Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 grudnia 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku (odcinków: 22)

Tajemnicza Węgierka

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: językiobyczaje

« Widziałam jak anioła na drągu nieśli Pierwsze uśmiechy raju »

         W dokumentach i fotografiach siostry mojej babci, Stefanii, odnalazłam pewien ślad po tajemniczej kobiecie. Nie znam jej imienia i nazwiska. Poznałam ją w wieku 16 lat, kiedy dostałam się na studia polonistyczne na UW i na pierwszym semestrze dręczyły mnie dwie zmory. Pierwsza była udziałem w sprawie rozwodowej rodziców. Byli oni mocno skłóceni, a ja nie wiedziałam, czyją stronę w ich sporach zająć. Widziałam winy ich obojga, ale nie umiałam wybrać żadnej ze stron. Dziś wiem, że ojciec zostawił chorą i niepracującą z tego powodu mamę i nas bez środków do życia; a chcąc wymusić na mamie zgodę na rozwód, zaprzestał płacenia alimentów; mama zaś miała trudny charakter i buntowniczą naturę. Teraz rozumiem, co jest najważniejsze w takiej sytuacji (pieniądze oczywiście, a nie honor), bo oszczędzają upokorzeń i niepewności losu, jakie ja musiałam znosić w swojej wczesnej młodości, zdana na łaskę opieki społecznej. Niezależnie od tego matka podała mnie do sądu jako świadka, co spędzało mi sen z powiek, na równi, albo jeszcze bardziej, z czekającym mnie egzaminem z języka starocerkiewnosłowiańskiego (tzw. scs). Nikt mnie oczywiście nie poinformował, że mogę odmówić zeznań. Nie jestem pewna, czy w ogóle w tamtych czasach można było władzy (w tym i sądom) czegokolwiek odmówić.

         Tak więc stanęłam przed sądem i jako naiwne dziewczę starałam się zachować obiektywizm, czym, oczywiście, naraziłam się obu stronom. Matka walczyła jak lwica, żeby nie dać ojcu rozwodu, ja zaś, spytana o zdanie głupio oświadczyłam, że wolałabym, aby się rozwiedli i dali nam, dzieciom, spokój.

         Kiedy rozprawa się skończyła, na korytarzu napadli na mnie adwokaci obu stron, wymyślając i wymachując łapami, jako że w tamtych czasach kultura prawnicza w sądach przypominała obecną parlamentarną.

         W każdym razie niesiona emocjami wybiegłam z budynku Sądów na Wiejskiej i przebiegając przez ulicę, omal nie wpadłam pod tramwaj. Na szczęście wybiegł za mną ojciec i zorientowawszy się, że nie bardzo zdaję sobie sprawę, gdzie jestem i co robię (jako młoda dziewczyna byłam bardzo emocjonalna i potrafiłam się w swoich emocjach kompletnie zagubić), zaprowadził mnie do jakiejś kawiarni, gdzie ochłonęłam. Wówczas wymyślił, że powinnam się uspokoić i oddać całkowicie nauce, czemu sprzyjać miało oddalenie od rodziny i separacja od jej spraw. Wysłał mnie do siostry mojej babci, Stefanii, do Sokołowa Podlaskiego, to jest zapakował do autobusu z torbą pełną podręczników i listem do ciotecznej babci (która nie miała, oczywiście telefonu).

         Dziś po lekturze dokumentów wiem, że Stefania była zawsze przodującą nauczycielką we wszystkich szkołach, w których uczyła. Czytałam protokóły z wizytacji warszawskich urzędników i zawsze wymieniano ją jako nauczycielkę-ideał. Często jedyną w całej siermiężnej szkole. Nie miałam świadomości, że jej postępowanie wobec mnie było profesjonalne, ale odczułam ogromną ulgę. Nikt się nie interesował moimi sprawami, ciotka już na emeryturze, pracowała w miejskiej bibliotece, więc przez pół dnia byłam sama i mogłam włóczyć się po Sokołowie, ile dusza zapragnęła. Gdy już mi się znudziło, szłam do ciotki do biblioteki, gdzie czytałam mniejszym dzieciom jakieś bajki albo szłam na skwer i przyglądałam się ludziom. Wieczorami chodziliśmy do znajomych ciotki, miejscowej inteligencji, kierownika kina, farmaceuty i innych osób, których nie zapamiętałam. Było tam miło, dawali mi jeść i niczego ode mnie nie chcieli. Prowadzili swoje rozmowy, a ja mogłam słuchać nie zabierając głosu. Nikt mi nie zabraniał palić papierosów, najwyżej musiałam wychodzić przed dom. Powoli uspokajałam się, ale oczywiście nie uczyłam się, bo mi się niczego, a zwłaszcza powrotu do obowiązków, nie chciało. Do czasu.

         Po dwóch tygodniach pobytu ciotka powiedziała mi, że przyjeżdża do niej koleżanka, Węgierka, i będzie z nią kłopot, bowiem nie umie ani w ząb po polsku. Ciotka porozumiewała się z nią w jakimś łamanym języku Kresów, rumuńsko/ukraińskim, jak podejrzewam, ale dla mnie był on równie niezrozumiały jak węgierski.

         Ciotka, wychodząc z domu, zostawiała nas obie na gospodarstwie, ale ja zupełnie nie miałam pojęcia o gotowaniu i takich tam, ponieważ w moim domu się nie gotowało, tylko jadło to, co udało się akurat zdobyć lub pożyczyć, ewentualnie gdy ktoś czymś poczęstował. Jednak chciałam z grzeczności czasem jej pomóc i nie wiedziałam jak. Któregoś wieczoru ciotka powiedziała mi, że na Węgrzech uczniowie szkół średnich uczą się obowiązkowo języka starocerkiewnosłowiańskiego (nazywanego inaczej starowęgierskim) i jeśli akurat mam przy sobie słownik, to możemy spróbować się z Węgierką porozumieć. Teraz podejrzewam, że Węgierka była także nauczycielką i raczej uczyła scs, niż zapamiętała go ze swojej nauki. Tak czy inaczej, spędzałyśmy całe dnie razem przerzucając się tekstami biblijnymi, ciesząc się i zaśmiewając z nieoczekiwanych zestawień napuszonego religijnego języka z prozą życia. Jak bowiem tekstem biblijnym zawiadomić kogoś, że wieczorem idziemy na seans do kina i że mamy tam pójść we dwie, bo ciotka przyjdzie osobno? Łamigłówka. Na pewno, że musimy „napełnić oczy swoje”, ale co dalej? Tak się rozpędziłyśmy, że nawet zaczęłyśmy tworzyć własne zbitki pojęciowe i własny słownik, gdzie nic nie było wyrażane prosto i jasno, a wszystko stanowiło skojarzenia współczesności z dawnym.

         Po miesiącu pobytu Węgierka wyjechała, a ja musiałam wrócić na studia zdawać egzaminy. Nadszedł czas spotkania z groźnym profesorem od scs-u, który ongiś zapowiedział, że tak nas go nauczy, że będziemy listy miłosne po starocerkiewnemu pisać. Byłam jedyną na roku, która zdała ten egzamin na 5 (wówczas najlepszy stopień).

         Węgierki nigdy więcej już nie spotkałam, ale czasami, nie wiem czemu, o niej myślałam. Niestety, inne egzaminy nie szły mi tak rewelacyjnie, zaczęłam pracować i nie dałam rady łączyć pracy ze studiami, po drugim roku przeniosłam się więc na studia zaoczne, a potem praca, mąż w delegacji, dzieci i wiadomo.

         Nie potrafiłam sobie wyobrazić twarzy Węgierki, ale kiedy porządkowałam zdjęcia z teczki ciotki Stefanii, od razu ją poznałam, choć była już o wiele starszą korpulentną kobietą o dłoniach jak szufle i prawie męskim, donośnym głosie. Od dawna, niestety, nie ma już kogo zapytać, kim była. W dokumentach jest kilka pocztówek i listów pisanych po węgiersku, dla mnie kompletnie niezrozumiałych i kilka zdjęć z 1915 roku. Oto jedno z nich:


Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku: wstęp na końcu

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-12-27)



« Widziałam jak anioła na drągu nieśli Pierwsze uśmiechy raju »

komentarze

1. dawne uczelnie • autor: Jerzy Pomianowski2015-12-27 19:23:17

Niezwykłe jak wszechstronne wykształcenie dawały kiedyś polskie uczelnie. Przed wojną  na filologii polskiej wymagano dodatkowo znajomości sanskrytu. Greka, łacina to już był standard.
Wielu dziwnych rzeczy wymagano również od inżynierów. Np umiejętności dokładnego rysowania obiektów z natury.

[foto]

2. wszechstronność • autor: Przemysław Kapałka2015-12-28 13:49:12

Coś mi się zdaje, że mnie przy tych wymaganiach byłoby trudno na jakimkolwiek kierunku. Przy wymaganiu rysunku, kaligrafii (kiedyś bardzo modne), nauki jakichś dawnych języków albo innych egzotyk bym albo poległ, albo zniechęcił się do wszystkiego. Czy to dobrze, że taki jak ja nie mógłby się produkować? Zostawiam do oceny innych.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)