Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (4)

Kategoria: Twórczość

« Te drzwi (3) Te drzwi (5) »

3. Szpaler słupkujących zajęcy

         Z zamyślenia wyrwał mnie klakson samochodu. Nasz sąsiad, z ostatniej działki w szeregu, pan Kajetan, zwany Kajem, nie uczestniczący w imprezie z powodu robotników, z którymi budował wymyślny kominek, z platformą do spania zawieszoną w połowie jego wysokości, oraz dwa przytulone doń szpetne piece, ponieważ nie do końca ufał własnym koncepcjom ogrzania wielkiego, jak stodoła domu, zapytał, czy może coś potrzebuję z gminy, bo on wiezie pracowników do knajpy na kolację, więc może mi coś przywieźć. Poprosiłam go o piwo, ale powiedział, że trzeba dać naczynie, bo w knajpie mają piwo tylko z beczki, a inne sklepy już pozamykane. Miał rację, była jedenasta wieczorem. Nagle poczułam, jak bardzo chce mi się piwa. Tylko piwo może zmyć ze mnie ten wstrętny smak, wywołany widokiem Eboli liżącej prezerwatywę na kiełbasce, tylko piwo może pomóc mojemu skołatanemu sercu, mojemu zniechęceniu do wszystkiego, mojemu bólowi. Pomóc zwinąć się w kłębek, gdziekolwiek, daleko od ludzi, wcisnąć pod brodę z całej siły dłonie, podgięte do spodu, jak łapki kreta, odepchnąć od siebie wszystko, wystawiając bezpiecznie na świat zewnętrzny mocną kość, chroniącą delikatne palce i nie być, nie myśleć. Czasem pociągnąć łyk piwa, poczuć bezpieczeństwo i błogość i nie obudzić się. Tylko piwo może mnie uratować! Tylko ono da mi siłę i spojrzenie spokojne, pozbawione emocji. Tylko piwo…Zerwałam się z miedzy tak gwałtownie, że długa spódnica, mająca dodać smukłości mojej sylwetce, ociężałej po urodzeniu dwojga dzieci, zaplątała się między nogi, ale złapałam równowagę i pobiegłam do kuchni. W przelocie złapałam portmonetkę i trzylitrowy słój po ogórkach, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

         Kiedy wróciłam do samochodu i podałam słój sąsiadowi, poradził:

         — Wsadź ten słój do koszyka, albo co, może lepiej dwa słoje, wówczas się nie przewrócą. Ale najlepiej, żebyś pojechała z nami, przytrzymasz słój, a w knajpie wcześniej się napijesz piwa. Po co wozić, jak można napić się na miejscu? Tylko muszę cię uprzedzić, jestem po wódce, ale będę jechał ostrożnie; tu nie ma ruchu, wszystko duktami, tylko kawałek szosą, na agrafce, ale będę uważał. Zwłaszcza, że będziesz z nami, jedna ostrożna i trzeźwa kobieta potrzebna jest w takiej chwili. Będę jechał wolniutko, powiesz: stań, to stanę. Ale na pewno nikogo po drodze nie spotkamy. Jakby zresztą co, to będę się ciebie słuchał.

         Lubiłam sąsiada. Miał już drugą żonę i drugie dziecko, wyglądało, że był o wiele bardziej stabilny, niż mężowie moich innych sąsiadek, łącznie z moim. Poukładał sobie życie, nikomu nie musiał imponować ani nikim rządzić, traktował mnie jak miłą znajomą, nigdy w najmniejszym nawet stopniu nie zahaczył o moje życie osobiste. Teraz także o nic nie pytał, chociaż przecież musiał się zorientować, że jestem pokawałkowana i rozklejona. W światłach samochodu moje pogryzione kolana nie dawały się ukryć, skrzepła krew na nich świeciła czernią i blaskiem (a może mi się tylko tak wydawało). Po prostu zaprosił mnie na piwo, gdy piwa tego nade wszystko potrzebowałam.

         Radosne oczekiwanie na chłodny smak piwa pobudziło mnie, ostry zakręt przy wjeździe z działek do lasu podniecił, a uczucia, jakie ta cała Ebola z moim mężem budzili we mnie, wyparowywały prawie namacalnymi smugami ulgi. Robotnicy z tyłu terenówki sąsiada podśpiewywali sobie, a ja, z nadzieją, że mój głos zginie w ich hałasie, powtarzałam cichutko: kamień poruszył się z miejsca, kamień poruszył się… Nie ja myślałam, coś myślało za mnie. Ja żyłam. Już nic nie bolało. Kamień poruszył się z miejsca.

         W świetle wolno jadącego po wybojach samochodu, zobaczyłam stado słupkujących zajęcy. pięć sztuk i szósty, nieco z tyłu, na wpół schowany w cieniu padającym z gałęzi świerka.

         — Zające ruszyły z miejsca– śpiewałam na melodię piosenki pracowników sąsiada – dziki ruszyły z miejsca, sarny ruszyły z miejsca, kamienie ruszyły z miejsca...  — Przerwałam, bo sąsiad przerwał swoją piosenkę i zaczął przysłuchiwać się mojej.

         — Zające stoją w miejscu, kamienie stoją w miejscu, dzików i saren nie widać – śpiewał parafrazując mnie i jakąś arię.

         — Zobaczymy to jutro rano, jutro, juuutrooo – zakończyłam elegancką wokalizą.

         Do knajpy zajechaliśmy bez problemów. Po stylu jazdy nie domyśliłabym się, że Kaj cokolwiek wypił, jechał wolno i ostrożnie, ale nie nadmiernie. Rozmawialiśmy o ostatnich, zimowych wypadkach drogowych. Do sołtysa na sylwestra zajechali goście i w nocy odjechali. Potem okazało się, że samochód stanął w lesie i wszyscy, łącznie z dziećmi zamarzli. Rano jechał mlekowóz i nie otwierając samochodu, wziął go na hol i dojechał na gminny rynek. Tam zajechała karetka z powiatu. Kierowca twierdził, że wiedział, co jest, bo na szybach był mróz, a nie para, ale uważał, że może coś się da jeszcze zrobić i dlatego przyholował nieboszczyków.

         Jeden z gospodarzy jechał przez most kolejowy i zawaliły się luźne blachy między szynami. Koń, wóz i gospodarz wpadli do rzeki. Przeżył tylko koń, który jakoś wyswobodził się z wozu i dopłynął do brzegu, ale z nieznanych powodów i tak trzeba było go ubić.

         Jeden gospodarz, nazywany Psią Mordą, wyszedł przed świętami z więzienia i zabrał go z dobrego serca pewien Waluś, co zaopatrywał sklep na krzyżówce w Boćkach. Ten z więzienia skorzystał z okazji i ukradł z wozu dużą szynkę. Potem, w Wigilię przyszedł do tegoż sklepu w Boćkach i chciał tę szynkę sprzedać za pół ceny, ale właścicielka powiedziała, że tym razem mu nie daruje i zadzwoniła po policję. Policja przyjechała, zgarnęła delikwenta, załadowała do poloneza i powiozła do powiatu. Niestety, nie dojechali tam, był już półmrok i na drogę wyskoczyły trzy dziki. Do posterunku policji i latarni przed nim, pierwszej latarni w mieście, było zaledwie dwieście metrów.

         Jeden z tych wypadków wydawał się tak nieprawdopodobny, że wypytywałam Kaja bez końca o wszystkie szczegóły. Tuż przed Bożym Narodzeniem w pobliskim, likwidowanym właśnie ośrodku wczasowym, urządzono wyprzedaż mebli, wyposażenia i urządzeń. Z całej okolicy zjechali się ludzie furmankami i ciągnikami, ponieważ ceny były bardzo atrakcyjne. Podobno lodówkę czy zamrażarkę można było kupić już za pięćdziesiąt złotych, ławki ogrodowe po pięć, a koce i pościel po złotówce. Niektórzy z działkowiczów także przyjechali na tę okazję, a wśród nich pan Tadzio, emerytowany kadrowy ośrodka i członek komisji przeceny. Pan Tadzio pożyczył od kogoś starą nysę, zaprosił do towarzystwa dwóch kumpli: jednego właściciela nysy, drugiego, kolegę z pracy, któremu żona przykazała kupić sześć poszew i cztery poszewki, a jak się da, dwie poduszki. Pan Tadzio zamierzał kupić tylko słup oświetleniowy i ławki ogrodowe, ponieważ w snach swoich widział, jako niezbędną część wypoczynkową działki, ognisko otoczone kamieniami polnymi, słup z latarnią, żeby było widać, co się je i pije, oraz krąg ławek, najlepiej, jak obliczył, sześciu.

         Panowie udali się na wyprzedaż. Pan Tadzio zakupił wprawdzie tylko cztery ławki (w tym dwie z połamanymi deskami) ale za to aż dwa słupy oświetleniowe i sokowirówkę, z której, jak miał nadzieję, ucieszy się żona. Kierowca też coś kupił, kolega nabył tylko cztery powłoki ale za to aż dwadzieścia prześcieradeł i miał nadzieję, że żona to wszystko pozszywa, uzyskując w ten sposób dwie brakujące powłoki i powłoczki na poduszki. Co do poduszek, nie udało mu się, ale kierowca kupił pierzynę i obiecał, że na pewno z tego wyjdą dwie poduszki dla niego i dwie poduszki dla pana Franka. Poza tym kupili trochę naczyń kuchennych, jakieś solniczki i pieprzniczki oraz pojemniki dozujące na keczup i musztardę, z których byli niesłychanie dumni, jako że na działkach te produkty, używane jako dodatek do kiełbasy pieczonej na kijkach, należą do produktów pierwszej potrzeby i dozowanie ich jest wskazane, z uwagi na niepotrzebnie nadmierne zużycie, przez niezbyt trzeźwych gości.

         Panowie załadowali dobytek na nyskę i kierowca pojechał odwieźć zdobycz na działkę, gdzie miał czekać na kolegów. Dwóch panów ruszyło na piechotę: właściciel działki i jego kolega, nie mający pojęcia, gdzie ona się znajduje, bowiem zajechał nysą prosto na wyprzedaż. Żeby im się nie nudziło po drodze, w kieszeń załadowali flaszkę i tak po miło skrzypiącym śniegu ruszyli do domu. Po drodze spotkali innych znajomych działkowiczów, także z flaszeczkami w kieszeni i szło się im bardzo sympatycznie i wesoło. Opowiadano sobie o wszystkich ciekawych zdarzeniach, związanych z wyprzedażą, wyliczano kto, co, i za ile kupił, kto zrobił dobry interes, a kto połaszczył się na kocie gówno. Podobno jeden kupił dwadzieścia materacy, bo postanowił, że na górce swojego domu zrobi legowisko dla wszystkich gości, którzy mu się nawiną, ale materace są zasikane i zarzygane tak, że prawdopodobnie nie da się ich wysmrodzić i nie będzie z nich żadnego pożytku.

         W domu czekał ich nocleg, wyżerka i wypitka wódki, przyrządzonej z ruskiego spirytusu, który sąsiad kupował od znajomych maszynistów, zanim ten proceder im się, dzięki dzielnym celnikom, urwał, ale mimo to po drodze zaszli jeszcze do jednego kumpla. Skład owej wycieczki stale się zmieniał i dopiero, gdy wrócili do domu na działce, okazało się, że jednego kolegi, tego przywiezionego nyską, brakuje. Pomyśleli, że poszedł nocować do ośrodka, a przynajmniej potem tak opowiadali. Człowiek ten był pierwszy raz w tej okolicy, więc wątpliwe, żeby gdziekolwiek po nocy trafił, jednak nikogo to nie obchodziło. Towarzystwo poszło spać, a tymczasem ów nieszczęśnik został w tyle, a to dlatego, że po drodze złamał nogę w jakimś wykrocie. Była zima, śnieg i mróz, więc facet, w strachu iż zemrze, zaczął czołgać się, aż doczołgał się do pierwszej po drodze chałupy. Gdyby nieco zboczył, trafiłby do gospodarstwa sołtysa, które było nieco bliżej, on jednak poczołgał się prosto, do chałupy pewnej samotnej kobiety. W jej oknach świeciło się, jednak furtka była zamknięta, chłopina więc ostatkiem sił przewinął się przez drewniany płotek i doczołgał pod dom. Tam dobijał się do owej kobiety, ale ona nie zamierzała mu otworzyć. W końcu wybił szybę na werandce, ale i tak mu to nic nie pomogło, bowiem od mieszkania dzieliły go jeszcze jedne zamknięte drzwi. Jednak skaleczony w rękę szkłem, złamany bólem i wyziębiony, zemdlał i spokojnie, nie wadząc nikomu, zapadł w nieświadomość. Owa kobieta jednak, nadal bała się otworzyć drzwi, w przekonaniu, iż włamywacz tylko udaje zemdlonego, żeby nastawać na jej życie i dobytek. Nie obejrzawszy więc nawet delikwenta, wymknęła się oknem z tyłu domu i pobiegła do sołtysa, który miał jedyny we wsi radiotelefon. Sołtys zadzwonił po policję w mieście powiatowymi i dzielna policja przebyła 43 kilometry, aby ująć napastnika i włamywacza, czyhającego na życie, zdrowie i majątek samotnej starszej kobiety. Mimo, że jechali na sygnale, nie zastanowiło ich, dlaczego włamywacz nie ocknął się i nie uciekł na ich widok, i na wszelki wypadek spuścili mu łomot, żeby mu się odechciało na przyszłość ganiania policji taki świat drogi. Potem dopiero zauważyli kałużę krwi z przeciętych rąk delikwenta, więc podwiązali mu żyłę jego własnym krawatem i zawieźli do szpitala. Nie jest pewne, czy zauważyli złamaną nogę, ponieważ wisiała mu na skórze. Bilans obrażeń owego pechowca był na tyle poważny, że został inwalidą na całe życie, choć upierał się, że przed odnalezieniem go przez milicję, miał jedynie złamaną nogę i skaleczoną rękę, ale co tam taki pijak może pamiętać! W każdym razie, gdy go przywieziono, miał dodatkowo rozwaloną czaszkę oraz obrażenia wewnętrzne, jakiś krwotok z wątroby, rozerwany pęcherz i tym podobne. Nie bardzo wiedziano, czy przeżyje, ale ponieważ we krwi miał znaczną ilość alkoholu, rodzina zdawała sobie sprawę, że z nawet tego wypadku w delegacji (zrównanego z wypadkiem przy pracy) nie otrzyma żadnego odszkodowania. Delikwent też chyba z tego zdał sobie sprawę, albo w niebiosach zarządzono, że wystarczająco już został ukarany, bowiem ozdrowiał, a prokuratura łaskawie odstąpiła od ścigania go za włamanie i napad na samotną kobietę. Po okresie zwolnienia lekarskiego dano mu powrócić na kilka dni do pracy i potem, normalną koleją rzeczy, przeszedł na rentę inwalidzką.

         Kiedy to wszystko się działo, sąsiedzi wraz z gośćmi spali spokojnie, aż policja, poszukująca świadków, dobudziła całe towarzystwo, bo odkryto na podwórku nyskę, o której bredził nieszczęśnik.

         Następna przecena dobytku ośrodka wczasowego, na wiosnę, nie skończyła się już tak szczęśliwie. Nyska (już z innym kierowcą) rozbiła się doszczętnie zabijając całą kilkuosobową komisję przeceny z kierowcą na czele. Prawdopodobnie zostali pokarani za to, że nie nocowali u sąsiada, tylko w ośrodku. Sam sąsiad też był bliski śmierci, gdy tej wiosny, po balandze, zasnął na ośnieżonym polu i tylko to go uratowało, że stary gospodarz, z którym pił, regularnie wieczorem wychodzący na pola dla płoszenia saren, wyżerających oziminy, (a może i dla łapania ich we wnyki), nie mógłszy spłoszyć leżącej sarny, poszedł obejrzeć swoją zdobycz i zorientował się, że jest to zamarznięty prawie sąsiad. Tak więc stary gospodarz uratował jego życie, jak poprzedniego roku wdowa, Pani Kazia, uratowała życie jego żony, pani Zosi, która po pijaku też kiedyś zasnęła w lesie.

         Opowiadanie sąsiada uświadomiło mi prawdę, na którą z powodu Eboli i mojego męża nie zwróciłam uwagi. Nie przypominałam sobie żadnej historii wypadków drogowych mieszkańców wsi i działkowiczów, w której nie występowałby jako siła sprawcza, a przynajmniej dająca się za taką uznać, alkohol. Wyrwało mi się więc odruchowo:

         — Wszyscy byli napici, jak wy teraz.

         Moje życie, które pięć minut temu nic mnie nie obchodziło, zaczęło nagle nabierać ceny.

         — Nie żartuj! Ja tylko trochę wypiłem, i to jakiś czas temu; jedziemy przez las ze dwadzieścia na godzinę, w porywach do trzydziestu, nawet jakbym walnął w drzewo, to nikomu nic nie będzie. Ale i tak nie walnę, bo są koleiny i najwyżej zaryję się w piasek. Zresztą zające nas pilnują.

         Faktycznie, gdyby mi nic nie powiedział, nie wiedziałabym, że wypił. To nie to, co mój mąż, proszący na klęczkach Ebolę o wlanie mu napitku do gardła. Takie stany rozpoznaje się z łatwością i z takim kimś nie wsiadłabym do samochodu za nic. I rzeczywiście, nigdy tutaj nie widziałam aż tylu zajęcy. Całe pułki czy szwadrony, w karnych szeregach wzdłuż leśnego duktu, zamarłe w świetle terenówki. Kaju, dlaczego nie jestem jak ty, taka spostrzegawcza?

         W knajpie robotnicy z sąsiadem zjedli kolację, ja wypiłam swoje duże piwo, napełniłam słoje, a ponieważ im się nie spieszyło, zamówiłam drugie piwo. Po jakimś czasie na stole znalazła się flaszka, potem druga, bo sąsiad musiał im postawić i tak w szybkim czasie wszyscy osiągnęli stan zbliżony do uczestników imprezy, z której uciekłam. Byłam wściekła, początkowo nie piłam z nimi, potem jednak się złamałam, gdy pomyślałam, że z takimi pijanymi będę musiała wracać. Wódka łagodzi strach, a ponadto, jeśli ja wypiję, spekulowałam, to kierowca wypije mniej, będzie trzeźwiejszy, a więc może ocalę swoje życie z tej wyprawy. Niedługo jednak knajpę zamykali i musieliśmy wracać. W pewnym momencie nawet wpadłam na szaleńczy pomysł, żeby wracać sama, na piechotę, ale nie zdecydowałam się. Kiedyś, wprawdzie w dzień, gdy uciekł mi pociąg, wracałam z gminy na piechotę i doszłam cała i zdrowa, ale byłam wówczas wypoczęta i trzeźwa. Teraz kręciło mi się w głowie, ale na moje nieszczęście (czy szczęście) rozsądek nie chciał mnie opuścić.

         Wsiedliśmy do samochodu, ale Kaj nie zapalił go od razu. Intensywnie nad czymś myślał, w końcu zaproponował:

         — Może ty pojedziesz, jesteś trzeźwiejsza?

         — Nigdy w życiu, w głowie mi się kręci! Nie mam prawa jazdy.

         — Żartujesz! Kto ma dzisiaj wóz, a nie ma prawka? Trzeba było kupić, jeśli ci się nie chciało zdawać!

         Co miałam mu tłumaczyć, że dla męża samochód był równie ważny jak pilot przy telewizorze – nikomu, pod żadnym pozorem, nawet na łożu śmierci by go nie oddał. A nie jeździł po wódce, więc prawo jazdy dla żony, to tylko niepotrzebne koszty i zawracanie głowy. Kto rządzi, ten jeździ, ten decyduje, ten wybiera programy – taki był nasz małżeński model. Dopiero od niedawna połapałam się, że ten schemat życia nie dotyczy wszystkich rodzin, ale jeszcze nie umiałam skorzystać z tego spostrzeżenia.

         — Jakoś się nie składało… — skłamałam.

         — Jeździsz na rowerze?

         — Oczywiście!

         — No więc kierownicą tak samo się kręci. Tylko masz oddzielny pedał na hamulec. Zaraz ci pokażę. Zapalę i będziesz jechała sama, jak na rowerze.

         — A biegi?

         — Co się martwisz? Ja ci przestawię. Zresztą będziesz jechała tylko na jednym.

         — Ale mnie się w głowie kręci!

        — A mnie bardziej.

         Jasne, miał rację. Ja wypiłam dwa piwa i dwa kieliszki, a ile oni? Ci z tyłu już chrapali, tylko sąsiad się trzymał, a pewnie trzymały się resztki jego rozsądku.

         — Może prześpimy się w samochodzie – zaproponowałam nieśmiało.

         — Gdzie? Tutaj? Na środku rynku? Chcesz skandalu na całą gminę? I tak musimy wyjechać stąd. A jak już ruszymy, to zobaczysz, samo pójdzie. To tylko osiemnaście kilometrów!

         Przekonał mnie. Jakoś ruszyliśmy (ruszyłam) i momentalnie zrobiłam się trzeźwa. W głowie przestało mi się kręcić, kółka toczyły się powoli, ale stanowczo, pasażerowie z tyłu chrapali sprawiając, że rosło moje poczucie odpowiedzialności za ich zdrowie i życie. Sąsiad zaczynał też drzemać ściskając w objęciach moje słoje z piwem. Obudzę go, jak zbliżymy się do zjazdu w las, tam on będzie jechał, a właściwie za niego będą jechały koleiny, kierownica stanie się zupełnie zbędna. Nie ja będę musiała ze skrętu trafić w przejazd przez rów. A może wszyscy prześpimy się i ruszymy dopiero, gdy sąsiad przetrzeźwieje?

          Tymczasem niebo, początkowo roziskrzone gwiazdami, zasnuło się niewidocznymi pasmami chmur i na ziemię zaczynały zstępować długie smugi mgły. To było dziwne zjawisko, nigdzie indziej go nie spotkałam. Może po prostu nigdzie nie przebywałam tak często na powietrzu nocą i w porze przedświtu, żeby go zaobserwować. Na działce często biegało się do wygódki w środku nocy i te pionowe smugi mgły powodowały, że następnego ranka zaczynałam suszyć mężowi głowę, żeby zamiast tego czy tamtego, przyspieszył budowę łazienki i kibelka. Strach, który mnie ogarniał w ich obliczu, wart był chyba trochę wysiłku i wydatków. Nie muszą od razu być kafelki!

         Pojawiła się mżawka, także pasami. Pas mgły i mżawki, pas od nich wolny. Na szosie widać było to wyraźnie: kilka metrów suchej jezdni, kilka mokrej. Czysty obłęd.

         Nagle z przeciwka coś mignęło mi w światłach samochodu. Zrobiłam dwie rzeczy na raz: jedna głupią, jedną mądrą. Tą mądrą było to, że zahamowałam, tą głupią, że zgasiłam światła. Nie pytajcie mnie, dlaczego to zrobiłam, po ciemku mam kłopoty z oczami, i widać odruchowo zrobiłam z samochodem to, co robię, gdy wszystko zaczyna mi się rozmazywać. Zamykam oczy, a potem je otwieram. Zamknęłam światła, a potem chciałam je z powrotem włączyć. Niestety, nie dały się.

         Hamowanie było dość gwałtowne, więc wszyscy obudzili się. Wyskoczyłam z samochodu i pobiegłam do przodu zobaczyć, co to było. Trafiłam akurat w pasmo mgły, wiec nie zauważyłam nic, ale potknęłam się o coś dużego  i miękkiego i przewróciłam. Za chwilę pojawił się przy mnie sąsiad z latarką. W jego świetle zobaczyłam leżące na szosie ciało dużego, krępego człowieka w jasnych spodniach i białej, przybrudzonej koszulce. Musiałam zachowywać się jak wariatka, bo ocknęłam się przytrzymywana przez sąsiada, uspokajającego mnie jak umiał.

         — Nie przejechałaś go, co znowu, leży przecież ze dwa metry przed samochodem. – jego głos docierał do mnie jak przez głuszącą wszystko warstwę, ale dotarł. – Jeśli ktoś na niego najechał, to nie ty!

         — Widziałam, coś mi mignęło w światłach, coś dużego, ale to nie było białe! To nie był on! – nie wiem dlaczego uznałam, że muszę się z nim o coś kłócić.

         — Rozejrzyjmy się – powątpiewająco zgodził się Kajetan. – Tylko sprawdzę, co mu jest. Poświecisz mi? – Wydawał się zupełnie trzeźwy, więc z nawyku podporządkowałam się, chociaż nadal bałam się patrzeć na leżącego.

         Kajetan przewrócił go na wznak, ale nigdzie nie widać było krwi ani obrażeń.

         — Może napity jest i zasnął?

         — Tak na środku jezdni?

         — Zmogła go mżawka, albo mgła zdezorientowała, bo ja wiem co?

         — Oddycha?

         — Chyba tak. Weźmy go za ręce i pociągniemy na pobocze.

         — I tak go zostawimy?

         — Przynajmniej nikt na niego już nie najedzie. Ciepło jest, nie zmarznie.

         — Może lepiej weźmy go? Może się zmieści z tyłu, z twoimi pracownikami?

         — A damy radę go tam wepchnąć? Posadźmy go najpierw.

         — Mieliśmy się rozejrzeć.

         Dwa kroki w przód, w świetle latarki, na poboczu zobaczyłam coś, co zmroziło mnie. Stado zajęcy, ale nie stojących słupkiem, ale leżących pokotem. Światło latarki Kaja wydobywało coraz nowe zwierzęta, koty, psy, jeże, a nawet węże. Ciekawe, że wszystkie, poza człowiekiem, rozciągniętym na środku jezdni, leżały na trawiastym poboczu. Jakby ktoś, kto spowodował tę hekatombę chciał uchronić ciała zwierząt przed rozjechaniem, a w stosunku do człowieka już nie miał takich zamiarów.

         — Widziałaś coś takiego? – Po raz pierwszy obserwowałam Kaja wyprowadzonego z równowagi.

         — Zapal światła samochodu – wyszeptałam, jakby głośne mówienie zaburzało spokój tego cmentarza.

         Niestety, nie dało się. Silnik też nie chciał zapalić. Zepchnęliśmy więc samochód na pobocze, żeby ktoś się w niego nie władował, pociągnęliśmy ciało nieznajomego także na trawę, w cień samochodu, w towarzystwo rodziny zajęcy i dwóch jeży, które odsunęłam nogą na bok i usiedliśmy nieco dalej, w lesie za rowem. Trzęsłam się ze strachu i z zimna, wiec Kaj objął mnie i przytulił, a ja przytuliłam swój słój piwa i tak oczekiwaliśmy świtu.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Te drzwi (3) Te drzwi (5) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)