Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 maja 2012

Diuk Skusikula

Tańczący z...
- Czyli muzyka jako klucz do odmiennych stanów świadomości na przykładzie doświadczenia z Dziewiątą Symfonią Ludwika van Beethovena

Po prawie każdej bardziej lub mniej udanej podróży wywołanej substancjami psychoaktywnymi tudzież bez ich udziału człowiek nierzadko odczuwa potrzebę podzielenia się tym, co dostrzegł i zrozumiał, zapisania tego niebywałego dla niego wydarzenia i tak dalej. Co jednakowoż przekazać najtrudniej to zindywidualizowany język jakim posługuje się - nazwijmy to tak - wysokoobwodowa rzeczywistość do skomunikowania się z nami osadzonymi w trójwymiarowym świecie rozciągniętym groteskowo po iluzji linearności czasu. W podobnych sytuacjach całe życie delikwenta urasta do rangi symbolu, a wiele drobnych wydarzeń z przeszłości zostaje przewartościowanych i zunifikowanych z ostatnio przeżytymi. Nawet dzielnie starając się opisać znaczenie i ukontekstowienie takiego przewartościowanego wydarzenia nie jesteśmy w stanie przekazać smaku i rezonansu znaczeniowego, jaki ono miało dla nas, co wynika z kolei z faktu, że każdy ma w indywidualny zupełnie sposób rozłożone naciski istotności i dlatego klucz do przebudzania każdego z nas ma swoiście niepowtarzalny smak dźwięk kolor fakturę zapach i kropka.

Pomimo tego, ochłonąwszy, postaram się opisać co przydarzyło mi się kilka dni temu. [Pisane w październiku 2008; red.] Wielokrotnie udało mi się w życiu uzyskiwać odmienne stany świadomości przy pomocy substancji lub ćwiczeń oddechowych. Raz wpadłem w taki stan z zupełnego zaskoczenia na kilka dni siedem lat temu pod wpływem samych intensywnych lektur, przemyśleń oraz regularniejszych niż zwykle ćwiczeń pranajamy. Zaskoczenie było tak wielkie, że trudno mi było poradzić sobie z dokonującą się paradoksalną fuzją małego z wielkim ‘ja’. Fakt, że czytałem wcześniej książki o takich zespołach objawów wywoływanych spontanicznym uzyskiwaniem szerszej świadomości pozwolił mi nie zwariować, gdyż skala odpowiedzialności za losy świata jaką wtedy poczułem była przytłaczająca. Przytłaczająca dla pojedynczej jednostki, która jednak była tylko odbiorcą-interpretatorem, a nie adresatem - bo adresatem jest w identycznym stopniu każda jednostka ludzka. I choć sens wiadomości indywidualnej jest tożsamy to treść już nie. Dzięki wszystkim wywołanym chemicznie lub inaczej stanom świadomości wiem, że wiem po co i wiem dlaczego interesuje mnie w życiu głównie, jeśli nie jedynie, osiąganie tych stanów oraz ich obfitość. Oba aspekty we własnym interesie. Dzięki osiągnięciu takiego stanu spontanicznie otrzymałem autoempiryczny dowód na to, że nie są one stanami umysłu wywołanymi substancjami, ale że substancje katalizują stany naturalne dla umysłu. Właściwie należałoby do tego wszystkiego jeszcze choć wspomnieć stany świadomości znane nam wszystkim, które w podobnych kategoriach zaczyna się rozpatrywać po uświadomieniu sobie istnienia zróżnicowanych stanów świadomości. Chodzi mi o wszystkie naturalne haje od pięknego letniego poranka, przez czytanie motywujących tekstów, po bycie zakochanym - czyli autointoksykacje endorfinami typu serotonina czy dopamina.

Z tym wszystkim w głowie i jeszcze z wieloma innymi kawałkami układanego puzzla w średnio typowym stałym fragmencie gry zwanej życiem, pod wpływem stresów i jesieni wyszło mi bokiem czyli dostałem półpaśca na biodrze. Zgodziłem się na maść miejscowo i witaminę be-complex dla wspomagania procesów choroby, ale zaparłem się na samoradzenie sobie z moim powrotem ospy i nie zgodziłem się na leki antywirusowe i osłonowe. Słuchając własnych argumentów ruszyło mnie sumienie i postanowiłem sam zrobić cokolwiek. Najpierw miało to być reiki, ale nie pamiętałem tak naprawdę wielu rzeczy związanych ze sztuką aplikacji, więc postawiłem na ulubioną pranajamę. Przyszedł mi wszakże do głowy pomysł związany z ostatnią lekturą „Powstającego PrometeuszaRoberta Antona Wilsona oraz szeregiem związanych z tą lekturą przemyśleń o łączeniu ze sobą technik, intencji, substancji i narzędzi i w powyższych kontekstach o dźwiękach, muzyce oraz zmysłach jako takich.

To jest właśnie moment, gdzie różnica doświadczeń, a co za tym idzie znaczenie słów mogą prowadzić do braku porozumienia i dlatego pozwolę sobie przerwać historyjkę, żeby te doświadczenia, wrzuty i przemyślenia związane z dźwiękiem i zmysłami w skrócie poddać skondensowaniu. Bo jasne jest dla mnie, że granica między uniwersalnością a indywidualnością takich przygód to cienka czerwona linia. Szkic moich wniosków o powyższym brzmiałby zatem mniej więcej następująco. Jednym z nieprzekazywalnych doświadczeń stanów odmienionej świadomości jest zjawisko synestezji, czyli unifikowanie się wrażeń zmysłowych. Widzimy zapachy słyszymy kolory widzimy dźwięki smakujemy zapachy czujemy gęstości światła i dźwięku i tak dalej. Niestety nie poddaje się to już werbalizacji takiej, że na przykład widziane dźwięki mają swój kształt i kolor albo smak. Nie w tym rzecz. Bliższe prawdy byłoby powiedzenie, że jest jeden tylko zmysł, który do mapowania rzeczywistości używa swoich subnarzędzi próbkujących na wielu gęstościach i częstotliwościach manifestacji energii. Zmysły są same w sobie narzędziami z instrukcją obsługi siebie samych wpisaną w zasadę działania. Przy ich pomocy nie tylko odbieramy, ale i tworzymy rzeczywistość. Wszystkie sensory posiadają różnie ujęty, ale zawsze ten sam zespół wzajemnie na siebie oddziałujących kodów. Jest sfera poniżej wrażliwości zmysłu, czyli to, czego jeszcze nie czujemy nie widzimy nie słyszymy - swoista przeszłość, której nie ma, oraz jest sfera powyżej wrażliwości zmysłu, czyli to, czego już nie czujemy nie widzimy nie słyszymy - swoista przyszłość, której też nie ma. W odmiennych stanach świadomości spektrum postrzegania zmysłów zostaje zwielokrotnione poprzez uaktywnienie lub wspomożenie całej gamy neuroprzekaźników w naszym mózgu i układzie nerwowym odpowiedzialnych właśnie za rozchodzenie się i analizę informacji próbkowanych przez nasze zmysły. Naturalnym niejako wydaje się być w takim układzie efekt poczucia bezczasowości. Wystarczy, że postrzegamy to, co przed i to, co po. Sumą zmysłów jest świadomość, a spektrum postrzegania jest wprost proporcjonalne do głębi świadomości. Bez względu na spektrum postrzegania, teraźniejszość zmysłu ma podobną strukturę rozciągniętą na różnej czasoprzestrzeni i w różnym środowisku sensorycznym. Ta teraźniejszość ma strukturę echa funkcji fraktalnej rozchodzącego się w przestrzeni wielowymiarowej (czemu nie przeczy teoria strun).

A teraz mniej posługując się trudnymi słowami. Każdy zmysł otrzymuje najpierw pierwszy przed dotyk przed smak przed widok, który rozbrzmiewa obietnicą tego, co nastąpi lub tajemnicą nieznanego, potem stopniowo się rozchodzi po wszystkich aspektach i sposobach, na jakie potrafimy go zanalizować, żeby wybuchnąć orgazmiczną symfonią rozpoznania lub przerażającego strachu smrodu czy też goryczy, żeby w końcu wybrzmieć pozostając w pamięci przez chwilę aż do całkowitego wyparcia zapomnienia czy przyzwyczajenia. Każda historia, ludzkie życie, ziemski rok, wschód słońca, łyk herbaty, małżeństwo i smród pierdnięcia ma tą samą nieunikalną rozciągniętą w różnej czasoprzestrzeni i osadzoną w różnym środowisku sensorycznym strukturę, jak byśmy z tym próbowali nie dyskutować. Tę samą substrukturę posiada bowiem czas na każdym swoim mniejszym czy większym holonowym wycinku, co w fascynujący matematycznie sposób zanalizowali bracia McKenna w swojej Timewave Zero. Lao Tsy zwykł ponoć mawiać: „powiedz mi co u ciebie słychać, a powiem ci ile jeszcze pożyjesz”. Pomijając dygresje o historii rozwoju naszych poszczególnych zmysłów i kolejności ich wyodrębniania dotyk-słuch-węch-wzrok-smak, co jest też dyskusyjne, bo wyodrębnienie narządu wzroku na przykład nie wyklucza wcale wcześniejszej wrażliwości na bodźce świetlne i w ten sposób wszystko można sprowadzić do ‘dotyku różnymi bodźcami’. Wiele jednokomórkowców nie ‘słyszy’ ale ‘reaguje na dźwięki’. Miałem pomijać. Ośmieliłbym się postawić tezę, że muzyka jest absolutnie najwyższą ze sztuk, bo najstarszą, prasztuką, córką drugiego zmysłu zaraz po dotyku, bez którego nie miałby kto grać. Takie porównania są ryzykowne w swojej zasadności, ale myślę, że to, co człowiek zdołał osiągnąć w muzyce jest dużo bliższe boskości niż w jakiejkolwiek ze sztuk wizualnych.

Ciekawą nutę wprowadza w te podziały sztuka łącząca w sobie oddziaływanie na dwa zmysły jednocześnie. Jej pierwowzorem jest naturalne piękno synchroniczności człowieka poruszającego się wraz z muzyką, którą gra. Ten sam synchron zachwyca nas w zbiegach okoliczności. Z tego zachwytu synchronicznością wyrósł najpierw taniec potem teatr potem film i reszta audiowizualności. Próby wprowadzenia trzeciego zmysłu są póki co żałosne, a temat łączenia obrazu z dźwiękiem jest moim zdaniem jeszcze przed szczytowaniem. Jest szereg hipotez na temat tego, że to dźwięk był narzędziem opanowanym przez niektóre starożytne cywilizacje, takie jak Majów czy Egipcjan, w stopniu pozwalającym na przenoszenie ciężkich głazów i budowanie tak precyzyjnych konstrukcji. Właściwości akustyczne i matematyczne tych wytworów architektury pozostają częściowo tajemnicą dla współczesnych inżynierów i komputerów. Wielu mędrców i mędrczyków w swoich bardziej lub mniej mistycznych tekstach odwoływało się w taki lub inny sposób do muzyki jako języka o wiele bardziej pojemnego znaczeniowo niż te zbudowane ze słów. Muzyka jest nauczycielką przez swoją konsekwencję między klarownością zasad i reguł, a jednoczesną nieskończonością możliwości i interpretacji. Najuważniej wsłuchujący się muzycy i kompozytorzy przenosząc swoje dosłyszenia zapisują najświętsze z ksiąg naszego gatunku. Nie po raz pierwszy u Wilsona przeczytałem o Dziewiątej Symfonii Beethovena jako o jednym z najważniejszych dzieł mistycznych w historii ludzkości. Zawsze uśmiechałem się na takie wieści pamiętając swoje młodzieńcze wzruszenia. Jednak kiedy ja ostatnio słuchałem całej Dziewiątej?

W tym miejscu wracam do mojej przygody. Ustawiłem głośność tak, żeby słyszeć najsamotniejsze altóweczki, a żeby jednocześnie nie obudzić kamienicy w momentach zaangażowania całej orkiestry. Nie stawiając sobie żadnej poprzeczki postanowiłem wysłuchać pierwszy raz po latach całej symfonii, jednocześnie głęboko oddychając w pranajamowych setach, a jedyną ambicją co do skutków takiego działania miało być polepszenie na podupadającym zdrowiu. To i tak wielkie oczekiwania. Zaprawdę głęboko oddychając już na samym początku niby spontanicznie leżąc na podłodze podążyłem lewą nogą za muzyką w jakiejś konwulsyjce. Rozśmieszyło mnie to trochę, ale postanowiłem spróbować się temu oddać jakby zechciało mnie wziąć. Po raz pierwszy postanowiłem połączyć indukcję chemiczną z późniejszą natchnioną medytacją, a medytacja w ruchu zawsze była bliższa mojemu temperamentowi. Udało mi się nie zapomnieć o oddechu i zanim się zorientowałem tańczyłem Beethovena wyginając się z zamkniętymi oczami na podłodze. Towarzyszył mi zachwyt nad wielością proponowanych przez moje ciało ruchów, które nie odpuszczało żadnej na moment nawet pojawiającej się grupce instrumentów ze swoim wtrętem w rozwój historii, a synchron stawał się coraz silniejszy, zacierając granicę między tym co ja, a co muzyka. Intensywność ruchów nie pozwalała na zadyszkę, ale ewidentnie wywoływała ból. Każdy staw, ścięgno i mięsień były poddawane próbie. Sposobem na ogarnięcie jakiejś frazy bywało zaciśnięcie grupy mięśni na czas jej trwania. Po połowie symfonii, w miarę blisko kulminacji, odniosłem wrażenie, że zrobiło się widniej, a miałem cały czas zamknięte oczy. Otworzyłem je. Leżałem na podłodze pod swoją półką z książkami zrobioną z drzwi od szafy. Cały pokój zmienił swoje znaczenie do tego kontekstu. Drzwi-półka były drzwiami-gdzieś, a okno sufitem. Bardzo powoli nie przestając tańczyć ogarniałem wzrokiem pokój i cały został w moim umyśle przestawiony o dziewięćdziesiąt stopni w poczuciu przestrzeni i znaczeń. Byłem zachwycony. Ilość spostrzeżeń na sekundę była oszałamiająca. Pomieszczenie, w którym byłem, utożsamiło się z moim własnym wnętrzem, pełnym książek. Sytuacje i obrazy z całego życia kondensowały się w dźwiękach symfonii i ruchach mojego ciała. To wszystko nie w słowach nie w myślach tylko w obrazach z dziesięcioleci zdarzeń.

Te obrazy nie były jednak przypadkowym zlepkiem tematycznym. Charakter i jakość ich pojawiania się były kierowane i indukowane stricte muzyką. Beethoven dosłyszał i zapisał strukturę matrycy. Wielkiej matrycy Matki. Od samego początku sygnalizuje dokąd zmierza, ale jednak dopiero im lepiej znamy ten utwór, tym więcej te sygnały dla nas znaczą. Potem przekraczają znaczenie emocjonalnej pamięci zakończenia symfonii i sięgają głębiej do takiej właśnie systematyczności przypomnień o jakości zakończenia, które są przecież charakterystyczne dla każdego naturalnego procesu. Dlatego wystarczy poznać cokolwiek wystarczająco głęboko, żeby dotknąć istoty bytu. Wszystko jest ewangelią, a przekazywane pod postacią muzyki nie pozostawia pytań o fałsz. Miałem wrażenie rozumienia dziewiątej symfonii w takim znaczeniu, że wiedziałem, w którym jej momencie jest moje życie, w którym świat, w którym żyję i w którym moja relacja z każdym znanym mi człowiekiem. Znaczeniu jako matrycy. Sam fakt wprowadzania motywu to tylko element wielowymiarowej konstrukcji. Jego jakość, natężenie, częstotliwość, długość i zestaw wprowadzających instrumentów wraz z ich temperaturą energetyczną i napięciami tworzy mapę tego, co moglibyśmy nazwać ‘stawaniem się’.

Wszystko, nawet najbardziej wyrafinowane kłamstwo, staje się - a potem wybrzmiewa. Jakakolwiek forma wiary w permanentną kulminację jest bolesnym w skutkach wynaturzeniem. Niezmienianie się nazywane rozsądkiem i stabilizacją, wykluczające podążanie za jakąkolwiek formą i nazwą wewnętrznego głosu przez współczesnego człowieka jest balansującym na skraju schizofrenii wyparciem budzących się uśpionych na kręgi ewolucji przeznaczeń naszego gatunku. Koniec z umykającymi percepcji wiolonczelkami i dzwoneczkami, koniec z samotnie groźnymi waltorniami i jakimiś nieśmiałymi duecikami a nawet tercecikami niecałych grup, to już nie jest ten moment. Wystarczy się wsłuchać przecież przez chwilę i zsynchronizować, bo niesynchronicznie zabrzmimy jak fałsz, jeśli w ogóle ktoś nas usłyszy, nawet jeśli mamy solo na pierwszym puzonie. Każda próba uwiązania się do czegokolwiek jest jak paproch zacinający płytę w nieznośnie krótkim powtórzeniu.

Pływając w tych i innych znaczeniach wglądach wspomnieniach zaskoczony zostałem po raz kolejny. Z dreszczem na plecach poczułem jak wbija się w moje biodro nieprzyjemnie boleśnie kluczyk od skrzynki starej na listy, który wyjąłem wcześniej tego dnia ze śmietnika, bo ładny stary i metalowy więc szlachetny. Wyjąłem go z kieszeni i bez zastanowienia włożyłem w dziurkę, na którą cały czas patrzyłem – dziurkę w półce-drzwiach. Przekręcił się o ćwierć obrotu. Wygięty w półleżącym mostku zobaczyłem jak drzwi uchylają się, poczułem zalew lęku niesamowitością sytuacji, zza drzwi wyjrzała znana mi twarz starszego pana G, przyjaciela Matki z mojego dzieciństwa, który przekonywał mnie kiedyś do słuchania muzyki poważnej, a którego jako ośmiolatek zbywałem tekstami, że dźwięk skrzypiec kojarzy mi się jedynie ze skrzypieniem drzwi starej szafy. Pan G miał w oczach pobłażliwy ojcowski tryumf i wskazując na uchylone drzwi-półkę - ale też w jakimś sensie jako Aldous Huxley, do którego był w rzeczy samej podobny - odezwał się do mnie słowami: ‘the doors of perception’. Tak rzekł, po czym uśmiechnął się, poskrzypiał przez moment drzwiami razem ze skrzypcami pod batutą Karajana i zamknął drzwi znikając za nimi.

Przez ostatnie małe naście minut symfonii moje ciało starało się w obu kierunkach zamknąć moim kręgosłupem pełne koło wyginając mnie boleśnie w groteskowej jodze. Widziałem siebie jako Uroborosa gryzącego własny ogon miałem wrażenie że umieram czułem własny smród miałem wizje szamańskich rytuałów Castanedy i uświadamiałem sobie, że inicjacji szamańskich dokonywano na najsłabszych i najbardziej chorych, często epileptykach, których motywacją w osiągnięciu uzdrawiającej ekstazy miało być samouleczenie. Myśli były nieskończone, ale ciało zajmowało się tylko muzyką przez całą godzinę symfonii. Po symfonii kontynuowałem w ciszy kolejny konwulsyjny taniec z wizualizacjami kolorowych paternów energetycznych. Miałem zamknięte oczy, a światło od komputera robiło za tańczące płomienie ogniska, którego ciepło czułem na twarzy. Zabawna łatwość tej sztuczki i radość z niej płynąca wywołała śmiech i nastrój po raz pierwszy w moim życiu przypominający ten po dimetylotryptaminie. Poruszałem się w rzeczywistości symboli energetycznych o nieskończonej różnorodności, jednak pozbawionych temperatur znaczeniowych. Obracałem się w szalonym tańcu derwisza ulegając kolejnym wizjom szamańskich rytuałów i koncertów muzycznych, utożsamiając narodziny muzyki z narodzinami człowieka i co za tym idzie przede wszystkim z Afryką i jej rytmem. Reorganizowałem sobie w głowie zrozumienie historii całej współczesnej muzyki w oparciu o muzykę niewolników. Jednocześnie miałem wrażenie zimnego i precyzyjnego porządkowania mozaiki energetycznej swojego organizmu. Czułem jak chlapię potem po ścianach, kiedy wymachiwałem rękami. W końcu wszystko zelżało w nasileniu i stało się rozkosznie miękkie.

Nie ująłem w tej opowieści szeregu szczegółów i synchroniczności, którymi wszystko było przesycone, również w połączeniu z rzeczywistością pokoju. Półpasiec szczypał boleśnie zmieniając swój wygląd o około tydzień postępu choroby według zdjęć z Wikipedii. Utwierdziłem się tego dnia w od lat pielęgnowanej chęci uczestniczenia w poszukiwaniu audiowizualnego klucza indukcyjnego, który będzie działał też na nieprzygotowany umysł, w taki sposób operując dwu lub więcej zmysłowym oddziaływaniem, że uzyskany rezonans będzie rozpoczynał w odbiorcy rodzaj reakcji łańcuchowej. Bez wątpienia jest to możliwe. Chciałbym w ramach anarchii przewartościowań uczestniczyć i powodować kolejne w taki lub inny sposób aktywowane stany przebudzeń z długiego już sensorycznego snu, po którym nasze zmęczone długą bezczynnością ciało homo potencjałus będzie wreszcie mogło rozpocząć swój sensualny poranny taniec nie ograniczony oktawą fałszywych lęków.


Diuk Skusikula



komentarze

[foto]

1. Privat • autor: Roman Kam2012-05-26 21:53:42

Diuk, czy Ty masz ADHD?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)