zdjęcie Autora

04 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (5)

Kategoria: Twórczość

« Te drzwi (4) Te drzwi (6) »

4. Smugi

         Nie wiem, co mnie obudziło. Dookoła panowała cisza, powietrze miało konsystencję nieudanego ciasta, ciężkiego i nie chcącego rosnąć; i choć zimne, poprzecinane było pasmami mgły. Niebo w prześwicie szosy zaczęło się rozjaśniać, a żółty piasek na poboczach przypominał płachty brudnego śniegu. Zmieniłam niewygodną pozycję i wysunęłam się z objęć Kaja.

         Martwe zające z pobocza zniknęły, inne zwierzęta właśnie odpełzały, niemrawo, sennie i ociężale. Tylko człowiek leżał jak przedtem. Miałam nadzieję, że on też się obudzi.

         Nie wiem, co skłoniło mnie do spojrzenia w górę. Nie zapomnę nigdy tego widoku, choć dziś usilnie wierzę, że był tylko snem.

         W stężałej ciszy, po niebie nad szosą, przesuwał się dziwaczny pojazd  — czy jak można tę rzecz nazwać. Wyglądał trochę jak parostatek ze starych filmów: wielka, płaska platforma, zapełniona rozmaitymi przybudówkami z ogromnym kołem napędowym z boku. Szczegółów na powierzchni tego niby–statku nie dało się dostrzec, przede wszystkim z powodu perspektywy: obiekt sunął nisko nad szosą, znacznie poniżej czubków najwyższych sosen, prawie nad moją głową. Na skraju platformy poruszały się jakieś sylwetki, niekształtne, ale nie z powody mgły, która zalegała poniżej. Postaci te zajęte były wykonywaniem skomplikowanych czynności, ich ruchy były odmierzone, pewne. Wpatrując się dokładniej zauważyłam, że koło z boku platformy bynajmniej nie było kołem napędowym, choć takie robiło wrażenie. Na jego obwodzie znajdowały się miejsca, skąd wytryskiwały zadziwiająco równe smugi mgły, a sylwetki poruszające kołem, przyspieszające i zwalniające jego obrót, czasem zatrzymujące go nawet, sterowały w ten sposób pasmami. Czasami, z nieznanych powodów, posługiwały się czymś, jakby ręcznymi urządzeniami, wytwarzającymi takie smugi, ale wówczas nie były one proste, a przypominały skręcone spiralnie loki. Jako leworęczna, natychmiast zauważyłam lewoskrętność tych loków. Wszystkie czynności przebiegały w niesłychanej, głębokiej ciszy, jakby ktoś przedtem, bez mojej wiedzy, zaopatrzył mnie w zatyczki do uszu.

         Platforma przesunęła się nad szosą i naszym samochodem, po czym majestatycznie i bezgłośnie odpłynęła. Z przerażeniem zauważyłam, że nieco wyżej płynęła następna i jeszcze następna. Wszystkie były różne, miały niepodobne do siebie kształty, nie posiadały bocznych kół, a na ich powierzchniach widoczne były słabe rozbłyski białego światła, przypominające nieco fotograficzne flesze. Szczegóły powierzchni platform było mi jeszcze trudniej dostrzec, za to ich spody, doskonale widoczne, były ciemne, gładkie i pozbawione wystających części. Było ich dziesiątki, przemieszczające się w stłumionej mgłą ciszy, rozbłyskujące tylko czasami i rozświetlające w ten sposób przestrzeń wokół nich. Światło to jednak nie docierało do szosy.

         Przerażenie spowodowało, że chwyciłam za ramię Kaja, ale on też już nie spał i zapewne widział to samo, co ja.

         W pierwszej chwili byłam pewna, że to sen, ale teraz, gdy platformy odpływały już, a pod ręką czułam rękaw kurtki Kaja, przestałam się nad tym zastanawiać. Wiedziałam, że po prostu były.

         — Opryskują czymś teren – powiedziałam cicho, ale Kaj i tak zatkał mi usta.

         — Ciii…

         — Już odpłynęli. Popatrz nie ma , też już zwierząt. Wcale nie były martwe. Pousypiali je tylko, żeby nie wlazły na teren oprysku. Uśpili i ułożyli na poboczu, żeby nie przeszkadzały.

         — To znaczy opryskiwali też las. Nie tylko samą szosę.

         — Niekoniecznie. Właściwie… — Staliśmy tam i rozmawialiśmy jak o całkiem zwyczajnej rzeczy, podobnie jak rozmawialiśmy ubiegłego roku z sąsiadami, gdy opylano okolicę przeciwko brudnicy mniszce. Tylko, że wtedy u wylotu każdej drogi wisiały ogłoszenia z podanym terminem oprysku i informacją, że zakazuje się wstępu do lasu w określonym dniu, zbierania jagód, grzybów i poziomek jeszcze przez dwa tygodnie. O świcie nad okolicą przeleciał samolot, budząc wszystkich na działkach, a syn sąsiadki, który wysiadł z porannego pociągu i aby dojść do działek, musiał przejść lasem i albo zlekceważył, albo nie dostrzegł ostrzeżeń, chorował potem kilka dni.

         Teraz wydawało nam się, że rozmawiając o wydarzeniach w sposób podobny, jak zeszłego lata mówiliśmy o opryskach, oswoimy jakoś te dziwaczne i niezrozumiałe obserwacje.

         Poczułam, że boję się zostać choćby chwilę dłużej.

         — Kaj, idę już do domu!

         — Nie mogę iść z tobą. Poczekam, aż moi ludzie się obudzą i pchniemy samochód. Jeśli się nie da, to pójdzie któryś do wsi po ciągnik. No i może trzeba będzie, tego tam, gdzieś odstawić. Mam nadzieję, że tylko spał, jak te zające. Jeśli nie, to gorsza sprawa. Zejdzie się z policją i tak dalej. Lepiej idź, bo może nam to zająć sporo czasu. I uważaj na siebie. Smugi już zniknęły, ale pamiętaj, że Paweł w zeszłym roku odchorował spacer przez las. Nie odkręcaj słoika, nie pij piwa po drodze i nie pal papierosa. Staraj się oddychać nosem, może przez jakąś chusteczkę… Diabli wiedzą, czym spryskali okolicę. – mówił jakby platformy przepływające nad szosą w zupełnej ciszy i wypuszczające smugi mgły były czymś równie oczywistym, jak samolot, który zeszłego roku z hukiem przeleciał nad lasem i działkami, wypuszczając zawiesinę środka owadobójczego.

         Przebiegłam drogę dzielącą mnie od domu w tak krótkim czasie, jak nigdy. W głowie kotłowało mi się tysiące hipotez, ale kiedy znalazłam się naprzeciwko naszej furtki, byłam pewna, że nadmiar alkoholu, stres i pomieszanie trunków wywołało na pograniczu snu tę wizję. Przypomniałam sobie scenę z filmu, gdzie lądujący „latający talerz” okazał się nadspodziewanie ogromny i widz, siedzący w fotelu oraz bohaterowie, oczekujący na lądowisku, musieli odnieść wrażenie, że wielki kształt, przesuwający się powoli w całkowitej ciszy, za chwilę dociśnie ich do ziemi. To była taka sama perspektywa. Przypomniał mi się inny film, gdzie statek, płynący we mgle, zalegającej brzegi rzeki, wijącej się pośród dżungli, widoczny był jako zamazany kształt z wielkim kołem z boku. Przyszły mi na myśl wreszcie opowieści mojej siostry, o flotylli statków powietrznych obcych cywilizacji, pojawiających się w jej najbardziej uporczywych snach, a ponieważ jest z zawodu inżynierem automatykiem, jej rozważania o rodzaju napędu i sterowania nimi, pełne były realizmu i fachowych informacji, podobnie zresztą jak jej sny. Byłam już pewna, że to wszystko przyśniło mi się. Kto wie, czy w ogóle rozmawiałam z Kajem, czy przypadkiem nie wysunęłam się po prostu z jego objęć, zabierając swój słój piwa i nie poszłam sobie drogą, której koleiny każdego mogły prowadzić w ciemno do domu. Byłam tego już zupełnie pewna. Realnie i na trzeźwo patrząc, cała wczorajsza impreza, Jola—Ebola, moja wyprawa z pijanym sąsiadem do knajpy – wszystko było jak nieprawdopodobny sen pijanej, sfrustrowanej, starzejącej się i zazdrosnej żony.

         Zajrzałam do męża, spał jak zabity, przelałam piwo ze słoja do butelek i wstawiłam je do lodówki, umyłam słój i wyniosłam go na powietrze, przewracając do góry dnem, i wiejskim zwyczajem, osadzając na sztachecie płotu. Stojąc przy płocie, wpatrzona we wschodzące słońce przypomniałam sobie opowieść pani Kazi o dziwnej maszynie rolniczej, parkującej w nocy na jej podwórku i niepokój ponownie powrócił, a pewność osłabła.

         Przewiesiłam słój ze swego płotu na płot Kaja, żeby, gdy wróci, wiedział, że nic po drodze mi się nie stało, przebrałam się, zabrałam koszyk na jajka, portmonetkę z drobnymi i ruszyłam w stronę zagrody pani Kazi. Zawsze lubiła porozmawiać, a ja nigdy nie miałam dla niej zbyt wiele czasu, spieszyłam się zrobić mężowi jajecznicę ze świeżych jajek na śniadanie, jednak dzisiaj nawet cały poranek poświęcę pani Kazi, wysłucham wszystkich jej opowieści i będę prowokować nowe dopóty, dopóki nie zrozumiem. A śniadanie niech mężowi robi Ebola!

 

5. Krew w pudełku od butów

 

         Stała przed bramą gospodarstwa w czarnych, przekrzywionych pantoflach na słupku, szarych od zapylonej drogi. Spuchnięte, grube nogi w fildekosowych pończochach karykaturalnie odcinały się od chudej sylwetki w brązowej sukience, nieudolnie przefarbowanej domowym sposobem na czarno (kostka farby zawiniętej w świecowany papierek, miednica wrzątku, flaszka octu, kij do mieszania).Spod chustki wymykały się siwe kosmyki…

         A może wyglądała inaczej. Może była tuż przed czterdziestką, w kapelusiku, ładna jeszcze, mimo zaczerwienionych od płaczu oczu i zmęczonej cery. Może niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż ktoś podejdzie do furtki. Bała się wejść, bo ujadały i wyrywały się dwa psy na łańcuchach. Może nie miała grubych nóg i szczupłej sylwetki, ale na pewno miała zakurzone buty. Tutejsza ziemia to piach.

         Szła od wsi zapyloną drogą pełną zakrętów, nazywanych sześćdziesiąt lat później „agrafką”, gdzie ginęli okoliczni mieszkańcy i działkowicze wracający po pijaku z baru do domu. Weszła z trudem na wzgórze i zeszła z niego, doszła do wsi. Przy krzyżu zboczyła na polną drogę wiodącą przez las, minęła jej odnogę, prowadzącą nad rzekę i do domu obecnego sołtysa, i poszła dalej, aż do ostatniego gospodarstwa. Tam właśnie stała oczekując, aż ktoś wyjdzie do niej do furtki. Psy szarpały się na swoich łańcuchach. Takie były i po to były.

         Zapewne wiedziała, co się stało, bo nie pytała gospodyni o nic, poza tym, czy dobrze idzie do nasypu kolejowego i do mostu. W chwilę później zawróciła i poprosiła o niepotrzebne  pudełko. Gospodyni miała tylko karton po butach i dała go tej kobiecie. Czy ktoś mógł wówczas wiedzieć, że jej zamysł przeciągnie się na całą epokę? Tyle lat?

         W opowieści pani Kazi było to tak: W zimie 1946/1947 w okolicy wsi działali ludzie nazywani „partyzantami”. Słowo to, pani Kazia. wymawiała z pewnym przekąsem, bowiem tak naprawdę była to banda walcząca przeciwko wszystkim, którzy akurat się nawinęli, rabująca takie dobra jak: cukier, mąka i rozmaite inne zdobycze, a przy okazji załatwiająca swoje porachunki.

Tej zimy na moście kolejowym owi partyzanci zatrzymali ruski pociąg towarowy i pozabijali wszystkich Rosjan. Pociąg stał tam jakiś czas, a na nasyp jeździły furmanki z całej wsi (wówczas znacznie liczniejszej niż dziś) i wywoziły cukier z rozbitych wagonów. Niektóre worki splamione były krwią, ale to wieśniakom nie przeszkadzało. Pewna młoda dziewczyna, koleżanka z potańcówek pani Kazi, także wówczas jeszcze panienka, chwaliła się, że tak nasłodziła ciasto, że trudno było go zjeść.

         Dziewczyna ta miała narzeczonego partyzanta. Schronienie swoje partyzanci znaleźli na zarośniętej chaszczami wyspie na rzece, skąd dokonywali wypadów i gdzie trzymali łupy z napadów. Na wyspę tę pływały do nich łódkami ich dziewczyny i dlatego mówiono, że one także dostarczały swoim mężczyznom informacji o ruchach wojska i transportów, a także dostawach do punktów sprzedaży, na które to transporty później napadano. Mówiło się także, że niektórzy rolnicy, a zwłaszcza ojciec tej dziewczyny (podobno ten przewoźnik od topienia uciekających przez granicę na Bugu Żydów), bardzo ściśle z partyzantami współpracował. Za to po wojnie on i jego córka, siedzieli jakiś czas w więzieniu i zwolnieni zostali z amnestii. Oboje już nie żyją, ale ich wina przetrwała w opowieściach. I ich pocałunki, dostrzeżone przez kogoś, będące dowodem dla UB, że miejscowa ludność współpracowała z bandytami.

         Wracając do zimy 1946/47, to partyzanci wówczas urządzili jeszcze jeden napad, tym razem na polskie wojsko. Zatrzymali pociąg jak zwykle, na moście, zabiwszy przedtem strażników, młodych chłopców – inwalidów wojennych, pełniących, jako rekonwalescenci, lekką służbę. Żołnierzy chroniących pociąg oraz kolejarzy usadzili rządkiem pod budką strażników i w czasie rabunku trzymali ich pod strażą. Ograbiwszy pociąg z czego się dało, pociągnęli serią „na postrach” nad ich głowami. Należy się im za to uznanie, bowiem mogli ich, jak czynili z ruskimi, ochraniającymi pociągi, wszystkich pozabijać, ale tego nie zrobili. Jednak w tym momencie porucznik, młody chłopak, który przeżył wojnę i był kilkakrotnie ranny, poderwał się i seria przeszyła mu piersi i brzuch.

         Na to właśnie miejsce przyjechała jego matka i zbierała do kartonu po butach piasek i żwir z nasypu, poplamiony jego krwią, aż do spodu, nie przesiąkniętego nią. Mówiła pani Kazi, że nie chce, aby choć odrobina jego krwi została na tym przeklętym miejscu.

— Niemądra kobieta – wzruszała ramionami pani Kazia – myślała, że całą złą ziemię może zebrać do jednego pudełka od butów! Żadna koparka by do tego nie wystarczyła! I silos na kiszonkę byłby za mały!

         Tam właśnie, idąc wzdłuż nasypu, od pociągu na działki, przechodząc obok tej zrujnowanej starej budki strażników, zbieraliśmy grzyby, przepiękne koźlarze czerwone i brązowe, a gdzieniegdzie trafił się i borowik zwany prawdziwkiem. Możliwe, że nic nie wiedząc o tym, zerwałam grzyb z miejsca, gdzie zginął ów chłopak. Może w tym była moja wina. Może powinnam wcześniej o tym wiedzieć. Może wszystko przez to, że ta ziemia jest przeklęta?

         Po tym zabójstwie zaczęto gorliwiej tropić partyzantów. Narzeczony dziewczyny od nasłodzonego ciasta podobno popełnił samobójstwo, lub może został zamordowany przez kompanów, ponieważ przebąkiwał o chęci ujawnienia się, w każdym razie utopił się albo został utopiony, a jego ciało rzeka wyrzuciła na brzeg kilka kilometrów dalej. Drugi, jego wspólnik, zgłosił się korzystając z amnestii ogłoszonej na 22 lipca, jednak z jakiegoś powodu dostał aż 12 lat i nie przeżył więzienia. Siedzieli także inni gospodarze. W tym samym czasie innemu gospodarzowi rozbierano dom od dachu aż po fundament.

         Kiedy pozbyto się w taki czy inny sposób wszystkich partyzantów Urząd Bezpieczeństwa namiętnie zaczął poszukiwać jego wspólników we wsi. Pierwsze podejrzenia padły na rodzinę Wackich, o których powszechnie było wiadomo, że w czasie wojny współpracowali z partyzantką (za co pan Wacki otrzymał po wojnie order). Funkcjonariusze wychodzili z założenia, że jeśli ktoś miał kiedyś coś wspólnego z partyzantką, to zapewne nadal wspiera z przyzwyczajenia wszystkich walczących z kimkolwiek i o cokolwiek. Jednak pan Wacki nie był człowiekiem, którego można było aresztować, zamknąć i przesłuchiwać do woli, ponieważ nie tylko, że cieszył się dobrą opinią, ale i miał ważnych obrońców.

         Pewnego listopadowego ranka przyjechała ekipa śledczych i rozpoczęli przesłuchania. Nikomu nie wolno było zbliżać się do obejścia Wackich, choć mieszkańcy całej wsi ukradkiem zerkali z bezpiecznej odległości. Pozornie nic się tam nie działo, z komina dymiło się, zwierzęta były dojone i dostawały paszę, czasem można było dostrzec Wackiego lub jego żonę przechodzących przez podwórko. Nie wyglądali na pobitych ani maltretowanych, jednak śledczy nie wyjeżdżali.

         Po dwóch czy trzech dniach pogoda zmieniła się. Zaczął siąpić deszcz, a potem deszcz ze śniegiem. Wtedy właśnie robotnicy pracujący na moście z wysokości nasypu spostrzegli wśród koron drzew, że w obejściu Wackiego dzieje się coś niedobrego. Zawołali inżyniera, aby to sam zobaczył.

         Śledczy zaczęli rozbierać Wackim dom. Zaczęli od dachu, ale już tego samego dnia z powodu deszczu lejącego się na odkryte domostwo, cały dobytek Wackich zamókł i nie nadawał się do niczego. Ponieważ Wacki ani na jotę nie zmieniał swoich zeznań, rozbiórka posuwała się dalej.

         Zawsze widoczny z nasypu dach domu Wackich zniknął w morzu sosen. Jeszcze tylko z przęseł mostu zobaczyć można było do połowy wysokości rozebrany dom, potem i on zniknął.

         Kilka dni trwało zanim rozebrali do gruntu wszystkie budynki Wackiego, jednak nie osiągnąwszy swego celu, i tak zmuszeni byli odjechać. Dziś starzy Waccy mieszkają w rachitycznym domku, zbudowanym na wzór działkowych altanek, a fundamenty rozebranego domu, położonego nieco wyżej niż reszta obejścia porosły chwastami. Ich wnuki i wnuczki z miasta karczują je każdego lata, przywołując pamięć tamtych lat, może nawet i wbrew rodzicom. Sądzą, że stawiają im pomnik i może mają rację.

         Moje myśli znowu kołują, jak czasem nocami. W internecie dolina rzeki to piękne widoki, ostoja przyrody, rzadkich gatunków. Czy powinno się to złudzenie burzyć? Jaki sens mają takie rozważania, gdy niebo widoczne zza okien jest o wiele bardziej ciemne niż w mieście, choć jaśniejsze od wszystkiego dookoła. Leżąc w łóżku, widzę słupy podpierające ganek, biegnący dookoła domu i stertę opałowego drewna. Moje serce bije problemom, które na co dzień (także i mnie) nikogo nie obchodzą:

         Jaszczurka wpadła do pustego basenu, dzieci sąsiadów wyciągnęły ją i włożyły do słoika. A potem ich dziki wrzask, kiedy ich ojciec wyszedł przed dom. Co zrobił jaszczurce?

         Ptaszek utopił się w beczce stojącej pod rynną, w suszy pragnął się napić, zaryzykował i zginął. Czy mogłam go uratować kładąc na ziemi starą patelnię z wodą? Teraz o tym zawsze pamiętam.

         Jaki strach zwycięży w ciężarnej kocicy, strach przed ruską piłą łańcuchową, czy przed odwiecznym wrogiem – psem. Co wybierze jako wroga, a kogo, czy co, uzna za przyjaciela?

         Na kogo spadnie krążący sęp? Na złachmanioną przez kocicę mysz, czy na jakieś inne zwierzę? Może na nornicę, która złapała się w pułapkę na myszy i wyrzucona została na śmietnik? A może na ślepego kociaka, poturbowanego przez niesforne dziecko? A może na kreta, który wpadł do wykopu pod basen?

         Dlaczego zając wraz z całą rodziną robi słupka przed pędzącym samochodem? Wszystkie pryskają w jedną stronę, a potem na powrót, na środek drogi, po to by zrobić „słupka”. Co to oznacza? Atak, obronę, pogodzenie się z losem? Czy ja, przypadkiem, nie biorę z nich przykładu?

         Co zrobi gil, uwięziony w stercie wełny mineralnej? Ucieknie, czy zaszyje się w głębi kłującej rzeczywistości?

         Co uczyni kolonia szerszeni w gnieździe uwitym pod blaszanym dachem, gdy kupionym na ruskim targu dezodorantem gubimy jej dzieci? Czy skończy się trzaskaniu oszołomionych szerszenich dzieci w rozpalonym ognisku, w takt pisków i śmiechów ludzkich dzieci? Czy może zginą ciszej i mniej efektownie, w gnieździe, bez blasku płomieni i smug dymu, nie strasząc nikogo i nie zostawiając po sobie śladu?

         Jednak ja przypuszczam, że grzech osadza się strachem w rdzeniach drzew, korzeniach krzaków i traw, w przydrożnych kamieniach, wydostaje się z głębi ziemi wraz z grzybnią i owocnikami, a psy, koty, tupiące na chodniku jeże i zaskrońce, czające się pod podłogą szopy na drewno, karmione lękiem z pokolenia na pokolenie, nocami przychodzą pod moje okno, nie dając mi spać. Szerszenie i osy budują swoje gniazda na występie dachu nad moją głową, bo, jak mówi pani Kazia, zwabiają je błąkające się duchy tutaj pomordowanych. To zło wypełza z ziemi, wraz ze snującymi się mgłami i jemu należy przypisać wszystkie krzywdy, które tu się poczęły, w których żyli i żyją tutejsi ludzie oraz ci, którzy choćby na trochę tu się zatrzymują.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Te drzwi (4) Te drzwi (6) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)