Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 kwietnia 2015

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 180)

Szwejk. 100 i 50-lecie


« Patryka Jaronia o dziwnej religii Artura Króla i George Lakoffa: polityka jak rodzina »

W maju 1915 roku – a więc równo sto lat temu – batalion austro-węgierskiej armii, w którym służy Józef Szwejk, dociera na bezpośrednie zaplecze frontu, do Galicji. To stulecie, pierwsza okrągła rocznica. Druga jest taka, że pierwszy raz powieść Jaroslava Haška o Szwejku czytałem mając 13 lat, czyli 51 lat temu – zaokrąglam to do pół wieku. Czyli mamy stulecie i półstulecie. Rocznica zerowa jest taka, że właśnie kupiłem nowe wydanie powieści i czytam. Tłumaczył Antoni Kroh – i zrobił to znakomicie. To trzeci przekład polski. Tytuł teraz brzmi: „Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej” – więc inaczej niż było to w kanonicznym, jeszcze międzywojennym przekładzie Hulki-Laskowskiego. Wiekopomny początek brzmi: „No to zabili nam Ferdynanda – rzekła gosposia panu Szwejkowi...” – Każdy wie, że chodzi o zabicie arcyksięcia Ferdynanda von Habsburg w Sarajewie w czerwcu 2014, od czego poszła I Wojna Światowa... ale Szwejk wtedy tego jeszcze nie wie. Losów dobrego żołnierza („dzielnego żołnierza”, „dobrego wojaka” – tak we wcześniejszych przekładach) nie będę streszczać. Książkę czytałem, powtórzę, jako 13-letni młodzieniec, połknąłem ją, po czym chyba do niej nie wracałem, może do małych fragmentów. Wydaje mi się, że w dużym stopniu znałem ją na pamięć. Teraz kupiłem widząc nowe wydanie na ekspozycji w Empiku, a skłoniło mnie do tego to, że z powodu zamieszczenia tekstów Ignacego o Ukrainie Zakarpackiej w Tarace przypomniałem sobie, że pierwszy raz dowiedziałem się o istnieniu tejże – może nie tyle Zakarpackiego Obwodu, co Rusinów po tamtej stronie Karpat – właśnie z lektury Haška-Szwejka.

„Na peronie, otoczona węgierskimi żandarmami, stała grupa aresztowanych węgierskich Rusinów. Między nimi kilku popów, nauczycieli i gazdów, zgarniętych z całej okolicy. Wszyscy z rękami spętanymi z tyłu postronkiem, powiązani parami. Z rozbitymi nosami i guzami na głowach, gdy obrywali od żandarmów zaraz po aresztowaniu.
Parę kroków dalej węgierski żandarm bawił się popem. Przywiązał do jego lewej nogi powróz, a trzymając drugi koniec w ręce, zachęcał popa kolbą do tańczenia czardasza; kiedy szarpał powrozem, pop padał na nos /.../”

Oszczędzę dalszego ciągu. Przeczytawszy to 50 lat temu, a później przypominając sobie, doszedłem do przekonania, że wtedy na styku lat 1914 i 15 wojska rosyjskie zajęły całą późniejszą Ukrainę Zakarpacką, a jej włączenie do ZSRS 30 lat później dopełniło rosyjską imperialistyczną zasadę, że gdzie postanie noga rosyjskiego/sowieckiego żołnierza, tam ziemia na wieki już należy się Rosji/Sowietom. To jednak nie zgadzało mi się z mapami frontów I Wojny, które nie rejestrowały takiego faktu, jak wkroczenie Rosjan na węgierskie równiny. Teraz lekturę powieści zacząłem od III tomu, rozdział „Z Hatvanu do granic Galicji”, skąd wzięta tamta scena znęcania się nad więźniem-popem – i okazało się, że tamto działo się na stacji Humenné, dziś wschodnia Słowacja. Więc nie na równinie, ale jeszcze w górach, lub raczej pośród nich. Humenné leży w dolinie rzeki Laborec, płynącej od Medzilaborców i od Przełęczy Łupkowskiej, a dalej na południe wznosi się jeszcze jeden szaniec Karpat, wulkaniczny Wyhorlat, dopiero za nim Nagyalföld, równa jak morze, którym niedawno (geologicznie) była. Z Humennego przez Przełęcz Łupkowską i dalej na Sanok jechał pociąg wiozący Szwejkowy marszbatalion. Ślady wojny były świeże. „Za Nową Čabyną w plątaninie gałęzi starej sosny wisiał but jakiegoś piechocińca z kawałkiem goleni. Patrzyli na lasy bez liści, bez igieł, osmalone ogniem artylerii, drzewa bez koron i zagrody strzaskane pociskami.” Jaroslav Hašek widział to, sam wieziony tamtędy na front.

Zimą 1914-15 Rosjanie sforsowali Karpaty w ich najniższym miejscu, w Beskidzie Niskim, ale jednak poza góry nie wyszli. III tom „Losów Szwejka” dzieje się już po Bitwie Gorlickiej, która zaczęła się 2 maja 1915 (sto lat minie za chwilę) i poskutkowała zwycięstwem Niemiec i Austro-Węgier nad Rosją, którą odrzucono najpierw za Bug, potem aż na poleskie błota. Kiedy Szwejka wiozą, front stoi już na Bugu lub dalej, Sokal jest wyzwolony.

Szturm gorlicki jest ważną datą w historii Polski, która wtedy przeszła w całości w ręce niemieckie i austriackie, co jak się okazało, w prostej linii doprowadziło do niepodległości w 1918. Tej daty nie znałem ze szkoły, a o bitwie dowiedziałem się dopiero, mieszkając kiedyś pod Gorlicami dwie zimy i lato między nimi, w warunkach podobnych jak te, które opisała Nimue – bo tam, w Beskidzie Niskim, kiedyś przechodziłem swoje nigredo. Wtedy stary Łemek spod Uścia Ruskiego (dziś Uście Gorlickie) mówił mi, że tak dobrze, jak było za Austro-Węgier, nie było później i nie będzie nigdy. Miał rację: Karpaccy Rusini tylko wtedy żyli w kraju niepodzielonym granicami.

Przez Haškowe opowieści szwejkowskie prześwituje, czym była tamta wojna dla poszczególnych nacji. Dla Czechów była to wojna daleka, w obcym kraju, z którym ich nic nie łączyło, i w imię obcej władzy, spod której chętnie by się uwolnili – co im się w końcu udało. Austriacy rodowici, niemieccy, bili się za całość, chwałę i prestiż ich państwa – ale uszkodzona była ledwie daleka peryferia. Historia ich uczyła, że kiedy Austria traciła jakiś kawałek ziemi, to zyskiwała inny. Mieli powody patrzeć na tę wojnę z dystansu. Za to Węgrzy – tylko oni – walczyli na śmierć i życie, o być lub nie być własnej ojczyzny. Przemyśl, który wzięli Rosjanie, był ich wysunięta szpicą, ich graniczną twierdzą, która ryglowała wyjście na Alföld. Rosjanie przełamując Karpaty, zaczynali deptać ich ziemię. Węgrzy mieli powody, żeby tę wojnę traktować ze śmiertelną powagą, która, bywało tak zapewne, przechodziła w okrucieństwo, które Hašek, najwyraźniej Węgrów nie lubiąc, parę razy im to w powieści wytyka. W końcu przegrali tę wojnę, światową, i zaraz następną, kiedy zostawszy sami, zostali bez nadziei rozebrani pomiędzy wszystkich sąsiadów, wraz z dotychczasową „małżonką” Austrią i wraz z Polską, która im wzięła kawałki Orawy (Árva) i Spiszu (Szepes).

Dla Ukraińców, w tym Rusinów Karpackich, ta wojna była lekcją: toczyła się u nich, ich domy płonęły, ich pola ryły okopy i wybuchy, po ich grzbietach przechodzili kolejni okupanci. Zapewne wynieśli z tamtej lekcji, że dla każdego są obcy, nikt nie da im ochrony, każdy jest ich wrogiem. Zobaczyli względność władzy: zmieniających się komendantów, generałów, królów, carów i żandarmów. Wniosek mógł być jeden: wygnać obcych, zostać sami na swoim... Ale kolejne powstania – przeciw Węgrom, Polakom, bolszewikom – przegrywali. Bardziej tam, w Galicji, i wtedy, w I Wojnie, należałoby szukać źródeł późniejszych i dzisiejszych stanów umysłów tamtego narodu, nie w baśniowych Kozakach.

Haškowy świat Austro-Węgierskiej monarchii, który opisuje w „Szwejku”, zwłaszcza ten sprzed wojny, jest zdumiewająco nowoczesny. To świat Miasta-i-Maszyny, ale nie jakaś Masa w nim żyje, jak chciał Tadeusz Peiper, ale poszczególni ludzie, nie mający zamiaru zlać się w jedno, rezygnować ze swoich kwitnących indywidualności. Późniejsze dwudziestowiecze, w którym rządziły ideologie, utopie i totalitaryzmy wydaje się w porównaniu ze stanem Haškowym – regresem, podobnie jak nam regresem widzą się propozycje dżihadystów.

Jaroslav Hašek – autor i obserwator – sam jest arcy-nowoczesny, oświeceniowy i wolny duchem. Gdy go się czyta, widać, że gdyby zjawił się dziś, powiedziałby: dzieci, tyle jeszcze zostało wam bałwanów, którym możecie przestać się kłaniać! A jego literackie dziecko, Szwejk, jawi się mało, że mędrcem, ale wręcz kimś w rodzaju mistrza zen, oświeconego, którego los rzucił we wcielenie austriackiego gefrajtra. Szwejk przez wojskowe szambo przechodzi czysty. Stroi żarty, ale nie popełnia niegodziwości. Jakoś to umie... Kiedy czytam tę powieść po tylu latach, ów Dobry Żołnierz nie wydaje mi się wcale literacką wymyśloną marionetką, przeciwnie, ten pozorny błazen ma umiejętność starego mędrca: potrafi czynić tak, żeby nie kleiły się do niego negatywne emocje – ani własne, ani cudze. Z forteli Szwejka dałoby się wyekstrahować poradnik: jak przez fatalne sytuacje przejść z czystym umysłem i sumieniem, i nikogo nie krzywdząc.

Tylko pytanie, co było dalej? Jak wyglądałby nienapisany przez Haška ciąg dalszy Szwejkowych „Losów” – gdy 11 marszkompania 91 regimentu weszła weszła w końcu na linię frontu? (Nieznających poinformuję, że Jaroslav Hašek zmarł w trakcie pisania IV tomu, a w zamyśle miał bodaj piąty. Nie dożył 40 lat.)

Dobry Żołnierz Szwejk, jak i jego twórca Hašek, jest enneagramową Siódemką Epikurejczykiem. Po czym to poznać? – Jest to tak oczywiste, że nie będę objaśniał. Siódemkami są też Szwejkowi przyjaciele: feldkurat Katz i „jednoroczny ochotnik” Marek. W postaci Marka zresztą Hašek sportretował siebie samego. Poza nimi widmo enneagramowych typów jest dość ubogie. Nieszczęsny żarłok Baloun to Dziewiątka. Porucznik Lukasz – beznadziejnie zdominowany przez górującego nad nim duchem i sprytem Szwejka – to prostoduszna Jedynka. Inną Dziewiątką jest postać, której prawie nie zauważałem przy wcześniejszych czytaniach: dowódca batalionu kapitan Ságner, który co i raz „przechodzi na drugą stronę wagonu”, „wychodzi drugimi drzwiami”, „ziewa” lub „wygląda przez okno” – dowódca dwustu czy trzystu mężczyzn prowadzonych do boju, który wyćwiczył się w ciągłych unikach. Co ciekawe, nie ma w powieści Ósemek Szefów, które ledwie zamajaczą gdzieś na poboczach w osobach jakichś krewkich i wszystkim grających na nerwach pułkowników lub strażników więziennych. Cechy Szefa Ósemki ma natrętny, panoszący się, przemądrzały, znienawidzony i durnowaty porucznik Dub. Najwyraźniej Hašek tego typu nie szanował.

A Monarchia, Austro-Węgierska? Nie ma jej od prawie stu lat. Została po niej wielka literatura i galeria twórców-wizjonerów; Jaroslav Hašek jednym z nich. Ale gdyby złożyć razem na nowo jej państwa sukcesyjne, powstałaby naprawdę silna grupa. Policzmy, od zachodu: Austria, Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia, Chorwacja, Bośnia, Serbia, Rumunia, Polska – i Ukraina. Ze sto sześćdziesiąt milionów ludzi, półtora miliona, lub lepiej, kilometrów kwadratowych. Międzymorze!

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-04-28)



« Patryka Jaronia o dziwnej religii Artura Króla i George Lakoffa: polityka jak rodzina »

komentarze

[foto]

1. Szwejk - mój... • autor: Michał Mazur2015-04-28 02:02:53

Szwejk - mój ulubiony bohater. Czyli o tym jak nie stać się totalną mendą w ogromie zła i nienawiści. Wróciłem z pracy zmęczony - ale przypomniałeś mi Szwejka to wiem, że teraz zasnę i wypocznę jak dzieciątko.

" Austriacy rodowici, niemieccy, bili się za całość, chwałę i prestiż ich państwa".
Wojtku - tylko Sasi siedmiogrodzcy. W opisach często pojawiał się ten motyw, że jak już było ciężko to Niemiec, Austriak, Żyd, Polak chciał się poddać - ale Sas siedmiogrodzki rzadko kiedy. Walczyli dzielnie bo wiedzieli, że w razie upadku Habsburgów ich mały świat, ta niesamowita niemiecko-karpacka kultura runie w gruzy. Rumunia przycisnęła ich później, przed II wojną także.

Austriacy, takie niemco-austriaki i inni emigranci wybierali kulturę polską (m.in. dlatego Lwów stał się bardziej polski niż ukraiński, a wśród jego obrońców byli ludzie o "dziwnych" nazwiskach - jak jedno z najmłodszych Orląt Jurek Bitschan). W zasadzie już drugie pokolenie urodzone na ziemiach polskich szło do powstań narodowych. Nie mam pod ręką książki "Galicja" jaką napisał śp. prof. Zbigniew Fras - a szkoda, tam był nawet przykład syna gubernatora austriackiego (albo jego zastępcy, nie pamiętam już).
Natomiast sam kiedyś zgłębiałem historię pewnej rodziny krakowsko-lwowskiej (z którymi być może jestem spokrewniony po mieczu, choć wspólny przodek byłby mniej więcej pod koniec XVII wieku w Saksonii - jeśli nie dawniej. Podobne zainteresowania, talenty, dość rzadkie imiona...) Jeden z nich był Cesarskim Radcą Dworu ds. budownictwa cywilnego, a określał się jako Polak. "Ritter von" sprzed nazwiska wyrzucił, zresztą chyba to już jego przodkowie zarzucili przed nim. Bo "von" przed nazwiskiem kłuło w oczy, i utrudniało polonizację. Syn owego Radcy zginął za okupacji, bo uratował Żydówkę. Wnuk wykłada na AGH, no chyba że już przeszedł na emeryturę. Prawnuk ukończył historię na UJ, nie mógł znaleźć pracy - i w końcu udał się na emigrację, zmienił zawód na programistę. Ot, życie

Nie wszyscy jednak się polonizowali. Na obszarach dzisiejszej Ukrainy nowopowstałą tożsamośc ukraińską wybrali ci najsłabiej wyedukowani - potomkowie rolniczej kolonizacji józefińskiej, żyjący między ludnością wiejską, ruską (jak się wtedy mówiło). Tylko takie jakby gęby niemieckie po przodkach pozostały :) Po latach na ten szczegół zwrócił uwagę pewien Anglik, jeden z 30 totalnych nieudaczników angielskich, którzy... wybrali Hitlera i znaleźli się w Waffen SS (sam określał siebie i swoich kamratów jako "nieudaczników"). Z Ukraińcami zetknął się w niewoli, stwierdził że część z nich jest bardziej podobna do Niemców niż Polaków czy Rosjan i zapytał ich o to. Po wojnie wrócił do Anglii i wydał książkę w której jest i to wspomniane (przetłumaczoną na polski, kiedyś pożyczyłem z Bibl. Wojew. w Krakowie). Był kulturystą i bokserem, także artystą cyrkowym... o czekaj już mam: Eric Pleasants, Hitler’s Bastard: Through Hell and Back in Nazi Germany and Stalin’s Russia
Read more: http://www.rickjoshua.com/tag/britisches-freikorps#ixzz3YYcGLMF2

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)