zdjęcie Autora

13 stycznia 2020

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki 5 (odcinków: 25)

Taraka i jej tematy, koniec epoki i podsumowanie

Kategoria: Projekt Taraka

« Szukam miejsca na retrity Twardej Ścieżki Taraka i jej tematy, koniec epoki: ezoteryka »

Wczoraj skończyła się jedna saturnowo-plutonowa epoka i zaczęła się następna. Taki wielki Nowy Rok, jaki zdarza się co trzydzieści kilka lat. Przy czym jest taka różnica, że o ile nie ma koniecznego powodu, żeby kolejne kalendarzowa lata specyficznie różniły się jeden od drugiego i ta różnica stawała się ostra około zmiany roku czyli każdego 1 stycznia, o tyle różnice pomiędzy trzydziestokilkuleciami w cyklu Saturna-Plutona z reguły są zasadnicze, „korzenne”, i właśnie wyostrzają się podczas koniunkcji obu planet, czyli podczas zmiany epok w cyklu S-P. Konieczna uwaga: te zmiany nie odbywają się ani dokładnie w tym dniu – w dniu ścisłej koniunkcji, ani nie trwają jeden dzień, lecz są rozwleczone w czasie na dwa do czterech lat; prócz tego podlegają modyfikacjom ze strony innych planetarnych cykli i ich zwrotnych momentów: czytelnikom Taraki nie muszę chyba tego objaśniać.

Z okazji tego (jakby) wielkiego Nowego Roku chcę podsumować nie w ogóle to, co dzieje się w świecie, ale tylko nasz kącik: tematy, o których pisane jest w Tarace. Co zmieniło się w Tarakowych tematach?, jak je widzimy na końcu epoki w porównaniu z tym, co było, gdy je zaczynaliśmy i epoka trwała?

Ta epoka, która skończyła się wczoraj, zaczęła się od koniunkcji Saturna z Plutonem, która była ścisła 8 listopada 1982, i która w świecie wydarzeń zbiegła się ze śmiercią Leonida Breżniewa dwa dni później. Od tamtego czasu minęło 37 lat, więcej niż średnio dla cyklu Saturn-Pluton (33 lata), ponieważ Pluton w minionych latach poruszał się szybciej niż jego orbitalna średnia, więc Saturn musiał dłużej go gonić. Te trzydzieści siedem lat to kawał życia; dla wielu z nas dotąd całe. A że Tarakę wystartowałem w r. 1997, to cała należy do tej świeżo minionej epoki.

Saturnowo-plutonowym epokom warto nadać przydomki, by je łatwo odróżniać. Tę w latach 1883-1914 nazwijmy za historykami Epoką Pierwszej Globalizacji, dobre też byłyby nazwy Epoka Kiplinga, Epoka Conrada; bywa też nazywana Belle Epoque, chociaż nie jestem pewien, czy BE dokładnie pokrywa się z tą saturnowo-plutonową.

Epoka 1914-1947 to Nowoczesna Europejska Wojna Trzydziestoletnia, albo epoka Obu Wojen Światowych, albo Walczących Ojczyzn.

1947-1983 to oczywiście Zimna Wojna.

1983-2020 nazwałem Epoką Fukuyamy na pamiątkę tego, kto ją pierwszy zauważył, może też być skromniej Druga Globalizacja.

W obrębie epok S-P zdarzają się inne kumulacje planetarne, które włączają trendy, których u progu danej epoki nie było. Np. w epoce Zimnej Wojny w połowie lat 1960-tych uderzyła koniunkcja Urana z Plutonem, która włączyła Beatles, hippies, bunty studentów (u nas też), powszechny rozłam między starszymi a młodzieżą, minispódniczkę, blue jeans, rock'n'roll, kontrkulturę i chińską Rewolucję Kulturalną – czyli rzeczy, o których w 1947 r. nikt jeszcze nie śnił. Podobnie, w naszej epoce Drugiej Globalizacji w latach ok. 1988-1992 uderzyła koniunkcja Urana i Neptuna, a nawet trzech planet, bo dołączył Saturn, i wtedy w „miękkiej” warstwie świata zakrólowała New Age, a w jego warstwie twardej upadł... nie Babilon, jak pisano w Objawieniu Janowym, tylko ZSRR, oraz ruszyły dwie wielkie światowe rewolucje technologiczne: internetowa i telefoniczno-komórkowa, a w ich cieniu parę innych, np. fotograficzna.

Taraka zaczęła być już po tym drugim subpoczątku epoki jako jego „konieczne dziecko”, w tym sensie, że tamte rewolucje były dla Taraki warunkiem koniecznym, bo zarówno pod komuną i bez internetu zaistnieć by nie mogła.

Po tych wstępach zacznę.

Albo jeszcze nie. Wypiszę, o czym mowa. Taraka przez kilka lat miała podtytuł: astrologia, szamanizm, Słowianie. Tych trzech Grundrichtungen (lubię niemieckie rodzynki) chcę trzymać się dalej.

Temat Słowianie

Dla Taraki chyba najmniej ważny, chociaż były lata, kiedy mnie wciągał i słowiańszczyzny było dużo; teraz i od paru lat ta tematyka prawie zanikła. Temat Słowianie przy dotknięciu go uwagą rozwarstwia się jak wirtualna księga Borgesa zawierająca nieskończenie cienkie kartki. Kiedyś łączyłem z nim (z tematem Słowianie) duże nadzieje. Nadzieje na odbudowanie ruin, jak to nazwał w swojej książeczce Scott Simpson. Czyli nadzieje na to, że porozwlekane strzępy słowiańskich i sąsiednich tradycji dostarczą ciała-budulca, z którego zostanie zbudowany pojazd duchowej kultury porównywalny w jakimś stopniu z tym, co mają różni tubylcy lub mieszkańcy kultur lepiej ukorzenionych niż nasza, np. Japonia lub Indie. Lub nawet Skandynawia czy Irlandia. Ale pomimo zapowiedzi nic znaczącego nie wyrosło. Jeśli ktoś myśli i widzi inaczej, chętnie podyskutuję. Coś się działo, zaczynało, ale pogasło. Być może zabrakło czegoś, czego nasze czasy nie lubią: zabrakło ogrodzenia albo skóry. Tego, żeby praktycy słowiańszczyzny ogrodzili swój ogródek, ale nie zamknęli się jak sekta. Żeby postawili wyraźne linie graniczne i odróżniające, nie by najeżać się na ewentualnych wrogów, tylko by sprzymierzać się z tymi, którzy chętnie znajdą się po wewnętrznej stronie ich ogrodu. Chyba z tym szukaniem sprzymierzeńców szło najgorzej. (Metafora skóry znaczy tyle, żeby mieć skórę na swoim ciele, jak mają zwierzęta i ludzie, która pozwala wyodrębnić się i dać odpór przeciwnościom, ale i służy do bliskiego kontaktu, zwłaszcza gdy ma się futro i jest niedźwiedziem, i do tulenie się do siebie.) Bez tego, bez ogrodzeń i skór, zaczątkowa formacja rozpłynęła się w ogólnym niuejdżu i w ogólnej cepelii. Strasznym, tak strasznym i pochłaniającym jak jamochłon przeciwnikiem stała się też kościelna tradycja ludu polskiego, w niej filosłowianie nikli jak śliwki. Na tym styku trzeba stanowczo kłaść szlaban i prócz asertywności konieczna jest wiedza, gdzie rzec hola, waści.

Pochodzenie Słowian czyli temat Starożytności Słowiańskie – tu nie nastąpił przez tamte lata widoczny postęp. Wciąż kronika Jordanesa jest zasłoną, poza którą widzimy ciemność. Nie znaleziono nowych danych pisanych, a wykopaliska jak za starego Kossinny mogą być interpretowane i tak i inaczej. Wyważony i chyba najbardziej wiarygodny stan wiedzy o tym „skąd przychodzimy” – o etnogenezie Słowian – zebrał niestrudzony Zbigniew Babik w notce „Wspólnota językowa prasłowiańska” sprzed ośmiu lat, z 2012 r. Więc raczej „stąd” z terytorium z grubsza obecnej Polski i zachodniej Ukrainy, sięgającego gdzieś pod Kijów, ale niekoniecznie dalej, z terytorium, które najwyraźniej w rzymskiej starożytności współdzieliliśmy z pewnymi grupami Germanów – w końcu Goci wzdłuż Wisły i Bugu szli i tu siedzieli. Po jakiemu mówiła Kultura Przeworska, Babik się nie wypowiada; fachowcy nie mają sposobu by zdecydować o języku kultury, która nie pisała. Tamten tekst polecam, nie streszczam.

Co by można było zrobić w tym temacie (tak, popełniam wałęsizm) już teraz, nie czekając na cud czyli na odkrycie prawdziwej Księgi Wełesowej? Zdeszyfrować język prasłowiański. Z zachowanego materiału żywych j. słowiańskich, ich dialektów i zabytków historycznych (w tym sławnego scs) dokonać rekonstrukcji ich wspólnego prajęzyka. (Być może ktoś to już zrobił, może nawet dawno, a tylko ja nie wiem lub zapomniałem, sprawdzę w googlach, ale po napisaniu.) Byłby to ten język, którym Słowianie mówili za Jordanesa, gdy pod wodzą Ardagasta-Radogosta dali się poznać Grekom. Następnie zaatakować kolejny próg: zrekonstruować język prabałtosłowiański, czyli przodka słowiańszczyzny i bałtyckich. Próby takie, zarówno pierwszą jaki drugą, robiono w ciągu minionych półtora wieku, ale były to punktowe wkłucia, dla kilku słów. Tymczasem taka pracę należałoby zrobić dla całego słownika i całej gramatyki. To jest do zrobienia, są ludzie i narzędzia, potrzebna tylko chęć odpowiednich instytucji i pieniądze. Mógłby znaleźć się jakiś słowiański Musk, który by to pociągnął. – A, czegoś ważnego nie dopowiedziałem: gdyby był znany słownik i jego ewolucja, wynurzyłaby się kultura, tak, kultura w nim odbita, odbita w słowach. Właśnie tak David W. Anthony „czytał” rekonstruowany język praindoeuropejski jako odbicie kultury Jamna, czyli pierwszych IE jeźdźców znad Wołgi (zob. „Two IE phylogenies...”, pdf.) W ramach tego samego przedsięwzięcia można by zrekonstruować pośrednie ogniwa pomiędzy stepową ok. 2000 p.n.e. praindoeuropejszczyzną a rolniczą osiadłą wiślano-dnieprzańską prabałtosłowiańszczyzną.

Od 1997 do teraz, czyli w czasie działania Taraki nikt nie wykonał wielu skromniejszych działań w podobnych kierunkach. Nie został zrobiony internetowy słownik etymologiczny – ani polski, ani, co byłoby dużo ciekawsze – ogólno-słowiański, na podobę (wiem, ruralizuję) angielskiego Online Etymology Dictionary, www.etymonline.com, mojej prawie codziennej lektury – polecam.

Nie został zrobiony słownik imion słowiańskich – bo jeśli by ktoś zbierał internetowo imiona polskie (staropolskie) to z konieczności by zbiór zaraz rozszerzył na wszelkie słowiańskie. Tu grunt celinny, nie dalej jak wczoraj dziwiąc się przy rodzinnym obiedzie nazwie Wołomin, znalazłem, że musi ona być od imienia Wołom, ono zaś... skoro Żydom czekał, to Wołom wołał, a właściwie był wołany, i w tym momencie odkryte zostało imię męskie znaczące: wołany lub przy- lub wy-wołany. Magicznie. Środkami dawnej słowiańskiej religii. Kontynuować, McClusky, kontynuować, za wszelką cenę kontynuować! (Oryg. było „atakować”.) Perły pod racicami leżą. Też nie został zrobiony, ani chyba zaczęty?, internetowy słownik polskich i słowiańskich nazw terenowych.

Słowiańszczyzna jako międzynarodowa sąsiedzka wspólnota. Tu też skromna cisza. Doceniam nadludzkie dokonanie (przyszła mi ona na myśl, chociaż pewnie jest więcej takich Siłaczek bądź Judymów) pani Moniki Sznajderman, jej republikę książek sąsiadów czyli Wydawnictwo Czarne. Ale patrząc z geopolitycznego dystansu, to gdy jest faktem pewien stopień zjednoczenia Europy i jest drugim faktem podpięcie się Polaków (także w pewnym skromnym stopniu) pod światową cywilizację języka angielskiego, to porównywalnych przejawów łączenia się Słowian – nie widać. Mogłaby przecież Taraka (if it were a rich firm...) być pisana przez autorów nie tylko z Polski, ale i z krajów-sąsiadów, i robiona w paru okolicznych językach. Powstawanie i tworzenie wspólnot raczej jednak nie jest moją ability; do tego potrzebny byłby ktoś inny, lepszy w tych sprawnościach.

Cóż, leżymy w siodle pomiędzy Berlinem, Stambułem i Moskwą, do tego namagnesowani spinami w jedną stronę przez potężne pole z NY, jakby nam wierzgać przeciw ościeniom?

Z innej strony patrząc, czy ktoś, kto nie czuje się słowiańskim poganinem, choćby (jak piszący te słowa) nieustrukturowanym i nie mającym treści, będzie zainteresowany rekonstrukcjami języka, etymologią i kontaktami z językowymi sąsiadami? Stawiam tezę, że zwykła ciekawość nie wystarcza i głębiej musi działać większa siła, ta którą rozwijają archetypy, więc właściwie, bogi.

Szamanizm

Z szamanizmem jest ten (dosyć) prosty problem, że nie wiemy czego szukamy. I to nie wiemy bardzo. Mam wrażenie, że od kilkudziesięciu lat w świecie Zachodu (do którego i my czasami się podpinamy) trwa z szamanizmem wielka ciuciubabka, podobna do tej z przypowieści o słoniu i ślepcach, z główną różnicą taką, że tam był niezależny (od macających ślepców) punkt widzenia, który wiedział, że to, co wydaje się liną, wężem, słupem, dzidą, wachlarzem lub ścianą, jest jednym zwierzem słoniem. My nie mamy niezależnego punktu widzenia, za to macamy ślepo (po „rdzennych kulturach”) znajdując rzeczy, które wciąż okazują się bardziej różne, niż to się z początku wydawało. Odkąd czytam Phillipe'a Descolę, coraz bardziej to widzę.

Robert Wallis w książce „Shamans/neo-Shamans” (zob. też w Tarace) wymienia trzech autorów-twórców-wehikuły, którzy wprowadzili szamańskie i neo-szamańskie poszukiwania do kultury i nadziei Zachodu: Eliade, Castaneda, Harner. Czasy mojej znajomości tego przedmiotu i czas, kiedy istnieje Taraka i jest w niej o tym pisane, są jednocześnie czasami Trzech Wielkich Rozczarowań związanych z tymi trzema nazwiskami.

Rozczarowanie Eliadańskie – że nie ma tego, co głosił rumuński mistrz: nie istnieje ten „szamanizm”, który byłby najstarszą i przez to rdzenną religią, tłem, „grzybnią” czy glebą, z której by wyrosły późniejsze i znane religie, proto-religią. Tego słonia, poza rękami ślepców, nie ma. Nie ma Słonia Eliadego. (Jak jest Kot Schrodingera, to spokojnie może być Słoń Eliadego, którego nie ma.)

Rozczarowanie Castanediańskie – że nie ma szamańskich natywnych mistrzów, gotowych nauczyć nas i to takiego szamanizmu, jakiego szukamy, my miejskie białasy. Słoń Castanedy nie istnieje as well. A gdy ktoś próbuje terminować u realnych trenerów, staje wobec problemów, przed którymi raczej Castaneda nie przestrzegał.

Rozczarowanie Harneriańskie – że w końcu nie ma również core, wspólnego rdzenia różnych etnicznych praktyk, które chętnie byśmy pomieścili w worku szamanizm, a każdy core shamanism jest dowolną konstrukcją-produkcją zachodniego autora. Może być oczywiście udaną konstrukcją! Słoń Harnera też nie istnieje. Ani te trzy Słonie nie są jednym Słoniem.

Więc co? Książki E., C. i H. przenieść na półkę z dziełami Karla Maya i Alfreda Szklarskiego? Zapomnieć? Niekoniecznie. Proponowałbym powrót na ziemię i jak w medytacji obserwuje się oddech, tak w praktykach szamanoidalnych obserwować, co dzieje się w ogóle. Co robi się z percepcją. Prócz tego, owszem, pozostają biblioteki badań egzotycznych kultur, zawsze ciekawe.

Przy temacie Słowianie wspomniałem o tendencjach i siłach, które ten kierunek zainteresowań gaszą, z drogi ściągają lub formatują po swojemu. W temacie Szamanizm też takie są, podobnie silne i bezwzględne. Pierwsze/pierwsi, to szamańscy guru, nazbyt pewne siebie jednostki, które używają szamańskiej tematyki do promowania swoich owczarni. Jest wśród nich szczególna odmiana, którzy ogłaszają się przekazicielami tradycji określonego etnosu, więc z tego powodu „jedynie autentyczni”. Z moich powierzchownych obserwacji wynikałoby, że nie różnią się istotnie od guru'ów sekciarsko-chrześcijańskich, sekciarsko-hermetycznych, teozoficznych, (pseudo)hinduistycznych lub niuejdżowych. Wśród nich są lepsi i są gorsi, jak zwykle. Druga grupa wspomnianych „sił i tendencji” to zajęcia z enteogenami. Rzecz ważna, ale istnieje tendencja do sprowadzania szamanizmu do pracy z substancjami. Do utożsamiania jednego z drugim, a to jest więcej niż błąd: to zakłócenie w komunikacji, mylenie pojęć.

Coś nowego dla szamanizmu, dla Tematu Szamanizm, dla rozumienia szamanizmu i dla zajmowania się szamanizmem wynika z prac Descoli. Na razie jednak nie podejmuję się tego spisać – myślę, że sprawa potrzebuje więcej czasu, dojrzewania.

Astrologia

O niej napiszę osobno.

Auto-promo Taraki 5: wstęp na końcu

Ciąg dalszy autopromocji Taraki i podobnych spraw.


« Szukam miejsca na retrity Twardej Ścieżki Taraka i jej tematy, koniec epoki: ezoteryka »

komentarze

[foto]

1. Refleksje słowiańsko-magiczne i nie tylko • autor: Adam Pietras2020-01-13 19:28:09

Witam serdecznie. Jestem tu nowy, więc przedstawię się elegancko: czytajcie moje teksty na Tarace!

W tekście pojawiają się dwa tematy, wokół których może nieco zbyt leniwie grawituję - mianowicie, Słowiańszyzny, i szamanizmu.

Jeśli chodzi o Słowiańszyznę, muszę przyznać, że z moim mieszanym, rozwodniono-szlacheckim, ale i świeżo-napływowo chłopskim pochodzeniem, jestem niezwykle ciekaw indywidualności najzupełniej pominiętych w każdym praktycznie dyskursie - a właśnie, chłopów i chłopów napływowych w 1-szym 2-gim pokoleniu.

Nie wiem, czy to tak bardzo Słowiańskie, ale idę za intuicją p. Rymkiewicza, że w naszym kraju tradycja zachowała się przede wszystkim u chłopstwa i drobnego mieszczaństwa.

Interesuje mnie np. raczej niepopularna religijność radiomaryjna - a że mam z tymi ludźmi do czynienia na codzień, interesuje mnie ich warstwa jaźniowa, ta, której nie wypowiadają w formie aksjomatów, twierdzeń, poglądów, ale która wypowiada się sama przez się, jak - gdy za poradą antropolożki Kirsten Hastrup staniemy się jednym z "tubylców" - będziemy zdolni się do niej dostroić.

Czytając Heideggera i robiąc obserwacje terenowe, wsłuchując się w Rotę, Bogurodzicę, i przepraszam, dużo niższe loty - Lady Pank albo kapele rodzimego rocka z lat 70’, możemy sobie coś wyobrazić. A wyobrazić, znaczy - stworzyć.

To z resztą szeroki temat, a ja mam ten temperament, że jak mnie kto nie pyta, to tylko przez dym potrafię co napisać. Nie wiem, czy mój pomysł przypodoba się autorom, bo ja mam poglądy nieco ewolucjonistyczne. Tradycja jest dla mnie taką cembrowiną, która sobie to obrasta, to coś z niej ginie, to to, to tamto. A ja poniekąd szukam Tradycji, szukam Drzewa Życia w terminologii Boehmowskiej. I ja ją znajduję, na swoje potrzeby.
[foto]

2. refleksje - c.d. • autor: Adam Pietras2020-01-13 19:28:41


Co jeszcze. Było kilku reżyserów, którzy bardzo ładnie uchwycili nie tylko Słowiański, ale i nasz, rodzimy, Polski charakter - choć już w archetypach (bogach) bardziej filozoficznych-klasycznych-chrześcijańskich, niż typowo rodzimowierczych. A przede mną lektury porównawcze, skoro jest w txt’cie poruszona kwiestia języka, pomiędzy językiem starożytnych Słowian a sanskrytem. Weda - Wiedza. Mało to? Mnie tam ciągnie na ten Południowy Wschód, a że lubię chodzić za intuicją, to myślę, że coś w tym będzie. Choćby podróż - z moim prymatem idealnego nad realnym.

Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich Podróżników
Adam Pietras
[foto]

3. i nie zapomnijmy o wizjonerze • autor: Adam Pietras2020-01-13 19:36:15

I nie zapomnijmy o Wizjonerze Stachu Z Warty, Stanisławie Szukalskim, choć z niego trochę głupoty wyszło. Ja może zbyt demofilski jestem, ale drodzy Państwo, ze swoją różczką w tych dołach przeczuwam wcale zdrowe źródełka. Nie to oczywiście, że Stach był demo, z resztą, to temat pogmatwany jak korzonki buraka. A że ja jestem straszliwym wyobrażeniowcem - no to trzeba uznać za moją metodologię. Nie każdy się z tym będzie zgadzał. 
[foto]

4. Stach z Warty • autor: Edward Kirejczyk2020-01-14 03:18:30

Jest film dokumentalny o Stanisławie Szukalskim na Netflixie. Uczciwy, o jego naśladownictwie nazizmu (logo po dziś dzień wykorzystywane przez polskich narodowców), uznaniu Wyspy Wielkanocnej za kolebkę ludzkości i o tym jak mało pozostało z artystycznego dziedzictwa Stacha z Warty. Niestety trochę mało o Szczepie Rogate Serce. Mimo to polecam!
[foto]

5. Pewno głębszy temat,... • autor: Adam Pietras2020-01-15 16:14:34

Pewno głębszy temat, ale ja bym Stacha o naśladownictwo nazizmu nie posądzał, bo za Hitlerem to on nie przepadał. Stachu wariat był, ja widziałem zajawkę filmu, jak napina mięśnie i mówi z dziecięcą szczerością "very strong arm!" - w końcu rzeźbiarzem był, przez niektórych zwanym Polskim Michałem Aniołem (nie bez częściowej racji, choć Stachu i Michelangelo wyrażali troszeczkę inną myśl, choć łączył ich Grecki Agon - może dlatego się Ich porównuje). Stachu był antysemitą, niestety, i może stąd wzięła się idea naśladownictwa nazizmu. A że film jest robiony przez Amerykanina, to oni troszkę to muszą dopasować pod swoją narrację, proszę zwrócić na to uwagę.
Pozdrawiam serdecznie
A. P.
[foto]

6. Przepraszam, że wchodzę... • autor: Adam Pietras2020-01-15 16:32:50

Przepraszam, że wchodzę z politykę, ale zrobię to jak należy. Skoro bowiem jesteśmy poganami, to kochamy świat z całym jego inwentarzem i bierzemy takim, jaki jest. Przynajmniej ja tak rozumiem pogaństwo, wychowany na Homerze i Hezjodzie.
Więc co. do 39. roku z Hitlerem to nie była taka oczywistość. Wielu znamienitych pisarzy, intelektualistów, poetów - widziało go jako odtrutkę na bolszewizm i niejako ratunek przed tym, a nawet postrzegano go jako dość umiarkowanego, choć zdecydowanego polityka. Sam Paweł Hertz, jeden z najbardziej znamienitych prozaików i tłumaczy Polskich, pochodzenia Żydowskiego, pokładał nadzieje, że Hitler uratuje Europę przed bolszewizmem. Trzeba na to spojrzeć tak, że bolszewizm a socjalizm, a już tym bardziej socjaldemokracja - to dwie różne sprawy.

Nie muszę chyba mówić, że to, co zrobił Hitler (i na mniejszą skalę - Mussolini) z Żydami jest TRAGEDIĄ. Wie o tym każdy, nawet głupi w jakiś sposób o tym wie, bo jest to po prostu zapisane w naszych złożach energetycznych jako rodzaj traumy, o czym pisał z resztą T.S. Eliot. Pono zaraz po II WŚ wszyscy co wrażliwsi i wybitniejsi - czyli Poeci, Wizjonerzy - trafiali do psychiatryka. Dużo to mówi o tym, jak na poziomie energetycznym (jakkolwiek by to rozumieć) działa ZBRODNIA. Jako ludzie, jako narody - straciliśmy zaufanie do siebie. To nie była honorowa walka, niestety, nie tylko Polacy, nie tylko Żydzi - cały świat na tym ucierpiał, bo założę się, że to tkwi głęboko w zbiorowej nieświadomości (jakkolwiek ją rozumieć - magicznie czy pozytywistycznie - są przecież czysto naukowe teksty na temat dziedziczenia traumy).

Pozdrawiam
A. P.
[foto]

7. Może stąd się... • autor: Adam Pietras2020-01-15 16:57:44

Może stąd się bierze lód u Kahuny - on już buduje nowy świat, a nowy świat odgrodził się lodem od starego, który płonął. Może u Kahuny lód zakrył stworzenia głębinowe, i jest tam bezpiecznie. Ja kiedyś miałem sen, jak w Księżyc wystrzeliłem i powstał krater. Ja w tym kraterze jestem, krater to rana, ale jak uczy historia Dębu z rany powstaje jakieś Piękno - a Piękno jest tym samym, co Dobro i Prawda, byle by się wierzyło, że ono jest na serio, a nie dla rozrywki. Więc ja jestem pomiędzy Starym a Nowym, i dobrze mi tutaj, ewoluuję sobie, rosnę jak ta grzybnia. A Krew przyciąga Krew, a z Krwi jest rozumienie. 


PS:
Rozruszajmy Tarakę!
[foto]

8. Praktyka szamanizmu • autor: Edward Kirejczyk2020-01-19 18:07:12

Kiedyś, w czasie wędrówek po Ameryce, na jakimś kempingu poznałem prawdziwego Apacza, który nic nie wiedział o Vinetu, za to wyznawał i praktykował szamanizm, choć sam nie był szamanem. Oczywiście opowiedziałem mu o próbach neoszamańskich pod kierunkiem Wojtka i wypytałem o różne rzeczy. M. in. co w obrzędach religijnych jest dla niego najważniejsze. Odpowiedź była jednoznaczna - taniec. Na pamiątkę dał mi grzechotkę używaną w czasie tańca, którą dowiozłem do domu, ale gdzieś zaginęła. Dziwnie przypominała kule rumbowe sprzedawane za PRLu w sklepach muzycznych.
[foto]

9. Taniec (i Winnetou) • autor: Wojciech Jóźwiak2020-01-19 20:21:06

Edwardzie, o Tańcu i innych sposobach porozmawiamy na Dniu Niedźwiedzia.
Tamten przekaz od Apacza bardzo cenny. Zapamiętuję.
Btw. Winnetou jest zjawiskiem lokalnym, znany i obecny w popkulturze tylko w Niemczech, Czechach, Polsce i jeszcze może gdzieś w tej okolicy. Nie istnieje w strefie j. ang. Mój syn (etnolog) kiedyś był na międzynarodowej konferencji nt. twórczości Karla Maya, to opowiadał.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)