Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

03 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (2)

Kategoria: Twórczość

« Te drzwi (1) Te drzwi (3) »

         Obchodziliśmy kiedyś imieniny mojego męża. Zadbałam o to, żeby nie było bimberku, tylko flaszka z akcyzą i namówiłam panią Zosię na kieliszek. Rozluźniona wzdychała, że w tym roku, przed świętami, tyle było pogrzebów, że oj! Kiedy opowiedziałam jej, jak odnoszę czasem wrażenie, że nad wsią ciąży jakieś złe fatum, o czym na przykład świadczy ta straszna liczba wypadków drogowych i innych nieszczęść w rodzinach gospodarzy we wsi, i że źle śpię na działce w nocy, powiedziała, że ona jest co do tego przekonana, a co więcej, ma na to dowody. Niestety, panowie dolali ponad miarę wódki do kieliszków, a nastoletni wnuk pani Zosi bardzo spieszył się do kolegów, za nic mając opowiadanie (w tej chwili trzeźwej) babci. Gospodarz więc odpalił swojego malucha, zawadzając o płot sąsiada na zakręcie drogi, (naprawili go następnego dnia, więc nie zdążył się o szkodzie dowiedzieć), a opowiadanie pani Zosi zawisło w chłodnym, listopadowym powietrzu. Już potem nie trafiła mi się następna okazja do rozmowy z panią Zosią; zmarła nagle i niespodziewanie, z zakładką sporządzoną z piwnej etykiety, na ostatnich stronach „Ulissesa”.

         Tego wieczora, w czasie czuwania przy zwłokach, opowiadano o wypadku, jaki przydarzył się osiemnastoletniemu siostrzeńcowi męża pani Zosi.

          Przyjechał do nich jakiś kuzyn, który zdobył pracę ajenta stacji benzynowej. W tej okolicy to ogromna kariera, nic więc dziwnego, że stojąc przed tak wspaniałą perspektywą życiową, nabył na raty stosowny do swej przyszłej pozycji samochód, bardziej wypasiony niż maluch, którym jeździli rodzice, i pierwszą jazdę odbył w kierunku rodzinnej wsi, pochwalić się sukcesem. Była to sobota i młodzież wybierała się na dyskotekę. Za trzy dni chłopców zabierało wojsko, więc owa dyskoteka była także pożegnaniem z cywilem. Może dlatego owi chłopcy, jeżdżący zazwyczaj na dyskoteki maluchem rodziców, korzystając z faktu, iż starzy popijali bimberek, podprowadzili kluczyki i zabrali ów samochód na wyprawę. Wypadek nastąpił nad ranem, na trzykilometrowym, prostym odcinku drogi, między Smrodliwym Starym, a Smrodliwym Kolonią. Jest to w ogóle bardzo dziwne miejsce. Jadąc z siedziby gminy, po minięciu nadleśnictwa z blokami dla pracowników, willą nadleśniczego i biurami, oświetlonymi dzień i noc, w Smrodliwym Starym wjeżdża się w podwójny bardzo ostry zakręt nazywany „agrafką”. Stoi tam znak ograniczenia prędkości do 40 kilometrów na godzinę, ale chyba jest to zbyt małe ograniczenie, bowiem, nawet przy tej prędkości, czasem wyrzuca trochę samochód z toru jazdy. Działkowicze (trzeźwi) często zwalniają tam do nakazanych prędkości, chyba, że mają dobre, trzymające się drogi wozy. Nieco napici jadą szybciej i w Smrodliwym starym ów „probierz trzeźwości” pozwala im się zorientować, jak byli bliscy utraty panowania nad kierownicą. Jednak droga tam najczęściej jest pusta i o ile w tym miejscu nikt nie zetknie się z pojazdem jadącym z przeciwnej strony, na ogół nic się nie dzieje. Dlatego, mimo owej „agrafki” w Smrodliwym Starym raczej nie zdarzają się wypadki. Potem następuje ów 3—kilometrowy odcinek prawie prostej, prowadzącej lekko pod górę drogi, na którym następuje większość wypadków. Niezbyt trzeźwy kierowca oddycha z ulgą na myśl, że udało mu się przejechać najgorsze miejsce i ten moment rozluźnienia jest (jak myślę) przyczyną wypadku. Stoi tam wśród pól jedyne drzewo, na którym rozbijają się samochody. Podobnie było i z tymi chłopcami. i z wieloma innymi kierowcami, znanymi mi osobiście i nieznanymi.

         W każdym razie, na pierwszy rzut oka nikt nie może zrozumieć, dlaczego właśnie tam dochodzi do wypadków. Oprócz takich „zwyczajnych”, gdzie po prostu kierowca zabija się po pijaku, zostają i te dziwaczne, jak wypadek owego chłopca.

         W samochodzie było ich czterech. Podobno – bo nic w Smrodliwym Starym, Nowym ani Kolonii nie jest pewne – prowadził osiemnastoletni siostrzeniec pani Zosi. Trzech twierdziło, że po wypadku chłopiec ten uciekł w szoku na pola i mimo poszukiwań nie udało się go odnaleźć. Policja prowadziła także przeczesywanie terenu, ale bezskuteczne. Pozostali chłopcy, którym nic się nie stało, po trzech dniach udali się pod jurysdykcję wojskową i do chwili przysięgi, przypadającej, jak wiadomo, po sześciu tygodniach od wcielenia, nie przyjechali do wsi na żadną przepustkę. Nie oni więc to zrobili. Siedemnastolatek, kierujący samochodem, po pięciu dniach doczołgał się do gospodarstwa rodziców, gdzie zmarł, zanim ktoś go zdążył zauważyć. Leżał wciśnięty między starą młockarnię, a budę psa, z psim łańcuchem założonym na szyję i nikogo nie zastanowiło, dlaczego pies biega wolno i nie szczeka. Na wsi opowiadano, że miał także inne rany na szyi, które maskowała psia obroża, jakby kilkakrotnie usiłowano mu podciąć gardło, co raczej nie mogło nastąpić w wypadku samochodowym. Innych obrażeń nie miał. Podobno też miał obtarcia na rękach, jak od sznura. Ale ręce  miał wolne i śladu brudu za paznokciami. Gdzie był, kto go przetrzymywał i po co – pozostało tajemnicą. Pies też nie był gospodarski, pewien działkowicz zostawił go na przechowanie idąc do szpitala i już z niego nie wyszedł. Mimo, że nie najmłodszy, służył w gospodarstwie na łańcuchu, ale z powodu wychowania na swobodzie był nieprzewidywalny i nic nie dało się z jego zachowania niczego wywnioskować.

         Wypadek był dziwny sam w sobie, ale jeszcze dodatkowo zrobiła się po śmierci chłopca wokół niego niejasna atmosfera. Mówiono o pewnych zdarzeniach, związanych z tą śmiercią, o znakach we śnie dawanych pani Kazi, miejscowej zielarce, która czuła na szyi zęby chłopaka, a ponieważ miała blisko osiemdziesiąt lat, spodziewała się raczej chęci zagryzienia, niż pocałunku. I kiedy zerwała się z paskudnego snu, na jej podwórku stała dziwna rolnicza maszyna – jak ją określiła – i mimo zamkniętej na łańcuch bramy nie słyszała kiedy wjechała. Rano oczywiście jej nie było. Pytałam, czemu nie wyszła w nocy sprawdzić, ale popatrzyła na mnie jak na wariatkę. Kto by w nocy tu wychodził, gdzie samo złe się dzieje! Bywa, że okradną domek, a potem chodzą po rolnikach i szukają, kto pożyczy traktor dla przewiezienia zdobyczy. Bywa, że ukryją maszynę, jak wtedy, i lepiej nic nie wiedzieć. Pani Kazia na wszelki wypadek zapisała na kartce jakieś cyfry namalowane na maszynie, niby numery rejestracyjne, ale całkiem inne, nie ruskie ani białoruskie, ani nasze; bała się jednak ujawnić je wezwanym policjantom.

         – Tyle zła się tutaj działo – powiedziała im z chytrym błyskiem w oku – i jeszcze nie wymarli wszyscy. Takich znaków nie umiem czytać. – i policjanci musieli się tym zadowolić.

         — Trzeba być ostrożnym – zdradziła jednak mi swoją taktykę: — a jakby co, to kartka leży w kredensie, pod puszką z zielem angielskim, com go kupiła na jarmarku, za pięć złotych całą wielgachną torbę, do końca życia mi starczy do ogórków konserwowych. Pani znajdzie w razie nieszczęścia i zrobi z nią, co będzie uważać.

         Którejś zimy, gdy ją połamało, a ja miałam trochę urlopu nosiłam jej obiady w kance i nie zapomniała tego do dziś. A może sądziła, że to właśnie mnie przekaże swoje tajemnice czarownicy, tylko wstrzymywała się z tym, dopóki sądziła, że jest zdrowa i sprawna. Byłyśmy tak różne, a jednak łapałyśmy swoje myśli w lot.

         Należy wiedzieć, że mieszkańcy tej wsi pozostają raczej we wrogich stosunkach, jednak zabarwionych dziwną zależnością, splątaną z tajoną troskliwością. Odwieczna jest niechęć między Panią Kazią i mężem pani Zosi, (na zmianę gospodarze tych rodzin byli sołtysami wsi) jednak, kiedy do wdowy, Pani Kazi, przyjechało pogotowie, to pani Zosia przyszła do mnie specjalnie poprosić, żeby do niej zajrzeć, bo jej nie wypada, a kiedy pani Zosia zasnęła w lesie pijana, to właśnie wdowa, pani Kazia, ściągnęła jakichś znajomych z furą, żeby odwieźli ją do domu. Tak więc mąż pani Zosi, związany pokrewieństwem zarówno z właścicielem samochodu jak i z jednym z chłopców, nic nie chciał mówić o tym wypadku, zaś gros informacji pochodzi od wdowy, pani Kazi Nie muszę dodawać, że najmilszym zajęciem tych wszystkich ludzi są plotki, jednak z powodu zamkniętego środowiska, daje się śledzić ich przebieg, co samo w sobie jest zajęciem fascynującym; można bowiem korygować rozmaite dochodzące wersje. Nawiasem mówiąc, za to lubię te Smrodliwe; uwielbiam słuchać miejscowych opowieści, sytuować je wśród rzeczywistości. Czuję się wśród nich jak swoja, uwolniona z tajonych prywatnych emocji, do których nie warto się przyznawać. Nie jestem alkoholiczką, a jednak pani Zosia bliższa mi jest od mojej rodziny, wyniosłych technokratów, bez problemów przeliczających w mig dolary na złotówki i na odwrót. Dla nich jestem niewydarzoną kobietą, która wybrała męża poza swoją sferą, bo nie umiała oprzeć się wezwaniu swojej macicy.

         Niedługo po śmierci pani Zosi, która dopadła ją nad kartami Ulissesa, i napoczętym bananem, przyniesionym jej, gdy leżała chora, (bo na wsi nikt sam na takie zbytki sobie nie pozwalał), nieszczęśliwy los dopadł także córkę pani Zosi, Marzenę. Ta ponura i piękna dziewczyna wyszła za mąż za chłopaka z pobliskiego miasta, syna właścicieli piwnego baru, z racji tej uważającego się za kogoś lepszego niż wsiowi teście. Marzena źle żyła z mężem. Stale przywoził do domu kogoś, jakieś ruskie dziewoje z rajstopami podartymi w kroku, z którymi robił rzekomo handlowe interesy, a w rzeczywistości zapewne prowadził tajną agencję. towarzyską. Rodzice męża Marzeny mieli bar w mieście dawniej wojewódzkim, wystrój niby ludowy maskował chałupinę latami wciskającą się w ziemię, tylko dlatego tolerowaną, że trwały zabiegi o uznaniu jej za zabytek. Nowoczesność reprezentowały parasole z napisem „Tyskie”, budzące w przechodniach ducha wyrosłego w kasynach: ten wiatr wywróci ów parasol, czy go oszczędzi!? Ruskie zdziry wygrzewały łoże męża Marzeny, a ich synowie uczyli się, jak znać swoje miejsce i wybierać między codzienną ciężką pracą i popychaniem dziadków, a nadzieją na przyszłość, w postaci ustawienia w życiu. Marzena przyjeżdżała często do matki i obie przy bimberku pomstowały na chłopów, używając słów wulgarnych, czego przy innej okazji od pani Zosi nie słyszałam. We dwie stanowiły siłę złości, której nikt nie umiał się oprzeć. Zafascynowana nią wsłuchiwałam się kiedyś w ich głosy, marząc o porzuceniu swoich, narzuconych przez rodziców, reguł dobrego wychowania.

         Marzena poznała chłopaka, narkomana. Kochał jej synów i zapewne też ją, pod warunkiem, że tolerowali go, a hołubili i kochali go, bo ich nie bił i nie wyzywał. Dawali mu pieniądze na narkotyki, utargowane z podbieranych jaj, pozwalali mu spać, gdy tego chciał i budzić ich, gdy był w dołku. Chłopcy uczyli się od niego gry na gitarze i szacunku dla kobiet, nawet tak brzydnących w ich, i ojca oczach, jak ich matka, Marzena, której imię pochodzące od marzenia, w nikim nie wywoływało już szybszego przepływu krwi. Ich rodzony ojciec szalał z ruskimi gówniarami, cipami słodkimi jak ciasteczka, w dziurawych majtkach i rajstopach, niezbyt domytymi, ale za to wypachnionymi; kochanek matki uczył, jak pięknym może być życie z dobrym człowiekiem, nawet jak jest nieco zamulony i stale potrzebuje forsy. Świat Marzeny i jej synów stawał się marzeniem; wszystko można było osiągnąć, pod warunkiem, że się tego chce i umie się do tego zabrać. Synowie Marzeny byli pięknymi chłopcami, jeden czarnulek, drugi blondyn, z góry predestynowanymi do zrobienia kariery swoją urodą i nie do końca zdającymi sobie z tego sprawę. Pod wpływem konkubenta matki przestali nawet szczuć psami przechodzących letników, kupujących mleko prosto od krowy, ponieważ konkubent matki uczył ich, że łagodnym postępowaniem więcej się osiągnie, niż brutalnością.

         Nie miał racji. Dopadli go pewnego razu, gdy z konkubiną, Marzeną i jej dziećmi udawał się do dzierżawionego przez nich, baru w Smrodliwym Nowym. Kilkoma strzałami w głowę zlikwidowali niesolidnego dłużnika, gówniarzom, czarnulkowi i blondynowi, przepuścili, a gdy Marzena, prowadząca samochód, trafiona inną kulą, wypadła na szosę, nakierowali precyzyjnie swoją beemwicę na jej ręce, przejechali najpierw po jednej, potem po drugiej, aż wreszcie zmiażdżyli samochodem jej prawe kolano. Jedno, lewe, zostawili jej nienaruszone; jak inaczej bowiem miałaby dalej prowadzić bar? I oddać dług konkubenta?

         Oczywiście nigdy ich nie odnaleziono, a Marzena, zraniona kulą w głowę, pamiętała tylko, że zbierała tydzień temu opieńki i poślizgnęła się na zmurszałym pniu. Rodzina nie miała serca wyprowadzać jej z błędu. Chyba spłaciła gangsterów, bo nikt już Marzeny się nie czepiał, a obora rodziców Marzeny opustoszała, zmienił właścicieli także kawałek lasu nad rzeką, gdzie ktoś pobudował sobie gargamela. Żal mi było tego miejsca, zawsze chodziłam tam na maślaki rankiem, gdy wszyscy w domu spali, a bezsenna noc działała na mnie podniecająco, jak garnek kawy. Kiedy jednak pewnego poranka wyskoczyło trzech ochroniarzy z bronią gotową do strzału i stadem zjadliwych psów, moje maślakowe miejsce utraciło swoją atrakcyjność. Potem posesję ogrodzono, a ogrodzenie weszło głęboko w nurt rzeki.

         Mąż Marzeny wygrał przetarg na usługi transportowe dla ważnej instytucji miejskiej i miesiąc później zginął bladym świtem wraz z kilkoma notablami, których przewoził. Nikt nie dociekał przyczyn wypadku, a w każdym razie rezultatów dociekań nie ujawnił. Trzeźwy, były mąż Marzeny, patrząc realnie, w trakcie kuracji odchudzającej (jadł tylko pieczone ryby z grilla – dwa dni wcześniej dzielił się ze mną przepisami) ni stąd ni zowąd zjechał na przeciwny pas ruchu i rąbnął w przydrożną budę z grillem. Jacyś świadkowie nieśmiało mamrotali coś o dziwacznej ruskiej ciężarówce z wielkim kołem zapasowym na boku, ale jedyna kobieta, ocalona z tego wypadku, właścicielka baru, której jakiś czas temu przeszczepiono serce, pamiętała tylko kartę Tarota, którą zobaczyła w momencie zderzenia z grillem – Papieżycę. Mogła godzinami opowiadać o jej znaczeniu, o różnicach między tarotem Marsylskim a innymi, o historyczności postaci Papieżycy Joanny i w ogóle o znaczeniach kart, w zależności od tego, na której pozycji się znajdują przy zadawaniu pytania, co jednak nic nowego nie wnosiło do akt sprawy. Tarot nie dozwolił rozpoznać numeru rejestracyjnego ruskiej ciężarówki, czemu nikt się nie dziwił, bo Papieżyca trzyma na kolanach wprawdzie otwartą księgę, której karty jednak nie są zapisane. A może go w ogóle o to nie pytała?

         Teściowie Marzeny zginęli pewnego dnia w pożarze baru i nieoczekiwanym dla nikogo zrządzeniem losu chłopcy z katowanych gówniarzy stali się spadkobiercami majątku. Poczynali sobie dość rozsądnie i zapewne dlatego po dziś dzień żyją. Prowadzą bar na krzyżówce, a gospodarstwo po zmarłych dziadkach (rodzicach matki) pozostawili wujowi. Podobno nie piją alkoholu. Ale jeżdżą Suzuki i wynajmują motory letnikom.

         Od licznych wypadków nie wolna była też rodzina pani Kazi. Kazia jest miejscową czarownicą — zielarką. W jej osiemdziesięcioletniej, pomarszczonej twarzy, zadziwiają przepiękne, młode oczy, o tak blado zielonych źrenicach, że prawie aż białych. Mogłabym opowiedzieć jej dzieje swojego małżeństwa, ale nie muszę, ona i tak o wszystkim wie. A jeśli nie ona, to w każdym razie jej oczy. Działkowicze nienawidzą pani Kazi. Posprzedawała im ziemie „na umowę” wówczas, gdy ziemi nie wolno było jeszcze sprzedawać, ale kupujący mieli nadzieję, że po kilkunastu latach zasiedzenia staną się legalnymi jej właścicielami. Czekali więc cierpliwie. Aż tu pani Kazia oddała ziemie gminie za rentę i wszystkich naiwniaków, którzy nie zdążyli się pobudować, wywłaszczono. Pani Kazia ma córkę i syna i zapewne w myśl zasady, że cierpią synowie (która jednak nie sprawdziła się w przypadku pani Zosi), wszystkie zgubne skutki z tytułu bycia mieszkańcem wsi przytrafiły się jemu; Edzio ma na imię i jest murarzem.

         Kiedyś jeden z sąsiadów znalazł go śpiącego w lesie, koło samochodu i najpierw przyprowadził samochód na swoje podwórko, (żeby nie jechał nim po pijaku), potem zaś wrócił po właściciela pojazdu, który jednak w międzyczasie gdzieś się podział. Potem sąsiad trochę szukał w lesie tego syna Pani Kazi, ale wkrótce zapadła noc, więc zrezygnował i wrócił do domu. Syn pani Kazi trafił jakoś do chałupy, ale następnego dnia musiał iść do pracy, więc wsiadł w autobus i pojechał. Po tygodniu sąsiad, zaniepokojony nieobecnością właściciela samochodu w domu, nie wiedząc, że pracował gdzieś cały tydzień, podjął decyzję, że jeśli nie znajdzie się do poniedziałku, to zawiadomi policję, ale na szczęście znalazł się w sobotę; przechodząc ze stacji obok posesji sąsiada, poznał swój samochód i wszystko dobrze się skończyło, choć trochę popili się z tej radosnej okazji.

         Przyczyną stresów pana Edzia i jego matki jest żona, ruda, wulgarna i w ogóle samo zło. Czasami jest tak okropna, że młody nie mogąc z nią wytrzymać, zdaniem matki po prostu musi ją trochę poturbować, a ona, podła zaraza, natychmiast dzwoni po policję, ta zaś zamyka chłopaka na trochę, zamiast zamknąć jego podłą żonę, potem zaś normalną koleją rzeczy chłop musi odreagować tę krzywdę i trochę wypić, potem się godzi z żoną i jadą do baru na pizzę i piwo, potem wypiją jeszcze parę kieliszków i tak dalej i dalej. Także dlatego żona jest taka wredna, że gdy młodego syna pani Kazi spotyka jakieś nieszczęście, to ona nie potrafi okazać mu ani odrobiny współczucia. Tak było i ostatnim razem.

         Nie każdy ma takie niebywałe szczęście, żeby jednego dnia rozwalić po kolei cudze dwa samochody, a na koniec swój trzeci i wyjść z tego prawie bez szwanku. Tak więc syn pani Kazi jest dzieckiem szczęścia.

         Swój rajd zaczął w Smrodliwym w niedzielę, w porze mszy. Jadąc przez wieś tak wystraszył swoimi manewrami pewną młodą działkowiczkę z dzieckiem, że zamiast jechać prosto, jak pan Bóg przykazał, wjechała do rowu i doszczętnie rozbiła swój samochód. Na szczęście jej i dziecku nic się nie stało, ale miała nauczkę, że nie powinna z mszy wychodzić wcześniej niż inni. Na drodze byłoby więcej samochodów i może komu innemu to nieszczęście by się przytrafiło, a może i syn pani Kazi o tej porze dojeżdżałby już do gminy. Nie zrażony wypadkiem, pan Edzio pojechał dalej i tam zderzył się czołowo z innym pijanym kierowcą, co zaowocowało uszkodzeniem tamtego samochodu i jego pasażerów. Po czym jechał dalej i gdy stało się już oczywiste, że wyrżnie w drzewo, Boska Opatrzność otworzyła drzwi (wcześniej sprawiając, że nie miał zapiętych pasów) i wyrzuciła go chwilę przed zderzeniem na miękkie pole. Tu dopadła go policja, ścigająca zresztą tamtego pirata (a nie tego) i wezwała pogotowie, które odwiozło go do szpitala. Młody syn pani Kazi wyszedł z tego wypadku prawie bez szwanku, jeśli nie liczyć złamanej i odrutowanej szczęki.

         Jego podła żona nie przyjechała zabrać go ze szpitala, a co więcej powiedziała, że za próg go nie wpuści, i dopiero matka wynajęła samochód, który przywiózł Edzia ze szpitala do jej domu. Bardzo przeżywał ten wypadek, zwłaszcza, że czekały go w związku z nim aż dwie sprawy sądowe, a w dodatku szczęka go tak bolała, że mógł tylko żywić się tylko wciąganym przez rurkę piwem (mógłby też mlekiem, ale go nie lubił).

         Pewnego dnia jechaliśmy z mężem późną nocą na działkę. Jak zawsze, gdy wjeżdżamy z szosy na drogę wiodącą przez las, wyciszamy się i nasze emocje opadają. Droga nie jest już publiczna, tylko prywatna, otwieram więc mężowi puszkę piwa i powoli jadąc, obserwuję zające, stawiające słupka przed światłami samochodu, jeże, przetuptujące nasz szlak i rozmawiamy o rzeczach, które w ciągu tygodnia, nabuzowani naszą pracą i naszą ważnością, zazwyczaj pomijamy. Tylko w tych chwilach mój mąż przestaje być panem i władcą, a staje się przyjacielem. Zostawiamy na boku politykę i chwalimy się (mimo wszystko) sukcesami w wychowaniu chłopców. Mnie, po wielu godzinach od posiłku, mocne piwo szumi w głowie, sprawia, że świat, jak w opowieściach pani Zosi po bimberku i lekturze Ulissesa, staje się bardziej zrozumiały i oczywisty, pełny magicznych znaczeń i odnośników. Wyznacznikiem są słupki zajęcy w światłach przed nami i przekonanie, że my, w przeciwieństwie do nich, opanowaliśmy nasz świat i nasze problemy i na tym polega nasza wyższość. Nawet po mocnym łomżyńskim eksportowym piwku.

         Ale wracam do owego dnia, gdy po północy zjechaliśmy z gminnej szosy w leśną drogę najeżoną słupkami zajęcy.

         Na środku drogi, z otwartymi drzwiami stał samochód, wiśniowy polonez syna pani Kazi. Obok leżał człowiek nie dający oznak życia. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w zachmurzone niebo, po którym przesuwały się kohorty zimnych obłoków, a smukłe pasma chłodu spływały ku ziemi, kryjąc się w cieniach pod świerkami. Zmarznięte jagody jałowca zdawały się trzaskać pod wpływem przymrozku, a stado zajęcy pełniło swoją straż przy zwłokach.

         Zatrzymaliśmy się, nie wiedząc, co robić. Las wysokich sosen szumiał głośniej niż wszystkie miejskie hałasy, a nas ogarnął lęk, jaki ogarnia wszystkich w obliczu nieznanego. Spojrzałam w mroczną przestrzeń pod świerkiem, za szpicę zajęcy i dostrzegłam tam nieokreślony ruch. Zmartwiałam. Nie jestem pewna czy ośmielę się o tym komukolwiek kiedykolwiek opowiedzieć. Może tylko wspomnę, że w pewnej powieści SF ludzie żyjący we wspólnocie na skraju lasu, odczuwali dziki lęk przed zbliżeniem się doń, bowiem przerwaniu ulegała więź łącząca mieszkańców wioski. Dopiero w połowie powieści zorientowałam się, że straszliwy dźwięk, który słyszeli w pewne dni, był po prostu szumem tego lasu. Tak jak i mój straszliwy obraz w mrocznej przestrzeni pod świerkiem… Wolałabym pisać o ptaszkach i motylach, o świeżym zapachu wiosny. Ale… Eee tam, zostawmy to!

          Wówczas nieboszczyk wstał, wsiadł do swojego poloneza nie oglądając się na nic i odjechał lekkim zygzakiem, niewielkim, takim, na jaki pozwalały mu wyryte na leśnym dukcie koleiny.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Te drzwi (1) Te drzwi (3) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)