Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 czerwca 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Syndrom rozwijającej się Babci

Kategoria: New Age

« O perfidii słów kilka Oneironauci czyli ściganie moli w locie godowym »

         Zajęłam się lekturą bardzo pożytecznej książki „ Pierwsza pomoc dla New Age`owców” Wojciecha Usarzewicza. Lektura bardzo wskazana, zwłaszcza dla takiego dyletanta jak ja, poszukującego jakiegoś podsumowania ogółu zjawisk związanych z ezoteryka i praktyką w tym zakresie. Lekkie podejście do tematu i brak nużącej powagi obiecuje, że lektura będzie inteligentna i interesująca; nie mająca nic wspólnego z powszechnym zadęciem panującym w sferze duchowości.

      Podoba mi się definicja New Age spolszczonego na Nową Erę, czy wręcz nowoerownictwo, a mianowicie: „ruch ten jest nie tyle pojedynczym zjawiskiem, co workiem przeróżnych idei i wierzeń, połączonych ze sobą jedynie faktem, iż wierzenia i idee te zostały ogólnie odrzucone przez środowisko naukowe i mainstreamową kulturę.”. Autor zwraca uwagę, że w nowoerownictwie mieszają się dobre praktyki z głupotą, rozwój wewnętrzny z fałszem, a ezoteryka z komercją. Pisze wręcz, że „To, że poruszamy się w sferze duchowej i ezoterycznej wcale nie oznacza, że mamy na dobre zapomnieć o logice i racjonalnym podejściu do świata”, co jako spojrzenie na ezoterykę bardzo mi osobiście odpowiada. Wszak większość ataków na mnie jakie nastąpiły po publikacji odcinków poświęconych bezpłatnej ezo-pomocy od razu daje się zaklasyfikować jako ataki wynikłe z mojego spojrzenia rozsądkowego na wykwity niektórych ego, przekonanych o własnej nieomylności. Poczułam więc wsparcie ze strony kogoś, kto poświęcił o wiele więcej czasu i wysiłku niż ja na zgłębienie zagadnień ezoterycznych i z większością poglądów którego się zgadzam. Fakt, że oboje piszemy w „Tarace” jest dla mnie potwierdzeniem mojego własnego podejścia.

         Z uciechą czytam złośliwe spostrzeżenie, że „Prawo do własnej opinii w społeczności New Age zdają się posiadać jedynie osoby oświecone.” Radośnie przyjmuję wskazówkę, że nie powinnam mieć swojego mistrza. Istotnie, nie mam go i cieszę się, że nie muszę już nad tym faktem ubolewać. Odczytywanie cytatów mistrza Osho literalnie i gramatycznie, a nie przez to, co chcą widzieć jego zwolennicy, nie powinno być moją udręką i wywoływać żądanie publicznej samokrytyki. (Nawiasem mówiąc, uodporniona w czasach wczesnego PRL i stalinizmu na wszelkie „kulty jednostki” – jak potem eufemistycznie je nazywano –  dostaję wysypki na myśl, że miałabym z powodu niewiary w coś, czy kogoś uprawiać rytuał skompromitowany dawno przez Historię – kajanie się przed gronem bardziej prawomyślnych, niż ja.) Rozdział o „Gurowaniu” przyjęłam z dużą satysfakcją, choć moją refleksję wzbudził fragment widzący przeciwwagę w popadnięciu w gurowanie, czy poddanie się mu jako uczniowi, w wyższym Ja (Mua – jak zwie go autor) rozszerzając znaczenie tego terminu na Boga, opiekunów duchowych i nasze ego.

         Otóż nie jestem przekonana, że te właśnie siły chronią nas przed opisaną zależnością. Moje ego nie uległo aż tak wielkiej zmianie (podobnie jak zapewne opiekunowie duchowi czy Bóg lub bogowie – o ile tacy istnieją w postaci odłączonej i niezależnej od naszych wyobrażeń), żeby zmieniać swoje podejście do stosunku do autorytetów. Mówi się wprawdzie żartobliwie, „że tylko krowa nie zmienia poglądów” mając na myśli naturalność ewolucji naszego podejścia do rozmaitych zjawisk i spraw. Nie urodziłam się z wbudowaną nieufnością do autorytetów; najpierw bardzo kochałam dziecinną miłością Ojczulka Stalina, w czym nie byłam wyjątkiem, nawet wśród osób starszych i mądrzejszych ode mnie, ale w jakimś momencie mojego wczesnego dzieciństwa zaczęłam się go bać; a jak wiadomo, strach jest grobem miłości. Wprawdzie w istocie nie bałam się samego Stalina, którego przecież nie znałam i nie mogłam nic o nim wiedzieć w roku 1948 czy 1949, ale zaczęłam się bać jego wyznawców i tego, co mogliby mi zrobić. To nie jest tak, że ktoś mi czymś groził, nic z tych rzeczy. To aura strachu wśród ludzi, z którymi spotykałam się na co dzień, rodziców; nauczycieli, rodziców koleżanek, nawet tych znanych z komunistycznych przekonań, spowodowała, że ta miłość we mnie zamarła. Pisałam o tym w odcinku 36 pierwszego sezonu "Babci ezoterycznej" http://www.taraka.pl/smierc_stalina

         Doświadczenie to zawdzięczam nie żadnym opisanym siłom wyższym, nie swojemu ego, a właśnie odczytaniu sygnałów płynących do mnie z otoczenia, a więc zdolności kojarzenia faktów z emocjami, uczenia się i rozwijania swojej wiedzy o świecie. Jeżeli więc mamy nie ufać we wszystkim uznanym autorytetom i nie obierać sobie żadnego z nich jako całościowego guru, to zawdzięczamy to właśnie swojej osobowości wiecznego ucznia, dla którego nauczycielami są wszyscy dookoła. Stalin był guru powszechnym (nieważne czy prawdziwym czy sztucznie skonstruowanym) ale byli też inni guru, a niektórzy z nich nauczali mimowolnie, przez zaprzeczenie.

         Trochę poczułam się dotknięta rozdziałem „Syndrom rozwijającej się babci” – jakby osobiście mnie opisującym. Autor książki traci tu jasność widzenia i opuszczając pozycję osoby patrzącej na świat z dystansu, wskakuje od razu w nasz polski światek. Opisując spotkanie ze Starszyzną Okrążającą Świat, nie polską organizacją, mającą na celu przywracanie dawnej duchowości, stwierdza na początku, że „Pomijając już fakt, iż treści wygłaszane przez Starszyznę brzmiały niczym nowoerowa propaganda feministyczna, babciom (nie tym, co przyjechały, ale tym, co to były nasze, polskie) daleko było do osób rozwiniętych, czy chociażby rozwijających się. Powiem szczerze, że nie czułem różnicy między tym spotkaniem, a wizytą w kościele na mszy, kiedy to cały chórek starszych pań woła wniebogłosy “moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”.

         Zgromadzenie starszych pań, jako osób zapewne najbardziej zainteresowanych duchowością od razu skojarzyło mu się z moherowymi babciami i dalej już pojechał po tym swojskim skojarzeniu, jak po bandzie. Nie jesteśmy winni swoim skojarzeniom, ja też obecna na XIV Światowym Dniu Poezji UNESCO w Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu zaproszona przez Fundację ARKONA im Jarosława Zielińskiego, mojego kolegi zmarłego bardzo młodo, widziałam rzędy krzeseł zapełnionych starszymi paniami w wieku emerytalnym ubranymi w najlepsze swoje ciuchy, a wśród nich i siebie. Nawet oprawa uroczystości wydawała mi się napuszona i wręcz „kościelna”. Wrażenie jednak ustępowało, kiedy uwaga moja powędrowała w kierunku prezentowanych tekstów, autorów, a nie widowni. Dodam tylko, że poeta wietnamski zgodnie z kulturą swojego kraju własne wiersze musiał odśpiewać. Był to starszy człowiek, głos mu drżał, nie rozumiałam języka, choć udostępniono nam przetłumaczony tekst, ale było to jedno z niewielu wydarzeń kulturalnych, które wywołało we mnie głębokie drżenie. Przestałam być jedną z wielu emerytek na sali, byliśmy tylko obydwoje, ten poeta, którego nazwiska nawet nie znam, i ja.

         Tymczasem autor książki tkwi w swoich pierwotnych skojarzeniach tłumu babć i podąża za nimi bezkrytycznie stwierdzając: „my mamy również swoje ezoteryczne berety” spłaszczając zjawisko, które stanowi podstawę porównania, a w ślad za nimi i zjawisko porównywane. Określenie: „moherowe berety” kojarzy się powszechnie z bezrefleksyjną religijnością i wyglądem starszych pań, stawiając w pewnym sensie hipotezę o równoznaczności tych cech, które tylko przypadkowo mają ze sobą coś wspólnego. Tak naprawdę jest oceną kogoś po jego wyglądzie, bez zwracania uwagi na socjologiczne i psychologiczne uwarunkowania; na fakt, że generalnie odrzucane grupy mieszkańców naszego kraju znalazły swoją przystań w kontrowersyjnym radiu Ojca Rydzyka nie z bezkrytycznej miłości, a przynajmniej nie zawsze, a z powodu tego odrzucenia. Podobnie „ezoteryczne berety” nawiązuje do „moherowych beretów” trafiają do ezoteryki nie jako bezmyślne stado, jak i nie trafiły na wieczór poezji starsze emerytki. Osoby te mają dużo wolnego czasu i cierpią na głód kontaktów, szukają więc ich tam, gdzie są mile widziane. Wypełniają sale Uniwersytetów Trzeciego Wieku, rozmaitych imprez na które mogą darmowo wejść, a gdzie czasem trafi się i bufet. Mogą z kimś porozmawiać, obojętnie o czym, poczuć się wśród innych, podobnych sobie osób. Co myślą — o tym nie nam wyrokować. Tego po prostu nie wiemy. Jedna czy druga pani może się wypowiedziała, ale nie wszyscy zapewne zabierali głos, choć wyglądali podobnie. Tymczasem autor uważa fakt ten za destruktywny, jakby osoby, które nie mają najmniejszego wpływu na świat je otaczający mogły sobie samym lub innym zaszkodzić swoimi poglądami. One już nikomu nie są w stanie niczym zaszkodzić, panie Wojciechu. Wszak z Babciami naprawdę tylko pogrywa tylko Śmierć

Pisze pan: "Osoby rzekomo “rozwijające się” często próbują też swoich umiejętności na innych osobach - pozakładają nam w domu odpromienniki, pomachają wahadełkiem, rozwieszą talizmany i wcisną nam na szyję amulety”. Jasne, że to nieprzyjemne, ale robią tak wszyscy dookoła: młodzi przedstawiciele firm, rozmaici „dyrektorzy do spraw produktu”, dealerzy, autorzy reklam, politycy – wszyscy wciskają nam na siłę coś, czego nie chcemy i nie potrzebujemy. A jaka jest siła przebicia ezoterycznych  babć wobec nich? Żadna.

         Dalej pisze pan: „Dla wielu "babć", takie praktyki duchowe, rozwojowe czy ezoteryczne są ucieczką od rzeczywistości, ucieczką od problemów. Jedni uciekają w alkohol, inni w gry komputerowe, jeszcze inni w książki, a w końcu część osób ucieka w karty tarota czy praktyki ezoteryczne. Ucieczka taka jest toksyczna.” Święta prawda, ale może narkotyki i alkohol są groźniejsze i bardziej toksyczne? „A jeśli to nie my cierpimy na ten syndrom, tylko bliska nam osoba, to warto nawet zorganizować coś podobnego do akcji “zabierz babci dowód”, w czasie wyborów parlamentarnych kilka lat temu.” Czy wie pan, do czego pan dąży? Ubezwłasnowolnić kogoś dlatego, że ma szkodliwe poglądy? Zbawić babcię nawet wbrew jej samej?

         Nawet jeśli istotnie jej poglądy są szkodliwe, nawet jeśli w opisie  syndromu uzależnienia ezoterycznego ma pan rację — przeraża mnie pan, przynajmniej dziś.



« O perfidii słów kilka Oneironauci czyli ściganie moli w locie godowym »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)