Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (1)

Kategoria: Twórczość

« Upały i śmierć Te drzwi (2) »

Opowiadanie to oparte jest luźno na motywach rzeczywiście zaszłych wydarzeń, jednak powiązanie konkretnych osób i konkretnych spraw jest w sporej mierze wynikiem mojej  fantazji dlatego dopasowanie istniejących w rzeczywistości ludzi i spraw jest nieuprawnione. Niektóre z osób i wydarzeń są czystą fikcją literacką. Co więcej, ja to nie ja, moje sąsiadki nie są nimi naprawdę i tak dalej. Proszę więc traktować ten tekst jako zupełną fikcję.

motto:

Zło czerpie siły z mocy dobrego,

lecz czyś pomyślał czasem tak,

gdy dumnie w górę zadzierasz głowę,

że rozliczenia też przyjdzie czas.

Gdzieś tam czekają te drzwi. Piotrowe.

               (Wiesława Bubak „Drzwi Piotrowe”)

 

1. Mroczna przestrzeń pod świerkiem

        Kiedy mężowi mojemu pozostał do zrealizowania już tylko jeden punkt ze spisu jego męskich zadań, chociaż realizował je w odwrotnej kolejności, i kiedy, dzięki pobytowi za granicą, uzyskał część potrzebnych środków, udałam się na upatrzoną wieś celem obejrzenia działki do kupienia i ewentualnego jej zadatkowania.

        Brnęliśmy od pociągu ze znajomym, który mi towarzyszył, przez kopne śniegi, zalegające las, aż do gospodarstwa na uboczu, którego właściciel sprzedawał ów kawałek pola, a potem, po załatwieniu sprawy, wracaliśmy na stację, a właściwie przystanek typu: wygwizdów. Był luty, silny mróz, a my okropnie zmarznięci. Do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze dwie godziny, a na wysokim nasypie przystanku kolejowego, położonym tuż przed mostem nie było żadnej osłony przed zadymką. Znajomy przypomniał sobie o swoim koledze, mającym letni dom w okolicy, a teraz, gdy był już na emeryturze, mieszkającym w nim i w zimie, niewiele więc nadkładając drogi, mogliśmy liczyć na osłonę przed mrozem i śniegiem, a może i szklankę gorącej herbaty. Działka tego znajomego mieściła się na tak zwanej patelni, czyli skupisku małych działeczek na terenie zakupionym kiedyś przez kolej dla swoich pracowników. Przed godziną nawet nie przyszło mi do głowy zapytać o nazwę wsi, w której przed chwilą kupiłam ziemię; pamiętałam tylko nazwę stacji, na której wysiadłam i zdawało mi się, że to wszystko, czego potrzebuję. Mówię to w tym celu, żebyście zrozumieli, jak byłam naiwna i niedoświadczona, mimo skończonej trzydziestki na karku, dwojga dzieci i paru lat małżeństwa.

         Dziś wiem, że człowiek uczy się do śmierci, a każde chwilowe zaniedbanie w poszukiwaniu informacji, na pierwszy rzut oka nawet niepotrzebnych, mści się na nim po wielokroć. I nie tłumaczy mnie to, że wiedza, której nie chciałam, wydawała się zupełnie nieważna wobec tego, ile kosztuje działka, ile dać zadatku, czy starczy mi to, co mam w torebce, czy cena, zaśpiewana przez właściciela, jest korzystna i wreszcie, czy mój mąż, który w naszym małżeństwie do tej pory wszystkie decyzje ważne i średnio ważne podejmował sam, zaaprobuje mój wybór działki i nie skrzyczy za trwonienie ciężko zarobionych przez niego pieniędzy. Czy na przykład nie dojdzie do wniosku, że jest okropnie usytuowana, albo że źle się targowałam. Było jeszcze mnóstwo innych, niemiłych możliwości i po prostu cierpła mi skóra na myśl, że może źle się ze swoich zadań wywiązałam, bo z charakteru byłam perfekcjonistką. Nazwa miejscowości była najmniejszym moim zmartwieniem.

         Ostatnie ostrzeżenie losu, opowieść przy szklance herbaty u owego człowieka, puściłam mimo uszu, podniecona jeszcze kupowaniem i targami. No i kołaczącym się w głowie pytaniem: czy przypadkiem nas nie oszukano?

         — Jak panu się tu mieszka? – spytałam grzecznościowo, taksując wzrokiem pomieszczenie, będące czymś pośrednim między kuchnią, szopą i sypialnią, z wysokim od sterty pościeli barłogiem, ułożonym na stelażu ze starego tapczanu, wspartym na potężnych, pięciolitrowych puszkach, takich, w jakich za czasów moich rodziców przysyłała żywność UNR-a, organizacja pomagająca krajom wyniszczonym drugą wojną światową. Puszek było trzy, czwartą zastąpiły cegły i wyrównujący poziom, kawałek sękatej deski.

         Gospodarz wzruszył ramionami na moje głupie pytanie. Jak bym go słyszała:

        - Co będę pani mówił, sama pani zobaczy, jak się pani wybuduje. To znaczy, jak mąż się wybuduje - poprawił.

        Strawiłam to; kolega mówił o nim, że jest to stary ubek, Tacy, jak on, wiadomo, mieli odchyłki. Jeden w mojej pracy parzył szklankę kawy po turecku, a potem łyki odmierzał menzurką. Jedna menzurka na godzinę. Jak prezes go opieprzył, wypijał w łazience flaszeczkę spirytusu salicylowego. Nazywano go Salicylowym Katem i nie chciałam dociekać, dlaczego. Mnie ogarniała litość, ilekroć na niego spojrzałam, ale gdy znalazłam go w łazience martwego, poczułam ulgę. I wyrzuty sumienia, że nigdy za życia nie fundnęłam mu uczciwej flaszki. Trzy lata siedział przy biurku przysuniętym do mojego i wiedziałam o nim tylko tyle, ile menzurek odmierzył danego dnia. Szklankę i menzurkę chował w biurku, bo nasz prezes zabronił picia kawy poza przerwą śniadaniową, co podobno wyrabiało złą opinię o urzędnikach. Ten facet był zupełnie inny, ale też miał coś takiego we wzroku, podobnego Salicylowemu Katu, że uwierzyłam znajomemu.

         - Trochę miałem zawracania głowy zeszłej nocy – powiedział wreszcie stary ubek z niechęcią. – Wieczorem poszedłem na ryby i jak wróciłem, nie chciało mi się rozpalić ognia, ani nic. Nawet światła nie zapaliłem. Wlazłem od razu w bety i śpię. W nocy coś mnie budzi. Okno mi się ostatnio nie domyka, w jesień te deszcze wypaczyły mi kompletnie wszystko, co było do wypaczenia. Ciągle się zbieram, żeby z tym oknem zrobić porządek i ciągle coś mi przeszkadza.

         Gospodarz odwrócił się na chwilę, dokładając drewna pod kuchnię, a mój znajomy szepnął mi na ucho:

         - Pilniejszy bimberek, zimno, to dużo go sprzedaje. No i wypija też.

          Jeszcze wtedy na wsi nie było ruskich handlarzy i bimber chodził po 10 złotych, co się opłacało wszystkim. No i wszyscy przeżywali imprezy.

         - Budzę się więc, tak coś koło północy – ciągnął - księżyc świecił, jasno było jak cholera, a w oknie widzę człowieka. Zewnętrzne okno już otworzył, wewnętrzne uchylone, że szpara szeroka na dłoń, a człowiek zwisa na rękach; łapy zaciśnięte na parapecie, zaraz podciągnie się i wlezie. U mnie, widzieliście, podmurówka wysoka z kamienia, sam zbierałem i wózkiem z pola woziłem, jeszcze chłopki dziękowały; nie to co teraz, że za kamień trzeba płacić. Taki byłem jeszcze omulony ze snu, że nie pomyślałem, schwyciłem siekierkę, co nią rąbię patyki na podpałkę; malutka siekierka, taka z kuchni, nie żadne ustrojstwo do porządnego drewna, i łup go tą siekierką po łapach. Człowiek wrzasnął, spadł, a jedna odrąbana dłoń wpadła do środka, na podłogę. Wybudziłem się już zupełnie i dalej za nim, do lasu. Myślę sobie, że zasłabnie z upływu krwi i zamarznie w lesie; człowiek to jest, jak by nie było, i mimo wszystko trzeba go ratować. Wziąłem porządną siekierę, na wypadek, gdyby było ich tam kilku i za śladami krwi idę. W końcu jednak księżyc zaszedł i się pogubiłem. Jak tylko trafiłem na drogę, poszedłem do sołtysa i zadzwoniłem na policję i powiedziałem im, co i jak. Przyjechali, szukali w lesie, ale gdzieś ślad się urwał, może kumple go zabrali?

         - Stasiu, ileś bimberku wypił? - spytał niedowierzająco mój znajomy.

         - Eee tam, prawdę mówię, teraz zima, to wiesz, że czyhają i włamują się do domków, gdzie nikogo nie ma. A ja światła nie paliłem i dym z komina nie szedł, to się pomylili.

         - No, to gdzie masz tę uciętą łapę?

         - Policja zabrała.

         - Rękę zabrali, a ciebie nie aresztowali? To może prawdę mówią, żeś ubowiec?

         - Znają mnie wszyscy przecież, zawsze tu jestem. Patrzcie, jeszcze krew na parapecie i pod oknem, gdzie ręka spadła.

         Faktycznie, krew była. Może skrobał ryby na parapecie, może ptaka jakiegoś ubił albo i zająca, a może i mówił prawdę. Spieszyliśmy się jednak, podziękowaliśmy za herbatę i poszliśmy. Na odchodnym powiedział nam:

         - To zła ziemia, tu zawsze krew się lała i leje nadal. I będzie się lała. Ja przywykłem, ale wy, miastowi, nie wiem czy będziecie spać tu spokojnie. Dlatego ziemia tu taka tania i daje się z gospodarzami łatwo targować.

         Jak bym go dziś widziała, chudego pijaczka o nerwowych ruchach, śpiącego z siekierą pod ręką i znieczulającego się bimberkiem. A ryby pewnie głuszy prądem, a nie łapie na wędkę! I nie wiadomo, co ma na sumieniu.

         Miał rację. Nigdy w naszym, nowo wybudowanym domu, nie udało mi się spokojnie przespać całej nocy. No ale byłam młoda i wysypiałam się potem, w mieście, gdy wróciliśmy już z weekendu. Kąpałam się, spłukiwałam brud grzebania się w ziemi i spałam jak zabita. Czasami tylko we śnie wracały do mnie zwierzęta: koty walczące ze sobą o chromą kocicę, węże pożerające żabę, zarzynane świniaki, w ostatnim pragnieniu życia przygniatające gospodynię, pobitą przez gospodarza za brak chyżości, ciężarne kocice wybierające piłę łańcuchową przed sparszywiałym psem. Czysty darwinizm przewijał się w moich snach. Usiłowałam go nie dostrzegać, biegnąc do swojej, bardzo odpowiedzialnej pracy. I do garów zmywanych nocą oraz zadań z matematyki, sprawdzanych przed świtem, zanim mąż się obudzi i zacznie tresować nasze dzieci.

***

         Wieś swoje miano wzięła od gówna, a ponieważ chcę ukryć jej prawdziwą nazwę, ze względu na licznych przyjaciół, którzy tam nadal mieszkają, lub pochowani są na miejscowym cmentarzu; pozwólcie, że będę nazywać ją: „Smrodliwe”. Składała się z kilku gospodarstw, blisko setki kolejarskich działek na „patelni”, kilku większych domów przybyszów z niedalekiego miasta, szykujących siedziby na starość i wielkiego masywu leśnego, położonego w trójkącie między rzeką, torami i szosą.

         Według krążących tu licznych, plotkarskich opowieści, mieszkańcy w czasie wojny przeprawiali Żydów, uciekających przed Niemcami, na drugą stronę rzeki, do bolszewików, niejednokrotnie topiąc ich na środku, dla zdobycia majątku w postaci skarbów przechowywanych w woreczku zawieszonym na szyi. Łupy z łodzi zwozili do szopy na jednej z wysp, a potem sprzedawali je na targu. W pokojowych czasach zajmowali się pędzeniem bimbru i rozmaitymi lewymi interesami, jak oszukiwaniem na ilości furmanek przewiezionego żwiru przy budowie drogi i odbudowie mostu albo wyłudzaniem odszkodowań za nieistniejące szkody powodziowe. Bezspornym faktem było i jest pędzenie bimbru, i jego nadużyciu przypisywano nadmierną liczbę wypadków drogowych w okolicy, czasem zupełnie niezrozumiałych z logicznego punktu widzenia. Bo co na przykład sądzić o pewnym gospodarzu, który mroźną nocą wyszedł z chałupy, pracowicie odśnieżył podwórko i dojazd do szopy, w której trzymał swojego malucha, posypał ziemię trocinami i piaskiem, wyprowadził auto i jadąc po oczyszczonej powierzchni umyślnie zaczął uderzać pojazdem w ścianę domu, cofał samochód i ponownie z rozpędu uderzał w ścianę. W ten sposób uszkodził samochód i inne mienie wartości dwóch tysięcy złotych oraz rozbił własną głowę i uszkodził obie rzepki w kolanach, powodując swoją niezdolność do pracy w okresie przekraczającym dziewięć miesięcy. Policja prowadziła oczywiście postępowanie wyjaśniające, ale niczego nie wyjaśniła. Jak zresztą nikt z mieszkańców wsi. Mówiono więc to, co zawsze: - bimber. Zresztą gorsze rzeczy robiono, by uzyskać mizerniutkie renty. Nikt nie wspominał o mgle zalegającej ziemię, takiej dziwacznej mgle na mrozie, zostawiającej rano szadź. Nawet latem, w lipcu na przykład.

         Z gospodarzem, od którego kupiliśmy pole, utrzymywaliśmy przyjacielskie kontakty, aż do jego śmierci. Ja bardzo lubiłam jego żonę; słyszałam, że w młodości była piękną kobietą; teraz z jej piękności nic nie zostało, jak to na wsi, a jej córka, moja rówieśnica, traciła resztki urody odziedziczonej po matce. Chmurna, czarnooka piękność, przeobrażała się w tępą zaciętą krowę wskutek złamanego nosa i posiniaczonego ciała, smukłość figury zmieniała się w zdeformowaną kościstość, a ona i jej matka zdawały się godzić z losem, który przypadł kobietom tej rodziny. Swoje smutki topiły w bimberku i tylko czasem, pod jego wpływem, zdobywały się na odruch protestu. Matka jeszcze czytała książki, pożyczała je ode mnie; powieści o wielkiej miłości, darmowo dołączane do gazet, które wywoziłam na wieś, jak ludzie wywożą nieużywane ciuchy, a nuż się komuś przydadzą, choć już dawno ludzie na wsi mają gust wykluczający przyjmowanie takich prezentów, chyba że na czyściwo do traktora. W gminie, za parę złotych sprzedają ładniejsze kiecki, a że gust mają nieco inny, trafiłam za piątaka na łososiowo odymiony obłok szyfonu, drapowany z fantazją i opatrzony metką znanego, światowego projektanta. Wisiał w sklepiku pół roku, przeceniany z miesiąca na miesiąc. Kupiłam go za pięć złotych.

         Czasami trafiał się w domu podwójny egzemplarz mądrzejszej książki i ona też ją czytała, tyle, że dłużej. Tak kiedyś wycyganiła ode mnie „Ulissesa” Joyce`a i zaskoczyła mnie wybuchem, że jest to najpiękniejsza książka, jaką w ogóle w życiu przeczytała, ponieważ jej autor myśli dokładnie tak jak ona, gdy idzie do krów albo na pole. Wszystko ze wszystkim się autorowi miesza, aż ktoś, jakaś siła z góry, pozwala wypowiedzieć zdanie, starczające za tygodnie rozmyślań. I ona może powtarzać je każdego ranka wiedząc, że tak samo myśli ten zagraniczny sławny pisarz jak ona, baba ze Smrodliwego. Powiedziałam jej, że jest na to mądre słowo, którego nie ma w naszych słownikach, dywinacja, moc przepowiadania z inspiracji bogów. Co ciekawe, chyba mnie zrozumiała. Mimo tych świń, złamanego nosa i namiętności do bimbru, skutkującego zgodnym katowaniem delikwentki przez męża i syna. Zawsze podejrzewałam, że była bliżej magii niż inni.

         Lubiłam z nią rozmawiać. Miejscowym zwyczajem było to, że kobiety nakrywały stół, a potem z pozoru siedząc przy nim, delikatnie odsuwały się w cień, dając mężom okazję do poruszania ich męskich, poważnych spraw. Pani Zosia też taka była, a ja się dostosowywałam, nawet jeśli przyjęcie odbywało się u nas. Mój mąż i mąż pani Zosi dyskutowali zażarcie o polityce, wyborach wójta i ustawach dla rolników, popijając wódeczkę; ani ona, ani ja nic nie piłyśmy; ja obawiałam się podejrzanego pochodzenia bimberku; ona udawała, że nie jest pijaczką.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Upały i śmierć Te drzwi (2) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)