zdjęcie Autora

08 września 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Studium w szkarłacie

Kategoria: Twórczość

« Dyskusje z dziećmi na oderwane tematy Okno na przestrzeń »

          W moim bloku akcja „uwolnić książkę” przybrała nieformalne oblicze. Jest tam szeroki parapet, gdzie wykłada się niepotrzebne książki, czasem wydane przez kogoś własnym sumtem tomiki poezji, rozdawane znajomym i bliskim,  czasopisma (nierzadko spore ich zbiory), harlequiny, płyty i inne wydawnictwa, których żal wyrzucić na śmietnik. Jest mi to bardzo na rękę. Zostawiałam tam też swoje książki, owoce porządkowania biblioteki, nie ukrywam, że nie te najlepsze i najbardziej cenne, ale rozmaite wydania w rodzaju „zabili go i uciekł”. Sama też zabierałam poezje z czasów PRL wystawiane do zabrania po śmierci staruszków, zapoznanych poetów, kiedy mieszkania ich nabywali młodzi studenci ze wsi z dobrodziejstwem inwentarza, ale bez szacunku do czegoś tak ulotnego i zbędnego.

          Pochwalałam fakt, że chciało im się wydzielić książki lub wydania oprawne z całej zawartości, na którą zamawiano kontener na śmieci. Dlatego też zawsze oglądam stertę wydawnictw na wspomnianym parapecie. I dziś natrafiłam na coś, co mnie zmroziło. Na śmietnik historii wyrzucono komplet przepięknie wydanych „Złotych ksiąg polskiego biznesu” wraz z wykazami otrzymania wysokich nagród w 2011 roku przez laureatów złotych i srebrnych medali Akademii Polskiego Sukcesu i rozmaitych z tego tytułu preferencji (czy może nagród?) dotyczących apartamentów w Żyrardowie, Piastowie czy Pruszkowie w cenie 220-240 tys. zł. o nazwach „Przy Lipowych Drzewach” (koniecznie wbrew polskim regułom pisane z dużej litery) oraz „Słoneczny Staw” (takoż) „Lipowa Ostoja” (takoż).

         Ktoś więc otrzymał tę nagrodę, a także nagrodę Gospodarczą Prezydenta RP w 2012 roku, poczynił pewne plany co do nabycia niewielkiego apartamentu na obrzeżach Warszawy w skromnej cenie do 300 tys. zł i zapewne zmarł, a jego spadkobiercy uznali, że wprawdzie szkoda te luksusowe wydania wyrzucić na śmietnik, ale i też nie warto nimi zaśmiecać sobie odziedziczonego lokalu ani pamięci po zmarłym.

         Zadumana nad losem rozmaitych pamiątek, dyplomów i medali, ważnych kiedyś dla kogoś, które omijając etap parapetu lądują czasem w naszym blokowym śmietniku, przepatrując w myślach swoje zbiory i ich ewentualny los, szłam przed siebie, gdy nagle zobaczyłam na dachu czerwonego samochodu czerwonego kota, a właściwie białego w czerwone plamy. Zatrzymałam się przed nim sądząc, że w słońcu refleksy bijące od wypucowanego dachu dają taki ciekawy efekt kolorystyczny, ale coś mi nie pasowało.

         Tutaj muszę wprowadzić pewną dygresję. Im jestem starsza tym częściej pojawia się przekonanie, że jakoś wszystko ze wszystkim się łączy. Jeśli zobaczę coś, co na przykład ma w tle pojęcie „okrucieństwo” czy „agresja” i zaczynam nad tym myśleć, nieuchronnie pojawiają się inne wydarzenia o tym samym tle. Przypominałoby to być może wróżenie ze zjawisk przyrody, pozycji kamieni i roślin, lotu ptaków i zachowania zwierząt, gdyby nie fakt, że kolejne wydarzenia w pewien sposób angażują mnie, wytrącają z postawy obojętnego obserwatora, nie pozostawiają bez refleksji, a jednocześnie skłaniają do czegoś, co można nazwać wyrzutami sumienia. Tak jakby ciąg wydarzeń zaistniałych w czasie jednego spaceru do sklepu zmusił mnie do osobistego uznania swojej winy za nie podjęcie interwencji mimo, że nie mam pojęcia, jak miałabym to uczynić i jak odnaleźć kogoś, czy do kogo się zwrócić. To bardzo stresujące, takie żądanie jakichś nieznanych mi sił, abym zajęła się czymś, co mi podsuwają, choć wcale nie mam na to ochoty i nie wiem jak, a moją winą jest jedynie to, że dostrzegłam to coś.

         Tak i teraz. Przyjrzałam się bliżej kotkowi, jego mocno czerwonym policzkom i pyszczkowi, plamom czerwieni na łapkach i grzbiecie i odkryłam, że to nie refleksy czerwonego lakieru na samochodzie tylko ślady odniesionych urazów.

         Nie mogę być pewna żadnych ze swoich obserwacji, postanowiłam więc skonfrontować je z kimś innym. Koleżanka, sąsiadka też odniosła wrażenie podobne, jak ja na początku: — Jakie śliczne zdjęcie! — zawołała. Czerwony samochód, za czerwonym samochodem krzew obsypany czerwonymi jagodami, a na dachu biały koteczek z czerwonymi usteczkami we wzruszającej pozie i z czerwonymi refleksami na futerku, wzmocnionymi jeszcze zachodzącym na czerwono słońcem. Prawdziwe studium w szkarłacie!

         Nie uspokoiła mnie. Ciągle miałam uczucie, że nie stanęłam na wysokości zadania, że zachowałam się jak fotoreporter robiący zdjęcie komuś, kogo właśnie rozstrzeliwują, zamiast udzielić mu pomocy. Ale co ja mogłam zrobić? Nie pójdę do żadnego weterynarza, bo nie wiem gdzie go szukać, nie udzielę kotkowi pomocy, bo nie wiem jak, nie wezmę do domu, bo mam uczulenie na sierść i z tego powodu nie opiekowałam się nigdy żadnym zwierzęciem i nigdy go nie dotykałam. W podświadomej chęci dzielenia swojej winy z kimś innym powiedziałam koleżance, że mnie się wydaje, iż ten kotek został poturbowany, pewnie przez jakiegoś psa, bo gdyby to był samochód, to uciekałby od niego, a nie gramolił się na dach. Po bliższym przyjrzeniu przyznała mi rację, ale kiedy powiedziałam, że to zdjęcie zrobiłam przed jej blokiem przypomniała sobie, że właściciel kotka jest jej sąsiadem. Miałam więc nadzieję, że kotek uzyska pomoc.

         Jakoś zrzuciłam z siebie chwilowo odpowiedzialność za kotka, ale poczucie winy nie opuściło mnie. Na szczęście w sprawie hipotetycznego zmarłego właściciela odznaczeń i honorów nic raczej nie mogłam zrobić, poza próbą zapomnienia.

         I gdy odzyskiwałam zaburzoną w ten sposób równowagę ducha, stanęła mi przed oczami scena sprzed ponad trzydziestu lat. Wracaliśmy z mężem z działki bladym letnim świtem tak, żeby po przejechaniu 160 km zdążyć do pracy na ósmą rano. Jezdnia była pusta, pogoda znakomita. I nagle, w mgnieniu oka zauważyłam wywrócony do góry nogami samochód w rowie. Był koloru bladozielonego lub bladoniebieskiego, zlewał się w trawą na poboczu i nie zauważyłam żadnych szczegółów. Powiedziałam o tym mężowi, ale on oświadczył, że nic nie widział. Jakoś głupio wydawało mi się żądać od niego zawrócenia i sprawdzenia, czy w czymś nie możemy pomóc (nie było jeszcze wówczas telefonów komórkowych, żeby gdzieś zadzwonić) i nie bardzo wyobrażałam sobie, co mogłabym zrobić. Mąż stwierdził, że to na pewno skutek jakiegoś wypadku z soboty i dopiero w poniedziałek w godzinach pracy może ktoś ten samochód odholować — co było w tamtych czasach, państwowych warsztatów samochodowych, naturalne. Przyjęłam jego wyjaśnienia, ale niepokój pozostał. Pozostał i odezwał się po tylu latach za sprawą kotka.

         Wiem już oczywiście, że nie naprawię samotnie świata, ale ta wiedza ciągle mi uwiera. Nie daję się utwierdzić w przekonaniu, że mogę nie mieć na coś wpływu; coś we mnie protestuje i w sytuacjach jednoznacznych i łatwiejszych działam — po czym często okazuje się, że ktoś wykorzystał moją chęć i przymus udzielenia pomocy. Nie wyobrażacie sobie ile inwencji ludzie czasami przejawiają, żeby tę pomoc uzyskać; jak skomplikowane fabuły wymyślają, żeby usprawiedliwić swoje wyłudzenia — niedawno skazana Katarzyna W. mogłaby terminować u nich i uniknęłaby odpowiedzialności! Pewną historią bardzo się przejęłam i mimo swojego sceptycyzmu uwierzyłam opowiadającemu – po czym przekonałam się o tym, że była wymyślona, ponieważ usłyszałam ją potem od kogoś zupełnie innego. To znaczy historia pewnie była prawdziwa, posłużono się nią i upowszechniono tylko dla wyłudzenia marnych paru groszy.

Tłumaczę więc sobie, że dzięki niewielkiemu datkowi uniknęłam przykrych przeżyć tego dnia i że dlatego warto było. Konstruuję też swoją linię obrony — rozmaitym „instytucjom” zbierającym pieniądze na ulicy na zbożne cele jak domy dziecka czy schroniska dla zwierząt lub dzwoniącym do drzwi proponuję, żeby podano mi numer ich konta. Nie zdarzyło się to ani razu!

Co jednak zrobić, żeby pomagać, a mieć pewność, że pomoc ta istotnie jest potrzebna i słuszna, skoro nawet szacowne instytucje próbują zarabiać na chęci uniknięcia wyrzutów sumienia? Przelanie 1% procenta od swojego podatku nie musi oznaczać słusznej pomocy od czasu, gdy istnieją organizacje pożytku publicznego, posiadające KRS i zajmujące się zbieraniem wpłat na tzw. subkonta dla konkretnych osób na nie zawsze znane publicznie cele.

Z drugiej strony: są organizacje, które rezygnują ze  „zwykłych” wolontariuszy na rzecz określonej ich kategorii (np. studentów prawa), którzy po ukończeniu studiów wchodzą w rodzaj paktu z tymi organizacjami, dla nie zawsze szczytnych celów.

         Tak czy inaczej zawsze towarzyszy nam niepewność, nawet z pozoru w drobnych sprawach i —  wydaje się, że znieczula nas jako społeczeństwo, bowiem coraz rzadziej ktokolwiek ma dylematy w rodzaju: jak postąpić słusznie i odpowiedzialnie, a nie narazić się na śmieszność, drwinę czy wręcz pogardę.


 

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Dyskusje z dziećmi na oderwane tematy Okno na przestrzeń »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)