Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 kwietnia 2013

Diuk Skusikula

Teatr psychemimetyczny
W poszukiwaniu meta-ideologicznego rezonansu i wzajemnych refleksów między teorią względności • teorią strun • mechaniką kwantową • buddyzmem zen • i magią chaosu

Kategoria: Pytania i granice

Na tym świecie złudnym nic nie jest prawdą ani kłamstwem, bo wszystko zależy od koloru szkła, przez które się patrzyPedro Calderón de la Barca, hiszpański mistyk

Przeciwieństwem prawdziwego twierdzenia jest fałszywe twierdzenie, ale przeciwieństwem doniosłej prawdy może być inna doniosła prawdaNiels Bohr, duński fizyk


fot. Nel Lato

Nietzsche napisał, że człowiek prędzej będzie pragnął nicości, niż nie pragnął niczego. Jednym z tych pragnień jest potrzeba rozumienia, którą zastępujemy nadawaniem znaczeń. Jak zauważył Sheldrake, nastawienie naukowców do ich własnych eksperymentów wpływa na wyniki tychże. Mistrzowie zen mawiają, że poszukiwanie znaczenia życia to jak pytanie szachowego mistrza o najlepszy albo najważniejszy ruch w grze. Syntezując poglądy Derridy, Saussuere’a, Barthes’a, Dōgena i Kuhna na temat języka można powiedzieć, że język jest żywym organizmem podlegającym przemianom, które są odbiciem ciągle rozwijających się tych, którzy tym językiem się posługują. Porównują oni także wszechświat do języka i wnioskują, że tyle z tego wszechświata będziemy w stanie odczytać, ile będziemy w stanie zrozumieć, a wszechświat ten będzie się też rozwijał wraz z naszym jego rozumieniem. Ideologia, która dystansuje się od samej siebie i przypomina o swojej własnej przemijalności, to meta-ideologia. Takie systemy myślowe prezentują świat bez punktów widokowych, wszystko zawarte we wszystkim. Wymienieni filozofowie języka postulują uwolnienie jego znaczeń, język nie niejednoznaczny albo bez znaczenia (meaningless), ale wolny od znaczeń (meaningfree).

Co Boskie, zostało ukatrupione przez Boga i tylko śmierć Boga może wskrzesić to, co Boskie – jak wnioskuje Derrida i chodzi mu o definiowanie tego, czego definiować nie wolno, bo zdefiniować to zatrzymywać, a wszystko przecież płynie – panta rhei. Także święte księgi są jak heurystyczne wskazówki, duchowe treningi i mogą się wzajemnie uzupełniać, ale nie wykluczać. Celem jest droga, która jest konieczna, abyśmy mogli zrozumieć, że nigdzie nie idziemy – jak konkluduje nauka zen. Tathatā czyli takość, thusness, subtelna niezmienna esencja rzeczywistości, realizowana w praktyce jako świadomość zen. Praktyka zen prowadzi do zjednoczenia sztuki, zabawy i moralności poprzez uświadomienie sobie jedności wszystkiego. Tego rodzaju wgląd, jak nauczał Budda, prowadzi do zrozumienia, że wszystko co czynimy innym, czynimy też sobie.

Nasza nauka poszukuje prawd absolutnych, tymczasem ab-solutny znaczy wolny od uwarunkowań (unconditioned) i każda prawda absolutna będzie zmienną, nie stałą. Odczytujmy świat znaków jako otwarty do aktywnej interpretacji, bez obciążeń winy, prawdy i pochodzenia. Kiedy nasz umysł jest wolny, interpretuje w nieustającym, żywym, pozbawionym przeszkód przepływie, kiedy jest wolny od przywiązań i znaczeń, wtedy jest w stanie prajña. Działania podejmowane w takim stanie umysłu, podobnie jak informacje wtedy odbierane o postrzeganym, pozbawione są celów, przyczyn, znaczeń, prawd i fałszów, są działaniem dla samego działania, co może być również definicją sztuki, której współczesne społeczeństwo ima się, w podobnych znaczeniach, coraz mniej.

Einstein wymyślił sposób aby udowodnić, że prędkość światła jest stałą fizyczną, która jest też limitem prędkości we wszechświecie i nic nie może podróżować szybciej od światła. Co więcej z jego teorii i jej dowodu wynika, że im bardziej zbliżamy się do prędkości światła tym bardziej czas staje w miejscu, a materia kurczy się do zera. Wszelka fantastyka o prędkościach nadświetlnych podważa szczególną teorię względności profesora Alberta E. Niedługo po niepodważalnie wydawać by się mogło udowodnionej teorii, fizycy od teorii kwantowej udowodnili doświadczalnie, że informacja może poruszać się we wszechświecie szybciej od światła. Przeprowadzili eksperymenty, których wyniki nazwano splątaniem kwantowym. Okazało się, że oddziałując w określony sposób na jedną cząsteczkę, inna, nawet bardzo oddalona cząsteczka, reaguje na dany bodziec symultanicznie, bez potrzeby czasu, koniecznego na dotarcie informacji o bodźcu. Skoro cokolwiek może podróżować szybciej od światła, teoria Einsteina zostaje podważona. Do własnej śmierci profesor szukał odpowiedzi, podtrzymującej ważność jego odkryć. Umarł przygnieciony eksperymentalnym sukcesem mechaniki kwantowej, Eris Dyskordii na naukowym Olimpie, bogini chaosu, a nie umiłowanego przez profesora uporządkowania i wyrafinowanej inteligencji.

Dziś orkiestra teorii strun i jej wirtuoz, kolejny geniusz, Ed Witten zdają się znajdować potężną matematyczną symetrię, która potwierdziłaby przekonanie Einsteina o harmonii, geometryczności i uporządkowaniu, obecnych w świecie materii. Poprzez dodanie kolejnych wymiarów, kwantowa zupa prawdopodobieństw okazała się być zaiste jedynie szumem wynikającym ze spoglądania na poszatkowane kawałki struktur, które w wyższych wymiarach stanowią spójną, nie-chaotyczną całość. Droga z jednego na drugi koniec koca, dla podróżującej po nim pchły jest długa, jednak zostaje skrócona prawie do zera kiedy składając koc na pół fundujemy pchle podróż w trzecim wymiarze. Każdorazowe dodanie wyższego wymiaru powoduje, że droga z punktu A do punktu B może ulec skróceniu. W takim założeniu informacja mogłaby poprzez wyższe wymiary podróżować nie przekraczając prędkości światła, ale z naszego – trójwymiarowego plus czas – punktu widzenia sprawiłaby takie mylne wrażenie.

Jednym z pytań stanowiących rdzeń filozofii nauki jest pytanie o matematykę. Czy królowa nauk jest językiem stworzonym przez człowieka do opisu wszechświata czy też językiem, w którym wszechświat został napisany, a my go jedynie odkrywamy. Innymi jeszcze słowy, czy to co jest możliwe w matematyce, możliwe jest we wszechświecie, czy też w matematyce mogą istnieć twory całkowicie nie-naturalne, niemożliwe do zaistnienia. Przez długi czas tak myślano o fraktalach, które okazały się być wszędzie dookoła nas. Dziś taką sławą cieszą się wyższe wymiary. Nie jesteśmy w stanie doświadczalnie udowodnić teorii strun, gdyż według wyliczeń jej przedstawicieli, pozostałe wymiary zapadły się po wielkim wybuchu do wielkości bliskich długości Plancka, czyli tak odległych w głąb materii, jak nie są odległe w przestrzeni nawet najdalsze z zaobserwowanych lub zasłyszanych obiektów w otaczającym nas wszechświecie. Te zapadnięte strunowe wszechświaty byłyby też odpowiedzią na technologiczne rozwiązanie pozornej chaotyczności i niestabilności materii, obserwowanych przez fizyków kwantowych. Struny, które na głębszym poziomie struktury materii byłyby już nie budulcem, ale substancją wszechświata, mogą być bowiem podatne na subtelne rezonanse, które można by nazwać eksperymentami (a może oczekiwaniami) obserwatora. Czyli każdy, przykładowo, elektron to tak naprawdę wibrująca melodią elektronu dwuwymiarowa struna, której fluktuacja może się zmienić i stanie się wtedy inną cząstką materii, na przykład protonem, ale jej substancja pozostanie niezmieniona.

Brzmi to aż nadto mistycznie, jednak są to zabawy z wnioskami płynącymi z czysto matematycznej teorii wszystkiego. Te wyższe wymiary bytują wyłącznie w matematyce, jednocześnie jedynie dzięki ich dodaniu wszystko zaczyna się pięknie ze sobą zgadzać. Wszystko, czyli oddziaływania cząstek na poziomie subatomowym z elektromagnetyzmem oraz makroskalą ogólnej teorii względności i grawitacją. Nie da się jednak dowieść istnienia strun, dlatego fizycy postrzegają teorię strun jako nie mającą zastosowania w praktyce. Ta szczególna charakterystyka strun, które mogą się też powiększać do tak zwanych bran, ich receptywność i możliwość materialnej zmiennokształtności, choć ujęte w metaforę muzyczną, mogą też być rozumiane nie jako rezonans ale odbicie, a drganie nie jako dźwięk ale światło. Istotą tej matematyki jest wibracja, która konstytuuje się w materię. Przypomina się tutaj szczególny koan, którego źródło leży w wedach, a który przypomniał w nowej formie James ‘Wingmaker’: cisza jest tym dla dźwięku czym dźwięk jest dla światła.

Dlatego też matematycy strun częściej niż na wspomnienia z filharmonii powołują się na metaforę jubilerską, z jednej z najstarszych religii, hinduskiego boga Indry. Fraktalna metafora zawieszonej w nieskończonej przestrzeni sieci o diamentowych okach i inne podobne, sformułowane wiele wieków potem przez Fazanga, leżą także u podstaw chińskiego buddyzmu szkoły Huayan, który przerodził się potem w znane współcześnie japońskie Zen. Chrześcijańskie: jako w niebie tak i na ziemi; hermetyczne: jak na górze tak i na dole; zeniczne: wszystko zawiera się we wszystkim. Sieć Indry to diamentowa siatka, w której każdy diament odbija się w każdym diamencie wraz ze wszystkimi odbiciami wszystkich innych diamentów. Jest to fraktalna, w obie strony nieskończona, sieć wiecznych odbić, które wszystkie dzieją się w tym samym momencie, w nieprzekraczalnym czasie prędkości światła, czyli takim ile zajmuje podróż rezonansu widma odbijanego do odbijającej to widmo tafli szlifu, a może wibrującej w kilku wymiarach jednocześnie struny.

W takiej diamentowej sieci cokolwiek dzieje się w którymkolwiek z klejnotów, dzieje się w każdym innym jednocześnie. Jednocześnie dla światła. Każde spowolnienie poniżej prędkości światła stwarza zatem niejako czas, potrzebny na przebycie czegoś, co nazywamy przestrzenią, oddzielającą to co dla światła jest niepodzielone. Tak zdefiniowana przestrzeń jest więc po prostu iluzorycznym światem dla tego, co porusza się wolniej od światła czyli dla materii. Manifestująca się we fraktalnym porządku materia jest w takim wypadku matematycznie uporządkowaną drogą światła do autorefleksji. Przy tak rozważanej metaforze, można powiedzieć, że droga światła pomiędzy odbiciami to jedyna droga jaka istnieje, ponieważ dotarcie do własnego odbicia równa się dotarciu do wszystkich. Z perspektywy prędkości światła ta sieć nie ma przestrzeni pomiędzy klejnotami. Odległość pomiędzy nimi jest równa prędkości światła, ten pozorny paradoks stosujemy na co dzień mówiąc na przykład, że sklep jest pięć minut stąd. Gdybyśmy poszli do sklepu z prędkością światła bylibyśmy tam cały czas, a więc materia rzeczywiście skurczyłaby się do zera, a czas stanąłby w miejscu. Nie ma tutaj już czego wyprzedzać. Uzyskanie prędkości światła czyli zjednoczenie odbicia z odbijającym się powoduje jednoczesne zjednoczenie ze wszystkimi odbiciami w nieskończonej sieci. Z tych dywagacji na styku mistycyzmu i fizyki można zaryzykować tezę, że tak zwane oświecenie jest osiągnięciem prędkości światła w przepływie informacji. Całkowitym zjednoczeniem się ze światłem, które uzyskujemy poprzez biochemiczną zmianę gęstości percepcji, aktywowaną przy pomocy technik oddechowych, jogicznych, transowych, enteogenicznych i innych podobnych.

W takim układzie nieskończonych odbić można powiedzieć, że każdy diament może być elektronem, atomem, człowiekiem, gwiazdą, wszechświatem lub ich wielosmakowym zestawem, w zależności od perspektywy. Innym płynącym z mechaniki kwantowej i teorii strun wnioskiem jest fakt, że nie istnieje coś takiego jak obiektywna materia, ale tylko informacja o niej, która porusza się po siatce konstytuujących się w materię falowych funkcji prawdopodobieństw. Czyli jeżeli mamy marskość wątroby, która utrzymuje się pomimo zrobienia kilku kroków, znaczy to, że przenieśliśmy ze sobą informację o tej kondycji, ponieważ z każdym krokiem nasza wątroba na najsubtelniejszym poziomie materii konstytuuje się z innej esencji, z innych punktów w nieporuszonej sieci, w której wszystko zdaje się poruszać.

W mechanice kwantowej obowiązuje uzgodnienie, zwane od nazwy rodzinnego miasta Nielsa Bohra, interpretacją kopenhaską, mające na celu uspokojenie naukowego ambarasu wynikającego z eksperymentalnie dowodzonej probabilistyczności, a wręcz myślokształtności wszechświata, czyli jego zachowaniom zgodnym z naszymi oczekiwaniami. Konwencjonalna, kopenhaska interpretacja mechaniki kwantowej, głoszona przez Bohra i większość fizyków, nie mówi więc niczego o świadomości, ale o załamaniu się funkcji falowej. Wciąż jednak żywa jest dyskusja wśród fizyków tocząca się wokół argumentu, czy przeprowadzany eksperyment jest obiektywny czy też jest jedynie niejako przedłużeniem umysłu w materię, wraz z jego oczekiwaniami. Przedmioty fizyczne na poziomie kwantowym wydają się mieć zarówno właściwości cząstki – lokalnej i „redukcjonistycznej”, jak i nielokalnej, holistycznej fali, i objawiają się one zależnie od tego, czy mierzy się położenie, czy długość fali przedmiotu. W zależności od przeprowadzanego eksperymentu światło zdaje się być falą albo cząsteczką. Powstaje fundamentalny paradoks zwany dualizmem falowo-korpuskularnym fizyki kwantowej. Funkcja falowa czyli – wszystkich możliwych stanów jednoczesność – zapada się do jedynego stanu, gdyż dokonywany jest pomiar. Pomiaru dokonuje naukowiec-obserwator. Powstaje pytanie, co dzieje się ze wszystkimi pozostałymi potencjalnymi stanami funkcji falowej.

Interpretację kopenhaską Thomas Kuhn w którymś ze swych esejów nazwał desperacką próbą podtrzymania kolejnego umierającego paradygmatu. W tym samym czasie Hugh Everett sformułował całkowicie odmienną teorię wieloświatów, która jednak nie mieściła się w ówczesnych głowach. Hugh wycofał się z nauki i zajął się głównie piciem. Jego syn, wokalista Eels poświęcił mu album Electro-Shock Blues. Dziś teorii strun bliżej do Everetta niż do Bohra. Odkrycia naukowe zmieniają ogólną percepcję, ale robią to powoli. Grof wnioskuje, że jesteśmy pod koniec trwającego aż dwa tysiące lat okresu przemiany świadomości ze śmiertelnej w nieśmiertelną, co jest związane z uświadomieniem sobie nieśmiertelności Słońca. Everett w pożyteczny sposób pokazał formalną możliwość eliminacji załamania funkcji falowej w kwantowej teorii pomiarów. Jego propozycja polega na tym, że wszystkie możliwe ścieżki istnieją w pewnym wszechświecie równoległym, który odłącza się za każdym razem, kiedy dokonuje się pomiaru czy też wyboru. Tak zwani mistycy kwantowi poczęli twierdzić, że umysł ludzki działa jako rodzaj selekcjonera kanału dla ścieżki, którą podąża świadomość w indywidualnym wszechświecie, podczas gdy sama istnieje jednocześnie we wszystkich wszechświatach.

Pomysł równoległych wszechświatów zdobył krąg entuzjastycznych wyznawców we wszystkich wszechświatach. Jak powiedział Crowley magowie tym się różnią od mistyków, że podejmują działanie w miejscu, gdzie ci drudzy podejmują nie-działanie. Tak zwani magowie chaosu, w ubiegłym zaledwie stuleciu w jednoczesności z wyżej wspomnianymi fragmentami mitu o Nauce, zredefiniowali samą magię. Stało się nią wszystko, a o sile magii stanowi intencja przekazywana działaniu magicznemu przez koncentrację. Rytuałem mogło być od teraz każde działanie, a o jego jakości decydowała umiejętność skupienia na intencji jego przeprowadzania. Jak pisze Hine, każdy z nas cały czas czaruje sobie swoje życie, które odtwarza dla nas to, co mu wcześniej całym sobą pokażemy, zatańczymy, wypowiemy. Dlatego, jak pisze Wilson, należy jak najczęściej z przyczyn rytualnych wprowadzać się znanymi sobie metodami w stan ekstazy i w tym stanie programować swój umysł, gdyż procesy w ten sposób uruchomione i wdrukowane niechybnie do nas powrócą w dalszym doświadczeniu. Jak programować swój umysł? – najłatwiej poprzez sztukę.

Wilson w trylogii Illuminatus! opisuje fantastyczny eksperyment magiczny, w którym grupa dyskordiańskich poetów chaosu mogła oglądać w prasie i telewizji swoje magiczne zabawy. Teoria Everetta, zamieniona przez Wilsona w indywidualne tunele świadomości zaczerpnięte od Leary’ego, daje w pełnym kontekście stanu współczesnej nauki pod opieką mitologicznych metafor, pewien nowy obraz zagadnień przyczynowości, zwanej w magii sprawczością, przed którą w kontekście odpowiedzialności ostrzegają ci, którzy ostrzegają przed magią. Dzisiejsza kosmologia skłania się ku twierdzeniu, że nasz wszechświat znajduje się w nieskończonej przestrzeni, podobnej do tej, w jakiej zawieszona jest sieć Indry. Różnica między przestrzenią skończoną a nieskończoną polega na tym, że ta pierwsza posiada środek, a środkiem tej drugiej jest każdy jej punkt. Ci co twierdzili, że Ziemia jest środkiem wszechświata mogli mieć niechcący (czy rzeczywiście) rację.

Podsumowując w innych nieco słowach całą twórczość Wilsona można by powiedzieć iż postulował on, że zachowując się w określony sposób in-formujemy przestrzeń przyszłych doświadczeń. Ponieważ jednak nie ma sprawczości, ale jest jednoczesność, zeniczna decentralizacja boskości, postępując w określony sposób, znajdziemy się po prostu we wszechświecie, w którym inni (nie)przypadkowo, podobnie jak my zachowują się w analogiczny do naszego sposób. I nie sposób będzie powiedzieć czy to my ich czy oni nas zaczarowali. W sieci odbić nie da się określić źródła, jest nim wszystko jednocześnie.

David Loy lubi, cytując sutry, powtarzać, że całe nasze postrzeganie, z jej boginią Nauką to ungraspable traces of traces, ślady śladów, nieuchwytne znamiona poszlak, lustra odbijające lustra. W psychologii oraz w duchowości i mistycyzmie mówi się o integracji doświadczeń. Doświadczenie wglądu czy też głębokiej autorefleksji może mieć mniejszy niż oczekiwany wpływ na nasze życie jeżeli nie poświęcimy czasu i energii na działanie mające na celu zintegrowanie tego doświadczenia z naszą codziennością. Dlatego zen może się kojarzyć z ogrodem japońskim pełnym bonsai, ale też z obsługą motocykla albo strzelaniem z łuku. Studiując grymuary można dojść do wniosku, że bez osiągnięcia umiejętności osiągnięcia świadomości Zen, o magii nie ma co mówić. Bez względu na to, czy chodzi o szamańskie uzdrowienie czy o magię ceremonialną, albo się wprowadzimy w stan głębokiej, skoncentrowanej medytacji, albo niewiele nam z tego wyjdzie.

Dlatego magowie chaosu nawołują każdego do stworzenia własnej szkoły magicznej, własnej wersji wierzeń i mitów. Ma być skuteczna dla nas samych. Zachęcają też do posługiwania się wszelkimi formami sztuki, której uprawianie samo w sobie angażuje w sposób, o jaki w magii chodzi. Podobnie jak w modlitwie lub w (medytacji) zen, które do rangi Sztuki zachęca wynieść wszelkie nasze codzienne czynności. W dzisiejszym świecie jest moda na wgląd, która wyprzedza modę na jego integrację. Całkiem pokaźna grupa psychiatrów (i innych naukowców) na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat opracowała szereg technik operowania z doświadczeniem wglądu osiąganym przy pomocy substancji enteogenicznych. Z ich doświadczeń wynika, że zarówno obcowanie z wielkimi dziełami sztuki jak również ekspresja poprzez sztukę w stanach poszerzonej świadomości prowadzą do często bardziej zintegrowanych doświadczeń niż te pozostawione niejako samym sobie.

Bezpośredni i pośredni kontakt ze sztuką może stanowić klucz do ujednocześnienia autorefleksji i autoekspresji. Ta druga może w takim przypadku stanowić nasz własny teatr magiczny, afirmujący odbicie się naszego doświadczenia wewnętrznego w naszym doświadczeniu zewnętrznym. Każdy wielki akt sztuki sam w sobie jest formą medytacji oraz ujawniającego wnętrze spektaklu. Wiele takich wielowymiarowych wydarzeń przetrwało we współczesnych mitach artystów. Głuchy Beethoven komponujący dziewiątą symfonię, umierający Mozart dyktujący requiem, obcinający sobie ucho Van Gogh, Witkacy, Fellini, Brook, Warhol, Grotowski i wszyscy inni afirmowali swoje życie i dzieła tym jak je robili. Byli i są mistrzami uprawiania swoich sztuk. Kosząc powyższe zboża, można być może wnioskować, że kreowanie własnych psychemimetycznych widowisk, poprzez tworzenie dzieł sztuki pod skrzydłami dowolnej z muz, ma szanse powrócić do nas w całkiem nowej szacie.

James Carse napisał tak:

There are at least two kinds of games. One could be called finite, the other infinite. A finite game is played for the purpose of winning, an infinite game for the purpose of continuing the play.
The rules of a finite game may not change; the rules of an infinite game must change.
Finite players play within boundaries; infinite players play with boundaries.
Finite players are serious; infinite players are playful.
Finite players win titles; infinite players have nothing but their names.
A finite player plays to be powerful; an infinite player plays with strength.
A finite player consumes time; an infinite player generates time.
The finite player aims to win eternal life; the infinite player aims for eternal birth.


Diuk Skusikula



komentarze

1. ma być skuteczna dla nas samych • autor: Nierozpoznany#86232014-10-30 18:07:08

oczywiście, jesliby wolno było, to dodałabym NAS/mas/dla każdego próbującego. 
pozdrawiamp.s. dzięki za entymologię Edwarda Lorenza.

2. trixter • autor: Nierozpoznany#86232014-10-30 18:08:39

to punkt!!!

3. punkt • autor: Nierozpoznany#86232014-10-30 18:21:38

S. Łazariew - teoria informacji, Sheldrake, kot Schrodingera?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)