Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 maja 2010

Janusz P. Waluszko

e-tom: Świt narodów europejskich

Benedykt Ziętara, Świt narodów europejskich, Warszawa 1985 (5)
Część 5


  < poprzedni    1    2    3    4    (5)  

Część 5.


Lotaryngia

Środkowa część państwa Franków układem z Verdun w 843 przypadła Lotarowi, seniorowi rodu. O ile na wschodzie powstały Niemcy, a na zachodzie Francja, o tyle Lotaryngia rozpadła się na części, o które rywalizowali potężniejsi sąsiedzi, choć niektóre z nich zdołały utrzymać niezależność, a nawet stworzyć własne narody. Kraj był zbyt podzielony górami, rzekami i lasami z jednej, a mozaiką języków romańskich i germańskich z drugiej strony, by utrzymać jedność i stworzyć naród lotaryński. Było to serce państwa Karolingów, z Metzem, Verdun, Akwizgranem, Kolonią i Trewirem. Dział Lotara mógł stać się bazą dla przywrócenia jedności karolińskiej Francji, był też oparciem karolińskich pretendentów do tronu w rozpadającym się imperium. By się powiodła odbudowa monarchii zabrakło Lotaryngii sił i talentu jej władcom. W 855 odpadła Burgundia z Prowansją, co uczyniło kraj pozostały w rękach Lotara II bardziej zwartym; od jego imienia nazwano go Lotaryngią. Przywiązanie do dynastii i szybko wytworzone (między 843-869) poczucie więzi kleru i możnych przetrwały upadek królestwa. Słaba pozycja władcy i rywalizacja obcych prowadziły do usamodzielnienia się możnych, to oni decydowali o tym, którzy z Karolingów będą panować. W X w. czuli się już Lotaryńczykami, także przez obserwatorów z zewnątrz brani byli za naród czy też plemię (gens), co było nieprawdziwe o tyle, że w ich skład wchodzili Frankowie Saliccy i Ripuarscy, Fryzowie i część Alemanów. Mimo różnic językowych, wspólnota interesów łączyła elitę w naród polityczny na bazie tradycji frankijskich, mocniejszych tu niż na wschodzie czy zachodzie. Brat Lotara, Ludwik II (z Italii) nie zdołał przejąć władzy w Lotaryngii, ubiegł go Karol Łysy (869), który rok potem musiał oddać część kraju Ludwikowi Niemcowi. Niby-etniczny podział kraju wg granic językowych nie przetrwał 10 lat, więzi wewnątrz elity były silniejsze. Od 880 Lotaryngia łączyła się głównie z Niemcami, choć stała była rywalizacja o nią czy ataki Normanów (od 850 na północ od Renu próbowali stworzyć własne państwo na wzór tego w Normandii). W wojnie domowej w 900 zginął ostatni własny władca Lotaryngii, Świętopełk (Zwentibold), jednak i wówczas, mimo obcego (niemieckiego) władcy Lotaryngia była odrębnym krajem z własną administracją (wspólny był tylko król, na zasadach unii), choć możnym przeszkadzało to, że był obcy. W 911 wymarła linia wschodnich Karolingów, więc Lotaryngia uznała zwierzchność linii zachodniej w osobie Karola Prostaka, który przyjął tytuł króla Franków (a nie np. Galii). Mimo słabości swej władzy we Francji, Karol próbował opanować całość dziedzictwa Karolingów, w oparciu o Lotaryngię właśnie, więc tu przeniósł centrum swej monarchii, co oznaczało zanik odrębności księstwa. Doprowadziło to do buntu i przyłączenia się do Niemiec, gdzie władzę przejął w 919 Henryk I. wprawdzie bunt się załamał, a układ z Bonn (921) doprowadził do podziału kraju między obu rywali, ale Karol został obalony we Francji w 923, co umożliwiło Henrykowi zbrojne przejęcie Lotaryngii w 925 (zachował autonomię tak, jak praktykował to w odniesieniu do innych księstw plemiennych w Niemczech, choć tu o plemieniu trudno mówić, a władza księcia pochodziła z nominacji władcy, nie elekcji serio). Pozycję księcia osłabiał opór możnych oraz naciski króla i jego biskupów. Otto I musiał jednak i tak koronować się we frankijskim stylu w Akwizgranie by oddalić pretensje od Lotaryngii ze strony Ludwika IV, znów Karolinga na tronie francuskim. Bunt księcia lotaryńskiego na rzecz Ludwika, mimo wsparcia przez braci Ottona, zakończył się klęską (sam książę i jeden z braci króla polegli). Bitwa pod Andernach w 939 była końcem autonomii Lotaryngii w ramach rzeszy niemieckiej. Bunty przeciw cesarzom i spory wewnętrzne wytworzyły u kronikarzy niemieckich opinię o niestałości plemienia (gens) lotaryńskiego.

Cesarze umacniali swą władzę przez obsadę biskupstw, konfiskaty majątków i nadawanie ich wiernym możnym, nieraz w postaci kompleksu kilku hrabstw, co stało się z czasem podstawą dla tworzenia się niezależnych władztw terytorialnych. Stosowano przy tym politykę skonfliktowania największych rodów z południa z możnymi z północy, co doprowadziło do rozpadu Lotaryngii na górną (właściwą) i dolną (=Niderlandy). Ostatni bunt w 953 był dziełem cesarskiego syna-namiestnika, który nie uzyskał poparcia miejscowych. Niemal samodzielną władzę nad krajem (zwłaszcza w stosunkach z Francją) przejął brat cesarza, arcybiskup Kolonii Brunon. Lojalne wobec władcy, ale i samodzielne rządy spacyfikowały lotaryńską opozycję. Często w miejsce hrabiów ustanawiano biskupów z Niemiec lub kolońskiej szkoły katedralnej Brunona, którzy przez półtora wieku utrzymywali kraj w posłuszeństwie wobec cesarza i Niemiec. Kraj zaczął się zresztą dzielić na samodzielne terytoria, które tworzyły trzy większe ugrupowania, właściwą Lotaryngię, Niderlandy i Nadrenię. Ta ostatnia najściślej związała się etnicznie z Niemcami, Lotaryńczycy w XVIII w. stali się przeważnie Francuzami, tylko Niderlandy doświadczyły samodzielnego procesu etnogenezy. To tu wśród rycerstwa i plebejuszy trwało przywiązanie do tradycji niezależności księstwa, którego spadkobiercy wciąż próbowali podsycać opór, a w 977 (wobec trudności Ottona II w Niemczech) odzyskali nawet swe dobra i lenna. Doszło też do próby odzyskania Lotaryngii przez Francję - cesarz oddał ją pozostającemu w opozycji bratu króla Francji, a ten się usamodzielnił, ale cesarz północną Francję spustoszył, oblegał Paryż i opanował sytuację w Lotaryngii w 978. W 987 Karolingowie stracili władzę także we Francji, gdzie odrzucono kandydaturę Karola Lotaryńskiego, jako lennika Niemiec, a w 1006 ta ich linia wymarła także w Lotaryngii, co pozwoliło jej dobra przejąć dawnym książętom z rodu Reginara, obecnie hrabiom Lowanium. Kapetyngowie nie mieli sił by walczyć o Lotaryngię, za to dla tutejszych możnych słaba monarchia francuska stała się atrakcyjnym wzorem do naśladowania. Niezależne władztwa powstały tu później niż we Francji, ale wcześniej niż w Niemczech. Ich zagmatwane granice stały się przyczyną nieustannych sporów i wojen. Główne władztwa to ziemie potomków Reginara, Hainaut i Brabancja, oraz rządzona przez siostrzeńca Henryka II, Holandia, rosnąca kosztem Fryzów i biskupstwa Utrechtu, z mniejszych m.in. rządzony przez boczną liczbę cesarskiego rodu Luksemburg, a na wschodzie biskupstwa Utrechtu i Leodium. W 1012 Henryk II nie radząc sobie z sytuacją w Lotaryngii mianował księciem dolnej Lotaryngii swego krewnego Gotfryda, hrabiego Verdun, który wprawdzie rozbił opozycję, ale szybko wszedł z nią w koligacje rodzinne. Jego syn, Gozelon w 1033 wymusił na cesarzu połączenie obu części Lotaryngii, ale nie zdołał narzucić swej władzy coraz bardziej samodzielnym hrabiom ani nie rozszerzyć książęcej domeny, o co zadbali cesarscy biskupi. Po śmierci księcia w 1044 księstwo podzielono, a jego syna za bunt pozbawiono władzy, pozostał jednak przywódcą opozycji, coraz silniej współpracującej z Flandrią, co już w XI w. zaczęło tworzyć poczucie wspólnoty niderlandzkiej ponad granicami państw.

Flandria była zamieszkała przez tą część Franków Salickich, którzy nie ulegli romanizacji. Jej hrabia opanował wiele hrabstw, sam odparł Normanów i brał udział w zagospodarowaniu kraju (osuszanie bagien nadmorskich, kolonizacja pustek powstałych wskutek najazdów, opieka nad klasztorami). Tereny nadmorskie kolonizowano przy pomocy gości (z ziem nad dolnym Renem, Mozą i Skaldą czy z Fryzji) osiedlanych na prawie czynszowym i zorganizowanych w organizacje (wateringe) do budowy i strzeżenia kanałów i grobli (wzorem Flandrii wkrótce poszła Holandia). Będąc najlepiej zagospodarowanym krajem Europy, Flandria przeszła do ekspansji, a nie mogąc iść na zachód (silna Normandia) zaczęła rozszerzać swe wpływy na wschód, na ziemie cesarstwa (drogą podboju, lenn i mariaży). Ród Gotfryda odzyskał tytuł księcia dolnej Lotaryngii, ale nie miało to już znaczenia, oparciem dla wpływów rodu były inne ziemie (najbardziej znaną postacią stał się Gotfryd de Bouillon, bohater I krucjaty). Po pewnym czasie tytuł odzyskali potomkowie Reginara, zmieniając go na bardziej adekwatny, książąt Brabancji. Tytuł książęcy zachowali zresztą władcy Limburga, sprawujący krótko władzę w Lotaryngii między Gotfrydami i Reginarami. Nie tylko księstwo straciło na znaczeniu, także wierni cesarscy biskupi w XI w. tracili wpływy. W kościele rosła liczba klasztorów i rola ich świeckich fundatorów. Jedni i drudzy wspierali papieskie reformy kościelne przeciw cesarzowi i jego biskupom. Spór o inwestyturę pozwolił im na uniezależnienie się a nawet przejście do ofensywy kosztem dóbr biskupich. Do zjednoczenia władzy w Niderlandach nie doszło tylko przez spory wewnętrzne w panującym rodzie, w które włączyli się koloniści z terenów nadmorskich i miejskie komuny. To oni wraz z drobnym rycerstwem (a nie możni czy obcy władcy) coraz częściej decydowali o obsadzie tronu. Hrabiowie Flandrii stworzyli wspólnotę, która teraz - skutkiem wspólnych dziejów, tradycji, interesów czy typu gospodarki - już ich nie potrzebowała. Bez zgody baronów, kleru i miast już w XI wieku nikt nie mógł utrzymać się przy władzy. Baronowie formalnie, a potem faktycznie i miasta uzyskali prawo elekcji władcy. Gdy w 1127 ich nominat został zamordowany, ogłosili swe prawo do wyboru, sądzenia i obalania władcy, a króla Francji (oficjalnego suwerena) pozbawili prawa do ingerencji w wewnętrzne sprawy Flandrii. Walki po śmierci Karola Dobrego umocniły solidarność wspólnoty i stały się zaczątkiem świadomości narodowej, mimo zróżnicowania językowego (dialekty romańskie i germańskie). Po raz pierwszy w Europie główną siłą w walce było mieszczaństwo, obok niego drobne rycerstwo, a nawet chłopi. Ogłoszenie odrębności Flandrii kontrastowało ze skupieniem się reszty Francji wokół Ludwika VI i św. Dionizego, współgrało za to z analogicznym separatyzmem dolnej Lotaryngii wobec cesarstwa, szczególnie Hainaut, Brabancji i Leodium.

W XI-XII w. w Niderlandach cesarskich rosły wpływy kulturowe i polityczne Francji oraz więzi dynastyczne z nią. Dla szlachty język francuski był modny, dla elity mieszczaństwa elementem naśladowania szlachty, ale i interesów w handlu z Francją i opanowaną przez Normanów Anglią, która stawała się coraz ważniejsza w rozwoju gospodarki: z angielskiej wełny produkowano najważniejszy towar Flandrii, sukna. Jednak ani kultura francuska, ani lojalność niektórych możnych wobec cesarza, ani kontakty z Anglią nie miały przełożenia na poczucie związków z tymi krajami. Kleryk z Leodium pisał, że Galia ma Flandrię za ostatnią a Germania za pierwszą - nie jest ona jednak żadną z nich i jest obu nimi naraz. W południowych Niderlandach jeszcze w XIII w. piszący po pikardyjsku poeta nie miał go za dialekt francuski. Na umacnianie więzi wewnętrznych wpłynął rozwój w XII w. drogi lądowej z Kolonii do Brugii przez Maestricht, Lowanium i Brukselę. Wcześniej dominowały drogi rzeczne północ-południe i tak formowały się terytoria polityczne. Teraz wielka droga połączyła dwa najważniejsze centra gospodarcze, sukiennicze we Flandrii i metalurgiczne w Leodium i Namur. Opanowanie tej drogi stało się głównym celem politycznym Brabancji, najważniejszej siły XIII-wiecznych Niderlandów, lawirującej między potężną Francją i cesarstwem oraz coraz silniej zaznaczającą się na kontynencie obecnością Anglii. Ekspansję utrudniał opór sił miejscowych, np. ludności biskupstwa Leodium, za to w walce o sukcesję limburską w 1288 pod Wrringen księciu udało się pobić zjednoczone siły arcybiskupa Kolonii oraz hrabiów Luksemburga i Geldrii. Główną siłą wojsk księcia była mieszczańska piechota, a zwycięstwo pozwoliło opanować wschodni odcinek drogi i otoczyć od wschodu dobra arcybiskupie. Decyzje cesarskie (Rudolf Habsburg nadał Limburg hrabiom Geldrii) nie miały żadnego znaczenia dla przebiegu sporu, za to bitwa opiewana po francusku i falmandzku, dała sławę dynastii brabanckiej, podniosła temperaturę lokalnego patriotyzmu i przywiązanie do niezależności. Dla Leodium podobną rolę odegrała bitwa pod Steppes w 1213, gdzie po klęsce sił biskupich i zajęciu stolicy przez wojska brabanckie mieszczanie i chłopi pobili okupacyjne wojska, co stało się dla nich elementem kształtowania się patriotyzmu lokalnego. W XII-XIII w. zmienił się charakter wojen w Niderlandach, w miejsce niemal permanentnych walk angażujących głównie rycerstwo przyszły wojny, które były ostatecznością, ale angażowały całe społeczeństwo, a jednocześnie przeciw rycerstwu wystąpiła mieszczańska piechota, która coraz częściej brała nad nim górę, a masowy udział w walce wzmacniał poczucie więzi ze wspólnotą. Wzmacniały to więzi ekonomiczne i wspólna, oparta na francuskich wzorach kultura.

W tym czasie obok w/w Flandrii, Brabancji czy Leodium doszło do konsolidacji Holandii, która uzależniła od siebie biskupstwo Utrechtu, toczyła rywalizację z Flandrią o wyspy Zelandii i kontynuowała podbój Fryzji. Hrabiowie korzystali ze wsparcia nowych tu miast i swą pozycję międzynarodową (w połowie XIII w. Wilhelm II został propapieskim anty-królem Niemiec, co wykorzystał dla swego kraju, ale poległ w walce z Fryzami, których podboju dokończył jego syn). W 1299 doszło do unii chłopsko-mieszczańskiej Holandii z feudalnym Hainautem, z czym Flandria pogodziła się dopiero w 1323. Zręczna polityka współistnienia dwu różnych systemów - mimo różnic językowych - po raz pierwszy powiązała północ z południem Niderlandów. Hrabiowie Luksemburga - mimo klęski pod Worringen - zrobili błyskawiczną karierę: Henryk IV został cesarzem jako Henryk VII, a jego syn Jan królem Czech, co jednocześnie umocniło samo hrabstwo. Flandria, broniąc się przed Francją (także na tle językowym), budowała swą świadomość narodową. W 1127/8 miasta oddały tron dynastii alzackiej, ale szybko wygasła. Francja zgodziła się w 1192 na elekcję hrabiego Hainautu, w zamian zabierając południową (romańską) część kraju (z ośrodkiem sukienniczym w Arras); wchłonęła też biskupstwo w Tournai. Hrabia Flandrii, Baldwin VI wziął udział w IV krucjacie i w 1204 został łacińskim cesarzem Konstantynopola, ale szybko zginął w walce z Bułgarami. Jego następca, mimo wsparcia Anglii i Niemiec, w 1214 nowy hrabia przegrał pod Bouvines. Zwolniony z niewoli w 1226 musiał uznać swą zależność od Francji. W 1246 Francja wymusiła podział kraju na Flandrię właściwą i Hainaut, pomiędzy nie- i -ślubnych synów hrabianki Małgorzaty, co osłabiło jego niezależność jeszcze bardziej. Co ciekawe, była to ingerencja króla francuskiego w wewnętrzne sprawy cesarstwa niemieckiego, do którego formalnie Hainaut należał. Spowodowało to, że dwór stał się francuski językowo czy kulturowo, a często i personalnie. Wpływy francuskie sięgały także elit miejskich. W tym czasie we Flandrii nastąpił silny rozwój rzemiosł sukienniczych, porównywalny z sytuacją w Italii, objęło to nawet wieś i przybrało formy kapitalistyczne. Praca nakładcza powodowała, że organizacją produkcji zajmowali się wielcy kupcy, a rzemieślnicy spadli do roli robotników-wyrobników. Prowadziło to do licznych sporów a nawet rewolt ludowych w Gandawie w 1274, a w 1280 w Brugii, Ypres, Douai i Tournai. Napięcia społeczne nałożyły się na konflikty polityczne i - poza czysto francuskim południem kraju - kulturowe (spory o język). Opór Flamandów przeciw królowi Francji stał się walką przeciw państwu, narodowi i językowi francuskiemu.

Francuskojęzyczna elita mieszczańska coraz częściej była za królem a przeciw własnemu hrabiemu, choć też był Francuzem, zaś flamandzcy chłopi występowali przeciw francuskojęzycznej szlachcie (w 1225 na ich czele stanął Baldwin-samozwaniec). Zasięgiem sporu i skupieniem na kwestii językowej zbliżało się to do poziomu XIX-wiecznego nacjonalizmu. Konflikty społeczne sprawiały jednak, że walkę o niezależność Flandrii wspierali także ubożsi francuskojęzyczni mieszkańcy południa kraju. Obcą dynastię - zagrożona ingerencją Francji w kwestie sporów z wasalami - w sporze z królem poparły masy ludowe, na co elity odwołały się do parlamentu (sądu najwyższego) w Paryżu. Król przysłał swoich namiestników, działających ponad głową hrabiego, a gdy do tego doszła ingerencja w sprawy majątkowe samego władcy, z pomocą Anglii rozpoczął on w 1297 wojnę z Francją (Anglia wycofała się dwa lata potem). W 1300 hrabia jednak skapitulował, został uwięziony, a Flandria wcielona wprost do domeny królewskiej. Przed upadkiem hrabia nadał miastom szerokie przywileje, poszerzające autonomię i ułatwiające rozwój handlu czy rzemiosła oraz dające pospólstwu dostęp do rad miejskich. Zachowanie króla i jego urzędników tak bardzo z tym kontrastowało, że lud upomniał się o (obcą wszak) dynastię hrabiów Flandrii, rozpoczynając w 1302 w Brugii (a potem i innych miastach i wsiach na północy) rzeź Francuzów (zabijano każdego, kto nie umiał wymówić flamandzkiego hasła buntu: tarcza i przyjaciel) i masakrując pod Courtrai francuską armię interwencyjną (miejscowa mieszczańsko-chłopska piechota - wspierana zaledwie przez 30 rycerzy hrabiego Jana z Namur - nie brała jeńców). Nienawiść klasowa i etniczna zbiegły się tu w pełni. Feudalna i mieszczańska elita flandryjska była równie przerażona jak król Francji (zaniechał otwartych bitew w polu), co sprawiło, że pokój z 1305 okazał się dla Francji korzystny, a drogi północy i południa kraju zaczęły się rozchodzić. Mimo to walki graniczne, głównie z winy Francuzów, toczyły się do 1320. W 1323 wybuchło kolejne powstanie przeciw elicie będącej sojusznikiem Francji i - tym razem - hrabiemu, które krwawo stłumiono po klęsce powstańców pod Cassel w 1328, jednak represje wzmocniły tylko poczucie wrogości i w 1339 doszło do kolejnego powstania.

Ziemie od Flandrii po Holandię, Geldrię i Luksemburg nie zostały objęte francuskim czy niemieckim procesem etnogenezy. Do XI w. hamowała to tradycja lotaryńska, potem patriotyzm lokalny poszczególnych terytoriów, rozwijający się bez związku z obu sąsiadami, a nawet w opozycji do nich. Ziemie te były przeważnie dwujęzyczne, co pozwoliło na ogół uniknąć budowania tożsamości jedynie w oparciu o język i wiązania się na tym tle z Francją czy Niemcami. Większą rolę odegrały wewnętrzne powiązania gospodarcze > inny model cywilizacji. Po okresie dość naśladowczej literatury dworsko-rycerskiej pojawiła się oryginalna twórczość mieszczańska. Na bazie tych więzi w końcu XIV w. dojdzie do próby zjednoczenia całych Niderlandów przez dynastię burgundzką. Wiek potem zaowocuje to powstaniem dwujęzycznego narodu burgundzkiego, coraz częściej nazywanego antyczno-łacińską nazwą Belgii. Flandria nie czuła związków z Francją a na akcję integracyjną Kapetyngów zareagowała zaciętym oporem i nienawiścią do Francuzów. Zabór południowej części Flandrii tylko to pogłębił, bo kraj stał się językowo obcy Francuzom, a wewnętrznie - poza elitą - niemal jednolity. Hrabia - obcy kulturowo - był popierany tylko wtedy, gdy walczył z Francją - czasem kraj walczył zresztą sam, bez władcy (1301, 1339), bo tworzył się tu naród i to obejmujący całe społeczeństwo, aż po chłopów. Potem, w ramach księstwa burgundzkiego trwało to w postaci separatyzmu lokalnego. Co sprawiło, że społeczeństwo pogodziło się z burgundzkim Filipem Śmiałym, francuskojęzycznym i pochodzącym z francuskiego rodu królewskiego: zjednoczenie z Flandrią ziem zabranych przez Francję, rozszerzenie tego na całość Niderlandów, czy tolerancja i otwarcie na miejscową kulturę?! Najważniejsze było to, że jego osoba gwarantowała, że kraj nie będzie wchłonięty przez Francję. Zjednoczenia kraju pozbawiło go znów jednolitości językowej, ale teraz cała elita - także w Holandii - używała francuskiego jako języka oficjalnego i jednocześnie znała flamandzki. Reformacja > rewolucja w XVI wieku zahamowała proces etnogenezy narodu burgundzkiego i rozbiła formującą się wspólnotę na szereg różnych, nieraz wzajemnie sprzecznych tożsamości - (ogólno)niderlandzką: holenderską i belgijską: flamandzką i walońską - co trwa do dziś.


Wnioski

Autor z braku materiałów (trudności dotarcia do nich czy braku wyników zakończonych badań) oraz ograniczonej objętości pracy nie omówił wszystkich ówczesnych procesów etnogenezy, m.in. Anglii, gdzie skomplikowany proces brutalnie przerwał najazd normański, ale Normanowie nie zdołali narzucić miejscowej ludności swej francuskiej kultury. Walii udało się obronić własną tożsamość, mimo politycznej i kościelnej zależności od Anglii. W Szkocji na kulturę celtycką nałożyły się wpływy angielskie i normańskie. Na tendencje zjednoczeniowe w Hiszpanii - obok walki z islamem - nałożyły się wspólne tradycje wizygockie, choć historia sprawiła, że wytworzyły się lokalne tradycje: portugalska, kastylijska i aragońska (a przez moment istniała możliwość wytworzenia się wspólnoty katalońsko-prowansalskiej) z własną historią, dynastią, ustrojem, strukturą społeczną i kierunkiem ekspansji, wpływami kulturowymi czy dialektem. W Skandynawii powstało kilka odrębnych wspólnot (duńska, szwedzka, norweska czy islandzka), choć była szansa na wytworzenie się jednej wspólnoty (różnice między poszczególnymi narodami były niewiększe niż między plemionami > księstwami rzeszy niemieckiej), jednak unia kalmarska z 1397 przyszła za późno. Zientara ogólnie wspomina też o pominięciu tematyki węgierskiej, słowiańskiej (z kręgu łacińskiego i greckiego) czy greckiej, jako będących wówczas w fazie badawczej. Ważniejszą od omówienia kolejnych przykładów kwestią jest spór o to, czy naród istniał już w średniowieczu, czy powstał dopiero wraz z rewolucją francuską w XVIII-IX w.?! Wg Zientary przez całe średniowiecze można obserwować różne etapy etnogenezy, jedne narody formowały się stosunkowo szybko i trwale, inne z trudem i zagmatwanymi drogami, były wreszcie i takie, które ostatecznie nie zaistniały, jak lotaryński czy prowansalski. Nikt nie neguje różnicy między średniowiecznym narodem politycznym elit a powstałym w wyniku rewolucji francuskiej 1789 nowoczesnym narodem obejmującym ogół społeczeństwa, często wbrew jego woli, ale i w średniowieczu istniały wspólnoty narodowe sięgające w głąb społeczeństwa i oparte na kryteriach językowych, jak flamandzki przeciw Francuzom czy czeski przeciw Niemcom. Szlachta, która negowała przynależność plebejuszy do narodu (też nie zawsze) w chwilach zagrożenia odwoływała się doń w imię walki ze wspólnym wrogiem. Z kolei naród XIX-wieczny nie miał monopolu na poczucie tożsamości / wspólnoty, często ustępując więzom szerszym, religijnym czy klasowym.

Zdaniem Zientara błąd uczonych negujących istnienie narodu w średniowieczu polega na tym, że opierają się na rzadkich przykładach wybuchu nienawiści do obcych i apoteozy własnego narodu, co zdarzało się w wypadku gwałtownych napięć i wraz z ich zanikiem sprawiało, że takie postawy także zanikały, co nie znaczyło, że zanikało poczucie przynależności do wspólnoty i tożsamości wspólnoty etnicznej. Należałoby raczej badać, co u średniowiecznych autorów kryje się za zaimkiem MY, który - stosowany czasem mimowolnie - wskazuje na powszechność danego samookreślenia. Liczą się także deklaracje przywiązania do króla czy państwa, choć tu nie jest to już tak jednoznaczne, bo naród i państwo czy dynastia to nieraz różne sprawy. Przy tym w tamtych czasach osoba króla była ważniejsza niż efemeryczne twory polityczne, o czym świadczy przywiązanie nawet do nieudolnych władców, byle swoich i koronowanych we właściwy sposób (stąd paryska koronacja króla angielskiego nic mu nie dała, ale koronacja Karola VII w Reims zyskała mu nagłe poparcie). Ważny był też kult narodowych świętych patronów, wychodzący poza kwestie wiary i różny od jej uniwersalizmu. Więzi lokalne, narodowe i uniwersalne nie wykluczały się zresztą. Zdaniem Zientary naród pojawiał się tam, gdzie tradycja plemienna > państwowa łączyła się z przywiązaniem do ziemi przez dany lud zasiedlonej, która stawała się tym samym ojczyzną. Plemionami nazywano zarówno małe grupy jak i związki plemienne, i to te drugie głównie miały szansę na przekształcenie się w naród, choć tradycja plemienna często żyła nadal i godziła w państwo-naród, rozsadzając je. Nie chodzi tu o jawnie obcych, choć żyjących w tym samym państwie, jak Bretończycy czy Flamandowie we Francji, ale nawet o swoich, jak Sasi i Bawarzy w Niemczech. Rzeszę uratowało to, że cesarze zdołali rozbić twory plemienne, a nowe władztwa terytorialne, choć często bardzo samodzielne, nie pokrywały się z granicami plemiennymi. Z czasem jednak i one wytwarzały poczucie wspólnoty (odrębności, tożsamości) z własną dynastią, historią i sporami z sąsiadami. Co więcej, to w ramach tych tworów politycznych wytworzyły się współczesne dialekty języka niemieckiego, tylko pośrednio nawiązujące do dialektów plemiennych. Siły dośrodkowe były tak słabe, bo brakło jednej kultury - inaczej niż we Włoszech, były tu 2-3 języki literackie - czy zagrożenia zewnętrznego dla Niemiec jako całości. Górę wziął patriotyzm terytorialny a nawet lokalny (miasta), to jego przykłady wypełniają kroniki niemieckie XIII w. Tak część Alemanów (Szwabów) w walce z feudałami stworzyła naród szwajcarski, który nie miał żadnych podstaw etnicznych (w XV w. dorobili się legendy o pochodzeniu ze Szwecji).

Takie wspólnoty terytorialne istniały w całej Europie, choć nigdzie nie uzyskały takiego uznania jak w Niemczech i Włoszech, ważne były jednak także w późnośredniowiecznej Francji czy w Polsce (separatyzm mazowiecki, antagonizm wielkopolsko-małopolski, nie mówiąc już o sytuacji Pomorza Gdańskiego czy Śląska, co pozwoliło sąsiadom oderwać te ziemie od Korony). Czasem odwoływano się do odległych tradycji plemiennych, jak w Burgundii do epoki wędrówki ludów, czy na Pomorzu i w Meklemburgii, gdzie niemieccy(!) osadnicy powoływali się na słowiańskie korzenie swych władców i nielicznych już sąsiadów (a jednocześnie nie przeszkadzało im to w kultywowaniu niemczyzny czy niedopuszczaniu Wendów do prawa miejskiego). Główną siłą były jednak więzi gospodarcze, przeciwstawiające - jeśli nie ogół, to przynajmniej elity - wspólnoty sąsiadom, nawet żyjącym w tym samym państwie. Szczególnie silne były spory miast (ich apogeum widać w Italii), choć czasem potrafiły być solidarne, jak Hanza niemiecka (autor nie pisze już jednak, że spory te rozsadziły ją w XVI-XVII w., a były obecne stale, od początku jej istnienia). Antagonizmy te próbowało łagodzić rosnące w siłę państwo, a szczególnie przedstawicielstwa stanowe (naród polityczny), czego próbowano nawet w Niemczech (egoizmowi władców sejm rzeszy próbował przeciwstawić interes narodowy). Dowodem budowania świadomości narodowej może być 200 wierszy i przysłów o dobrych i złych cechach sąsiadów, na ogół narodów - wspólnoty terytorialne pojawiały się głównie w wypadku Niemiec i Włoch, obok Czechów wyróżniano Morawian, obok Hiszpanów Aragończyków, a Francja (Galia) współistniała z Owernią, Pikardią, Bretanią, Normandią, Burgundią, Prowansją i Poitou, ale niektóre z nich dopiero w końcu XV w. stała się jej częścią, a Bretania i potem zachowała celtyckie poczucie tożsamości. Obok wspólnot mniejszych (rodowej, plemiennej, terytorialnej czy lokalnej) z poczuciem narodowym, jako najważniejszym, konkurowała przynależność do kościoła, ojczyzna wieczna, wspólnota chrześcijańska. Jej rola zaczęła słabnąć (na rzecz więzi etnicznych właśnie) dopiero w XIII w.

Republika chrześcijańska w VIII-IX w. oznaczała Europę łacińską - prawosławni, jako schizmatycy, byli z niej wykluczeni na równi z poganami, zrazu brani za obcych, potem wrogów. Europa nigdy nie stała się teokracją z papieżem czy cesarzem na czele, podzieloną na diecezje i parafie, porozumiewającą się łaciną i walczącą ze wspólnym wrogiem, islamem w imię tej samej misji Chrystusa (odwrócenie się od krucjat i negacja cesarskiego czy papieskiego uniwersalizmu są przykładem wyrastania więzi etnicznych ponad chrześcijańskie). Ale wizja teokracji to nie wymysł współczesnych uczonych, negujących istnienie narodu w średniowieczu, a program papieży XI-XIII w., co nie znalazło jednak uznania władców ani ich poddanych, choć pozwoliło na moment zmobilizować Europę do ekspansji zewnętrznej (walka z islamem i pokój wewnętrzny - obok przeciwstawienia się cesarstwu i dążenia papieży do władzy świeckiej - były głównymi elementami tego programu). Dziś utożsamiamy ten krąg kulturowy z Zachodem, ale w średniowieczu było to pojęcie źle widziane - zachód to domena szatana, kościoły orientowano na Wschód, Jerozolimę - stąd szło światło (zbawienia), a samo pojęcie Zachodu zastępowano imieniem Europy. Zachód był całością także dla jego wrogów, Greków, Arabów i Turków. Grecy mieli krzyżowców za barbarzyńców, ciąg dalszy późno/antycznej wędrówki ludów. Świat islamu nie orientował się w sporach między krzyżowcami, nazywanych Frankami bez względu na kraj pochodzenia, za to bez trudu odróżniał ich od prawosławia i często wykorzystywał spory między grekami i łacinnikami. Do XIII w. wspólnota chrześcijańska była więc faktem realnym, potem deklaratywnym i dopiero reformacja w XVI w. doprowadziła do jej zaniku na rzecz państw narodowych. Różnice etniczne - obok chrześcijaństwa - osłabiała zrazu tradycja karolińska, żywa we Francji, Niemczech czy Italii, a przez Normanów w XI w. przeniesiona do Anglii, gdzie wzmacniała ją kultura francuska, podobnie jak w Hiszpanii. Dla niektórych na tym zamykał się Zachód, ale kuria papieska miała świadomość istnienia nowych krajów chrześcijańskich na północy i wschodzie, w Skandynawii, na Słowiańszczyźnie i Węgrzech, za którymi żyli obcy, schizmatycy lub ludy stepowe, co dało tym państwom możliwość odnalezienia swej roli w Europie: już wówczas Szwecja, Polska czy Węgry zaczęły się przedstawiać jako przedmurze chrześcijaństwa. Ich udział w życiu wspólnoty chrześcijańskiej był poza tym niewielki, tylko symbolicznie wzięły udział w krucjatach, a do XIII w. tutejsi biskupi rzadko brali udział w soborach czy synodach, za to dość wcześnie zaczęła się tu - w walce o niezależność od cesarstwa czy z naporem kolonistów niemieckich - kształtować poczucie narodowa i to oparta na kryterium językowym. W Polsce i w Czechach w XIII w. słowo język stało się synonimem pojęcia naród. To kryterium sprzyjało świadomości szerszej wspólnoty, stąd unia kalmarska (1397) krajów skandynawskich czy mit o Czechu i Lechu (czy Rusie). W Polsce już powołanie na tron Wacława II czeskiego w 1300 motywowano wspólnotą słowiańską. Apogeum tego przypadło na wiek XV, gdy sympatia szlachty wobec antyniemieckich wystąpień husytów sprawiła, że żaden król polski nie wziął udziału w krucjatach przeciw nim. Poczucie solidarności w walce (obejmująca czasem także katolickich Słowian południowych) nie stało się jednak podstawą żadnych projektów jedności politycznej Słowian.

Najgroźniejszymi rywalami wspólnot etnicznych były wspólnoty regionalne, które w korzystnej sytuacji same mogły przekształcić się w naród, jak w Szwajcarii czy Niderlandach, a z drugiej strony wspólnota chrześcijańska, która w XI-XIII w., dzięki potędze papiestwa, stała ponad wszelkimi innymi. Jednocześnie już od XI w. wspólnota etniczna zaczęła brać górę nad wspólnotami lokalnymi i rozsadzać wspólnotę uniwersalną. To właśnie krucjaty stały się miejscem sporów Francuzów z Anglikami, Niemcami a nawet Prowansalczykami. Nasilająca się w XIII w. moda na złośliwe stereotypy (dalsze ludy oceniano z reguły lepiej niż najbliższych sąsiadów) to przykład wzrostu uczuć narodowych. Wsparcie papiestwa pozwoliło wielu krajom zanegować uniwersalne roszczenia cesarzy, jednocześnie w miejsce to nie weszła zwierzchność papieska (wprawdzie Polska czy Anglia uznały to formalnie, ale nie miało to skutków realnych i szybko zostało zapomniane). Przeciwnie, w XIV w. samo papiestwo znalazło się we francuskiej niewoli awiniońskiej. Napięcia społeczne mogły owocować także świadomością (solidarnością) klasową. O ile u chłopów nie wychodziła poza swój region, o tyle u kleru obejmowała całe chrześcijaństwo, a u rycerstwa przekraczała nawet jego granice (znane są przykłady szacunku krzyżowców dla Saladyna i jego wojowników, sporadycznie nawet wobec bohaterstwa nadbałtyckich pogan, Słowian i Bałtów). Dla rycerstwa było czymś zwyczajnym porzucenie swej ojczyzny w poszukiwaniu szczęścia gdzieś indziej i wierna służba obcemu władcy. Głównym elementem tworzącym naród było państwo. To ono sprawiało, że tworzyła się związana z nim wspólnota interesów, dwór, kościelna i świecka hierarchia czy rycerstwo. Na przywiązanie ludzi do państwa wpływało uświęcenie go przez kościół, jako władzy pochodzącej od boga, oraz trwałość organizacji politycznej, ważniejsza nawet niż jej sukcesy. Często wspólne klęski czczono bardziej, o czym świadczy Pieśń o Rolandzie etc. Pamięć o historii cementowała wspólnotę. Państwo nie było tożsame z narodem, a lojalność wobec władzy to nie świadomość narodowa. Istniały różne organizmy polityczne, często efemeryczne, które nigdy nie wytworzyły więzi etnicznych.

Germanie na gruzach Rzymu tworzyli swe państwa na bazie tradycji plemiennej, ale traktując podbite kraje jako łup popadali konflikt z miejscową ludnością, co pogłębiały różnice religijne (arianizm, a nieraz i pogaństwo w opozycji do katolicyzmu). Wandalowie i Ostrogoci szybko upadli, Burgundowie i Wizygoci ulegli romanizacji i przyjęli katolicyzm, ale padli ofiarą obcej agresji. Ich państwa były dość zwarte, czego nie da się powiedzieć o Frankach. Imperium dwukrotnie (za zachodnich Merowingów i wschodnich Karolingów) rozpadło się części składowe, których nie udało się zintegrować. Była to ujemna strona ekspansji: siła i poczucie misji wzmacniały państwo, ale sukces podbojów utrudniał integrację wewnętrzną przez zbytnie zróżnicowanie ziem i ludów. Na określenie imperium nie wystarczała już nazwa Francji, nawet w jej najszerszym rozumieniu, bo stało się (zachodnio)chrześcijańską Europą. Co gorsza, granica językowa i cywilizacyjna biegła w poprzek rdzenia imperium, a nie tylko między nim a peryferiami (obok cywilizowanych i romanizowanych Franków Salickich za Renem żyli barbarzyńscy i germańscy Frankowie Ripuarscy). Elementem dodatnim ekspansji było wytworzenie się Europy chrześcijańskiej jako całości politycznej a nie tylko wspólnoty religijnej, żywej w X-XIII w., zwłaszcza wobec świata zewnętrznego. Longobardowie, nim nie zostali rozbici przez Franków i Normanów, szli z dużym opóźnieniem drogą Burgundów czy Wizygotów, ale nie zdołali przez to opanować całego kraju. Wenecja, Rzym i południe pozostały wierne łacińsko/greckiej tradycji cesarskiej, a chaos polityczny, potem siła miast sprzyjały rozwojowi tożsamości lokalnej. W Anglii germańscy najeźdźcy, Anglowie, Sasi i Jutowie od V w. budowali swe państewka w walce z, częściowo romanizowanymi, Celtami. Brytowie zostali zepchnięci na margines, do Walii, Kornwalii, Szkocji a nawet do Bretanii, za to Anglosasi - mimo rywalizacji między poszczególnymi królestwami - w VIII w. mieli świadomość wspólnoty, a Beda opisał jej historię (używając zamiennie imienia Anglów bądź Sasów). Katolicyzm przyjęto wprost z Rzymu, z pominięciem miejscowej ludności (wpływy celtyckie szły raczej z Irlandii niż od zwalczanych Brytów). Dużą rolę odegrał tu napływ kleru z terenów opanowanych przez islam, co pozwoliło na osiągnięcie wysokiego poziomu kultury, także we własnym języku (np. Beowulf, wyrosły z tradycji pogańskich). W angielskim spisano prawa, stosowano go także - obok łaciny - w kancelarii. Pamięć o Sasach z kontynentu zaowocowała anglosaskimi misjami na ich tereny, a jeszcze w X w. istniały silne związki między rodami panującymi w Niemczech i w Wessexie. Najazdy organizowane przez wikingów oraz królów Danii i Norwegii wymusiły skupienie się wokół jednego władcy, czego nie przerwał podbój duński w początkach XI w., owocujący rodzajem luźnej unii dynastycznej. Konsolidacja była jednak niepełna, o czym świadczy brak koordynacji oporu przeciw najazdowi Normanów w 1066. Udało im się rozbić miejscową elitę i zmienić kierunek procesu etnogenezy, choć nie zdołali narzucić miejscowym francuskiego języka najeźdźców.

W sumie żadne z plemion biorących udział w wędrówce ludów w I tysiącleciu naszej ery nie przekształciło się w naród. Udało się to dopiero państwom nowym, powstałym w IX-XI w. Państwa te powstawały podporządkowując sobie sąsiednie plemiona (na wschodzie, gdzie nie było własnej tradycji państwowej) lub władztwa terytorialne (na zachodzie, gdzie istniały starsze państwa), rzadko jednak przez najazd całkowicie z zewnątrz (wyjątek to stepowi Madziarzy, którzy musieli uregulować stosunki z podbitą - przeważnie słowiańską - ludnością miejscową na Węgrzech i, w mniejszym stopniu, Normanowie, wcześniej czy później tracący swą skandynawską kulturę w Normandii i nie zdołali utrwalić nowej, francuskiej w Anglii czy na Sycylii). Te nowe kraje to Francja, Niemcy i Anglia, Dania, Norwegia i Szwecja, Czechy, Polska i Węgry. Burgundia okazała się tworem efemerycznym a Italia (=Lombardia) nie stała się dla Włochów obiektem krystalizacji uczuć narodowych (oba kraje były zresztą zależne od cesarstwa niemieckiego). Państwom tym przeciwstawiały się - czasem skutecznie, tworząc własne narody - regionalne organizmy polityczne, jak Bretania, Flandria i Akwitania, Bawaria i Saksonia, a więc głównie na terenach po/frankijskich). Normanowie tytułowali się królami Anglii, ale zerwali ciągłość władzy, odbierając większość dużych lenn miejscowym a biskupstwa nadając Normanom i Francuzom, którzy niszczyli angielskie klasztory. Z czasem Anglia stała się częścią imperium Plantagenetów, sięgającego w zachodniej Francji od Normandii po Gaskonię i walczącego o władzę nad resztą Galii, dostęp do Morza Śródziemnego, a nawet koronę cesarską (czyli sprawy nie związane z samą Anglią i jej interesem). Dwór, szlachta i kler, a nawet kupcy mówili głównie po francusku. Mimo to nie postał naród anglofrancuski, bo lojalność elity wobec państwa nie stała się zaczynem świadomości narodowej (czy nie działo się tak dlatego, że sami Normanowie zlali się z Francuzami? Niechęć do Kapetyngów to zbyt mało na odrębny naród). Jak przystało na imperium, był to zlepek różnych ziem i ludów, nawet podstawa władzy królewskiej czy system administracji w każdym kraju były różne. Wszystko więc zależało od wyniku starcia z Kapetyngami, zwycięstwo Plantagenetów czyniłoby ich władcami Francji (Anglia stałaby się dodatkiem do niej), klęska oznaczała ich wyparcie z kontynentu i skupienie na Anglii. Mimo napływu emigrantów z Francji doszło do zlania się obu elit w naród angielski, choć zrazu świadomość tego manifestowano po francusku, nim angielski (zmieniony pod wpływem francuskiego) nie stał się językiem ogółu. Sprzyjał temu pomyślny rozwój wyspy, od najazdu normańskiego w 1066 - poza szkockim pograniczem - panował tu pokój, wojna z Francją toczyła się na kontynencie (analogicznie było z wojną stuletnią w XIV-XV w.).

Przykład Anglii ukazuje brak tożsamości państwa i narodu. W republice wspólnota elit tworzyła się w walce z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi, w monarchii szło o lojalność wobec władcy jego urzędników, którzy z czasem przekształcali się w trwałą elitę i uzależniali władcę od siebie. Samo państwo nie było jednak tożsame z narodem, nie tylko tam, gdzie było obce czy służyło władcy, ale i tam, gdzie było narzędziem i wyrazem woli narodu. By ten mógł powstać potrzebna było jeszcze poczucie wspólnoty, tradycja (wówczas raczej legenda o wspólnym pochodzeniu niż rzeczywista historia) i ojczyzna (swego rodzaju ziemia obiecana). Czasem jednak i to nie wystarczało, jak u Wizygotów (rozbitych przez Arabów) czy Franków (skutkiem rozpadu ich imperium). W X-XI w. pojawiło się to w Niemczech (u Thietmara czy Brunona z Kwerfurtu) i we Francji (u Flodoarda czy Richera), by stać się czymś powszechnym wśród elit w XI-XII w. Podobnie działo się w XII w. w Polsce (choć u nas wyraził to cudzoziemiec, niby-Gall a faktycznie wenecjanin), Czechach, Węgrzech czy Danii. Próbowano dowieść się pokrewieństwa narodu, pojawiały się jego zbiorowe charakterystyki z tego pokrewieństwa i wspólnego pochodzenia wynikłe. Uczeni szukali korzeni w antyku, u Trojan, Macedończyków, Daków, Sarmatów, Hunów czy Rzymian, i w biblii, wywodząc się od synów Noego, byle nie Chama. Narastały pochwały własnego narodu i krytyka sąsiadów, kroniki notowały też roszczenia terytorialne wobec nich. Narody, jako wybrane do czegoś przez boga, wierzyły też we własne misje. Niemcy np., zdobywszy Rzym, uwierzyli, że ich przeznaczeniem jest władza nad światem, z czym zaczęli konkurować Francuzi, jako bardziej chrześcijańscy i cywilizowani od Niemców. Do spadku po Rzymie pretendowali jednak miejscowi, Włosi. Od połowy XIII w. polemiki na ten temat stały się czymś powszechnym. Najbardziej kompromisowym autorem był Niemiec, Aleksander von Roes, który przypisując Niemcom władzę polityczną pozostawiał Włochom przewodnictwo w kościele a Francuzom w nauce i literaturze. Inne narody były na razie skromniejsze, choć taki Kadłubek czy Saxo Gramaticus przypisywali starożytnym polakom czy Duńczykom tryumfy nad największymi władcami antyku, idąc śladem autora walijskiego, Galfreda z Monmouth (w XII w. opisał zdobycie Rzymu przez króla Artura). Na wschodzie Europy zaczęto mówić o przedmurzu chrześcijaństwa, choć i to nie było nowe (tak wylansowali się na obrońców Europy przed islamem Karolingowie).

Mimo uniwersalizmu kościoła, lokalna hierarchia broniła nieraz swych odrębnych praw, liturgii i kultu świętych. Wg Zientary brak wspólnych patronów Niemiec i Włoch był jedną z przyczyn trudności w zjednoczeniu tych krajów, czy nie był to jednak skutek braku jedności? We Francji i Hiszpanii patronami stali się apostołowie bądź ich uczniowie, jak Dionizy i Jakub, w nowych krajach członkowie (najczęściej założyciele) dynastii (wyjątek to Polska, gdzie patronami byli biskupi, wielkopolski Wojciech i małopolski Stanisław). Święci wspierali swych wyznawców w walce z obcymi, często rycerze ruszali do walki z relikwiami, najlepiej o charakterze militarnym (włócznie czy sztandary), a pieśni religijne pełniły rolę pieśni bojowych czy hymnów. Obok relikwii świętych dużą rolę pełniły symbole związane z władcami, szczególnie insygnia koronacyjne (we Francji korona grała mniejszą rolę niż ampułka ze świętymi olejami, ale na Węgrzech i w Niemczech korony uzyskały wymiar sakralny, podobnie jak miejsca koronacji w Szekesfehervarze i Akwizgranie, w Szkocji, Karyntii i Czechach wielkim szacunkiem otoczone były - sięgające nieraz czasów pogańskich - kamienie/trony. W Polsce pojawiło się to dość późno, niby-Szczerbiec to dopiero XIV w., a kopii włóczni św. Maurycego, daru Ottona III dla Bolesława Chrobrego nigdy nie ceniono jako relikwii politycznej czy religijnej). Coraz większą rolę grały herby władców, utożsamiane od XIII w. z godłami państw francuskie lilie, czy powszechne w Europie w różnych odmianach orły i lwy. Ważnym elementem samoidentyfikacji były, wywodzące się z tradycji plemiennej, prawa. Zmieniały się powoli, próby ich odgórnej kodyfikacji nieraz kończyły się fiaskiem, a wprowadzanie w końcu średniowiecza elementów prawa rzymskiego napotykało na silny opór. Obejmowały nie tylko naród polityczny, ale ogół ludności, co sprawiało np., że buntowała się przeciw obcym nie tyle z powodu gwałtów czy rabunków, ale zmian w prawie i sądownictwie. To właśnie na tym tle toczył się spór Walijczyków z Anglikami, a książęta śląscy, którzy bez oporu przyjęli zwierzchność czeskich Luksemburgów, na zmiany w prawie (o dziedziczeniu) zareagowali oporem, twierdząc, że są Polakami i winno ich dotyczyć prawo polskie. Duże zróżnicowanie regionalne praw panowało we Francji i Niemczech, a jego lokalne odmiany trafiały wraz z kolonistami do Anglii i Hiszpanii czy Czech, Polski i Węgier. Dziś szczególną wagę przywiązujemy do języka, ale w średniowieczu, gdy liczył się naród polityczny a nie masy, wystarczało, że ludzie mogli się jakoś porozumieć - mógł być to każdy język, np. dworski francuski czy łacina (oficjalny język na Węgrzech do XIX w.)[1]. W średniowieczu różnice między dialektami jednego języka bywały tak duże, że Niemcy z południa i północy kraju musieli porozumiewać się przez tłumaczy, podobnie było we Francji i Włoszech (odwrotnie niż u Słowian, gdzie nawet mieszkańcy różnych państw przez długi czas dogadywali się bez problemu). We Francji i w Polsce językiem literackim > narodowym stał się język dworu, ale w Niemczech nie zdołał się on wytworzyć skutkiem zmian dynastii (z Saksonii czy Frankonii i Szwabii), w Anglii dwór mówił po francusku, zaś w Italii dworu królewskiego nie było, a językiem oficjalnym do XIII w. włącznie pozostała łacina.

Znaczenie języków ludowych jako elementu świadomości narodowej wzrosło w czasie krucjat, gdzie spotkały się różne nacje, widząc różnicę obyczajów, stroju czy języka właśnie. Swój język postrzegano jako naturalny i piękny, obce jako mechaniczne czy zwierzęce. Mimo wspólnoty celów polityczno-militarnych i jednej wiary, pod płaszczykiem internacjonalizmu rycerstwa krucjaty ukazały dużą rolę etnicznego partykularyzmu, zaczęto nie tylko dostrzegać różnice, ale i węszyć zdradę przedstawicieli innych nacji. Na tym tle rozwinął się średniowieczny epos rycerski, z jego uniwersalnymi i etnicznymi treściami, a także formami wyrazu (tworzono go w różnych językach, choć największe znaczenie poza łaciną miał zrazu francuski, gdyż we Francji zaczęto tworzyć ten gatunek). Sprzyjało to nie tylko tworzeniu się języków literackich, ale i karierze francuskiego jako międzynarodowego języka rycerstwa i dworu (w odróżnieniu od kościelnej łaciny). Szukając dróg awansu, naśladowała to również elita mieszczańska. Z czasem zaczęto, na wzór francuskich chansons de geste, tworzyć także w językach narodowych. Pozwoliło to dotrzeć do szerszych warstw rycerstwa i poza nie, stworzyć górnoniemiecki, włoski, angielski czy flamandzki język literacki, a - zapominając o ich genezie - nadać pieśniom wydźwięk antyfrancuski. Bujny rozwój literatury górnoniemieckiej w XII-XIII w. pozwolił jej zdobyć własny krąg odbiorców w krajach zachodniosłowiańskich. Z czasem i tu nastąpiła reakcja, a w Polsce i Czechach zaczęto przeciwstawiać się niemczyźnie. Napływ kolonistów i niemczyzna na dworach wywołały poczucie zagrożenia i podniesienie temperatury uczuć narodowych w kręgach rycerstwa i kleru. W Polsce tworzono po polsku modlitwy i pieśni religijne, w Czechach także świeckie. Na przełomie XIII i XIV w. pojawiają się ostre akcenty polemiki narodowej, a czeska kronika tzw. Dalimila ma wyraźnie już nacjonalistyczny charakter. Od XIII w. w różnych krajach kwestie językowe grają coraz większą rolę, a w niektórych z nich słowo język staje się synonimem narodu (oba zjawiska - język i naród - stają się przedmiotem miłości patriotów). W wielojęzycznych narodach politycznych dochodzi do ujednolicenia języka elit, szlachta ruska i litewska polonizuje się w Rzeczpospolitej, słowacka, rumuńska i chorwacka madziaryzuje na Węgrzech. We Francji wśród elit zanika bretoński czy prowansalski, zaś w Niderlandach elity feudalne i mieszczańskie przyjmują język francuski, który w Anglii przegrywa w tym czasie z angielskim (czy to reakcja na utratę kontynentalnych posiadłości Plantagenetów?). Nie udawały się za to próby szerzenia języka narodu politycznego wśród ludu, który pozostał wierny swej mowie (to właśnie w epoce XIX-wiecznego nacjonalizmu doprowadziło do rozpadu wielu państw, a dziś owocuje separatyzmem w tych, które wówczas przetrwały). Znaczna część szlachty, a na pograniczu francusko-niemieckim czy niemiecko-słowiańskim i mieszczaństwa była dwujęzyczna. Mimo deklaracji jedności (zwłaszcza w krajach o rozwiniętym parlamentaryzmie), widać było u szlachty silne tendencje do podkreślania swej odrębności na tle językowym, regionalnym czy choćby tradycji historycznej. Sprzyjało to otwartości na różnorodne wpływy kulturowe, a jednocześnie nie dochodziło do pseudo-logicznej identyfikacji narodów tworzących wspólnotę z narodem dominującym (np. szlachta litewska czy ruska czuła się związana z polską współcześnie, walcząc w obronie wspólnego państwa etc., ale uważała się za Litwinów czy Rusinów, nie Polaków).

Zientara kończy rozważaniami o cesarstwie rzymskim, które wbrew mitom nie było złotym wiekiem. Udało mu się ujednolicić cywilizacyjnie świat śródziemnomorski czy zachodnioeuropejski, ale i go wyjałowić. Upadła literatura (może poza polemikami religijno-filozoficznymi i historią - wówczas żywo wpływającymi na życie codzienne - choć polemika skończyła się rozprawą ortodoksji z herezją a historykom daleko do ich klasycznych poprzedników, Tukidydesa i Tacyta). Rzymski podbój zubożył różnorodność kulturową (tylko nieliczni, jak Żydzi, zdołali się obronić, a nawet przejść do ofensywy, choć nawet chrześcijaństwo zmieniło się pod wpływem greckiej filozofii i państwa rzymskiego). Zniszczenie rodzących się państw czy kultur Numidów, Daków, Ilirów i Celtów prowadziło do sytuacji, w której między Rzymem a niszczącymi go Germanami zabrakło pośrednictwa jakiegoś buforu. Jednocześnie imperium nie zdołało zmienić swych poddanych w jeden naród. Konserwatyzm upadającego cesarstwa uniemożliwiał konieczne reformy, ludność odwracała się od państwa. Zientara porównuje to z imperium chińskim, które zdołało - mimo kolejnych kryzysów - przetrwać i stworzyć jeden naród, choć i tam konserwatyzm doprowadził w końcu do społecznego zastoju i katastrofy. Europa okazała się - dzięki swej różnorodności - dużo bardziej dynamiczna i to ona, jako jedyna cywilizacja, wyszła poza krąg wzlotów i upadków bez końca i bez perspektyw ciągu dalszego, przechodząc od feudalizmu do kapitalizmu i industrializmu, a dziś wchodząc (ze swą amerykańską filią na czele) w epokę informatyczną. Nie było tu PAX-imperium, wojny bywały dotkliwe, ale i rozwój był możliwy, a gdy upadało jedno centrum natychmiast w jego miejsce wchodziło inne i rozwój trwał dalej. Było to możliwe dzięki różnorodności narodów i wymianie kulturowej między nimi, dzięki brakowi monopolu na system polityczny i ekonomiczny czy prawdę w nauce i kulturze. II wojna światowa odebrała Europie prymat, przekazując go uniom (amerykańskiej i sowieckiej, a w tą stronę zaczęła iść i sama Europa). Doszła do tego globalizacja, równająca wszystko w dół. Zientara wierzył, że póki istnieje różnorodność narodów, póty możemy być otwarci i mieć szansę na zrozumienie innych cywilizacji, ale skąd wziąć owe inne cywilizacje w globalnej wiosce? Zanik kolejnych ludów zubaża także te, które - pozornie - na tym wygrywają...


Janusz P. Waluszko


Przypisy

[1] Zientara widzi tu analogię z koloniami w III świecie, gdzie państwa wyrastały nie z podziałów plemiennych a w granicach ustanowionych przez europejczyków, przy czym naród polityczny wywodził się z różnych grup etnicznych, ale w walce o niepodległość i po jej odzyskaniu porozumiewał się językiem kolonizatorów. Już w jego czasach jednak trwałość tych tworów politycznych stała pod znakiem zapytania, bo rozsadzały je od dołu waśnie plemienne, a od góry próbowały zdominować wojny religijne (np. islamu z chrześcijaństwem), mimo to większość z nich utrzymała się do dziś, a częściowym wyjątkiem jest, co paradoksalne, zawsze niepodległa i odwiecznie trwająca Etiopia, od której oderwała się ex-kolonialna Erytrea. Obok tego - w iście feudalnym stylu - rozpadła się po 1991 Somalia, co jest znów paradoksem, bo kraj jest jednolity etnicznie i religijnie, ale... podzielony na zespoły rodowe i lineale, które od wieków toczą spory i walczą o wpływy.



  < poprzedni    1    2    3    4    (5)  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)