Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Te drzwi (6)

Kategoria: Twórczość

« Te drzwi (5) Reportaże proste łatwe i bezużyteczne »

6. Epidemia wypadków we wsi Smrodliwe

         Denerwowałam się. Kaj ani jego robotnicy nie wrócili, choć było już wczesne niedzielne popołudnie. Mogło w tym nie być nic dziwnego, robotnicy na kacu doszli do wniosku, że robotę skończą kiedy indziej, a Kaj odwiózł ich do domu, do pobliskiego miasteczka. Sam mógł dojść do przekonania, że w tej sytuacji nie ma po co wracać na działkę. Może być, że samochód mu nie odpalił i musiał znaleźć kogoś, kto go odholuje do warsztatu? A potem poszedł do knajpy? Może to, może tamto. A jednak byłam niespokojna.

         Pamiętałam, prawie czułam jeszcze obejmujące mnie ramiona, złudne bezpieczeństwo i spokój, i słój piwa w moich objęciach. Miałam nadzieję, że Kaj nie będzie szkiełkiem stłuczonego lusterka w moim oku. Kto poniewczasie wie, co powinien robić? I kobieta z balastem doświadczeń?

         Niespokojna, postanowiłam dowiedzieć się czegoś od osoby zazwyczaj najlepiej poinformowanej, to jest od sołtysa. Zabrałam z domu wezwanie do opłacenia podatku, pieniądze, koszyk na jajka, które czasem można było kupić u jego żony i powędrowałam zapyloną drogą. Oczy kleiły mi się z chęci snu. piekły powieki, ale niepokój nie pozwalał mi usiedzieć spokojnie w domu.

         W połowie drogi minęły mnie trzy samochody straży pożarnej pędzące na sygnale gruntową drogą, o ile tę jazdę po wybojach można nazwać pędem. Za strażą posuwała się kolumna maluchów i innych gratów oraz z tyłu, w karnym szeregu, samochody działkowiczów. Mimo lepszych wozów mieli gorszy refleks i z kościoła miejscowi wypadli pierwsi sprawdzić, co się pali, zanim na ten sam pomysł wpadli działkowicze, Po drodze szereg topniał, odpadali zeń ci, którzy dojechawszy do swojego siedliska, stwierdzili, że to nie u ich wybuchł ten pożar i odpuścili sobie dalszą pogoń.

         Ponieważ przejechali interesujący mnie odcinek nie zatrzymując się, a poza tym jechali w przeciwnym kierunku, niż znajdowało się miejsce naszego z Kajem nocnego postoju, zwalczyłam pokusę pójścia w tym kierunku, gdzie jechali i poszłam do sołtysa.

         — Ruch tu dzisiaj jak na Marszałkowskiej w Warszawie – zagaiłam.— Od rana tylko jakieś syreny i syreny.— Trochę skłamałam, bo rano żadnych syren nie słyszałam. Ale mogło mi się zdawać.

         — Taki okropny wypadek w nocy był – odpowiedział sołtys, rozglądając się za kwitariuszem wpłat. Kiedyś płaciłam przelewem z konta, ale ktoś powiedział mi, że dostaje on prowizję od każdej wpłaty i że nasza wieś jest mała i uboga, należy więc wspierać sołtysa, jak się da i płacić mu gotówką. I zawsze jest okazja, żeby pogadać.

         — Co się stało?

         —  Ten pani sąsiad, Kajetan, i trzech robotników… Koło budki dróżnika rozjechali kogoś, przekoziołkowali kilka razy w las i zatrzymali się aż w mrowisku. Ten jego samochód, terenówka, nie powinien tak koziołkować… Trudno zrozumieć jak to się stało.

         Zmartwiałam. Chciałam spytać, czy żyją i co się im stało, ale tylko coś za mnie zapytało:

         — Jak to, koło budki dróżnika? Budka jest przy torach, tam szosy nie ma, przecież nie jechali po torach, jak drezyna?

— Kiedyś tory biegły inaczej, za mostem ostro skręcały i maszyniści nie mieli dobrego widoku. W końcu majątek dziedzica rozparcelowali, kolej kupiła ziemię, a gdy remontowano most w czterdziestym ósmym, zniwelowano zakręt, tory przesunięto i budka znalazła się przy drodze.

— Nie widziałam nigdy żadnej budki przy drodze!

         — Zbutwiała ze szczętem, a mrówki usypały tam swoje mrowisko. Zrobiło się takie wielkie, że je leśnicy ogrodzili. Aż niedawno mrówki je opuściły. Sam leśniczy chodził i pytał, czy nie widzieliśmy kogoś albo czegoś, co mogło im zaszkodzić. Podobno było największe w województwie. I w to mrowisko wpadł samochód pana Kajetana.

         Więc nie tam zbierałam grzyby, gdzie matka zbierała krew syna do pudełka po butach. Jeden wyrzut sumienia mniej. Ta przy torach, to była nowa, inna budka, choć też już opuszczona i zrujnowana. Ale nie TA! Wreszcie wyjąkałam pytanie o Kaja i jego robotników.

         — Jeden martwy na miejscu, podobno już go lisy trochę napoczęły. A pani sąsiad i dwóch innych, trudno powiedzieć. Byli nieprzytomni, jak ich zabierali. Ten przejechany też nie żyje. Wieczorem przyjedzie policjant po ogórki na kwaszenie, to wszystko będę wiedział. A jak nie, to jutro jeździ listonosz, on też zawsze dużo wie.

         Siedziałam w milczeniu, bo co tu mówić. Sołtys jednak zrozumiał to opacznie:

         — Proszę się nie przejmować tym pożarem! Jechali za tory, dobrze nasłuchiwałem, tam już inna wioska. Może las się palił, a może ktoś trawy wypalał? Na pewno nie u nas na działkach w każdym razie.

         Podziękowałam sołtysowi, zapłaciłam podatek i jego żonie za jajka i powlokłam się z powrotem. Trzeba będzie się zbierać się do powrotu, albo wieczorem, albo wczesnym rankiem, żeby zdążyć do pracy. Może mąż już odespał balangę, a może jeszcze nie, w każdym razie ja musiałam być gotowa. Jak każda żona na działkach.

         Od torów wracała pani Kazia, zbierając po drodze dziurawiec i białą „kaszkę mannę” – nie wiem jaka była prawdziwa nazwa tego ziela. Przygięta do ziemi, ale żwawa, z tymi niesamowitymi, jasnymi oczami i prawie białą, jak one, chustką zawiązaną, jak dawniej na tych, i bardziej na wschód położonych wsiach, osłaniającą czoło. Czasami przysięgłabym, że jej źrenice są nie okrągłe, a owalne, i zwężone, jak u kota. Źrenice, które widziały nie takie dramaty, jakie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Nawet grając w internetowe gry.

         Przysiadłam obok niej w rowie i słuchałam wykładu, jak wykorzystać zioła, kiedy zbierać je i jak jedna pani, aż z Warszawy, zamawia u niej zioła opatrzone zaklęciem i jak przyjeżdża do niej handlarz, aż z Niemiec. Moje myśli krążyły jednak stale wokół Kaja i jego wypadku. Nagle usłyszałam coś, co spowodowało, że aż podskoczyłam.

         — Jak zobaczyłam ten traktor, to wiedziałam od razu, że coś się stanie! A tu aż dwa wypadki, a jeśli wziąć pod uwagę i konkubinę blacharza, to trzy… I przedtem tak wyły moje psy, najpierw Bury, a potem Jasionek, jak jeden przestawał, to drugi zaczynał, choć nikt nie szedł drogą.

         — Jaki traktor? – nie wiedziałam o co pytać najpierw, o maszynę czy wypadki. I skąd tak szybko o wszystkim wiedziała?

         — No, ta maszyna niby tam. Tylko tym razem nie stała u mnie na podwórku, a na skraju pola Zdzisia, tam pod lasem. I to była chyba inna maszyna, niż wtedy.

         — Nie bała się pani wychodzić nocą na pole? – pamiętałam jak opowiadała, że w nocy nic nie widzi i nie słyszy, bo chce żyć, a jest starą samotną kobietą i łatwo się komuś narazić, jak się nie ma obrońcy.

         — Błyskało się, robili coś przy tej maszynie, może spawali czy co? Mam umowę z policjantami; jak tylko zobaczę, że gdzieś w lesie palą ognisko, mam dzwonić i oni przyjadą, nawet w nocy. Jakby co, to i straż sami wezwą. Więc musiałam wyjść. Jakby nie, to następnym razem coś by mi się stało, a oni by na złość nie przyjechali. Do złodziei bym nie wyszła, ale do ogniska muszę. Ale ta maszyna jakaś dziwna była, miała jedno wielkie koło z boku i tubę, którą wypuszczali parę. Więc wróciłam do domu, ale rano jej już nie było.

         — Co za wypadki, o których pani mówiła? – od dwóch dni rozmawiając z kimkolwiek zadawałam nie takie pytania, jakie chciałam, ale niezależnie od zadawanych pytań, otrzymane odpowiedzi pogłębiały tylko mój lęk.

         — Ano jeden to z tą, co podpaliła swoją stodołę. Straż niedawno jechała, ale wracali inną drogą, po tamtej stronie torów. Basiakowa starsza. Są u nich dwie siostry, młodsza chciała sprzedać stodołę po rodzicach. Dobre belki w niej jeszcze były, tacy jedni działkowicze chcieli ją kupić i na dom przerobić. Nawet chcieli dać zadatek. Starsza za nic w świecie. Młodsza ma dzieci i wnuki, więc pieniądze jej potrzebne, starsza samotna, to jej wszystko jedno, tyle potrzebuje, co a wódkę, ale i na to i z renty starczy. I tak nie mogły się pogodzić. No i ta starsza podpaliła. Jak straż przyjechała, to biła się z uciechy po udach, śmiejąc się w głos, jak te świstaki, co w telewizorze zawijały coś w te sreberka. Zawieźli ją do czubków, a tam bez wódki długo nie wyżyje. Szkoda kobiety, za młodu taka była ładna, kawalerów miała, że hej, ale ojciec, jak szedł na odsiadkę za partyzantów, znalazł jej swojego kumpla, żeby ziemia się nie zmarnowała, no i zmarnowała się kobieta. Siostrze poszło lepiej, mąż był lepszy no i żyli lepiej, sama go wybrała, dzieci ma dobre, do rany przyłóż, studia pokończyli, więc Basiakowa tamtej zazdrościła i wiecznie się kłóciły. Kiedyś nawet ta starsza pobiła tę młodszą. Tamta przyjechała po jabłka z sadu, chciała robić marmoladę, a ta jej nie dała. Więc kiedy ktoś w nocy wyrąbał z sadu połowę jabłonek Basiakowa mówiła, że to siostra zapłaciła za to takiemu jednemu…

         — A ten drugi wypadek? — trudno mi było wysłuchiwać tej rozwlekłej opowieści, gdzie wszystko mieszało się z wszystkim, a tak mało miałam już czasu, więc przerwałam jej. Odpowiedziała szybko, jak zwykle:

         — Wczoraj Marylka, konkubina blacharza, skakała przez płot, bo ją ganiał z siekierą. W jej własnym domu! Potem wyła przez godzinę z bólu, bo połamała nogi, a on nikomu nie dał podejść, nawet jak pogotowie przyjechało, nie wpuścił, stanął obok z siekierą i pilnował. I chciał bić tego, co komórką ich wezwał, męża tej pani kumpelki, co pisze wiersze. W końcu policjanci go namówili, żeby siekierę oddał, a kobietę zabrali do szpitala. Jego chyba do aresztu. A może do czubków? Bo podobno na odwyku był. A wie pani o co jemu poszło? Szła od pociągu z jedną taką, co ją Cukrunią nazywają, podobno koleżanki są ze szkoły. A blacharza żona, nieboszczka, z tamtą miała na pieńku i blacharz uważał, że konkubina, to znaczy Marylka, nie miała prawa z nią rozmawiać. A ona może i nie wiedziała, że jej tego nie wolno, młoda kobita, nawet tamtej żony, nieboszczki nie znała. Nie stąd pochodzi, to może i nie wiedziała, kto to taki Cukrunia?

         — A kto?

         — Mieszka raz tu, raz tam, wszystkie wsie w okolicy zwiedziła. Niby pomaga w gospodarce, a chłopy mówią, że jest słodka między nogami.

         — I trzeci pana Kajetana wypadek?

         —Pana Kajetana? Nie wiedziałam. Ale się porobiło! Mówili, że przejechali syna Psiej Mordy. To pan Kaj go przejechał? W zeszłym roku ojciec, w tym syn! To będzie już cztery wypadki! Takie życie… Równie smrodliwe, jak nasza wieś!

         Nie chciałam prostować liczby wypadków, bo przecież byli tam i robotnicy Kaja, czy liczyć każdego osobno? Na chwilę odwróciłam uwagę, myśląc o tak niedawno ciepłych ramionach Kaja, a ona ciągnęła dalej:

         — … Rwę rdest ptasi na pani trawniku, zawsze rwę i kury jedzą, a wczoraj nie chciały. Znowu nagromadziło się zło, kury to czują, jedzą wtedy tylko suchy chleb i ziarno, nie chcą dziobać ziela na podwórku i żółtka mają jasne, a nie takie czerwone jak państwo lubicie…

         Pomachałam jej ręką i powlokłam się do domu. Resztę dnia zajęły mi czynności gospodarskie. Sąsiadki już pozmywały naczynia, a panowie rozpalili grilla, oddając się przy moim piwku agresywnej, obezwładniającej normalnych ludzi krytyce polityków, ich mizernego wzrostu i nadmuchanych bicepsów, niedogolonych policzków, jątrzących wypowiedzi, zgniecionych garniturków, pokręconej psychiki i licznych fobii, więc chwilowo nie byłam potrzebna. Mąż zadecydował, że jedziemy rano, bladym świtem, ale nie miałam siły mu się sprzeciwiać, zabrałam się więc za pakowanie. Torby z brudnymi rzeczami trzeba zanieść do samochodu, zmienić pościel, umyć lodówkę i podłogi, nanieść drewna do kuchni, wytrzepać chodniczki, zrobić porządki, przetrzeć szyby w samochodzie. Tak, żeby jutro tylko wstać i jechać. Spoglądałam na płot Kaja, gdzie suszył się mój słój, ale nie zabrałam go. Gdy się wyleczy i wróci, ten słój może mu przypomni mnie i naszą wycieczkę po piwo. Którego nawet nie posmakowałam, bo panowie wypili go przy wieczornym grillu. W każdej chwili swego życia podejmujesz decyzje, których słuszności nigdy nie będziesz pewna. Kaju, który miałeś odprysk lodu w oku… „Szkło bolesne, okruch dni…”

         Postanowiłam też zrobić porządek z Ebolą. Powiedziałam jej:

         – Przyjeżdżamy w przyszły piątek, do tego czasu ma ciebie tu nie być. – musiałam jej jakoś odpłacić za mój ból i poniżenie.

         Ebola płakała:

          – Mama mnie zabije jak się dowie, że pani mnie wygoniła.

         — Twoje zmartwienie, nie moje – dodałam ze złośliwą satysfakcją. (jak mawiał mój mąż, gdy zwierzałam mu się z lęku przed zajściem w kolejną ciążę). – I nie zapomnijcie pozbierać po sobie śmieci. Prezerwatyw zwłaszcza. Klucze od domu zostaw sąsiadce, pani Ewie, ona sprawdzi, czy wszystko po sobie posprzątałaś.

         Ebola nieszczerze szlochała, ale byłam bezlitosna. Nie ze mną te numery kochaniutka! Felczerka była naiwna i ci uwierzyła, tutaj ja byłam ostatnią, która dała się nabrać. I niech tak zostanie. Nienawidziłam jej w tej chwili tak, jakby ona była winna wszystkim problemom, które przeżywałam i które nie należą do tej historii, więc o których nie wspominałam w tej opowieści. I w dodatku sąsiadki widziały moje upokorzenie!

         Drogą za płotem spacerowała rodzina, której nie znałam. Pewnie przyjechali do kogoś. Maluch, może pięcio, sześcioletni złościł się:

         — Nienawidzę babci, jak dorosnę, to ją zakatrupię!

         Mamusia próbowała tłumaczyć:

         — Pan Jezus widzi twoje złe myśli i zasmuci się, że są na świecie takie niedobre dzieci! Przecież uczysz się religii w przedszkolu? — potem coś jeszcze plątała o szacunku dla starszych i nadstawianiu policzka.

         —Pan Jezus? – wściekał się malec. — To tylko jeden z klonów pana Boga! I w dodatku miał tylko dwa życia. Tak mówiła pani katechetka, że umarł i zmartwychwstał. Jeden raz! Tylko jeden raz.

         Tata nie wytrzymał i przylał smarkaczowi, a jego rodzice zaczęli się kłócić. Wiadomo, czyja była wina. Twoja matka…

         A ja mówiłam w myślach: MRÓWKI WCZEŚNIEJ WIEDZIAŁY i dlatego uciekały z trawnika. Do domu pchały się na oślep…Czy to te mrówki, które uciekły z kopca – pomnika przyrody na całe województwo? Czy nie przyszły do mnie?

***

         Niebo poszarzało na wschodzie, ale wokół domu było jeszcze ciemno, włączyłam więc całe oświetlenie zewnętrzne. Przygotowałam śniadanie, pozmywałam, przebrałam się w kostium i wyprasowaną wczoraj jedwabną bluzkę, usta pociągnęłam szminką. Zeszłam do piwnicy, gdzie czerwonym przyciskiem wyłączyłam hydrofor i zgodnie ze schematem wyrysowanym na zawieszce, pozakręcałam kolejne zawory odcinające wodę, doprowadzoną do poszczególnych części ogrodu i domu. Ebola będzie korzystała z rezerwowej studni i pompy na granicy działki naszej i sąsiadów i wygódki w rogu działki, pod wielkim dębem, więc woda z wodociągu nie jest jej potrzebna. Wsypałam torebkę bakterii do sanitariatów; w czasie naszej nieobecności będą pracowały nad utylizacją ścieków w szambie. Zasłoniłam wszystkie okna i wypstrykałam korki na tablicy pod licznikiem prądu. Otworzyłam bramę, aby mąż mógł wyjechać i zamknęłam za nim drzwi od wewnątrz, ponieważ po ostatnich deszczach drzwi wypaczyły się nieco i zamek od zewnątrz nie zamykał się (choć można było go otwierać). Przeszłam przez ciemne i ciche mieszkanie i przyświecając sobie latarką sprawdziłam, czy niczego nie zostawiliśmy, po czym wyszłam drugimi drzwiami, od ogrodu, zamykając je starannie. Zapasowy klucz włożyłam do rękawicy w grillu. Obeszłam dookoła dom sprawdzając, czy wszystkie schowki i pomieszczenia gospodarcze są zamknięte, aż wreszcie zamknęłam bramę i furtkę. Zimna rosa  przyciemniła moje miejskie pantofle, ale starannie wypastowane, po drodze wyschną. Wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy w noc. O dziesiątej rano czekało mnie spotkanie z ważnym klientem mojej firmy, w myślach więc porządkowałam argumenty, których miałam użyć w rozmowie i poszukiwałam kolejnych. Szef cenił mój intelekt i nie chciałam, żeby zmienił zdanie.

         Nie zdążyłam się przestraszyć. Kątem oka, przez boczną szybę z prawej strony, spostrzegłam wielki kawał jasnej blachy, mknący ku mnie, niczym skrzydło samolotu; uniosłam się w powietrze, lecąc do przodu, ku szarej ścianie lasu. Nie poczułam żadnego uderzenia, szarpnięcia pasów, strachu, bólu, niczego. Nie pomyślałam też o niczym.

          Ale właśnie wtedy nadeszła dla mnie nowa epoka. Już na długo życie utraciło swój kolor i smak, żadna z rzeczy, które przedtem pociągały mnie lub interesowały, nie wydała się godna zatrzymania na niej spojrzenia. Świat z otoczenia przeniósł się do mojego wnętrza, zredukował do kilku prostych odruchów z najsilniejszym na czele – lękiem. Po raz pierwszy wsłuchiwałam się w moje ciało i mój umysł, ale to, co tam znajdowałam, nie przynosiło ulgi. Strzępki brudnych tkanin, nieokreślonego koloru i kształtu, śmiecie wywiewane z pustych, niezamieszkałych przestrzeni, skaleczenia i rany, zaskorupiałe zadry, brud i ubóstwo. Błądziłam po tym wszystkim gruba, brzydka, samotna i bezradna, zanurzona we wszechobecnym smrodzie świeżo malowanej ściany, przy której mnie położono w kącie szpitalnej sali. Z mojego miejsca nie mogłam dostrzec krajobrazu za oknem, po prostu go tam nie było. Gdyby jednak nawet istniał, i tak nic nie było w stanie wzbudzić we mnie otuchy. Powoli zapominałam o tym, co znaczy: poruszać się w przestrzeni. I już wszystko odtąd było inaczej. Poza słojem, który zapewne moknął na płocie w jesiennych deszczach. Przywołany w myślach kotwiczył mnie w rzeczywistości. Był ważniejszy od księdza i Boga, wołał moim głosem w nadziei na odzew…

 

 

Nie istnieje wieś, opisana jako Smrodliwe, i nie istnieją jej nieszczęśni mieszkańcy. Podobieństwa bohaterów do osób rzeczywistych są czysto przypadkowe. Opisy wypadków zaczerpnęłam z prasy lokalnej całego kraju oraz z doświadczenia własnego. Byłam kiedyś likwidatorem szkód komunikacyjnych.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Te drzwi (5) Reportaże proste łatwe i bezużyteczne »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)