęcając się o wiele drastyczniej (na przykład przestrzegając diety wegeteriańskiej). 
         A może i — jeśli spotka mnie szczęście — przeczyta to także ktoś, od kogo zależy wybór farby do malowania pasów na przejściach dla pieszych i sprawi swą mocą, że nie będzie ona bardziej śliska, niż wszystko dookoła.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-01-11)



« Nad głową, pod nogami i w głąb Kontrowersyjne oświecenie autorstwa Izabeli Kopaniszyn »

komentarze

1. Nie tylko starcze. • autor: Nierozpoznany#67832015-01-11 14:59:31

Przyznam, że nie przepadam za określeniem starość. Jednak wiem co oznacza być mniej sprawnym. Kiedyś Ciocia Marcela, będąc na wcześniejszej emeryturze, złamała nogę. A, że to osoba ambitna i energiczna, poruszała się o kulach. Wracając ze mną, ze sklepu zauważyła grupę wyrostkòw okupujących Jej skromny ale bardzo zadbany ogròdek. Kiedy podeszłyśmy bliżej, stanowczo zażądała aby intruzi opòścili ten teren. Na to usłyszała: "O co ci chodzi stara kobieto?" I odpowiedź ktòrą wtedy usłyszałam wykułam sobie w Duszy: "Jeśli nie szanujesz mojej białej głowy i mojej niepełnosprawności to znaczy, że nie chcesz być stary. Idź się teraz powieś, abyś pozostał wiecznie młody i sprawny. " Byłam wstrząśnięta.Ta cudowna, wykształcona i światła Istota, bardzo życzliwa dla świata, w bardzo brutalny sposób przekazała Prawdę. Od tamtej pory ci młodzi ludzie wykazują się szacunkiem, kiedy widzą mnie stojącą i czekającą na wejście do Cioci. Mimo, iż między Panią a mną jest ròżnica pokolenia, doskonale rozumiem z czym przyszło się Pani zmierzyć. Nie tylko z mojej drogi zawodowej, także z moich własnych, obecnych doświadczeń. Pogoda Ducha pozwala na akceptację tego czego zmienić się nie da. Ale mimo wszystko warto pròbować. 😁

2. loża szydercow • autor: Nierozpoznany#57362015-01-13 09:06:52

Około 25 lat temu pojechałem w okolice, gdzie urodziła się moja babcia od strony matki, babcia urodziła się 1916 roku w Essen, nie miałem pracy więc całymi dniami obserwowałem inność, Najdziwniejszą innością od codzienności polskiej była inność starości. Nie zdziwił mnie dostatek, drogie samochody, czystość, dbałość o produkt lokalny, przywiązanie do "najbliższego otoczenia" - zadziwiła mnie inna starość:Nawet nie minęły dwa, trzy dni a przyglądałem się przez wiele dni jedynie ludziom starszym i bardzo starym - powszechnością była 80-90 latka ubrana i uczesana jak do opery idąca swoim powolnym, szurającym krokiem, w jednej ręce z laseczką i podtrzymywana pod drugą rękę przez kilkunastoletnią dziewczynę w kierunku kasy np. w Lidlu i płacąca powoli i bardzo długo za swoje zakupy w energii szacunku i podziwu, może uwielbienia - czas spowalniał dla wszystkich, oczekiwanie w do kasy za panią przybierało jej rytm, ten rytm i cierpliwość pozostawał we mnie jeszcze na długo kiedy chodziłem ulicami sennych przedmieść, ale i na ruchliwych ulicach centrum miasta.Jakże inna była ta starość.Miałem tam wtedy też wiele pytań widząc to wszystko. Pytanie pierwsze na liście brzmiało: Skoro jest tak dużo szacunku dla starości to może w tym kraju umieją kochać dzieci? Później rodziły się inne, wiele innych: może szanuje się pracownika, szefa, osoby kalekie, o innych ukierunkowaniach seksualnych niż powszechne w społeczeństwie...dużo pytań, dużo - jacys ludzie dziwnie inni byli niż ci moi sąsiedzi w Polsce.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)