Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 maja 2010

Janusz P. Waluszko

e-tom: Świt narodów europejskich

Benedykt Ziętara, Świt narodów europejskich, Warszawa 1985


  (1)    2    3    4    5    dalszy >  

Część 1.


Wstęp: pojęcia

W oczach średniowiecznych klerków, cechą charakterystyczną Europy było jej rozbicie na liczne ludy, co kontrastowało z cesarstwem rzymskim, minionym zachodnim i trwającym wschodnim, gdzie panowała jedność kultury (o barbarzyńców nikt nie dbał). Kontrastowało to z Zachodem, gdzie skutkiem najazdu Germanów w miejsce uniwersalizmu cesarstwa (i kościoła) pojawiły się narody. W oczach kościoła było to zło, analogicznie do wieży Babel i rozpadu na 72 języki, ale nadzieją - m.in. na powrót jedności - był kościół i jego nauczanie dzięki darowi języków w dniu Zielonych Świątek, gdy Duch św. zstąpił na 72 uczniów[1]. Samo chrześcijaństwo nie wystarczało już jednak wobec zaniku łaciny jako języka codziennego, więc za czasów Karola Młota pojawiła się idea Europy. Po upadku cesarstwa karolińskiego w X w. znów pojawia się idea chrześcijaństwa (w sensie ponadplemiennej tożsamości), w dużym stopniu jako tło krucjat. Także pojęcie świata łacińskiego (skutek poczucia wspólnoty klerków, nie zawsze podzielanej przez władców, nie mówiąc już o masach ludności). Ale byli też uczeni, jak Beda Czcigodny, którzy akceptowali wielość ludów, ich harmonię w chórze kościoła. Podobnie Jan z Salisbury i inni pisarze brytyjscy, a z drugiej strony Ormianin Wardan Areveltsi w XIII w. głoszący dobrodziejstwo wieży Babel, które dało bogactwo różnych języków w miejsce prymitywnego prajęzyka wspólnego. Z czasem antagonizmy narodowe biorą górę nad chrześcijańską jednością. Mimo to nawet dziś część uczonych neguje istnienie narodów w średniowieczu, co wynika z chaosu pojęć: naród - także lud, plemię etc. - mają wiele znaczeń, zmieniających się w czasie i zachodzących na siebie, co pogłębiają sami uczeni, bowiem jedni chcą opisać obiektywną rzeczywistość, inni zaś subiektywną świadomość ludów, ich (samo)poczucie etniczne. To, co wytwarza więź, też bywa różne w czasie i przestrzeni: różne elementy tworzą naród w różnych okolicznościach, ale i dany naród w różnym czasie może różne elementy akcentować (dziś np. wiara nie gra tej roli, co kiedyś, nawet u Żydów > w Izraelu). Nie wystarczy też samo istnienie tych więzi - tym, co je ożywia, jest świadomość narodowa. Ona sama jest jednym z tych elementów, które tworzą naród w sensie obiektywnym (samo jej istnienie jest dowodem jego istnienia, nawet jeśli cała reszta jest zmyślona). Definicje ścisłe zawsze będą zawodzić, bo np. Szwajcarzy nie mają jednego języka a cztery, Serbowie, Chorwaci i Bośniacy używają tego samego, a Irlandczycy mają ten sam język, co angielscy okupanci, a mimo to mają poczucie odrębności narodowej w stosunku do nich. Żydzi długo nie mieli ojczyzny (swojej ziemi), nie mają jej też Cyganie... to samo odnosi się do religii, nie/istnienia państwa, kultury, gospodarki, historii, obyczajów, charakteru narodowego etc. Zupełnym przesądem jest wspólne pochodzenie (mit wspólnego przodka - czy w wersji nowszej - jedność rasy, fizyczne podobieństwo członków narodu), co istnieje tylko w poglądach rasistów, ale w historii rzeczywistej nie było prawdą nawet na poziomie plemion, a co dopiero narodów.

Mylące są tu zarówno dawne mity, jak i źródłosłów pojęć na/ród (natio, gens), skutek przejęcia dawnych pojęć dla nowych sytuacji. Władcy, potem budziciele wytwarzali narody z niczego, wykrajali je z różno etnicznej masy, czasem zaś jedno plemię rozpadało się na wiele nacji. Także plemiona wchłaniały obcych: czasem jednostki, czasem całe grupy, nieraz też łączyły się w jedno dwa plemiona (czy obca elita narzucała swą tożsamość różnoplemiennej masie, jak Słowianom i miejscowym Trakom Bułgarzy nad Dunajem, czy Słowianom i Finom na Rusi Waregowie, sami tracąc język i pogaństwo na rzecz chrześcijaństwa w obrządku słowiańskim). Już rody adoptowały obcych, plemiona zaś były zbiorowością różnych grup o charakterze wojskowym (volk - folk, słowiański pułk - oznaczał wojsko nim stał się synonimem ludu), który jednoczył mit wspólnego przodka, będący ideologizacją nie/dobrowolnej wspólnoty, a nie opisem faktów. I upadłby, gdyby w XIX w. nie wskrzesili go wyznawcy darwinowskiej socjobiologii, różnej maści rasiści. Inną próbą podziału było wyróżnienie narodów państwowych i bezpaństwowych, kulturowych, wytworzonych przez budzicieli na bazie języka kosztem wieloetnicznych imperiów wschodniej Europy, w tym historycznych, co utraciły jedność/niepodległość i mitycznych: ludów, narodowości etc., ale nie narodów. Narody historyczne były często w swoim czasie narodami politycznymi (elity szlacheckie w I Rzeczypospolitej czy na Węgrzech tworzyły wieloetniczny naród, nie obejmujący w dużym stopniu mas). Według Ziętary różnice między narodem elitarnym a masowym są raczej ilościowe niż jakościowe[2], naród nie powstał dopiero po XVIII w. (z drugiej strony nacjonalizm ma inną bazę niż polityczna czy kulturowa nadbudowa przeszłości). Natio / gens (urodzeni) Rzym stosował na oznaczenie ludów barbarzyńskich, zorganizowany w państwo lud rzymski to populus. Chrześcijanie przyjęli to łącząc z pojęciem narodu wybranego w opozycji do niewiernych, do których odnosili pojęcie ludów. Wiara zastępowała organizację polityczną jako baza wspólnoty. Lud, ludzie (w germańskich luit, leudes - dziś niemieckie Leute) nie zyskali sensu etnicznego. Thiuda > thiudisk (deutsch) odpowiadało w biblii Ulfili etnosowi greckiemu i rzymskiemu natio/gens, ale zmieniło się w nazwę jednego tylko plemienia/narodu w VIII-X w. Kunni - plemię - nie rozwinęło się (inaczej niż kunnik - kniaź, ksiądz - wódz tegoż, także u Słowian potem).

Ireneusz z Lyonu w końcu II w. wierzył w biblijną wersję o 72 językach, Augustyn (na podstawie obserwacji wędrówek ludów i Germanów, co tworzyli wiele ludów mając wspólny język) uznał, że liczba ludów jest większa niż liczba 72 języków. Podobnie Jordanes, Prokopiusz z Cezarei, a za nimi Izydor z Sewilli. Obok pochodzenia i języków liczył się tryb życia, strój, obyczaje (tu pojawiały się problemy, bo np. Wenetowie mieli kulturę Germanów, ale inny język a Bastarnowie ten sam język a kulturę Sarmatów). Chrześcijanie nie odróżniali ludów (natio/gens) barbarzyńskich od cywilizowanego ludu (populus), choć czasem ludy (gentes w liczbie mnogiej) to poganie. Średniowiecze nie odróżniało plemion od narodów, co stało się problemem wraz z powstaniem świadomości narodowej, a język na pograniczu nie tylko odróżniał wspólnoty, ale stał się formą ich opisu (synonimem naszej nacji). Natio stało się synonimem wspólnot szerszych, gens mniejszych (w sensie raczej terytorialnym niż językowym): na uczelnie zapisywano według nacji, zależnie od kraju pochodzenia (w średniowieczu było to często fikcją). W Paryżu była nacja francuska (z Ile-de-France), normandzka, pikardyjska (obecnie wszystkie trzy to Francuzi) i angielska (z czasem, gdy Anglicy odeszli z Paryża, nazwano ją niemiecką), do której zaliczano wszystkich cudzoziemców. Na wzór studentów zaczęto (od Lyonu w 1274) dzielić na nacje kler na soborach według państw a nawet ich grup. W Vienne w 1312 wyróżniono: francuską, włoską, angielską, niemiecką (cała Europa środkowa), hiszpańską, irlandzką, szkocką i duńską (ze Skandynawią). W 1414-18 w Konstancji tylko cztery pierwsze, ale tu już było zamieszanie, bo termin nacja zaczął znaczyć naród w sensie państwowym czy językowym. Hiszpanie stali się piątą nacją (żądali tego Węgrzy i Portugalczycy). Do nacji francuskiej włączono Sabaudię, Lotaryngię i Prowansję (choć to części cesarstwa), ze względu na język. Z drugiej strony jeszcze w 1484 francuskie stany generalne dzieliły się na sześć nacji. Były i mniejsze nacje, np. mieszkańcy poszczególnych miast. Francuzi uznali w końcu gens za ludzi w ogóle. Bacon odróżniał język w ogóle (lingua) i dialekty (idioma). We Francji langue d'oc/d'oil to obszary występowania tych dialektów, nie sam język. U Słowian zachodnich język to czasem słowiański w ogóle, czasem dialekty (czeski, polski, słowacki, morawski). Pojęcia są nadal chwiejne.

Patria (ojczyzna) nie musi oznaczać narodowości, istnieją ojczyzny lokalne: Litwo, ojczyzno moja - jeszcze w XIX w., co nie przeszkadzało autorowi tych słów być Polakiem. Ojcowizna, własność rodzinna (tak u Górnickiego, ale już Kochanowski tego problemu nie ma i utożsamia patrię z ojczyzną a dzięki niemu się to upowszechnia). Ruskie (w)otczina to własność rodowa, ale batkowszczina na Ukrainie to już ojczyzna (w rosyjskim w tym charakterze wystąpiła... rodzina). W czeskim otčina > vlast (w XIV w.) > kraj. Już Cyceron miał problem i próbował patriotyzm lokalny zmienić w państwowy, nie odrzucając go jednak. Państwo jednak rosło, stając się światem, bazą dla idei chrześcijańskiego uniwersalizmu. Po podboju germańskim patriotyzm lokalny pozwala rzymianom utożsamiać się z germańskimi królestwami (dorobiono przy tym ideologię upadku cesarstwa za grzechy - w miejsce państwa ziemskiego rozrastało się państwo boże, obejmując i barbarzyńców). W początkach średniowiecza patria to kraj (czy kraina, bardzo lokalnie), bez emocji, ale nie zapomniano też starego znaczenia, ojczyzna (teraz) niebieska czy ziemska, ale i jako państwo (można było być nadal obrońcą czy zdrajcą ojczyzny), co bierze górę wraz z rozwojem świadomości narodowej w XII w. Poza łacinę wychodzi to jednak dopiero u humanistów (we Francji np. w XVI w., wcześniej tłumaczono to pays = kraj region, a w angielskim country). W niemieckim XII-wieczny vaterland to dokładne - w jego dwuznaczności - tłumaczenie łacińskiej patrii, ale w roli lokalnej istniał już heimat - dom rodzinny, co z czasem stworzyło warunki by szybciej uwolnić termin ojczyzna jako szersze pojęcie (nie dzieje się tak jednak i w XIX w., co jest wynikiem braku jednego państwa niemieckiego). Wspólne pochodzenie plemienia (miejsce, przodkowie, bogi i herosi) trwało w świadomości Germanów, bo było elementem ich kultu / pieśni. Świadomości praojczyzny nie utracili nawet paru wiekach wędrówki ludów, ale był to mit.


Między Rzymem a Europą

Plemię było zbieraniną różnych grup i osób, które wchłaniała grupa pierwotna (często dynastia rządząca), sama wykruszająca się po drodze / w boju. Tradycję taką mają nie tylko stare plemiona, jak Goci, ale i takie, które powstały dopiero w III w., jak Frankowie i Alemanowie, choć nawet ich sąsiedzi wiedzieli, że to bajki (stąd np. Peukinów nazywano Bastarnami, czyli mieszańcami). Najważniejsza była grupa/rdzeń, zachowująca tradycje arystokracja plemienna (starszyzna), często posiadająca osobną tradycję swego rodu, wywodząca się od bogów, herosów czy choćby królów. Nie zawsze istnieli wodzowie (rzymianie nazywali ich królami), jednak arystokracja istniała zawsze, bez niej nie byłoby tradycji = plemienia, z niej wybierano przywódców dla realizacji jakichś przedsięwzięć, np. wojewodów. Język, tryb życia, obyczaje, strój (włosy, zarost > długie brody Longobardów) związane były z religią plemienną. Reinhard Wenskus wykazał jednak fałsz mitu jedności/pochodzenia plemion. Język nie przekreślał wieloetniczności (tak u Germanów, jak i Jugo-Słowian). Wizygoci porzucili zaczątki własnej literatury dla łaciny, mimo to jednak nie utracili poczucia odrębności etnicznej. Ważniejsze były np. prawa. Germanie widzieli swą wspólnotę językową, ale nie mieli poczucia ponadplemiennej jedności. Wywodzili się od synów Mannusa, coś jak u nas mit o Lechu, Czechu i Rusie, ale nie obejmowało to już Germanów wschodnich, jak Goci i Wandalowie. Jednoczyła ich walka z Rzymem, ale to obejmowało i plemiona irańskie, tureckie etc. Plemię było organizacją polityczną, raczej stowarzyszeniem niż państwem (nie musiało mieć terytorium, mogło podlegać obcej władzy, ale miało swoje prawa i samorząd; czy nie był to wzór dla miast itp. korporacji w średniowieczu?); wierzyło we wspólne pochodzenie i kultywowało[3] wspólne tradycje historyczne wyrażające się także w religii, prawach, obyczajach, stroju etc. Istniała też poczucie misji, bycie lepszym od innych i boski mandat do panowania nad nimi i zaboru ich ziem (choć mesjanizm w pełni rozwinął się z chrześcijaństwem, które przejęło go od Żydów a ci od Persów). Plemię nie ma miejsca/ojczyzny, choć pamięta, skąd wyszło (to państwo umiejscawia plemię i czasem czyni zeń naród).

Chrześcijaństwo nie przekreślało przekonania o niższości barbarzyńców względem Rzymu w oczach ich samych. Było tak do upadku cesarstwa, potem zaczęła się gwałtowna polemika między chrześcijanami i poganami o odpowiedzialność za upadek. Obie strony tak samo gardziły barbarzyńcami. Rzym nigdy nie stał się narodem, wspólnotą w sensie nie tylko cywilizacyjnym, a etnicznym: pochodzenia, kultury i języka. Rzymianie byli wyobcowani z Lacjum, choć swój język mieli za latyński (=łacina) nie romański (=Rzym). Patriotyzm dotyczył miasta-państwa (res publica) nie plemienia. W III-II w. p.n.e. istniała szansa na powstanie narodu rzymskiego (czy latyńskiego): Latynosie mieli po części rzymskie prawa i pozostali wierni Rzymowi w wojnach punickich, które roznieciły uczucia narodowe, zaczęto negować rosnące wpływy kultury greckiej, ale szybki podbój krajów wokół Morze Śródziemnego uniemożliwił asymilację nowych ludów, trzeba było w imperium zjednoczyć cały cywilizowany świat, nie tworzyć osobny naród, a podbój Grecji zalał Italię jej kosmopolityczną i uniwersalistyczną kulturą (stoicyzm). Prawnicy stworzyli pojęcia państwa - szersze niż miasto czy plemię - mającego wprowadzić swój ład, aby dać światu pokój (pax Romana). Głosił to nie tylko Wergiliusz w Eneidzie, ale i piewca męstwa Germanów, Tacyt czy św. Augustyn (wbrew krytyce wad rzymskich). Ideę jedności świata w imię pokoju przejęło też chrześcijaństwo. Asymilacja (od góry, za lojalność) była powszechna (nadawanie obywatelstwa kolejnym poddanym, aż po 212 n.e., gdy przyznano je wszystkim wolnym mieszkańcom cesarstwa). Nie narzucano jednak kultury (wiary) ani języka (nawet urzędowo były dwa: łacina na zachodzie i greka na wschodzie), starczyło brać udział w kulcie cesarza. Ogół był obojętny lub wrogi wobec państwa/abstrakcji, tylko elita miała doń pozytywny stosunek, inni czuli się ofiarami. Próbowano stworzyć religię państwową: w IV w. cesarze obstawili chrześcijaństwo, ale i to nic nie dało, m.in. przez spory w kościele. Część kleru odrzucała zresztą cesarstwo, w nadziei na państwo boże od ziemskiego się odwracała i witała zwycięskich Germanów jako wyzwolicieli spod ucisku władz (systemu podatkowego). Pojawił się mit dobrego barbarzyńcy przeciw zepsuciu cywilizacji, Sylwian z Marsylii pisał o cesarstwie jako o państwie grzechu. Tylko tam, gdzie barbarzyńcy nie nawracali się a prześladowali chrześcijan, jak w Afryce, wzywano do oporu i piętnowano zdrajców współpracujących z Germanami, a Bizancjum brano za wyzwolicieli. Senatorzy, odsuwani od władzy na rzecz ludzi nowych (funkcjonariuszami cesarskimi zostawali nieraz plebejusze, wyzwoleńcy a nawet barbarzyńcy), też byli często obojętni na upadek cesarza, przyjmowali funkcje doradców barbarzyńskich władców (dla zachowania majątku, czasem rojąc sobie pozyskanie barbarzyńców dla Rzymu).

Na Wschodzie niechęć do obcych objęła także masy, co zaowocowało np. rzezią Gotów z gwardii cesarskiej w 400 (na Zachodzie w 408 zabito Stylichona, a szykany wobec germańskich legionistów powodowały ich ucieczkę do Wizygotów Alaryka). Ksenofobia nie zmieniła się w patriotyzm czy mobilizację na rzecz cesarstwa. Opór wobec Gotów czy Wandalów w południowej Galii i Afryce wynikał z obrony życia i mienia, co najwyżej swego miasta, nie kraju w ogóle (państwo uległo rozkładowi, było nieobecne, często reprezentowali je obcy Germanie). Z kolei świadomość Germanów nie przekraczała poziomu plemienia, Germanami nazywali ich obcy (nie oni sami), często też w służbie rzymskiej atakowali niby-pobratymców. Na ogół godzono się na przenikanie do Rzymu jednostek (chłopów, żołnierzy), ale nie całych plemion (nie asymilowały się - np., gdy w 357 Julian Apostata zezwolił w końcu na osiedlenie się w Nadrenii Frankom Salickim, ci po stuleciu - mimo że lojalni - nie romanizowali się ani nie podnieśli swego poziomu cywilizacyjnego). Spychani przez Hunów, Germanie przekroczyli granice na Dunaju, potem na Renie, nie planując podboju Rzymu, ale i nie akceptując na ogół warunków osiedlenia w obrębie cesarstwa i rabując jego zachodnią część (na wschodzie udało się ich odwieźć od tego darami). Aby choć trochę sytuację opanować, Rzym napuszczał poszczególne plemiona na siebie, próbował też legalizować ich pobyt przez sojusze czy nadawanie urzędów rzymskich ich wodzom. Część z nich przystała na to i broniła cesarstwa (np. w 451 przeciw Hunom). Cywilizacja w Galii, potem Hiszpanii i Italii załamywała się, słabła wymiana handlowa i kultura. Był to owoc wojen z Bizancjum i najazdów Longobardów. Na Wschodzie cesarstwo trwało, a w VI w. zaczęło nawet odzyskiwać ziemie na Zachodzie, póki nie załamało się to skutkiem wewnętrznych wojen religijnych, starć z Persją a w końcu inwazji islamu. Bizantyńskiego wodza, Belizariusza witano w Italii jako wyzwoliciela, szybko zapominając rzymsko-gocką próbę syntezy za Teodoryka (do Gotów zniechęcał Rzymian ich arianizm). Inaczej było w Hiszpanii (reagowała obojętnie), nie mówiąc już o katolickich Frankach (w północnej Galii nie było szans na pozytywny odzew ludności rzymskiej). Tam, gdzie Germanie odrzucali arianizm a ich panowanie było dość długie, Am ludność utożsamiała się z sytuacją lokalną zapominając o uniwersalnym cesarstwie. Germanie nie zmienili centralnej roli Morza Śródziemnego, lecz dążyli do niego; dopiero islam zepchnął na północ Greków, a zwłaszcza Germanów (opanowując Hiszpanię, śródziemnomorskie wyspy i południe Italii, północną Afrykę i Bliski Wschód, a przejściowo także Anatolię).

Nowa Europa rozwinęła się na północy (Anglia, Francja, także Niemcy i Słowianie za limesem). Brak dostępu do morza sprawił, że poza Italią itp. zrazu panowała daleko posunięta izolacja (na północy przerwali ją wikingowie, a wymianę serio zorganizowała być może dopiero Hanza). Islam wyegzekwował jednak w pełni to, co już od pewnego czasu istniało, germański brak ambicji uniwersalnych (do Karola Wielkiego przynajmniej). Nawet cesarstwo z trudem wiązało osobne i skrajnie różne (choćby zaludnieniem > rozwojem) prowincje między Brytanią a Egiptem. Nowe królestwa na bazie dość jednolitych prowincji szybciej się integrowały, mimo wielo/etnicznego składu ich ludności: tubylców, rzymskich, potem germańskich najeźdźców. Fikcją stała się jedność nie tylko cesarstwa, ale i kościoła (spory różnych hierarchii i obrządków, nieraz zmieniające się w krwawe starcia). Na opór napotykano także tam, gdzie nie było różnic doktrynalnych, a tylko niechęć lokalnej społeczności wobec centrali (np. Hiszpanii wobec Rzymu), co było pochodną świeckiej polityki. Germanie łatwo tracili język, ale narzucali miejscowym swój system (władców, prawa i nazwę). Do dziś nie wiadomo, czemu Germanie trwali przy arianizmie; czy była to próba stworzenia germańskiego uniwersalizmu przy jednoczesnym zabezpieczeniu przed rozpłynięciem się w masie rzymskich katolików? Próby narzucenia go miejscowym w Hiszpanii i Afryce nic nie dały, budząc tylko opór. Sukces odnieśli ci, co - jak Frankowie, potem Anglosasi - przyjęli katolicyzm. Tą samą drogą poszli więc potem Burgundowie, Wizygoci i Longobardowie, było już jednak za późno. Mimo postępów integracji, nigdzie nie wytworzył się nowy naród, choć nie pozostało to bez śladu w etnogenezie ludów-spadkobierców. Wandalowie i Goci ze Skandynawii przez ziemie obecnej Polski dostali się na stepy czarnomorskie i do kotliny karpackiej, a stąd - spychani przez Hunów - na ziemie cesarstwa. Ich reakcje były różne: Wandalowie byli stale wrodzy cesarstwu, Goci próbowali je przejąć, oficjalnie w imieniu Bizancjum.

Wandalów (z Alanami etc.) do Afryki dotarło 80 tys., miejscowych było 2,3 miliony (w 60% w miastach, rolnictwo opierało się na latyfundiach i pracy sezonowej, piramid tu nie budowano). Poza rzymską elitą dominował język punicki i berberyjski (=barbarzyński, mauretański). Powszechne było chrześcijaństwo (650 biskupstw), choć z silnymi wpływami pogaństwa, szczególnie wśród Berberów. Nie brakło też sporów hierarchii rzymskiej i wrogich kolaboracji donatystów (w Kartaginie), co zyskiwało popularność wobec ucisku fiskalnego ze strony Rzymu (stolica miała Afrykę za spichlerz zbożowy). Bunty ambitnych zarządców przeciw centrali sprzyjały podbojowi Afryki przez Wandalów (429-39; cztery lata potem Rzym uznał to w zamian za nie wstrzymywanie dostaw zboża). Z Afryki Wandalowie organizowali pirackie wypady (np. w 455, gdy złupiono Rzym) i podbój wysp śródziemnomorskich, odpierając ataki Bizancjum (to pierwsze, w pełni niezależne od cesarstwa państwo Germanów). W 442 władcy Wandalów zniszczyli plemienną arystokrację, awansując ludzi nowych, także Rzymian. W centrum ziemię przekazano Wandalom (na ogół zadowalali się rentą od kolonów, żyjąc w miastach, wolni od podatków), czasem także ich rzymskim stronnikom, w prowincjach zachodnich pozostawiono dawne stosunki. Nie izolowano się od miejscowych, służyli nawet w armii (flota, jazda). Wandalowie mieli własny język, prawo, obyczaje i strój, ale szybko przyjmowali miejscową kulturę (inaczej niż Ostrogoci czy Frankowie, chodzili nawet do szkół), zadowalali się jednak jej konsumpcją. Zarzucili północny strój i fryzury, choć zrazu nawet rzymscy urzędnicy musieli nosić długie włosy. Prawo szybko uległo wpływom rzymskim, a łacina stała się ich językiem (nie wiadomo, czy zachowali własny poza kościołem ariańskim). Gospodarka rozwijała się pomyślnie. By nie dać szans obrony w razie buntu ludności miejscowej, zniszczono mury miejskie, o zemściło się podczas ataku Bizancjum. Donatyści, wobec zachowania większej ilości zboża na miejscu, się nie buntowali, sami niechętni Rzymowi. Opór budziło nawracanie ich i katolików na arianizm - zamiast dzielić i rządzić - duchowni wandalscy robili za policję polityczną a katolickich mnichów zsyłano do obozów pracy. W 525 represji zaniechano, ale nie uchroniło to już państwa od gwałtownego upadku po ataku Belizariusza a Wandalowie znikli bez śladu. Inaczej postępowali Ostrogoci Teodoryka Wielkiego, którzy próbowali syntezy swojej kultury (w tym arianizmu) z rzymską.

Italię zajęli w imieniu cesarstwa w 489, nie udało się im jednak przełamać bariery między zdobywcami a ludnością miejscową. Król dla Rzymian był tylko ich urzędnikiem, dla Gotów wybrańcem bogów, ale zależał od arystokracji. W Italii udało się zachować rzymski system społeczno-gospodarczy, Gotom dano ziemię na północy, głównie po ludziach Odoakra, nie ruszając Rzymian (reformę realizował zresztą rzymski prefekt). Zachowano sądy gockie, dla Gotów, ale i ich sporów z Rzymianami. Edykty króla i rzymscy urzędnicy romanizowali prawo. Wojsko zgromadzono w koszarach, kolonowie płacili podatki, wszystko na wzór rzymski. Próbowano zorganizować współpracę rzymskiej i gockiej administracji w Rawennie. Mimo to sądy gockie, ich urzędnicy, wykluczenie rzymian z armii czy arianizm irytowały miejscowych i utrudniały integrację. Senat czy pomniki mogły podobać się elicie (zresztą i ona wiedziała, że to gra, więc korzystała, ale bez wzajemności), dla mas nie miało to znaczenia. Cesarz był nie w Rawennie a Konstantynopolu, także dla papieża, o ile nie był z nim w sporze. Wieści o upadku Wandalów wywołały powszechną radość i nadzieję na powrót legalnej władzy. Goci z kolei chcieli panować, a nie grać cesarskich namiestników, jak Teodoryk, odrzucali rzymskie szkoły, za współpracę z Rzymianami zabili córkę króla, Amalasuntę i siostrzeńca, Teodahada. Pojawienie się Belizariusza zaowocowało polaryzacją postaw. Totila, który zastąpił ksenofobicznego króla Witigesa, próbował odwołać się nie do elit a mas rzymskich (wyzwoleńcy za ziemię mieli wzmocnić nieliczną armię gocką). W 546 Goci chcieli burzyć Rzym, w 550 miasto odbudowano. Ta chwiejna polityka zniechęciła lud, a upadek armii z zemsty prowokował do rzezi ludności, co bez zwycięstw i bez poparcia oznaczało koniec Ostrogotów. Synteza udała się Wizygotom i Frankom, choć w obu wypadkach nie doprowadziło to do powstania narodu.

Wizygoci byli odłamem Gotów, który szedł własną drogą, ale z poczuciem jedności plemiennej z Ostrogotami. W 413 przejęli Akwitanię od Rzymian, w 414/5 dla rabunku atakowali Hiszpanię. Dostęp do Morza Śródziemnego udało im się uzyskać dopiero po upadku cesarstwa na Zachodzie (wcześniej blokowany). Osiedlili się głównie wokół królewskiej rezydencji w Tuluzie, w reszcie kraju istniały garnizony i latyfundia możnych, nie zwarte osadnictwo. Stanowili 10% ludności. Od 456 brali udział w walkach Rzymian ze Swebami w Hiszpanii, zajmując kolejne tereny, zrazu dla cesarstwa, potem dla siebie. Poza działaniami wojennymi Goci nie niszczyli Galii czy Hiszpanii (źródłem zniszczeń były raczej napady Swebów, Alanów i Wandalów). Nie zmienili systemu a stabilizacja władzy po upadku cesarstwa sprzyjała gospodarce. Zmiany w kierunku feudalizacji - partykularyzm prowincji, latyfundia, kolonat - trwały już od dwu wieków i były kontynuowane po ich upadku. Germanie przeważnie dobrze grali rolę rzymskiej władzy wykonawczej i nawet ci, co sprawiali kłopoty, okazywali się sojusznikami (np. Teodoryk walczył z Hunami). Dla mas upadek rzymskiego systemu podatkowego oraz skorumpowanych urzędników i sędziów po przyjściu Germanów był zrazu korzystny, ale konieczność zarządu dużymi obszarami sprawiła, że system przywrócono. Nie naruszono przeważnie majątków senatorów (=latyfundiów), bo Goci woleli się oprzeć na elicie niż na masach. Wizygoci (w przeciwieństwie do Ostrogotów) dawali też Rzymianom szansę na karierę w armii. Mimo posiadania własnego tłumaczenia Biblii Wulfili, coraz częściej sięgali po łacinę w administracji, podobnie było z prawem. Wszystko na nic, przez religię (arianizm), co było groźne, gdyż ich rywale w Galii, Frankowie przyjęli katolicyzm. Chlodwig był jedynym ortodoksyjnym katolikiem w chwili, gdy reszta Germanów była arianami, a cesarze bizantyńscy popierali monofizytyzm. W 507 pobił Gotów pod Poitiers. Ich resztki zbiegły za Pireneje, gdzie rządzili, ale byli już tylko 2-procentowym marginesem ludności (na Półwyspie Iberyjskim utrzymali się tylko dzięki wsparciu Ostrogotów, sami wypierając stąd Swebów).

W Hiszpanii zromanizowali się (nawet kościół ariański) w VI w., choć zachowali plemienną tożsamość (wpływając np. na hiszpański epos rycerski X-XIII w.). zaczęli żenić się z katoliczkami, przyjmując ich wiarę (nieraz nawet w roli biskupów). Po wymarciu dynastii wizygockiej Bizancjum chciało wykorzystać spory o władzę do odbicia Hiszpanii, nie uzyskało jednak poparcia miejscowej ludności. W końcu VI w. ujednolicono prawo gockie i rzymskie (w połowie VII w. sądy były już jednolite). Loewigild w 580 w Toledo narzucił arianom takie zmiany w doktrynie, które umożliwiły połączenie z kościołem katolickim, z drugiej strony nakłaniano (także przekupstwem) katolików do przejścia na arianizm, szykanując opornych. Syn króla, Hermenegild (za sprawą frankijskiej żony) przyjął katolicyzm, dogadując się z Bizancjum przeciw ojcu, ale poległ w walce w 528 (to ciekawe, ale nie poparli go katolicy, a dla Izydora z Sewilli - wbrew papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu - był buntownikiem, nie męczennikiem za wiarę). Drugi syn, Rekkared wybrał drogę prostszą niż ojca: po objęciu władzy przeszedł na katolicyzm, nakłaniając do tego arian. Synod w Toledo w 589 ustanowił unię kościelną (nieliczni oporni szybko zamilkli, za to kościół hiszpański - wierny swym władcom - pozostał w opozycji do papiestwa, wówczas zależnego od cesarstwa bizantyńskiego. Przyjęto też, wiek przed Frankami, zwyczaj namaszczania króla). Zerwano też z tolerancją wobec Żydów. Od 589 organizowano wspólne zjazdy (w sprawach) duchownych i świeckich, które przekształciły się w rodzaj parlamentu, biorąc górę nad władcą. Pobicie germańskich konkurentów (a potem wyparcie [wschodnich] Rzymian około 625) uczyniło silną władzę zbędną i naród polityczny (stanowione przezeń prawo) stał się ważniejsze, co znalazło wyraz w kodeksie Recesiwinta z 654 (sąsiedzi - np. Frankowie - byli tym zgorszeni, jak z I RP J). Prowadziło to jednak do rozkładu państwa, co ułatwiło arabski podbój w 711.

Bez zakazu mieszanych małżeństw czy różnic w języku i wierze, obie elity zjednoczyły się wokół gockiej tradycji w łacińskim wydaniu. W czasie, gdy u Franków asymilacja powodowała zanik tradycji rzymsko-klasycznej: oświaty czy miast, a władcy byli analfabetami, królowie Wizygotów sami nieraz tworzyli literaturę. Nie darmo też ostatnim Ojcem Kościoła na Zachodzie był Izydor z Sewilli. Nie wytworzyła się tu łacina ludowa, a w dialektach hiszpańskich brak wpływów gockich (francuski jest pełen wpływów frankijskich). Dokumenty pisano jak za czasów rzymskich (w reszcie Europy zanikło to na parę wieków), pisma używano też w gospodarce. Kraj nazywano Hiszpanią a jednocześnie odcinano się od tradycji rzymskich, w imię przesławnego plemienia Gotów, które ją zdobyło i umiłowało. Brakło wspólnej nazwy kraju i ludu, dlatego być może, że posiadłości Gotów sięgały za Pireneje, choć ziem tych - gdzie Goci przybyli wcześniej i byli zrazu liczniejsi - w Hiszpanii nigdy nie traktowano jako części ojczyzny, a tylko tereny zależne, co pokazuje udział ludności romańskiej w tworzeniu świadomości narodowej Wizygotów. Bp Toledo, Julian mówił już o Hiszpanach (a przeciw Galom, w tym Gotom zza Pirenejów). U królów bardziej ceniono oszczędność niż rozrzutność. Państwo nie było własnością królów, jak u Wandalów i Franków, ale narodu poprzez jego przedstawicieli, biskupów i możnych (tron był elekcyjny, więc - wraz z odmiennym poglądem na własność kraju - nie było tu podstaw do rozbicia dzielnicowego i separatyzmu etnicznego; inaczej niż u Franków, którym nikt z zewnątrz nie przeszkodził w etnogenezie, rozbiło ich zróżnicowanie wewnętrzne: językowo-terytorialne i dzielnicowe). Jedność Hiszpanii zniszczył podbój arabski, podziały polityczne wytworzyły etniczne zróżnicowanie na mozarabskie południe, frankijski północny-wschód i hiszpańską północ, z rozbiciem północy na hrabstwo Barcelony oraz królestwa Aragonii, Kastylii i Leonu, potem i Portugalii, co dało Katalończyków, (niejednolitych) Hiszpanów i Portugalczyków (nie wspominając o Baskach). Jednak wśród Mozarabów (tzn. Hiszpanów z południa) i w Asturii (na północy) trwała pamięć jednego (różnego od rzymskiego) kościoła, gockie imiona itp., a północ, jako niby-Goci, robiła rekonkwistę (z pretensjami miejscowych królów do tytułu cesarskiego[4]), pretendując do władzy nad całą Hiszpanią z innymi jej władcami.


Frankowie

Frankowie[5] to baza dwu narodów, Francuzów i Niemców, a z Włochami kolebka Europy. Mieli przewagę liczby > wojska (to nie elita władzy, a cały lud) i wiary (od razu przyjęli katolicyzm). Mimo siły i świadomej obrony jedności (wspieranej przez galo-rzymską elitę) w IX w. kraj rozpadł się ze względów ustrojowych (własność króla podzielono między synów) oraz trwania lokalnego i etnicznego separatyzmu na bazie różnic geograficznych, gospodarczych, ale i językowych. Frankowie (=dzicy, śmiali) pojawili się w III w. z nikąd. Ich imię to nazwa zbiorcza dla grupy plemion germańskich skupionych wokół Chamawów (w II w. mapa dróg rzymskich mówi o Chamavi et Pranci = Frankach). Luźny zrazu związek plemienny skrystalizował się na północny-wschód od dolnego Renu. W IV w. górę wzięli w nim Salijczycy znad Ijsel, gdzie przyszli z ziemi Chauków (=Hugonów) nad Wezerą (wypierani z siedzib nad Morzem Północnym przez Sasów). Wg innej teorii były to różne drużyny (w stylu wikingów), które wspólną tożsamość uzyskały dopiero zdobywając razem na Rzymianach swe siedziby a organizacja wielko-plemienna pojawiła się dopiero w V/VI w. (oficjalną tradycję pomogli im wówczas stworzyć galo-rzymscy pisarze). Rajd Franków w 257 przez Galię i Hiszpanię dotarł aż do granic Afryki, wyparci potem, wrócili w 267 i osiedlili się nad Renem (po stornie rzymskiej), co Rzymianie próbowali legalizować i kontrolować. W 358 pobił ich cesarz Julian Apostata, ale pozwolił im osiąść w północnej Brabancji. Odtąd bili się przeważnie, choć nie zawsze, po stronie Rzymu przeciw innym Germanom, coraz bardziej przenikając w głąb Galii północnej. Część Franków została za Renem, spychana ku niemu przez napierających na nich Sasów. W Galii przenikali na wieś, a po 454/5 upadek autorytetu cesarstwa pozwolił im opanować również miasta (Kolonia, Rewir). Grzegorz z Tours kacyków poszczególnych grup Franków uznał za jedną dynastię i ustawił w jedną ciąg kolejnych władców, choć realnie panowali równolegle w paru różnych regionach.

Inaczej niż Germanie wschodni, Frankowie, choć przez półtorej wieku żyli na rzymskiej prowincji, niemal nic z niej nie przyjęli i pozostali barbarzyńcami (nie uczyli się i potem, do Karola Wielkiego). Był to wynik ich niskiej organizacji politycznej, z braku króla > dworu nie miał kto przyjąć wzorów wyższej cywilizacji. Zmienił to (poziom organizacji, choć nie prymityw) Chlodwig organizując franków w jeden lud (wyprzedził rywali z Cambrai i Kolonii). W 481 przejął po ojcu władzę w Turnai, w 486 - z innymi władcami frankijskimi - rozbił resztki Rzymian w Soissons, opanowując północną Francję (bez Bretanii, którą zasiedlili uciekinierzy z Brytanii, wypierani z niej przez Anglów, Jutów i Sasów). Doszło do wymiany ludności, elita galo-rzymska schroniła się na południu, u Gotów z Tuluzy, a Frankowie przenieśli swe centrum polityczne do Paryża. Na miejscu pozostali biskupi i lud, stąd brak wyższej kultury, ale i chrzest Franków w obrządku katolickim. Chlodwig przyjął go wedle tradycji w 496 (czasem mówi się o dacie 10-12 lat późniejszej, a źródeł z epoki na ten temat brak). Gest ten pozwolił mu zyskać poparcie biskupów > mas galo-rzymskich przeciw innym władcom Franków (nadal poganom) i rywalom z południa (ariańskim Gotom i Burgundom). W kierunku kościoła nakierowali władcę św. Remigiusz, biskup Reims i św. Klotylda, żona z katolickiej linii władców Burgundii (osoba jej dała pretekst do ingerencji w sprawy wewnętrzne południowego sąsiada). Mimo to miejscowi byli zrazu ludnością drugiej kategorii (np. główszczyzna za nich była o połowę mniejsza niż za zabicie Franka), ale już za galo-rzymskich współpracowników (współbiesiadników króla) wyznaczono główszczyznę trzykrotnie wyższą (to półtora grzywny za Franka). Chrzest ułatwił też sojusz z Bizancjum, a w początkach VI w. pod hasłem ortodoksji katolickiej Frankowie opanowali większą część południowej Galii. Nie przeszkodziły temu groźby króla Ostrogotów, Teodoryka z Rawenny (on sam borykał się z naporem Greków w Italii). Do 534 ujarzmiono Burgundów, a w 536 opanowano ziemie Wizygotów. Po pierwszej klęsce zadanej Wizygotom w 507, Chlodwig pozbył się swych salickich rywali, a Frankowie Ripuarscy (=nadrzeczni, czyli zza Renu) sami wybrali go swym królem, choć nigdy nie utracili poczucia swej odrębności, co potem dało dwa odrębne narody post-frankijskie.

Gdyby jego władza ograniczyła się do samej Galii, Frankowie najpewniej ulegliby dużo szybszej romanizacji, ale Merowingowie sięgnęli za Ren, gdzie z trudem - bez wzorów rzymskich - krystalizowały się państwa Alemanów (Szwabów), Turygnów czy Bawarów, naciskanych z drugiej strony przez Sasów. Już władcy z Kolonii ujarzmili Chattów (=Hesów), Chlodwig Alemanów, potem Bawarów (narzucono im frankijskich władców). Jego syn Teodoryk w 531 pobił Turyngów (z pomocą Sasów, którzy dostali w zamian część ich ziem). Ziemie bliżej Renu objęło osadnictwo frankijskie (stąd późniejsza Frankonia), tymczasem dawne ziemie Franków nad Morzem Północnym opanowali Sasi, którzy nie zostali ujarzmieni do czasów Karolingów, wywodzących się z Franków Ripuarskich, stąd ich większe zainteresowanie sprawami wschodnimi (opanowali całość ziem zachodnio-germańskich oraz skraj Słowiańszczyzny i Hiszpanii, nie mówiąc już o północnej Italii odebranej Longobardom). Nie byli to (wbrew XX-wiecznym nacjonalistom) Francuzi czy Niemcy, ale dwujęzyczni Frankowie. Osadnictwo frankijskie sięgało po Sommę i Mozę (a rozproszone po Loarę), co doprowadziło do zróżnicowania dialektów na północny d'oil i południowy d'oc. Francją w ścisłym znaczeniu nazywano północ (na ogół bez Bretanii), na południu żyli post-Rzymianie. Na północy, poza Paryżem czy Orleanem, rzymską cywilizację wyparło frankijskie barbarzyństwo. Na północy na obszarach rozwiniętych rolniczo (ex-latyfundia) masy Franków stanowiły 15-25% (tyle starczyło, aby miejscowi zaczęli ich naśladować, zwłaszcza wobec braku własnych elit). Na południu Frankowie to tylko armia, więc nie wywarli wpływu (tak samo Goci i Burgundowie), przetrwały miasta, pismo etc., a więc i wpływy rzymskie. Z czasem jednak poziom zaczął się wyrównywać, na północy pewne elementy tradycji rzymskiej zaczęli przyjmować Frankowie (dwór, potem kościół), na południu słabną one skutkiem wojen i braku dworu, ogólnie jednak coraz bardziej dominuje barbarzyństwo[6]. Rzymianie stracili nazwę, Frankowie język (synteza najpełniej się zrealizowała w północnej Galii, na południu i wschodzie niezbyt, co stało się potem jedną z podstaw ich separatyzmu).

Francja (=ziemia Franków) to Gali bez Bretanii i Akwitanii, Nadrenia, Hesja, potem też Frankonia (wcześniej, w III-IV w. to prawy brzeg Renu i zachodnia Westfalia), Francja jako państwo Merowingów to w/w plus południe Galii, czasem i południowo-zachodnie ziemie przyszłych Niemiec (tu nie każdy Germanin czy Rzymianin miał się za Franka, inaczej niż we Francji właściwej). Rozwój wspólnej świadomości etnicznej (francuskiej, w sensie germańskiej tradycji w romańskim wydaniu) był ułatwiony brakiem rzeczywistej tradycji i obrońców jej wyłączności, jak miało to miejsce u starszych ludów wschodniogermańskich. Szybkość procesu wspierała wspólna wiara, zwycięstwa, potem zerwanie z(e wschodnim) cesarstwem rzymskim. Miejscowa galo-rzymska w VI-VII w. często przyjmowała imiona Franków (odwrotnie tylko wyjątkowo), choć rozpad cesarstwa Karolingów uniemożliwił stworzenie jednego narodu. Naród frankijski czczono w sposób iście mesjański, na bazie ortodoksji katolickiej i niechęci do cesarstwa (wypominano Rzymowi prześladowanie chrześcijan, nie dbając o anachronizm, podobnie jak wątki anty/ariańskie w VIII w., gdy spisywano Prawo Halickie, w którym pojawiają się w/w wątki mesjańskie). Widać tu wyraźnie wpływ biskupów... rzymskich (nie pogańskich do VI w. Franków), ale z realiami się nie liczono. Grzegorz z Tours nie znał świata poza Galią i nie obchodziło go nic poza tym, co dotyczyło wiary-kościoła (ani Rzym, ani Frankowie poza ich elitą - elementem życia Galii - wykorzystał ich zresztą jako ilustrację swych nauk moralnych, nie chodziło mu o ich dzieje, język czy obyczaje). Smucił go upadek kultury, ale... świat się kończył! Co ciekawe, Frankowie mieli się za sojuszników cesarstwa, ale ludność galo-rzymska Galii, inaczej niż w Italii, wschodniej Hiszpanii czy Afryce nie witała w VI w. (w okresie rewindykacji ziem cesarstwa przez Justyniana) armii Bizancjum jako wyzwolicieli, nie poparła ich nawet południowa Galia.

Różnice między Frankami i Galo-rzymianami zatarły się już w VII w., miejscowi możni nie wspominali już o swym senatorskim pochodzeniu i nie dbali o wykształcenie (to sprawa kleru), barbaryzując się. Z drugiej strony pojawił się w tym czasie kler frankijski (wcześniej biskupami nawet na północy byli tylko miejscowi), np. św. Arnulf, bp Metzu, protoplasta Karolingów. Na północy galo-rzymianie utożsamili się z Frankami, nad Rodanem z - pokonanymi, ale zromanizowanymi już w pełni - Burgundami, w Akwitanii - po okresie współpracy z Chlodwigiem i jego synami - powrócił separatyzm. Dorabiano Frankom różne tradycje, wywodząc ich z Panonii, to znów od plemienia zachodniogermańskich Sigambrów (może weszli w ich skład) czy bóstwa morskiego (u Merowingów, może jako ślad pochodzenia znad Morza Północnego), ale galo-rzymscy autorzy dorobili im korzenie w Troi (od - nieznanego Iliadzie - Priama Młodszego, syna Priama z Iliady), co czyniło ich krewnymi Rzymian (z Eneidy), a potem zlali te wszystkie bajki w jedną całość (w połowie VIII w.): droga z Troi wiodła przez Panonię (miasto Sicambria). Dla efektu dodano Macedończyków i... Turków. Południe - poza częścią elity - nadal miało się jednak za Rzymian czy Burgundów, nie Franków, czemu sprzyjała odrębność prawa (oba frankijskie na północy, burgundzkie czy rzymsko-gockie na południu). Już w czasach wnuków Chlodwiga narastał opór wobec zdobywców (zrazu wśród Germanów za Renem, potem na południu Galii). Ba, separatyzm objął i samą Francję (na zachodzie romanizującą się wraz z dworem, a na wschodzie opierającą się temu, a zróżnicowanie językowe pogłębiały różnice - także prawne - między samymi Frankami: Salickimi i Ripuarskimi). Proces odśrodkowy został przejściowo powstrzymany przez Karolingów ze wschodniej części państwa Franków: w 687 pobili oni merowińskich władców z części zachodniej, a potem przywrócili autorytet władzy na nie-frankijskich terenach na wschodzie i południu. Rozdmuchane propagandowo zwycięstwo nad Arabami pod Poitiers w 732 uczyniło ich obrońcami chrześcijańskiej Europy przed naporem islamu. Pozwoliło to na powrót (np. w Prawie Salickim) do frankijskiego mesjanizmu (z braku wroga - po przejściu sąsiednich arian i pogan na katolicyzm - anachronicznego).

Tym razem budowano go nie w sojuszu z greckim cesarstwem, ale z papiestwem. Potrzebowało ono wsparcia przeciw tendencjom zjednoczeniowym cesarstwa w skali Morza Śródziemnego a Longobardów w Italii. Papieże chcieli też użyć Franków do akcji misyjnej wobec pogan na wschodzie, co Karol Wielki zrealizował przemocą wobec Sasów, a wspierani przezeń mnisi z Brytanii wobec innych ludów, także samych Franków. Od Karola Młota począwszy zaczęła się tu reforma kościoła: szło o utworzenie organizacji hierarchicznej, w dogmatyce i liturgii uznającej zwierzchność Rzymu, oraz usunięcie ludzi niewykształconych i moralnie niegodnych. Papież tak bardzo potrzebował Franków, że nie protestował, gdy Karolingowie konfiskowali dobra kościelne i nadawali je swym konnym rycerzom, będącym bazą ich przewagi nad rywalami. Papiestwo dostało zresztą - jako państwo kościelne - dobra zdobyte na Bizancjum w środkowej Italii. W zamian pomogło Karolingom w 751 odsunąć od władzy Merowingów także formalnie: Pepin został przez papieża namaszczony na króla (analogicznie pół wieku potem papież koronował Karola Wielkiego na cesarza). Papieże podsycali też mesjanizm Franków, jako ludu umiłowanego przez Boga, kierując go przeciw Longobardom (np. odradzając niby-mezalians w postaci ślubu Karola z longobardzką królewną). Ówczesne odrodzenie literatury pozwoliło na uniwersalistyczne rozszerzenie tego i wejście Franków w rolę dawniej spełnianą przez Rzym: obrony prawowierności wewnątrz chrześcijaństwa i przed poganami, czy szerzenie wiary na zewnątrz. Widać to po redukcji kultu patrona Galii, św. Marcina na rzecz kultu patrona całego chrześcijaństwa, św. Piotra. Wzorem Rzymian, wrogów Franków zaczęto nazywać barbarzyńcami. Zwieńczeniem tego procesu mogłaby być cesarska korona Karola, jednak idee te były dziełem uczonych, gdy sam Karol miał do nich stosunek ambiwalentny - dbał np. o spisywanie historii językiem ludowym, w germańskim - a Frankowie byli przywiązani do własnej tradycji i niechętnie przyjmowali spadek antyczny. Dużą popularnością cieszyli się wrodzy cesarstwu pisarze wczesnochrześcijańscy, zwłaszcza Augustyn. Wynikało to być może także z opozycji do Bizancjum (zgodzono się uznać Rzym papieski).

Frankom nie udało się nigdy zasymilować ziem leżących poza granicami Francji (Galia północna i Nadrenia). Alemanowie od czasów Chlodwiga płacili trybut i dawali posiłki wojskowe Frankom, ale w miarę słabnięcia władzy Merowingów stawali się coraz bardziej samodzielni. Książęta narzuceni przez Franków (miejscowi czy obcy) związali się z miejscowym społeczeństwem i jego tradycją. Poza elitą do misji św. Gawła (Gallusa) w VII w. byli poganami. Powstanie biskupstwa w Konstancji sprzyjało usamodzielnieniu się księstwa. W odpowiedzi Frankowie oderwali od księstwa Alzację i stworzyli dla niej biskupstwo w Strasburgu. Opór Alemanów stłumili dopiero Karolingowie w 746, likwidując księstwo i konfiskując majątki możnych, którzy trwali w opozycji (część wraz z klerem poddała się już wcześniej). W IX w. pojawia się nowa identyfikacja, elity określają się mianem Szwabów, choć dla obcych nadal są Alemanami (we francuskim ich imię stało się synonimem Niemców w ogóle). Ośrodki kultu, jak St. Gallen i Reichenau, nie były antagonistyczne wobec Franków, stając się ostoją frankijskiego patriotyzmu. Bawarzy tylko formalnie zależeli w VI w. od Franków, opierając swój opór na współpracy z Longobardami. Ostatni książę Bawarii, Tassilo II był zięciem ostatniego króla Longobardów, Dezyderiusza. Chrześcijaństwo szerzyło się dzięki wpływom z Burgundii, potem głównie misjom iroszkockim, wreszcie związkom z kościołem frankijskim (niezależnego kościoła bawarskiego nie udało się uzyskać, bo papież był niechętny współpracy Bawarów z Longobardami, jego przeciwnikami w Italii). Związki kleru i możnych z Frankami osłabiły opór książąt, spacyfikowany wyprawami w latach 725, 728 i 743. Gdy Tassilo odmówił udziału w wojnie z Longobardami i zaczął współpracę z Awarami, w 788 Karol Wielki obalił go, zamieniając karę śmierci na dożywocie w klasztorze, co skłóceni z nim możni przyjęli bez oporu. Nie zlikwidowano autonomii, a w 798 otworzono arcybiskupstwo w Salzburgu, czego wcześniej nie potrafili osiągnąć miejscowi książęta. Karolingowie cieszyli się poparciem, bo udało im się powstrzymać napady Awarów i Czechów na Bawarię. Tu też syn Ludwika Pobożnego, Ludwik Niemiec założył swą stolicę w Ratyzbonie, czyniąc z Bawarii bazę dla swej polityki w skali całego, rozpadającego się państwa Franków. Nie zatarło to jednak poczucia odrębności Bawarów. Zachowała je także Turyngia, mimo jej rozbioru w 531 między Franków, Sasów, Bawarów i Słowian. W obliczu ekspansji Słowian, Merowingowie tolerowali umacnianie się resztek Turyngii w VII w. Ludność, wbrew książętom, była niechętna chrześcijaństwu, stąd jej współpraca ze Słowianami przeciw Frankom. Po 717 uzależniona przez Karolingów, została poddana misji św. Bonifacego (z Bawarii), w Erfurcie utworzono biskupstwo, ale z obawy przed separatyzmem Frankowie je zlikwidowali, poddając jego ziemie diecezji w Moguncji. Opór zanikł za Karola Wielkiego, jednak w IX w. powrócił separatyzm, choć książętami byli frankijscy marchionowie. Turyngia była jednak zbyt słaba, aby wykorzystać rozpad cesarstwa i odzyskać niezależność, w X w. stała się przedmiotem rywalizacji Franków i Sasów.

Fryzja rosła w siłę w VIII w., dorobiła się nawet silnej monarchii, ale pogańska reakcja zniszczyła to, umożliwiając podbój przez Franków w części zachodniej (wschodnia trwała w pogaństwie, współpracując z Sasami). Gdy w IX w. rozwinęła się tu żegluga i handel, kraj gospodarczo związał się z zapleczem i nawet rozpad cesarstwa nie zaowocował jakimś separatyzmem. Zupełnie inaczej było z Sasami, którzy mieli silne więzi plemienne (także z rodakami z Anglii, co ułatwiło tamtym misje). Długo trwali w pogaństwie, nim nie ujarzmił ich i siłą ochrzcił Karol Wielki. W ramach cesarstwa obie elity uległy silnym powiązaniom, ale nie przekreśliło to poczucia odrębności, a nawet pewnej wrogości wobec Franków (także wśród ich rodaków, którzy szybko wrastali w miejscowe środowisko), choć związki z nimi przyczyniły się do szybkiej i pogłębionej recepcji ich kultury. Pojawiła się nawet własna twórczość literacka: poeta Saxo, teolog-heretyk Gotszalk, czy autor Helianda, pogańsko-plemiennego w swej wymowie poematu o Chrystusie. Nowym nabytkiem Franków była też Septymania, gocka część Galii, która opierała się Frankom, póki Hiszpania nie została podbita przez Arabów. Frankowie obsadzili ją wówczas swymi ludźmi i zbiegami zza Pirenejów. To wśród nich pojawiła się idea rekonkwisty. W początkach IX w. odbili oni ziemie po Ebro, późniejszą Katalonię, a oba kraje zaczęto nazywać Gotią. To z tego środowiska wywodził się też kler współtworzącu odrodzenie karolińskie. Mimo związku z Frankami, pamięć o Gotach od IX w. stała się podstawą etnogenezy Katalonii (=Gotolanii). Żaden związek emocjonalny z państwem Franków nie zaistniał w okupowanej północnej Italii, zdobytej na Longobardach (ich pamięć przetrwała w nazwie Lombardii), nigdy nie nazywano jej Francją nawet w najszerszym rozumieniu tej nazwy, jako ziem podległych państwu Franków (tradycji Italii nie przeszkodziło nawet rozbicie kraju między Franków, Arabów i Bizancjum).

W Armoryce w V w. zjawili się uciekający przed Anglosasami mieszkańcy Brytanii, wzmacniając siły miejscowych, niezromanizowanych Celtów. Dzięki nim kraj zyskał nazwę Małej Brytanii, po francusku: Bretanii. Byli to chrześcijanie, ale mieli inną organizację kościoła niż rzymski (analogicznie do Irlandii i Walii, społecznością kierowali opaci w randze biskupów). Bretończycy czasem formalnie uznawali władzę Franków, jednocześnie rozszerzając swe panowanie w głąb Francji (ekspansję ograniczało ich wewnętrzne rozbicie). Karolingowie odzyskali te ziemie (tworząc z nich Marchię Bretońską z Rolandem na czele) i narzucili swego (miejscowego) króla, co pozwoliło wzmocnić kraj, a następnie wykorzystać spory między Karolingami do uniezależnienia się (w 845 rozbili armię Franków a Marchię zlikwidowali). Mimo sporów wewnętrznych i najazdów Normanów, odrębność Bretanii pozostała oczywista, dzięki własnej kulturze i językowi, władzy i organizacji kościoła. Inaczej było z ludnością Baskonii, która nigdy nie zdołała stworzyć jednego państwa. Baskowie żyli od zawsze w północnej Hiszpanii (to miejscowa, nie zromanizowana ludność iberyjska). Pod naporem Gotów część z nich osiedliła się na północ od Pirenejów. Doskonale dogadywali się z miejscową ludnością romańską przeciw Frankom, a ich przywódcy romanizowali się. Mimo rozbicia wewnętrznego, frankijskie próby ujarzmienia ich kończyły się fiaskiem (mający walczyć z nimi przywódcy Akwitanii często wspólnie z nimi bili się przeciw Frankom; w walce z nimi - a nie islamem - poległ Roland). Rozproszeni między księstwa własne (Gaskonia, Nawarra) i cudze (Aragonia, Asturia) zachowali jednak poczucie wspólnoty. Największy problem stanowiła jednak odrębność południowej Galii: Akwitanii i Burgundii. W VII-VIII w. Akwitania była faktycznie niezależna, jedynie napór islamu i ostre represje ze strony Karolingów uniemożliwiły formalne zerwania. Opór był możliwy dzięki silnemu poczuciu odrębności i wyższości kulturowej wobec Franków. Po klęsce Rolanda w 778, Karol Wielki w 781 utworzył autonomiczne królestwo Akwitanii ze swym synem, Ludwikiem Pobożnym na tronie. Ten, sam dziedzicząc po śmierci ojca cesarstwo, przekazał tron synowi, Pepinowi. Po jego śmierci możni Akwitanii chcieli uniemożliwić decydowanie o swym tronie cesarzowi i oddali tron jego synowi, Pepinowi II, ale cesarz to zanegował, a traktat z Verdun w 843 oddał te ziemie Karolowi Łysemu, jednak miejscowi stali przy swym królu do jego śmierci w 865. Potem panowanie Franków stało się formalnością i tylko wewnętrzne rozbicie dzielnicowe w samej Akwitanii uniemożliwiło stworzenie osobnego królestwa. Poczucie odrębności narastało tu powoli, skutkiem braku asymilacji wobec Franków u miejscowych Rzymian.

Inaczej było w Burgundii, gdzie trwała pamięć krótkotrwałego, ale silnie zakorzenionego własnego królestwa. Nazwa Burgundów wskazuje, że przyszli oni ze Skandynawii (synowie północnego wiatru); przez Bornholm i południowe Pomorze dotarli w IV w. na granice rzymskie, za pośrednictwem Alemanów zaciągając się na służbę cesarstwa, co sprzyjało wykształceniu się u nich monarchii. Próba przejścia Renu (do Galii) skończyła się tragicznie (w 436 Aecjusz nasłał na nich Hunów, co doprowadziło do ich zdziesiątkowania, jednak w 443 osadził ich resztki w Sabaudii). Jeszcze nad Renem przyjęli chrzest i to katolicki, ale w Sabaudii zaczęli przyjmować arianizm, choć nawet część dynastii trwała chyba w poprzednim obrządku. Walczyli dla Rzymu na Polach Katalaunijskich w 451, gdzie znów ponieśli duże straty, potem w Hiszpanii w 456, lecz po śmierci kolejnego z cesarzy od 457 zaczęli się usamodzielniać. Opanowali Lyon, gdzie założyli swą stolicę. Lawirując między Gotami i Frankami, Burgundowie stworzyli sprawne państwo i rozszerzyli jego granice, zachowując rzymską administrację i współpracując z Bizancjum. Od początku byli plemieniem niezbyt licznym, przeżyli dwie masakry, więc bez oparcia w ludności miejscowej nie zdołaliby się utrzymać. Choć formalnie zachowali osobne prawo rzymskie i własne/plemienne, ich spisaniem (ok. 500) zajęli się ci sami rzymscy prawnicy. Obie nacje były równe wobec prawa, mogły zawierać mieszane małżeństwa, mając jednakowy dostęp do stanowisk w wojsku i administracji. Jedyną przeszkodą w pełnej asymilacji był arianizm, choć był on tolerancyjny (w przeciwieństwie do innych Germanów-arian), a miejscowi władcy utrzymywali dobre stosunki z biskupami i papieżem. Trwali w arianizmie potrzebując wsparcia Gotów przeciw Frankom, ale ok. 500 przyjęli katolicyzm, co nie uchroniło ich przed krucjatą Merowingów i uzależnieniem w 534. Ostatni król, Zygmunt poległ w walce i jako pierwszy władca został uznany przez kościół świętym. Kult jego i - przez niego ustanowiony - św. Maurycego stał się bazą dla krystalizacji tradycji burgundzkiej odrębności. Opór był słaby, bo Frankowie także byli katolikami (a arianizm u Burgundów szybko zanikł). Kraj (także jako frankijskie królestwo dzielnicowe) od początku nosił nazwę Burgundii, z którą - sama w sobie była symbolem opozycji wobec Franków - identyfikowali się miejscowi Rzymianie i napływowi Germanie. Odrębności kraju bronili jedni i drudzy, także miejscowi biskupi, którzy wyrośli na przywódców opozycji (paru z nich zginęło za to), a nawet urzędnicy frankijscy (w tym niektórzy lokalni majordomowie). Wszystko to jednak było przejawem separatyzmu dzielnicowego możnych a nie odrębnej świadomości etnicznej, która - inaczej niż w Akwitanii - nie rozwinęła się tu nigdy. Karol Młot włączył kraj w system administracji frankijskiej, a w IX w. była on dzielony między frankijskie królestwa dzielnicowe, co utrudniało wytworzenie się poczucia wspólnoty nawet na poziomie opozycji między wschodnią i zachodnią Francją. Po 888 utworzono tu osobne królestwo, ale miało ono charakter feudalny. Był to zlepek różnych ziem i ludów (dialekty romańskie d'oc i d'oil, owoc ekspansji ku Lotaryngii, czy język germańskich Alemanów na ziemiach późniejszej Szwajcarii, bo sam burgundzki zanikł) z przewagą możnych.

Jednak to nie te, mniejsze czy większe, lokalne tendencje separatystyczne, ale tendencje odśrodkowe w samej Francji rozsadziły cesarstwo. Nigdy nie udało się zintegrować obu części kraju, a z czasem odrębności się pogłębiły. Poszerzając imperium zaniedbano państwo narodowe (analogicznie do Rzymu w III-II w. p.n.e.) i w IX w., zamiast zwieńczenia etnogenezy Franków, zaczyna się etnogeneza dwu nowych narodów, Francuzów i Niemców. Sięga to samych początków państwa i władzy zachodnich Franków Salickich nad wschodnimi Frankami Ripuarskimi oraz roli (centrum politycznego) dynastii salickiej, z czym wiąże się najwęższy, ale i najmocniejszy sens nazwy Francji: Ile-de-France. Podział ów kontynuował rozpad dzielnicowy państwa Merowingów w VI-VII w. na wschodnią Austrazję i zachodnią Neustrię (tzn. państwo wschodnie i nowe państwo, co jest elementem polemiki Francji staro-plemiennej z kolonią w Galii, która wzięła nad nią górę i stała się nowym centrum). Dynastia uległa romanizacji, tradycji broniła część możnych, czasem pochodzenia... rzymskiego, wspieranych przez Burgundię (element plemienny był tu formą ideologii, nie rzeczywistą przyczyną oporu). Możni wykorzystywali czy wymuszali osadzanie na tronie Austrazji nieletnich książąt, co pozwalało im zachować faktyczną władzę. Nie przekreśliły tego momenty zjednoczenia, a odrębny rozwój obu części kraju pogłębiał rzymsko-germańską polaryzację kraju: wcześniej ludność językowo-romańska i germańska żyła w obu częściach kraju, potem jednak na wschodzie górę biorą elementy czysto-germańskie, a na zachodzie rzymskie, wypierając inne). Możni ze wschodu już wcześniej próbowali sięgnąć po władzę (zamach majordoma Grimoalda, który w 656 osadził na tronie Austrazji swego syna, skończył się tragicznie), ale dopiero Pepin II (siostrzeniec tamtego) pokonał wojska Neustrii w 687 i osiągnął faktyczną władzę w całym kraju, a jego potomkowie uzyskali formalnie koronę królewską w 751, potem i cesarską. To, że kraj się nie rozpadł już wtedy, wynikało z przywiązania do plemiennej tradycji-identyfikacji z pojęciem Franków i Francji: wojny między wschodnią i zachodnią częścią miano za domowe, inaczej niż konflikty z Akwitanią czy Burgundią. Pewne osłabienie związków gospodarczych z Morzem Śródziemnym przy ożywieniu północy (od Fryzji w głąb ziem nad Mozą i Renem) sprzyjało wyrównaniu poziomów rozwoju. Jednocześnie starcia zewnętrzne (na zachodzie z Bretończykami, Baskami i Akwitanią, tych zaś z Arabami, a na wschodzie z Sasami i Fryzami, zaś Bawarii z Awarami i Słowianami) kazały szukać pomocy u reszty.

Możni gotowi byli szukać wsparcia u Karolingów, nawet wbrew własnym książętom, jak w Bawarii. Nową elitę tworzyli możni Franków z rejonu nowego centrum, między Mozą a Renem, nie Ile-de-France jak dotąd. Drugą grupę stanowił kosmopolityczny kler mażący o wskrzeszeniu imperium pochodzący z Irlandii, Anglii, Gotii, Lombardii i Francji. Trzecią - pochodzący z uzależnionych krajów - możni, którzy nie byli Frankami, ale poszli na współpracę z Karolingami, skoligacili się z państwową elitą. Wszyscy oni byli wysłani na urzędy wszędzie, od Italii po Bretanię i od Katalonii po Saksonię. Nadania ziemi w całym imperium sprzyjały utożsamieniu się z całością. Bronili oni jedności, także potem, gdy stała się już fikcją. Podział państwa w 806 po śmierci Karola Wielkiego nie przekreślił jedności: senior dostał większą część Francji, juniorzy ziemie od niej zależne. Ludwik Pobożny przeżył braci i zjednoczył kraj, był jednak nieudolny. Odżyły separatyzmy lokalne i spory wewnętrzne, choć elita była za jednością nawet po Verdun w 843. Dopiero ten podział - między synów Ludwika, inaczej niż w 806 i 817 - okazał się trwały. Czy przypadkowy podział w zgodzie z kryteriami językowymi był tego przyczyną? Wcześniej nigdy nie dzielono samej Francji (dziś uważa się to za przypadek - czynnik narodowy wykształcił się dopiero na bazie tego podziału). Co gorsza, dział Lotara (seniora) obejmował wprawdzie pas środkowy, ale był to zlepek różnych ziem od Italii przez Burgundię i Alzację po Fryzję (mieszanka językowa - spór o te ziemie pozostałych spadkobierców podziału, Francji i Niemiec trwał do połowy XX w.). Nie mógł on stać się bazą dla przywrócenia jedności, jak Ile-de-France dla Merowingów a ziemie między Mozą a Renem dla Karolingów. Układ z 843 mówił o współpracy przeciw wspólnym wrogom: Normanom, Arabom i Słowianom, ale każdy z braci liczył na potknięcia pozostałych i poszerzenie swej władzy. Lotar był chwiejny, nie umiał wykorzystać zwolenników zjednoczenia w prowincjach swych braci. Najlepszą sytuację miał Ludwik, który mógł liczyć na Bawarów, spacyfikował zwolenników Lotara we Frankonii i Szwabii. Sasi byli oporni, póki Lotar nie poparł przywódcy powstania ludowego w Saksonii, co wystraszyło możnych. Podlegali mu też miejscowi biskupi. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja Karola Łysego, który dostał ziemie, gdzie wcześniej nie rządził i nie miał żadnego oparcia, więc pozyskał możnych przywilejami, co od razu stworzyło ustrój inny niż w pozostałych częściach imperium. Swoją dzielnicę Karol musiał zdobyć, łamiąc opór Akwitanii i bunt możnych, którzy zaprosili na tron Ludwika Niemca. Musiał też bronić się przed Normanami, którzy swe ataki skoncentrowali głównie na jego części państwa Franków.

Dział środkowy, choć najsilniej z fraknijską tradycją związany, po śmierci Lotara w 855 rozpadł się na trzy części: Italię, Prowansję (Galia południowo-wschodnia) i ściślejszą Francję środkową, od czasów Lotara II zwaną Lotaryngią. Padały one - zwłaszcza Lotaryngia - ofiarą ekspansji władców wschodniej i zachodniej Francji (863, 869, 875). Gdy w 869 opanował ją Karol Łysy, koronując się tu po raz wtóry, w 870 został zmuszony przez Ludwika Niemca do oddania mu połowy kraju, a granica (z Leodium, Verdun, Toul i Besncon na zachodzie i Kolonią, Akwizgranem, Rewirem, Strasburgiem i Bazyleą na wschodzie) z grubsza odpowiadała późniejszej francusko-niemieckiej granicy językowej. Co ciekawe, poczucie odrębności dzielnicowej - istniejącej zaledwie od 27 lat - wzięło nad tym górę i już w 880 całą Lotaryngię zjednoczyli władcy wschodnio-frankijscy. Dawni Frankowie nadal byli ważniejsi niż przyszli Niemcy i Francuzi. Poczucie etnicznej odrębności kształtowało się zresztą nie na pograniczu (w dawnym centrum), ale w nowych ośrodkach władzy, nad Menem i Renem czy Sekwaną. Wschód i zachód były bardziej jednolite językowo niż obecnie pograniczny środek imperium. Karol Gruby objął władzę kolejno w Szwabii (a potem całych Niemczech), Lotaryngii, Francji (od 884) i Prowansji, był też królem Lombardii i cesarzem Franków, ale minione niespełna pół wieku starczyło, żeby nie miało to żadnego znaczenia i do zjednoczenia imperium nie doszło. Nie było już sił zainteresowanych jednością. Elita rozproszona po imperium przestała się liczyć, wyrośli lokalni przywódcy (często separatyzm rozniecali frankijscy możni, wysłani kiedyś by kontrolować prowincje a teraz z nimi zintegrowani przeciw imperium); ci, co się nie integrowali, wypadali z gry, obalani lub zmuszani do migracji tam, gdzie byli u siebie. Nie trzeba już było masy dziedziców - nie gardzono jednak fikcją władców małoletnich i bastardów - a w razie potrzeby sięgano poza dynastię (Odon z Paryża, Boso z Prowansji, Welf Rudolf burgundzki). Konflikty językowe istniały na pogranicz, ale nie miały skutków polityczno-etnicznych (częściej zresztą były wtórne wobec sporów politycznych czy religijnych, na które się nakładały, np. chrześcijaństwa z pogańską tradycją plemienną Franków). O ich małej roli świadczy to, że Lotaryngia i Burgundia, gdzie do nich dochodziło najczęściej, zachowały polityczną jedność opartą na poza/etnicznej tradycji czy interesach (do dziś przetrwało to w Szwajcarii). Język dopiero w przyszłości miał stać się spoiwem politycznej wspólnoty.

Przyszły język francuski miał trudniejszą sytuację niż niemiecki, w VIII w. nie wyodrębnił się jeszcze z łaciny (analogicznie włoski czy hiszpański), choć była ona inna niż w antyku rzymskim czy chrześcijaństwie. Od IV w. język ludowy i szkolny rozchodzą się. Jeszcze w V w. udawał się porozumieć, potem łacina szkolna służyła w życiu elit (urzędy, kościół), ale kazania, rozmowy i cały język mas to dialekty ludowe, co pogłębił upadek szkół (łacinę szkolną przestała znać także elita). W zapomnienie szła nie tylko literatura antyczna, ale i ojcowie kościoła, a Biblię (łacińską Wulgatę) studiowali tylko nieliczni. Już Grzegorz z Tours w VI w. pisał zepsutą łaciną (w tym czasie w Italii jeszcze starą znano), w VII-VIII w. było to powszechne. Zauważyli to nawet wschodnio-frankijscy duchowni, znający łacinę ze szkoły, nie z życia (zepsucie języka niweczyło magiczną moc modlitwy). Karol Wielki odnowił łacinę szkolną z pomocą kleru z Italii i wysp brytyjskich na przełomie VIII i IX w. Lud ich już nie rozumiał. Z drugiej strony dopiero Nithard (wnuk Karola i syn poety Angilberta) spróbował zapisać codzienny język Franków zachodnich (a i to łatając łaciną - przysięga strasburska z 842). Elita używała w piśmie łaciny, językiem mas interesował się tylko kościół. Dialekt Ile-de-France mógłby stać się językiem narodowym Francji (Galii), ale jej polityczny rozpad sprawił, że zamiast tego wykształciła się masa dialektów lokalnych, w dwu głównych grupach: d'oil i d'oc, nie wspominając o językach nie/romańskich, jak celtycki w Bretonii, baskijski w Gaskonii, czy germański tych Franków, którzy (w Galii) nie ulegli romanizacji (to jednak poza Flandrią zanikło wraz z rozpadem państwa Karolingów i frankijskiej tradycji). Język wschodnich Franków nazywano frankijskim, póki w VIII w. się nie okazało, że we Francji właściwej (Ile-de-France) używa się romańskiego i wtedy germański język Franków nazwano theudisk (niemieckim), co stało się potem elementem etnogenezy Niemiec. W IX w. odnoszono to już do ludzi, potem kraju. Ten kierunek rozwoju pojęć to ewenement, uboczny skutek nietypowej sytuacji: utraty (określenia) tożsamości na rzecz ziem podbitych w Galii przy zachowaniu poczucia odrębności, gdy w starym kraju żadna grupa plemienna czy państwo nie wzięło góry nad resztą > nikt nie narzucił swego imienia jako nowego innym.

Słowo theudisk (deutsch) utraciło tu swój pierwotny sens (natio/gens, etnos, lud/naród etc.). Wg Jacoba Grimma język nazwano ludowym w opozycji do uczonej łaciny, ale to mit - język ludowy nazwano by wulgarnym czy rustykalnym. Inni sądzili, że to określenie uczone (na dworze istniało już w 780, gdy w niemieckim dopiero w X w.) na język zorganizowanego ludu (armii i sądu, czyli państwa w opozycji do łaciny kościoła), analogiczne do diete (ang. diet), określającego sejm w Niemczech do Napoleona, Szwajcarii czy Polsce. Wg popularnej tezy theudisk to na pograniczu germański w opozycji do romańskiego, określanego jako walhisk (stąd Walia, Walonia, Włochy czy Wołosi). Tylko tam, gdzie współistnieli Frankowie romańscy i germańscy, a więc na dworze lub na pograniczu, język mógł stać się bazą identyfikacji tych drugich. Sam Karol Wielki interesował się językiem Franków (tak jak łaciną szkolną, ale nie romańskim dialektem ludowym) i to czynnie: zbierał pieśni, nadawał germańskie nazwy miesięcy i wiatrom; to krok ku literaturze narodowej, tworzeniu języka literackiego. Z eposów tych zachowały się tylko dwie strony Pieśni o Hildebrandzie (widać potem zainteresowanie spadło, nie było już dworu, a dla kleru to pogaństwo lub ariańskie bałwany, jak posąg Teodoryka Wielkiego sprowadzony z Rawenny i zaginiony po śmierci cesarza, dla którego był on Dytrykiem z Bern, herosem germańskich eposów). Uczeni[7] Karola Wielkiego wiedzieli o pokrewieństwie języków germańskich i terminem lingua Theodisca określali język Franków, ale i Alemanów, Bawarów, Turynów, Fryzów i Sasów (najstarsza wzmianka z 786 odnosiła się nie do Franków, ale Anglosasów z Brytanii), czasem rozciągając to na Gotów etc. W 830 tym mianem nazywano ludy germańskie w ogóle, wskazując - za Jordanesem - Skandynawię jako ich praojczyznę i dodając do ich liczby Normanów. Przywracano pamięć o runach, tłumaczenia Biblii (gockiego Wulfili?). Jednocześnie dokonywano nowych tłumaczeń (np. Heliand, gdzie określenia Theodisca i Germanica stosuje się wymiennie). Skutkiem przesunięcia centrum politycznego z zachodu na wschód państwa Franków akcent przeniósł się z kultury łacińskiej na germańską. Nie wyszło to jednak poza jeden ogólno-frankijski patriotyzm. Odejście od samookreślenia się na bazie państwa Franków ku językowi germańskiemu pozwoliło na niekonfliktowe tworzenie wspólnoty interesów (różnej od Franków z Galii) ludów dawnych panów i poddanych, będącej bazą etnogenezy Niemiec.

Frankom udało się unikać błędów innych plemion germańskich na ziemiach Rzymu, przede wszystkim stworzyli wspólnotę z poddanymi na bazie jedności wiary katolickiej, ale szybka ekspansja imperium - i to na terenach pogranicza germańsko-romańskiego, nie ziemiach czysto-romańskich, jak u innych, i przy ich dużej liczbie - uniemożliwiła ich asymilację z miejscowymi. Przy pierwszym kryzysie jedność uratowała potrzeba obrony przed sąsiadami, głównie Arabami, ale za drugim razem ataki Normanów nie wywołały tendencji jednoczących, imperium było zbyt wielkie. Nie doszło tu nigdy do utożsamienia się z krajem, a bez tego trudno mówić o narodzie, a nie tylko plemieniu. Gotom w Hiszpanii udało się to, ale przegrali w starciu z Arabami. Longobardowie mimo prób nie opanowali Italii, stąd jej późniejsze problemy z etnogenezą. Frankowie opanowali Galię, ale swej identyfikacji nigdy do niej nie ograniczyli, mówiąc raczej o ludzie niż ziemi. Kościół w VIII w. przywrócił antyczną nomenklaturę i dzielił Francję na Galię i Germanię. Wraz z rozpadem państwa frankijskiego (narodu politycznego)[8] rozpad wg kryteriów etnicznych (wzmacnianych podziałem dzielnicowym) stawał się nieunikniony. Gdyby imperium[9] przetrwało, powstałby zapewne naród frankijski, bez tego rozpadł się na parę nowych a peryferie albo stworzyły własne narody (czasem późno), albo trwały w zawieszeniu (nigdy nie zrealizowała się - jak w Burgundii czy Lotaryngii - zostały wchłonięte przez innych lub trwają do dziś w postaci separatyzmu różnych grup w Hiszpanii, Francji etc.); najciekawszy przypadek to narody wielo/językowe - jak Belgowie i Szwajcarzy - pokazuje to, że nawet dwujęzyczność Franków nie byłaby przeszkodą.

Główną przyczyną rozpadu były różnice cywilizacyjne (ekonomiczno-kulturowe > polityczne) między Francją wschodnią i zachodnią. Wschodnia - późniejsze Niemcy - poza skrajem Bawarii i Nadrenii nie uczestniczyła w szerszej wymianie handlowej i gospodarce towarowej, znajdując się na ich marginesie. Na zachodzie kościół miał rzymską tradycję i nie żądał niezależności, wręcz zwierzchności w stosunku do władzy świeckiej, a hrabiowie wrośli w swoje okręgi i już od IX w. rządzili nimi dziedzicznie. Na wschodzie wszystko było dość świeże (tak chrzest, jak i władza) a elita ściśle zależna od króla (czy na zachodzie już wtedy nadania ziemi były ważniejsze od darów i łupów? To czyniłoby władzę centralną zbędną i dawało bazę dla feudalizmu). Państwo okazało się zbyt słabe by odeprzeć ataki Normanów (głównie na Galię. Italię i Prowansję atakowali Arabowie, Bawarię etc. Słowianie, potem Węgrzy). Każda część musiała się bronić sama, współdziałanie nic by nie dało wobec luźnych kup łupieskich (rozbicie ich a nawet upokorzenie ich niby-władców nie powstrzymywało ataków kolejnych), system pospolitego ruszenia był zresztą niewydolny, w panikę wpadali nawet zawodowi żołnierze, a król ograniczał się przeważnie do płacenia haraczy wikingom, którzy już złupili kraj. Najważniejsi stali się hrabiowie organizujący lokalną samoobronę (część z nich sięgnęła wkrótce po korony). Cesarstwo rozpadło się nie tylko na trzy królestwa, ale kilkadziesiąt okręgów. Intelektualistom nadal marzyła się jedność, co stało się zresztą możliwe dzięki szybkiemu wymieraniu kolejnych linii Karolingów, ale zjednoczenie państwa przez Karola Grubego przyniosło tylko rozczarowanie. Trwałym owocem okazała się pewna formacja kulturowa (analogiczna do hellenizmu po rozpadzie imperium Aleksandra Macedońskiego), więc dziś nie darmo nazywa się Karola Wielkiego ojcem Europy.


Janusz P. Waluszko


Przypisy

[1] Nawiasem mówiąc, to niezły argument dla obrządku SCS przeciw trójjęzycznej herezji kościoła oficjalnego. NB., poza Rumunią cerkiew zeslawizowała tu wszystkich, Bułgarów, Waregów, Finów etc. Na Zachodzie silny był spór łacińsko-germański, gdy Grecy i Słowianie żyli osobno na ogół, więc nie było tu konfliktu najeźdźców - Gotów i innych arian, ale i katolickich Franków czy Anglosasów - z miejscową zromanizowaną ludnością. Wytworzyły się tu różne mieszanki, raz brali górę jedni, raz drudzy. Potem dołączyły nowe ludy - słowiańskie, bałtyckie, skandynawskie, saskie czy ugrofińskie - była to już inna Europa, wychodząca poza limes.

[2] Można tu stworzyć ciąg: ród > mityczny ród: naród (organizacja wojskowa) > naród zorganizowany w państwo (terytorialny), ale nie da się wyodrębnić ściśle momentów przejścia, chyba tylko jego brak - niektóre plemiona nie dorobiły się poziomu świadomości narodowej i historycznego trwania narodu.

[3] Czy chrzest - ujednolicenie kultu/wiary - czyni z plemienia naród historyczny bez osobnej bajki?

[4] Podobnie było w Anglii; skąd te pretensje do spadku po Rzymie? Tu jeszcze da się je wywieźć z czasów gockich, choć Goci byli mu wrodzy, ale w Anglii króla Artura wyparli Sasi a ich Normanowie.

[5] Można mówić o pewnej analogii między Rusią a Rosją i Ukrainą czy Białorusią oraz W. X. Litewskim a Litwą i znów Białorusią (czy Polską - Litwo, ojczyzno moja). Bardziej skomplikowana sytuacja to Rzym > Bizancjum (= Romaioi) i Rum (turecki sułtanat w Anatolii) czy III Rzym (= Moskwa). Inną sytuacją jest przejmowanie spadku (tworzenie nowego centrum danej cywilizacji), jak Kartaginy po Fenicji, Nowej Grecji i krajów hellenistycznych obok(!) Grecji, czy Ameryki po Anglii, ale bez przejęcia nazwy, może też Żydów kosztem Filistynów. Kto tu jest prawdziwym spadkobiercą? Dany (fizycznie) lud, inni, którzy rozwinęli jego idee etc.?!

[6] W efekcie Karol Wielki w VIII/IX w. musiał zrobić renesans karoliński J!

[7] Zaczęto nawet mówić o włączeniu germańskiego do liczby języków świętych (obok hebrajskiego, greckiego i łaciny); czy potem cofnął to brak dworu, czy strach przed rozszerzeniem obrządku słowiańskiego - jawnie odrzucającego trójjęzyczną herezję papiestwa i Niemców - to oznaczałoby utratę wpływów na Słowian a może i wyparcie stąd katolicyzmu przez prawosławie, co jest swego rodzaju anachronizmem (nie było jeszcze dwu kościołów, a dla Słowian grecy byli tak samo obcy jak łacinnicy).

[8] U nas naród polityczny się nie rozpadł, cała szlachta czuła się Polakami, ale upadek państwa - I Rzeczpospolitej - sprawił, że wielo/etniczne (nie)imperium rozpadło się i nie powstał jeden nowoczesny naród sarmacki (coś w stylu brytyjskiego ponad angielskim); część ludzi weszła w skład różnych narodów, część nigdy nie uzyskała tożsamości etnicznej, zatrzymując się na poziomie tutejszych czy ludzi radzieckich (szczególnie wyraźne jest to na Białorusi, ale i na Ukrainie tego nie brak).

[9] Czy to znaczy, że imperium w Europie wywróciło się na mieszaninie językowej (romańsko-germańskiej, potem i słowiańskiej etc.) obok sporu cesarz/papież? Rzym też to miał, zrealizował wspólnotę śródziemnomorską, ale nie stworzył narodu, od połowy cesarstwa rozpadł się na łaciński zachód i grecki wschód, a przez brak jedności kulturowej nie mógł się odrodzić z upadku, jak Chiny.



  (1)    2    3    4    5    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)