Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 czerwca 2014

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Szamanizm narodowy (odcinków: 4)

Szamani Polaków
Polski szamanizm narodowy

Kategoria: Nowy szamanizm
Tematy/tagi: HarnerneoszamanizmPolskaszamanizm

Szamani a rodzimowiercy, bogowie jak zwierzęta domowe, duchy jak zwierzęta dzikie »

Lakotów... Buriatów... Kofanów... Dagarów – ale Polaków? Polski szamanizm narodowy? Dziwnie to może brzmieć, ale w tym kierunku to idzie... Ostatnio w Tarace pojawili się, poprzez swoje teksty, wywiady lub promocję książek, czterej szamani lub praktycy szamanizmu: David Thomson, działający w linii przekazu od Indian Prerii, głównie Black Feet („Czarnych Stóp”) – James Endredy, z przekazem od Huicholów z Wyżyny Meksykańskiej – Manuel Rufino z narodu Taino z Dominikany, działający w szerszym ruchu odrodzenia tradycji Środkowej Ameryki – i (prezentowany przez Stephanie Marohn) Malidoma Patrice Somé z Burkina Faso, z Afryki zachodniej.

Wśród tej czwórki jest pewna gradacja. Thomson i Endredy to Biali, którzy wszedłszy w bliski kontakt z Rodzimymi stali się propagatorami (misjonarzami?!) ich sposobów, ang. ways. Rufino i Somé inaczej: sami są Rodzimi, są Stamtąd. To jest charakterystyczna przesuwka, ang. shift, i jakby następowanie kolejnych faz. Najpierw szamani czy ogólniej przedstawiciele rodzimej duchowości byli przez Białych traktowani wrogo, z różnych znanych powodów; następnie byli badani jako osobliwość godna zainteresowania ze strony nauki Zachodu, potem – faza trzecia – byli naśladowani, a dotychczasowi ich badacze wracali do siebie i tam sprzedawali swoim Białym ziomkom podpatrzone na wyprawach sposoby (droga Michaela Harnera...). Szybko przyszła faza czwarta, w której Biali praktycy i nauczyciele-przekaziciele szamanizmu zaczęli uważać rodzimych szamanów za swoich duchowych mistrzów; tu drogę przetarł Carlos Castaneda, chociaż jego rodzimy mistrz był postacią fikcyjną... Niezbadane są drogi Ducha. I faza piąta, w której szamani rodzimi, Stamtąd, przybywają do krajów Białych, żeby ich nauczać i prowadzić. Warto zauważyć, że ci przybysze nie są jakimiś egzotami, przeciwnie, są ludźmi sukcesu w zachodnim sensie: kończą zachodnie studia, uzyskują „tu” sukcesy w biznesie, noszą (jak Malidoma Somé) naukowe tytuły.

W tej piątej fazie następuje jeszcze jeden znaczący shift (przesuwka! – mówmy po polsku), który zauważyć można w pewnej wypowiedzi Malidomy Somé:

Jednym z darów, które szaman może wprowadzić do świata Zachodu, jest pomoc w odzyskaniu rytuału, którego tak bardzo w tym świecie brakuje. /.../ Dosłowne przeniesienie rytuałów z /.../ afrykańskiej wsi na Zachód nie ma sensu, jednak [Malidoma Somé] po latach szamańskiej pracy na Zachodzie sam stworzył rytuały, które odpowiadają na jakże odmienne potrzeby tutejszej kultury.

Przesuwka ta polega na tym, że szaman Stamtąd (lub Biały przekaziciel nauk Stamtąd) nie poprzestaje na przekazie szamanizmu-Stamtąd, tylko tworzy nowy szamanizm dla ludzi Zachodu. Ale gdy uważnie przeczytać to, co Stephania Marohn napisała o działaniach Malidomy Somé, widać, że nie chodzi tu o jakiś jeden i jednolity ogólny i uniwersalny szamanizm dla Zachodu (jakiś Harnerowski core-shamanism), tylko o szamanizm szczególny, taki, jakiego będą potrzebować konkretni ludzie z pewnej szczególnej kultury. Z pewnego narodu.

W tym momencie zaczyna się rzeczywiście dziać coś nowego. Oto nie jest już tak, że ktoś – pewien szaman czy mistrz – przyjeżdża z gotowym przekazem, by go u nas głosić, tylko przybywa, żeby nam pomóc w wyszukaniu naszej, nam właściwej drogi.

Myślę, że to jest to. Przy przyjęciu takiej perspektywy i takiego nastawienia zostaje przekroczony pewien próg. Zaczyna się nowa jakość.

Do tej pory, w jakimś stopniu, neo-szamanizm i w ogóle import nauk duchowych czy to od ludów rodzimych czy ze Wschodniej Azji miał cechy odwróconego kolonializmu: jak dawniej Biali kolonizatorzy przybywali z gotowymi treściami do nauczania w szkołach i kościołach, które budowali tubylcom, tak teraz lamowie i szamani zaczęli przybywać w drugą stronę, do Białych, z tak samo gotowymi treściami, które tamci mieli przełknąć i oczywiście niczego nie zmieniać ani nie dodawać od siebie. (Na marginesie, to był kiedyś mój główny powód rozczarowania tybetańskim buddyzmem: że oto od tamtych ludzi dostajemy gotowe pigułki oświecające, które mamy przyswoić bez dyskusji.)

W tym nowym podejściu, my, nieoświeceni z Europy lub innej części Zachodu, przestajemy być przedmiotem misjonowania, a stajemy się partnerami dla szamana Stamtąd, z którym wspólnie siadamy w kręgu, by zastanowić się nad naszą plemienną (ups, narodową!) karmą lub złogami starych duchów.

Tu jest jeszcze jeden wariant: nie szaman Stamtąd przyjeżdża do nas, bo mu np. jest jakoś po drodze, tylko my, w swoim zamiarze szukania i znalezienia dla nas duchowych rozwiązań, np. stworzenia dla nas naszych plemiennych, sci. narodowych rytuałów, wyszukujemy szamańskiego eksperta, który, jak mamy nadzieję, nas w tym wspomoże.

Bardzo dawno temu miałem taki pomysł lub wizję, że pewna duchowa praktyka tu, u nas, zaczyna się tak, że oto zbiera się u nas grupa poszukujących, którzy chcą praktykować w pewnym kierunku i szukają... właśnie, kogo? – Nie misjonarza, ani zewnętrznej korporacji duchowej, która za chwilę wjedzie ze wszystkimi swoimi urządzeniami – tylko kogoś, kto przynajmniej na czas współpracy z nami będzie umiał zawiesić swoje mistrzowskie ego i pracować z nami na zasadzie: „skoro ci ludzie chcą pracować nad swoim duchowym rozwojem, to nie muszą robić wszystkiego tego, co ja, nie muszą mnie małpować, ani ja nie mam żadnego prawa, żeby im zalecać małpowanie mnie jako jedyną drogę.” Ale niestety, niemal wszyscy, których bliżej lub dalej spotkałem, byli mistrzami małpingu.

Korzystnie kiedyś, już 19 lat temu (jak ten czas leci) odróżnił się od nich David Thomson, a było to na pierwszych jego (i jego żony Mattie) warsztatach w Polsce w 1995 roku nad rzeką Mininą, kiedy do szamańskiego kręgu, który budował inaugurując tamto spotkanie, przyzwał bociany latające w górze nad nami. Wcześniej i później brałem udział w działaniach z innymi przewodnikami, ale żadnemu z nich nie przyszło zauważyć bocianów.

C.d.n.

Szamanizm narodowy: wstęp na końcu

O szamanach i ich Odrodzeniu, narodzie, korzeniach i narodowych religiach

Korekta przez: Radek Ziemic (2014-06-29)



Szamani a rodzimowiercy, bogowie jak zwierzęta domowe, duchy jak zwierzęta dzikie »

komentarze

[foto]

1. . • autor: Agnieszka Cupak2014-06-29 17:26:18

A co z całą grupą białych, których powołały Duchy? Przecież w szamanizmie podstawą jest właśnie powołanie przez Duchy. To one wskazują osobę, która ma przejść inicjację szamańską, a jak ona zwykle wygląda, poczytać można w ksiażkach etnograficznych o tej tematyce. I wszystko jest fajnie, jeśli mamy zachowaną linię przekazu i tradycję, ale co jeśli ta została zerwana?
A z takim zjawiskiem mamy do czynienia nie tylko u nas w Europie czy ogólnie na Zachodzie, ale też np na terenach dawnego ZSRR, gdzie wymordowano szamanów i niemal doprowadzono do upadku dawnych tradycji plemiennych. A jednak i tam Duchy wróciły i wybrały swoich pośredników, którzy niejednokrotnie musieli się tego szamanizmu, rytuałów i ceremonii uczyć niejako od nowa. I to od Duchów, jak dawni tzw Wielcy Szamani.
Dlaczego zatem kiedy dzieje się to tam uznajemy to za oczywistość, a kiedy dzieje się tu odmawiamy powołanym prawa do nazywania tego szamanizmem?
Być może Duchy mają swoje powody by wybierać także i u nas swoich pośredników?
Dla mnie to nawet logiczne, gdyż biali ludzie są już tak bardzo oderwani od korzeni, od natury, od pierwotnego związku z Ziemią, że najwyższy czas by ten stan rzeczy zmienić. inaczej skończymy marnie.
Wielcy szamani, którzy jak Malidoeme, Nadia Stiepanowa, Angaangaq, Gaslan Tschinag, Dona Eufemia, czy najbliższy nam bo z Norwegii szaman Saamów Ailo Gaup, wskazują drogę, pokazują nam te elementy duchowości, więzi z korzeniami, ktore są w naturalny sposób bliskie ludiom, uczą i dają to swoiste szamańskie oświecenie, oraz tak potrzebne nam rytuały.
Nie mniej przy okazji tego i fascynacji czymś dla większości egzotycznym, z daleka, nie zapominajmy, że Duchy wybrac na pośrednika mogą każdego. Także kogoś z ludu białych, kto przypomni nam o naszych korzeniach, duchowości i związku z naturą. I bynajmniej nie mam tu na myśli rzeczy nauczycieli duchowych, propagujących mniej lub bardziej nurty new age, ale tych najczęściej anonimowych ludzi, którzy przeszli lub przechodzą swoją szamańską inicjację, których Duchy prowadzą i którzy dają nam rytuały.

[foto]

2. samorodki • autor: Nes W. Kruk2014-06-29 23:41:32

Swój pierwszy ryt zrobiłem w lesie ze 20 lat temu. Nie było wówczas internetu, książek o szamanizmie w weekend, warsztatów szamańskich etc. Ba, nawet nie wiedziałem wówczas co to szamanizm. Choć był już ze mną Kruk. Ale ryt zrobiłem - drzewa poświadczą. Potem tych rytów i ceremonii przybywało. Niektóre ćwiczyłem latami jak sportowiec albo muzyk - dopracowując, poprawiając, szlifując. Nie miałem nauczyciela, który by mi przekazał całą swoją spuściznę. Nie nazywam siebie szamanem (wolę słowo czarownik - bo jak nie chce, to nie pomaga i nie ma misji do spełnienia) bo szamanów nagle zrobiło się zatrzęsienie i nikt już nie wie co to słowo znaczy, albo znaczeń jest tyle, że jedno lepsze od drugiego. Inicjacje takie i owakie miałem, bynajmniej nie od ludzi. Podobnych sobie w Polsce spotykałem i wielu nie miało z tym problemu. Na pytania jak się uczyć, odpowiadałem - idź do lasu, idź na łąkę i rozmawiaj, szukaj, pytaj. Z książek dowiesz się najmniej. Mało kto to rozumiał. A teraz czytam, że jednak może coś tu się dzieje, że jakieś samorodki co to zaczynają od podstaw.
No ale jak ktoś ma plecy, to jest wiarygodny.
[foto]

3. linie i sieci szamańskie • autor: Nes W. Kruk2014-06-30 12:39:39

Ludzie powołani do szamaństwa w naszej kulturze realizują się tak czy siak. Nakładka (czyt. chrześcijaństwo) daje mapę mitologiczną i kulturową, więc człowiek, który słyszy głosy, ma wizje, nakłada na to schemat np. KRK i... rozmawia z aniołami. Takich ludzi się izoluje, bo są niebezpieczni dla systemu, albo robi z nich świętych. Poza tym jest cała gama zawodów, w których szaman może się realizować, gadając z duchami po kryjomu, żeby go nie zamknięto w wariatkowie i nie stracił licencji - nauczyciel, ksiądz, lekarz, terapeuta, psycholog, polityk.
Myślę, że poza tradycją ważny jest pewien rys psychologiczny, który powołuje człowieka do szamaństwa. Jeśli tak jest, to tacy szamani są zawsze i wszędzie, bez względu na tradycję. W kulturach plemiennych jest łatwiej, bo tam ten wzór jet ugruntowany, wpleciony w życie plemienia. Tam starszy szaman wprowadza adepta krok po kroku dzięki czemu młody wie co się z nim dzieje i nie traci tyle energii na miotanie się i wątpliwości (wątpliwości może mieć jedynie te o których wspomina Gosia - że nie chce, bo to męczące, a w ogóle jest tyle fajnych mało wymagających zajęć). I stąd w "naszej" kulturze nie trzeba kogoś nazywać szamanem, by szamaństwem się zajmował.
Poza tym pewne "dary" przechodzą z pokolenia na pokolenie, więc w przypadku rodziny linia zachowana jest, tyle że wiedza mało usystematyzowana.
No i nie zapominajmy o czarostwie (nie wicca!). Czarownice były i są samorodkami. Mogą uczyć się od starszych, ale czarostwo jest silnie zindywidualizowane.
Bardzo ciekawie nakłada się na to moda na magię chaosu, która zrodziła się w XX w.

4. Dawniej w to nie wierzyłem • autor: Nierozpoznany#79092014-07-01 10:14:00

Ale teraz myślę, że istotnie pewne dary szamańskie przechodzą rodzinnie. Poznałem taką osobę.
Rzecz w tym, że ta osoba, która twierdzi jakoby spotykały ją duchy umarłych i ostrzegały o nieszczęściach, nie wydaje się być z tego powodu szczególnie szczęśliwa. Na przykład boi się otoczenia sosen. Boi się znaków płynących z przyrody. To tak ma wygladać ten powrót do natury? ;-O

Inna rzecz do rozstrzygnięcia. Zadziwia mnie bezrefleksyjne wchłanianie każdej kolejnej mody, a to na szamanizm, a to na wywoływanie duchów, a to na kryształy i Bóg wie co jeszcze. Zwracam uwagę, że te nurty religijne są często ze sobą silnie sprzeczne. należałoby coś wybrać. Taoiści na przykład raczej przepędzają duchy zmarłych, a nie je przywołują. Ale jakoś w tutejszych przyjaciołach szamanizmu nie budzi to żadnych wątpliwości.

I coś jeszcze: KGB. Pamiętamy sektę AUM i inne niszczące fanatyczne kulty. ich cel w zasadzie zawsze jest ten sam. Uderzyć w dominujące w danym kraju wierzenia religijne i narobić maksimum zamieszania. Nieważne jak, ważne żeby uderzenie było skuteczne. jakie mamy gwarancje, że odradzający się w Rosji szamanizm jest rzeczywiście autentyczny???

5. Bociany też ważne... • autor: Nierozpoznany#70192014-07-03 20:16:28

    Nikt, jak na razie, nie zwrócił uwagi na bociany, które David Thomson zaprosił do szamańskiego kręgu. A przecież, tak sądzę, przywołanie przez Wojtka wspomnienia sprzed 19 lat - stanowi istotę tego, co chciał powiedzieć, w swoim artykule, o duchowych przewodnikach z prawdziwego zdarzenia. Nie wiem, może się mylę, w każdym bądż razie tak to poczułam.

     Gest Davida Thomsona bardzo pozytywnie mnie nastroił. Uważam, że powinien stać się godnym podziwu wzorem do naśladowania (nie mylić z "małpingiem", o którym - nie bez przyczyny - wspomniał Wojtek).
Skojarzył mi się od razu z japońskim poetą - Basho (1644-1694) - który, jak większość ludzi Wschodu, kocha naturę i jednoczy się z nią do tego stopnia, że "czuje każde uderzenie w jej żyłach..." [ cyt. za: D.T Suzuki ]. 
W swoim haiku [gatunek wiersza] Basho pisze o nazumie - pospolitej roślinie (po naszemu - tasznik, zwany też torebką / portfelem pasterza). Daleko tasznikowi  do róży, która uwodzi swą wieloznaczną symboliką, a mimo to - ta niepozorna, dzika roślinka - zwróciła na siebie uwagę poety. W prostocie siła - ktoś kiedyś powiedział, i chyba się nie mylił. A może i Komunia Dusz?

    To samo można powiedzieć o Davidzie Thomsonie, dla którego bociany w tamtej
chwili były, prawdopodobnie, czymś niezwykle ważnym, czego nie potrafię nazwać, ale czy trzeba nazywać? Wystarczy czuć, więc może czuł, jak japoński poeta, "każde uderzenie w jej  [naturze] żyłach...", której elementem, jakby nie było, są też bociany...  Może pragnął z całych sił, by grupa też to poczuła i wtopiła się w to wszystko, co wokół nich...Tak po prostu, by poczuć głęboko i prawdziwie tę bliskość, i stać się jednością...?! 
[foto]

6. KGB? • autor: Wojciech Jóźwiak2014-07-04 10:16:35

>>> I coś jeszcze: KGB. Pamiętamy sektę AUM

Alchymisto, czy sekta Aum (z Japonii?) była animowana przez KGB? (Od 20 paru lat raczej FSB RF?)
-- Nie chce mi się teraz sprawdzać po sieci.

Co do rosyjskich kultów (dys-kultów? Bo nie chcę ze słowa "kult" robić straszaka...), raczej niuejdżowych, nie szamańskich, ale udających jakoś szamanizm, to tak, mam podejrzenia, że tajniacy z nimi eksperymentowali, z ich kreacją i propagacją. Mam na myśli  przede wszystkim organizację "Golden Altai", założoną i kierowaną przez Konstantyna Rudniewa nazywającego się Mistrz "Bogomudr Altai Kagan“, ok. 10 lat temu było o nim głośno, podobno startując z Nowosybirska weszli w świat: Zach. Europa, Australia, co niemożliwe byłoby bez pieniędzy zapewne od tajniaków. Historia najlepiej opisana w: de.wikipedia.org/wiki/Aschram-Schambaly-Sekte po niemiecku. Wg tej strony Bogomudr siedzi z wyrokiem 11 lat, co by znaczyło, że "krysza" jaką miał wcześniej, przestała działać.
Z 10 lat temu do mnie przyjechała ich agentka, Rosjanka rezydująca w Grecji, koszmar-baba, typowy (wg. Piotra Jaczewskiego) Sułtan Brunei. Po krótkiej rozmowie kazałem się gonić szczotą.
Bogomudrem szkoda, że nikt się nie zajął jako tematem, bo new age najlepiej rozpoznać w jego najbardziej hucpowych i naciągackich formach.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)