Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 kwietnia 2008

Wojciech Jóźwiak

Szaman, czyli trzecia fala
Kulturowa moda na szamanizm porównana z modami na Indie i buddyzm

Kategoria: Nowy szamanizm
Tematy/tagi: buddyzmHarnerjoganeoszamanizmszamanizm

Kulturowa moda na szamanizm jest trzecią podobną falą. Wcześniejszą falą była (kulturowa) moda na buddyzm. Zaczęła się w Ameryce w latach 50-tych za sprawą dwóch ludzi (dla genderycznej ścisłości: mężczyzn), czyli Daisetsu Suzuki i Philipa Kapleau. Oczywiście buddyzm był znany na Zachodzie dużo dużo wcześniej, ale moda (kulturowa - a także praktyka) zaczęła się zapewne od tych dwóch propagatorów. Chyba też japoński zen był pierwszym wydaniem buddyzmu, które okcydentale potraktowali poważnie, jako opcję dla siebie, a nie jak egzotyczną ciekawostkę dobrą dla ras kolonialnych. Wybuch buddyzmu na zachodzie, najpierw w postaci zen, potem w innych odmianach, też tybetańskiej wadżrajany, miał miejsce w latach 60-tych. W Polsce w latach 70-tych - wtedy zawiązały się pierwsze grupy praktyków.

Moda na buddyzm była falą numer dwa. Przed nią pierwszą falą była moda (kulturowa) na hinduizm, a raczej na „nauki wschodnich (co rozumiano: indyjskich) mędrców”. Wehikułem tej fali była teozofia, Towarzystwo Teozoficzne, i równolegle powstający w Indiach wśród tamtejszych guru ruch na rzecz nawrócenia Zachodu. Najbardziej znaną, ale też późną i chyba nietypową dla tego ruchu postacią był „antyguru” Jiddu Krishnamurti, uwodzący słuchaczy solennymi zapewnieniami, jacy oto oni są duchowo zagubieni, puści i wtórni i że radą na to jest nie słuchać żadnego mistrza, tylko siebie. W Polsce najbardziej znaną aktywistką, autorką i tłumaczką tej pierwszej - hinduizującej i jogizujacej - fali byłą Wanda Dynowska, zresztą uczennica Krishnamurtiego. Późnym ale i wielkim okruchem pierwszej fali był - u nas - tragicznie zmarły Leon Cyboran ze swym monumentalnym przekładem Jogasutr Patańdżalego. Warto też pamiętać, pozostając przy metaforze fali, że jej impuls wprawił w ruch Grotowskiego z jego teatrem. Pierwsza fala była elitarna i w jakimś sensie arystokratyczna duchem, i gdyby nie przeciw-prąd pochłaniającej wszystko pop-kultury być może stałaby się zalążkiem nowej kultury wysokiej, podobnie jak (współczesna jej) secesja miała zadatki na nowy, oryginalny wysoki styl w sztuce. No ale jest to co jest, z Myszką Miki mało kto wygra.

Więc teozoficzna joga była pierwsza falą z trzech podobnych kulturowych mód, drugą był buddyzm, lub raczej nasza zachodnia moda nań, trzecią szamanizm. Każda z tych fal miała swój idealny typ, idealnego idola: idolem pierwszej był mędrzec-jogin, idolem drugiej: wyzwolony (jak Budda i idący jego śladem mistrzowie), idolem trzeciej: szaman. Ponieważ figura szamana została zmistyfikowana i wyidealizowana, wyjaśnia to, dlaczego pytanie o to, czy dzisiaj u nas można być szamanem - czy przeciwnie, jest to rola zarezerwowana dla dawnych i „pierwotnych” kultur, więc nowoczesnym Białym niedostępna niejako z definicji - budź wciąż i wciąż tak wielkie emocje. Bo kto wybiera tę drugą opcję, naraża się przecież tym, którzy wierzą, iż dla nich samych droga do zostania szamanami nie jest odcięta. Jednak w gruncie rzeczy jest nam obojętne, kim jest-był i kto to taki, szaman Ewenków lub Mongołów. To co nas zajmuje, to ów idealny idol, figura wyobraźni i aspiracji, nazywana tym samym słowem: szaman. Mistyfikować postać szamana zaczęto już dawno i klasycznie: pierwszym był Słowacki wykreowawszy postać Szamana w poemacie „Anhelli”, jako potężnego duchem męża, który Polaków wyprowadzi z Syberii domu niewoli. Ale to u nas - inne kraje miały mistyfikacje, idealizacje i imaginacje własne.

Po co nam było zostawać Wyzwolonymi? Kiedy odpowiemy sobie na to, wstępem to będzie do zrozumienia, dlaczego teraz chcemy zostawać szamanami. Wyzwolenie (to buddyjskie) było nam potrzebne do celów ziemskich i tutejszych. Gdyby fascynat buddyzmu z czasów, kiedy druga fala była na fali, odważył się szczerze przemyśleć, co go motywuje, to zapewne odpowiedź byłaby taka: chcę zostać Wyzwolonym (osiągnąć Wyzwolenie), gdyż wtedy zyskam odporność: odporność pozwalającą mi być odpornym na to, co naokoło: brak perspektyw, zakłamanie, powszechną marność, perspektywę spędzenia nieudanego, zmarnowanego życia. A patrząc trzeźwo, właśnie na to się według prawdopodobieństwa zanosiło. Chyba lepiej niż zwolennicy, wyczuli ten klimat (napędzający tamtą fascynację buddyzmem) krytycy, nazywając buddyzm „ucieczkowym” i tworząc stereotypową zbitkę „ucieczka w buddyzm” - tak przecież śpiewał sam Jan Kelus! Ucieczka w tym była, ale przede wszystkim była próba budowania sobie odpornego pancerza z buddyjskiego wyzwolenia. Domyślam się, że kraje z inną historią miały inne powody, żeby szukać opancerzenia (a może i czego innego) w buddyzmie. Ale może też dużo by się znalazło wspólnych momentów - nie wiem.

Szamanizm, oczywiście w swojej wersji i recepcji pop-zachodniej tym się różni od buddyzmu, że nie szuka wyzwolenia, ale mocy. Obiecuje nie środki na uspokojenie umysłu i duchową równowagę, jak buddyzm, ale środki na poszerzenie świadomości. Obiecuje zagospodarowanie jałowo teraz jakoby marnującej się przestrzeni wewnętrznej, sięgnięcie do jej ukrytych zasobów, wykorzystanie zalegającej tam energii. O ile buddyzm używa metafor powietrznych i świetlnych: wyzwolenie, oświecenie, rozwianie (nirwana) - to szamanizm pełen jest metafor górniczo-kopalnianych: energia, sięgnięcie do głębi, zanurzenie, wydobycie, pokłady, zasoby. Po co ta moc? - Żeby wygrać, lub przynajmniej nie dać się za bardzo wyprzedzić. W tle szamańskich warsztatów jest ćwiczenie się w sprawności, jest trening niby w sporcie przed wyścigiem. Do tego u nas w Polsce dołożyła się zbieżność w czasie: na dziwny nie-przypadek wygląda to, że szamanizm - ten oczywiście neo i jako kulturowa moda, przyszedł niemal dokładnie razem z nowym (po 1989 r.) duchem ogólnej rywalizacji. (Gdy wcześniej przeważało socjalistyczne blokowanie i zakleszczanie jednych przez drugich.)

Warto też zauważyć, że szamanizm, znów rozumiany w swym wąskim i przecież wypaczonym sensie jako zachodnia kulturowa moda, jest z tych trzech fal najmniej naśladowczy, czyli, paradoksalnie, najbardziej oryginalny i autentyczny. Najlepiej widać to właśnie w kontraście z falami pierwszą i drugą. Gdy chodzi o praktykę jogi lub innego indo-rodnego duchowego doskonalenia, zawsze na początku jest jakiś guru, mistrz jogi bądź duchowych nauk, jednak Hindus i w tamtej tradycji zasiedziały. Praktyki przeszły wprawdzie jakieś westernizacje i popizacje, ale jednak wywodzą się stamtąd i podawane były w bezpośrednim przekazie. To samo, może nawet wyraziściej zarysowane, mamy w fali nr dwa, czyli w przeniesionym na zachód buddyzmie. Jednak są to tamtejsze azjatyckie linie przekazu. Nawet buddyjscy anarchiści i heretycy, jak Toni Packer mają za sobą linię przekazu buddyjskich i w końcu azjatyckich nauczycieli. O ile wiem, nikt na Zachodzie nie był tak odważny, by ogłosić założenie nowej, zaczynającej się od niego, buddyjskiej linii przekazu, ani nie próbował istotnie modyfikować otrzymanych z Azji zwyczajów i praktyk. Normą jest za to przeciwieństwo powyższego: wierne i dosłowne trzymanie się azjatyckiej tradycji, co przejawia się choćby w tym, że buddyści japończycy w Polsce modlą się po japońsku, buddyści koreańczycy po koreańsku, a tybetańska wadżrajana oczywiście po tybetańsku. Przy radykalnej, trudnej wręcz do wyobrażenia obcości tamtych języków, równie dobrze możnaby mantrować po marsjańsku. I w sprzeczności z nauką samego Buddy, który dał jasną wskazówkę: że jego nauki mają być głoszone w językach ojczystych, zrozumiałych i bez nawet żadnej dostojnej archaizacji, co przyjęte było w Indiach.

Tymczasem w szamanizmie jest przeciwnie! Związki z przekazem oryginalnych, tubylczych szamańskich mistrzów i źródeł, są nie większe niż żadne. Patriarcha szamanizmu na Zachodzie, Michael Harner, w swojej założycielskiej książce „Droga szamana” nie powołuje się na dokładnie ŻADNEGO szamańskiego nauczyciela spośród indiańskich ludów, które odwiedził i wśród których działał. Aż budzi to podejrzenie, żeby tam, w ekwadorskiej selwie, był ledwie ayahuaskowym turystką, który wypił yage, zdrętwiał i spanikował, a żadnych nauk ani nie zaniósł do swego kraju, ani nawet ich nie podniósł. Tak samo nie widać w jego książce żadnego śladu osobowych nauczycieli-przekazicieli spośród jego „własnych” indiańskich medicine-men, czyli tych z Ameryki Północnej. Pozostaje więc jako geneza etnograficzna literatura, przeżycia podróżnika - i własna, osobista twórczość Harnera. To samo mamy ze współojcem, czyli Castanedą, który wprawdzie jak twierdził, intensywnie pobierał nauki, ale swego szamana-nauczyciela sobie najpierw wykreował literacko. Jeśli zaś chodzi o takie klasyczne działania zachodniego (czyli neo) szamanizmu, jak szałas potu i wyprawa po wizje, to Indianie, przede wszystkim Lakotowie, od których to zapożyczono, protestują, że to nie przekaz, tylko duchowa kradzież i że nikt poważny spośród ich autorytetów nie upoważniał Białych do aż tak dalece posuniętej zabawy w Indian. Co jest godne uwagi, bo ani Hindusi-jogini, ani azjatyccy buddyści nie oprotestowywali bratnich praktyk na zachodzie pod zarzutem ich nieprawości. Co znaczy jedno: że neo-szamanizm właściwie nie ma korzeni tubylczych, a raczej same Białe. Też godne uwagi jest, że nie zaistniał do tej pory żaden przekaz do świata Białych od szamanizmu eponimicznego, czyli tego z Syberii. Jak się dobrze i krytycznie przyjrzeć, to w całym Białym i neo szamanizmie, z szamanizmu oryginalnego pochodzi tylko nazwa. To jedno magiczne słowo: szaman.

Ale patrząc na to samo od drugiej strony, ten biały szamanizm (a innego nie znamy!) okazuje się być z tych trzech fal najbardziej ORYGINALNYM - najbardziej własnym - dziełem ludzi Zachodu.

Tu przerwę.

Wojciech Jóźwiak
22 - 27 kwietnia 2008




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)