zdjęcie Autora

03 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (3)

Kategoria: Twórczość

« Te drzwi (2) Te drzwi (4) »

2. Dziewczyna, która nazwała siebie Ebola

         Posiadanie własnej działki ma liczne wady i zalety. Czasami są one na pierwszy rzut oka nierozpoznawalne i trudno od razu wiedzieć: cieszyć się czymś, czy martwić. Do takich zjawisk należy pojawianie się gości. Jedni są mili, inni nie, ale na ogół człowiek stara się sterować zaproszeniami, aby wizyt tych niemiłych osób uniknąć, albo przynajmniej je ograniczyć. Nie zawsze to się jednak udaje. Tak się jakoś dziwnie składało, że ilekroć zapraszałam kogoś dlatego, że powinnam, lub dlatego, że życzył sobie tego mój mąż, bieg wypadków wyrywał się spod mojej kontroli, i jak owa kobieta, prowadząca grillowy bar, już po wszystkim, widziała siebie jako kartę Tarota; ja może nie Papieżycę, ale na pewno Głupca.

         Tym razem nie mogłam mieć pretensji do mojego męża, sama sobie byłam winna. Moja koleżanka z pracy, zwana Dusią, znalazła się w trudnym położeniu. Zostawił ją mąż, pojawiły się jednocześnie jakieś kłopoty z jej szesnastoletnią córką, niezbyt przez nią zdefiniowane, poza faktem, że nie zdała do następnej klasy, a w dodatku ciężko rozchorowała się matka Dusi i wymagała całodobowej pomocy. Koleżanka została bez grosza przy duszy, z matką na wpół sparaliżowaną na głowie, no i córką, która, jak to zwykle dzieci, oczekiwała, że rodzice zapewnią jej wakacje. Na razie wzięła urlop bieżący i zaległy, ale sen z oczu spędzała jej troska o córkę. Zaofiarowałam jej swoją pomoc w postaci udostępnienia dziewczynce działki w wakacje. Lipiec był gorący, tak więc jej pobyt mógł być udany. Po okolicy przewalały się całe tabuny młodych ludzi z namiotami i plecakami, lub mieszkających w domach rodziców i znajomych, była więc szansa na poznanie miłego towarzystwa. Miała przyjechać z namiotem, bo nie chciała mieszkać z nami w niewykończonym jeszcze domu, co zresztą było mi obojętne, ponieważ udało nam się z mężem wyrwać od swoich pracodawców ledwie parę dni urlopu. Dla mnie w tym okresie było zaś pożądane, żeby na działce ktoś przebywał, obecnością swoją odstraszając ewentualnych włamywaczy. Tak więc korzyści z pobytu córki mojej koleżanki miały być obustronne.

         Umówiłam się z Dusią, że córka jej przyjedzie pewnego czwartku, określonym pociągiem, na który mieliśmy po nią wyjechać samochodem, jako, że miała wieźć duży bagaż, a od stacji był spory kawałek przez las, plątaniną duktów, w której obcy łatwo by się nie rozeznał. Byliśmy tam oczywiście, ale dziewczyna nie przyjechała. Jola – bo tak miała mieć na imię – ani jej matka nie miała szansy uprzedzić nas o jakiejkolwiek zmianie planów, bowiem we wsi, położonej w puszczy, tuż przy granicy, nie było telefonów, nawet dziś nie obejmuje jej zasięgiem żaden operator komórkowy. Uznaliśmy, że pewnie babcia dziewczynki poczuła się gorzej i dlatego wnuczka została w domu. Miałam nadzieję dowiedzieć się, co się stało, dopiero po powrocie do pracy, w poniedziałek. Tymczasem wyrzuciłam całą sprawę z głowy. Nie przyjechała, to nie przyjechała. Nawet jej nie znałam.

         Nadeszła sobota. Nasz sąsiad wyprawiał swoje imieniny, huczne, jak to na działkach. Oba nasze domy były jeszcze niewykończone, choć już w nich pomieszkiwaliśmy, ale pogoda była przepiękna, ciepło i lekko wietrznie, co przeganiało wszelkie meszki i komary, można więc było organizować imprezę na powietrzu. Powynosiliśmy z domów i działkowych prowizorycznych chałupek wszystkie stoły i krzesła, nakryłyśmy je z sąsiadkami w braku obrusów prześcieradłami i zajęłyśmy się najbardziej żmudną pracą gospodyń, krojeniem sałatek. Ze wszystkim trzeba było zdążyć w dzień, żeby wieczorem oddać się pełnemu relaksowi.

         Na drodze przed naszym domem zatrzymał się dychawiczny maluch, a ponieważ rzadko ktokolwiek tędy przejeżdżał, wybiegłam zobaczyć, kto to i czego chce. Koło malucha stała starsza, może sześćdziesięcioletnia kobieta, patrząca na mnie nieprzyjaźnie i taksująco. Z tylnych siedzeń gramoliła się para: wysoka dziewczyna z jasnymi, tlenionymi włosami i szerokimi, wydętymi wargami, umalowanymi jaskrawą szminką. Te włosy i wargi były jakby jej wizytówką; resztę szczegółów twarzy i figury zauważało się dopiero później. Za dziewczyną wyłonił się chudy chłopak, wyglądający na młodszego niż dziewczyna i wyciągnął plecaki, namiot, śpiwory oraz worek pełen konserw. No tak, zjawiła się Jola.

         Pierwsza zaatakowała starsza pani – właścicielka samochodu. Wyciągnęła do mnie rękę i przedstawiła się imieniem, nazwiskiem i numerem działki tonem, który od pierwszego słowa sygnalizował jakąś pretensję... Uścisnęłam jej dłoń, bąknęłam swoje nazwisko, pomijając numer działki. Zaczynałam być wściekła, choć jeszcze nie dociekałam, co mi się w tym wszystkim nie podoba. Stanęłam więc udając, że nie wiem, o co chodzi i oczekuję wyjaśnień. To rozzłościło ją jeszcze bardziej.

         — Spodziewałabym się milszego powitania! W końcu pani synowa, nawet z bratem, miała taki kawał targać swoje rzeczy ze stacji, mimo, że jest w ciąży, bo nie chciało się pani wyjechać po nią na stację? A samochód, jak widzę, państwo macie i sobie spokojnie stoi! Rozumiem, że można być złą na syna i synową, że pospieszyli się ze ślubem, ale do tego stopnia im robić na złość! Najpierw zaprosić, a potem zlekceważyć?

         Zgłupiałam kompletnie i wydukałam jak idiotka:

         — Miała przyjechać w czwartek… — Nie byłam pewna, czy od razu zaprzeczyć tym bzdurom, które gówniara jej naopowiadała, czy odpuścić sobie. Stanęła mi przed oczami moja koleżanka, skołowana i przerażona zdrowiem matki, problemami z córką – nie, nie mogę ich wygonić od razu, choć mnie korciło. Ale o tym wszystkim nie musiała wiedzieć ta starsza pani, która wsadziła ich z dobroci serca do swojego ciasnego rzęcha i, jak znam życie, objechała wszystkie działki w okolicy szukając nas po nazwisku, które znało tylko niewiele osób.

         — A jak masz na imię ty moja miła, świeżo odkryta synowo? – spytałam z przekąsem ( moi synowie wszak mieli dopiero siedem i jedenaście lat i perspektywa ich żeniaczki była mi zupełnie do tej pory obca, ale te fakty pominęłam; po co wtajemniczać w nie obcą kobietę?).

         — Nazywam się Ebola, to znaczy, teściowo, podobno nazywasz mnie Ebola – zaszczebiotała w odpowiedzi miło dziewczyna – to tak ładnie brzmi, podoba mi się to imię.

         — Jestem felczerem – odezwała się ni stąd ni zowąd kobieta – i prowadzę tutaj praktykę, bo na razie ośrodek nie ma lekarza.

          Nie wiem, czy chciała mi dać do zrozumienia, że wie, co znaczy słowo „ebola”, czy przestrzec przed korzystaniem z jej pomocy w razie kłopotów zdrowotnych. Chudy chłopak stał nie odzywając się i dopiero pisząc to, uświadomiłam sobie, że ani razu w mojej obecności nie odezwał się do nikogo. Po prostu tylko był.

         — Mam nadzieję – ciągnęła kobieta – że zmieni pani nieco stosunek do, bądź co bądź, swojej rodziny. Jadąc tutaj szukaliśmy pani działki, bo synowa nie znała jej położenia i chyba odwiedziliśmy wszystkich działkowiczów pytając o państwa nazwisko – roześmiała się – i teraz chyba już większość państwa zna. Ja też o was nie zapomnę.

         Wyraźna groźba w jej głosie prawie rozśmieszyła mnie. Nie miałam zamiaru przyjaźnić się z działkowiczami, a najbliżsi sąsiedzi znali doskonale mnie i moją rodzinę. Resztę mam w nosie. Swoją szosą dziewucha ma tupet!

         Tego lata mrówki wchodziły oknami do domów, mrowiły się na każdym skrawku działki, nie dając się wytępić. Wszędzie zostawiały kopczyki piasku. Było ich wiele gatunków, rozmiarów, ale wszystkie były zajadłe i niezmordowane. Nie dawały się niczym wystraszyć ani przegonić, żadnymi proszkami czy sprejami. Pocieszałam się tylko, że poprzedniego lata walczyłam z szerszeniami, a jeszcze poprzedniego, z osami, dopóki nie odnalazłam ich gniazda na skraju lasu i nie załatwiłam dwoma wiadrami wrzątku. Na mrówki też w wolnej chwili znalazłabym sposób, ale nie spieszyłam się. Pojawił się pilniejszy problem.

         — Czy zdajesz sobie sprawę – powiedziałam, gdy samochód felczerki zniknął na zakręcie – że postąpiłaś nieuczciwie i zachowałaś się niewłaściwie?

         Nie chciałam bawić się w szczegóły i wypominać jej zaproszenia, ale nie chciałam też zostawić sprawy, jakby jej nie było. Co do Eboli, nie byłam pewna, czy jest wynikiem jej złośliwości, czy głupoty. Wszystkie wątpliwości podobno tłumaczy się na korzyść oskarżonego. Odpuść sobie – powtarzałam w duchu jak mantrę. — Robisz to dla Dusi, a nie dla tej gówniary.

         — Eee tam, musiałam coś wymyślić, bo nie chciała nas zabrać. I co bym zrobiła z tymi tobołami, a tylko ta jedna krowa z tym rzęchem się trafiła. Takie bierze się tylko na litość i jeszcze na to, że mogą coś wytknąć innemu człowiekowi, czują się wtedy lepsze. Trzeba je na kogoś napuścić, wówczas żyją!

         — Nie zapraszałam twojego kolegi czy brata, w każdym razie mama nic o nim nie wspominała. – zmieniłam temat.

         — To chyba przez niedopatrzenie. Mama wie, że on nigdzie się beze mnie nie rusza. A pewnie przez babcię nie ma głowy do niczego.

         — Ale to nieładnie kogoś wykorzystać, a potem z niego drwić – naszła mnie chęć moralizowania. — My tu żyjemy ze sobą na co dzień i nasze postępowanie, to jak kręgi w kałuży, gdy ktoś rzuci kamień, wydaje się mało ważne, ale pamięta się latami. – Wygłosiłam swoje exsposé aby dodać sobie w jej oczach ważności.

         O ciążę już nie pytałam. Złość zaczęła mi mijać. Co mnie to zresztą obchodzi, nie jestem od pilnowania moralności cudzych córek. Nie zrozumiała mojej przemowy, to kit jej w oko! W niedzielę wieczorem wyjeżdżamy, a oni niech się rządzą po swojemu. Nie moja sprawa.

         — Chodźcie, przedstawię was mężowi i sąsiadom. Dzisiaj imieniny sąsiada, wiec mamy sporo pracy.

         Na trawniku sąsiadki kończyły już nakrywanie stołu. Ten niewielki skrawek trawy zasiewaliśmy w ubiegłym roku trzykrotnie, aż wreszcie trawa przyjęła się na tej jałowej ziemi. Omijaliśmy wszyscy ją starannie, żeby nie podeptać i pozwolić się rozkrzewić wątłym źdźbłom. Po raz pierwszy postawiliśmy tu stół i krzesła, ale z powodów starannie przemyślanych. Przed domem widniał głęboki wykop, z którego czerpaliśmy glinę i piasek do budowy. Potem wykop jeszcze powiększyliśmy i w przyszłym miesiącu miał powstać tam wymarzony basen. Stół i krzesła ustawione w jakimkolwiek innym miejscu mogły powodować niebezpieczeństwo. Po ciemku łatwo byłoby wpaść do wykopu, zwłaszcza gdyby panowie zbyt dużo wypili, co na działkach raczej było normą. Trzeba było więc ustawić stoły tak, aby trasa do domu i do sławojki usytuowanej w kącie działki, a także do domów sąsiadów, była możliwie bezkolizyjna i żeby zapewnić większe bezpieczeństwo gościom W miejsce nie ochraniane wałem wydobytej ziemi, gdzie mógłby ktoś wpaść do dołu, ustawiłam pryzmę cegieł, to znaczy przeniosłam ją z innego miejsca. Nie była to duża robota, ale gówniarze mogliby mi przy niej pomóc, ale nie zająknęli się, a ja nie chciałam ich tego, pierwszego dnia, prosić o pomoc, żeby nie pomyśleli sobie, że tak naprawdę zaprosiłam Jolę do pracy, a nie czysto bezinteresownie.

         Tymczasem młodzi zaczęli rozbijać swój namiot, tak że prawie dotykał do ustawianego i już zastawionego stołu. Poprosiłam więc ich, żeby znaleźli inne miejsce, wskazałam im nawet kilka, ale upierali się, że tu im będzie najlepiej. Próbowałam tłumaczyć, że będą przeszkadzać gościom przy stole (głównie chodziło o gospodynię i mnie, ponieważ jej pomagałam we wszystkim) i nosząc gorące potrawy z domu będziemy musieli chodzić po wertepach, a nie po chodniczku, i w dodatku nadkładać drogi. No i trawnik jest jeszcze wątły, musi się wzmocnić, trawa pod namiotem zginie. Ale panowie, którzy już, gdzieś poza widokiem, napoczęli buteleczkę, zaprotestowali. Żartobliwie zaczęli namawiać młodych, żeby nie przejmowali się tym, co mówię i rozbili namiot właśnie w tym miejscu, a gdy zapalą w środku lampkę, to biesiadnicy będą mieli wspaniałe widowisko. Docinki były coraz bardziej pieprzne, ale Jola (czy Ebola) czuła się z nimi jak ryba w wodzie. Namówiła solenizanta, żeby otworzył dla niej butelkę szampana, ponieważ ona wódki nie może pić i zrobił to mimo złości żony, która przeznaczyła szampana na koniec uroczystości. Ebola swojemu towarzyszowi nie dała żadnego alkoholu, nawet szampana, ponieważ, jak powiedziała, musi być trzeźwy i nie robić głupstw i być do dyspozycji, gdy go będzie potrzebowała.

         Cały plan wieczoru zaczął się chwiać. Pięknie zastawiony stół oraz troskliwie krojone i zdobione sałatki nie budziły niczyjego zainteresowania. Prezentami, przygotowanymi dla solenizanta, nikt się nie zajmował, nawet ich nie odpakowano. Panowie otoczyli wianuszkiem Ebolę, która postanowiła umalować się na przyjęcie i wyciągnęła z namiotu kosmetyczkę. Z kosmetyczki wysypały się prezerwatywy i rozpoczęła się dyskusja nad sposobem ich używania.

         Siedziałam z boku, na schodkach, i obserwowałam widowisko. Bądź co bądź, to była jakaś uroczystość i nie powinnam nikomu zatruwać dobrej zabawy swoim złym humorem. Patrzyłam wiec spokojnie na to, jak mój mąż zaczyna grać pierwsze skrzypce w stadzie tokujących samców, jak zjada rozmaite kęsy podawane mu do ust przez Ebolę, jak panowie bez umiaru piją i piją. W końcu uświadomiłam sobie, że wypili już znacznie więcej, niż sąsiadka przygotowała na imprezę i poszłam do kobiet, siedzących z drugiej strony stołów. Przywitały mnie pretensją, że mój mąż przynosi stale wódkę, a ja nad tym nie mam kontroli. Olśniło mnie. Pobiegłam do piwnicy, gdzie trzymałam butelkę zeszłorocznej nalewki na aronii i butelkę spirytusu do nalewki na malinach. Butelka spirytusu stała nieco z tyłu, za flaszkami octu, i jak na razie była bezpieczna. Zniknęła flaszka taniej wódki, także przeznaczonej na malinową nalewkę (pierwszy nalew) i dwie flaszki aroniówki. Wiec dlatego mój mąż tak często biegał w stronę piwnicy! Nie w krzaczki, okalające wejście do niej, jak sądziłam! Popatrzyłam jeszcze na półkę, gdzie trzymałam butelki miejscowego, wspaniałego piwa. Powinno było być ich przynajmniej sześć, a nie było żadnej! Wściekłam się. Co ja teraz będę piła? Chciałam być trzeźwa i sprawna cały wieczór, ale i chciałam się rozluźnić, sączyłam wiec piwo z dużego kieliszka. Właśnie miałam wziąć następne, z chłodnej piwnicy, orzeźwiające w tę upalną i trudną noc, i musiałam obejść się ze smakiem, bo pijakom nie wystarczyło to, co sąsiadka postawiła na stole! Nie było jednak czasu zastanawiać się nad stratami, trzeba było ratować pozostałości.

         Zapakowałam do wiklinowego koszyka wszystkie pozostałe flaszki aroniówki i flaszkę spirytusu i wyniosłam z piwnicy. Mój wzrok omiótł okolicę w poszukiwaniu schowka i zatrzymał się na sztapli cegieł, niedawno przestawionych. Rozejrzałam się, nikt na mnie nie patrzył, przesunęłam wiec kilka z nich w inne miejsce i w powstałym w ten sposób schowku, umieściłam flaszki. Nikt się nie domyśli, to było, moim zdaniem, za bardzo niespodziewane miejsce. Dumna z siebie podeszłam do sąsiadek, nadal trzymających się na uboczu, oznajmić im, że alkohol został zabezpieczony. Ale nie słuchały mnie. Patrzyły na towarzystwo, które zamiast przy stole, rozsiadło się na trawniku przed namiotem Eboli i jej chłopaka, wpatrzone w dziewczynę, jak sroki w gnat. Podeszłam bliżej: Ebola demonstrowała na pieczonej kiełbasce zakładanie prezerwatywy, a mój durny mąż aż ślinił się z przejęcia, ponieważ robiła to z prawdziwym talentem i zapamiętaniem, jakby kręcono porno film. Coś takiego! On! Ten, który oświadczył mi kiedyś, że jeśli nie chcę mieć więcej dzieci, to sama się mam o to martwić, bo on nie ma zamiaru niczego stosować, a zwłaszcza prezerwatywy! To takie obrzydliwe – mówił. Wszystko było dla niego obrzydliwe, różne tabletki, globulki, spirale i w ogóle. Cud, że miałam tylko dwoje dzieci!

         Zgarnęłam sąsiadki i poszłyśmy do jednej z nich na kawę. Moje dzieci były na obozie, ale ich małe, przebywające z rodzicami na działce, spały spokojnie. Nie przeszkadzał im powtarzany w kółko na cały regulator stary przebój „Czy te oczy mogą kłamać”. Każdy chłop, który po pijaku zerkał na babę, wyśpiewywał kiedyś jej ten ograny motyw. Takie były czasy. A teraz zebrało się im, tym sierotom po latach przełomu, na wspomnienia! Sąsiadki nie wytrzymały jednak długo przy kawie, ciągnęło je z powrotem zobaczyć, co porabiają mężowie. Moja najbliższa koleżanka i działkowa sąsiadka, Ewa, powiedziała tylko:

         — Myślałam, że w tym roku najgorsze są mrówki.

          Wzruszyłam ramionami: — Jola kazała się nazywać Ebola, a to chyba straszliwa zaraza. Tak czytałam.

         — Nie ugryzie, a krew wytoczy.

         — Pomyliło ci się, to wampir. Odpuściła twojemu, możesz być spokojna. Teraz to mój problem.

          — Nieważne, kto, co i komu. – ciągnęła Ewa. — Osy już przeżyłyśmy; pamiętasz jak wieźli cię do szpitala na sygnale, po tych wertepach, i wyżyłaś. Szerszeniom też dałyśmy radę. Myszy wytrułyśmy. Z kretami da się współżyć. Na mrówki też znajdziemy sposób. I na nią. Ebola nie jest miejscowa, tylko przyjezdna, z innego ekosystemu; sama się wykończy. Nie pamiętasz, co pisałaś na magisterce? Razem studiowałyśmy zaocznie i niektórymi przykładami z podręcznika, posługiwałyśmy się w kuchni czy przy sprzątaniu. Teoria niepewności i ryzyka czekała, aż zastosujemy ją w praktyce, a byłyśmy na to gotowe.

         — I pomyśleć, że ma taką miłą matkę! – jej optymizm, teoretycznie rzecz biorąc, był uzasadniony, bo Ebola przestała się zajmować jej mężem i swoją uwagę skierowała na mojego.

        — Co też ona musi z nią przeżywać! – użaliłam się nad Dusią, do której obecnie nie żywiłam już tak bezwzględnie przyjaznych uczuć.

         — Pewnie jej chłop miał bachora dosyć i poszukał miłej, niekonfliktowej, posłusznej dupy…I bez chorej mamy. I zboczonej córci.

        Nie chciało mi się ciągnąć tej dyskusji, więc wyszłyśmy na powietrze. Przy stole było pusto, panowie gdzieś porozłazili się po krzakach. Przed sztaplą cegieł klęczał mój mąż, a Ebola, trzymając flaszkę nalewki, bawiła się z nim jak z pieskiem:

         — Proś pana, służ panu, złóż ładnie łapki, to dostaniesz. Poliż pani kolanko, to dam ci się napić.

         Mój mąż spełniał gorliwie polecenia, a Ebola nagradzała go łykami mojej nalewki. Przebrała się w przezroczystą koszulkę nocną i zapewne dla pijanego mężczyzny musiała być wręcz boginią. Nic jej nie groziło, wszak to ona wydzielała nektar. Z oddali przyglądał się jej chłopak. Ten, co miał być trzeźwy w razie potrzeby.

         Podeszłam do sztapli cegieł i zabrałam resztę butelek. Wyjęłam też flaszkę z rąk Eboli. Przez chwilę miałam ochotę rąbnąć ją przez łeb cegłą, ale nie zrobiłam tego, byłam bowiem trzeźwa i w określony sposób wychowana przez rodziców. Wychowanie to wykluczało przemoc, której moi rodzice aż nadto zaznali na wschodzie, gdzie mordowano całe wioski niewinnych dziewczyn i chłopców nie wiadomo dlaczego. Niestety, moja  mama nie nauczyła mnie, co robić z takimi siedemnastoletnimi zdzirami; sama też, zamiast rąbnąć taką przez łeb, dostała zawału i umarła, gdy wróciwszy wcześniej z wakacji, zastała na naszym tarasie, opalającą się nago, najnowszą miłość mego ojca. A byłam wówczas jeszcze zbyt młoda i dziecinna, żeby sama wiedzieć, co w takiej sytuacji zrobić, nie miałam pojęcia jak postąpić, żeby cały ból wciągnąć nie do swojego wnętrza, co wynikało z moich wrodzonych predyspozycji, tylko obdarzyć nim osobę winną. Nie ugryźć, a krew wypić – słowami mojej działkowej sąsiadki. Dla mnie ojciec, to była odrzucona dziecinna miłość, i taką została. Taki kod sobie wdrukowałam, a rozgryzłam go dopiero wówczas, gdy seks przestał mieć dla mnie najważniejsze znaczenie.

         Wsadziłam flaszki do siatki i wyniosłam do sąsiadki. Mąż grzecznie uwalił się do łóżka, zdjęłam mu tylko klapki i przyrzuciłam kocem. Usiadłam potem na miedzy podkulając kolana pod brodę. Nie bardzo pamiętam, co robiłam, ale rano miałam nogi i ręce pogryzione do krwi.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Te drzwi (2) Te drzwi (4) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)