Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 kwietnia 2009

Krzysztof Wirpsza

Ten i tamten matriks
Świeże wrażenia z wycieczki do Włoch i z powrotu na Żoliborz

Kategoria: Podróże i regiony

Świeże wrażenia z wycieczki do Włoch i z powrotu na Żoliborz


Właśnie odwiedziłem piękne Włochy. Aż skórka gęsia bierze pomyśleć, że tak strasznie, strasznie daleko, po tylu tysiącach supełków mrówczych autostrad, tam jest całkiem zupełnie, ale to zupełnie inny kraj. Włochy odwiedziłem samolotem. Już siedząc w samolocie, czułem, że idzie nowe. A gdy wracałem, czułem się rozdarty. Jak stryjek, co z bólem musi wymienić siekierkę na przysłowiowy kijek. "Wzbicie się ponad" daje chyba jakąś perspektywę na te ziemskie sprawy.

Z góry to w ogóle inaczej wygląda. Ile powietrza tam jest w górze, i nawet nikt o tym nie wie. My tu z ziemi patrzymy w górę - niebo. I wzruszamy ramionami - niby nic. A z samolotu, to widać przecież, że to wcale nie jest jakieś zwykłe "niebo". Tylko to są całe kilometry tak zwanych mas powietrza. I przez te masy można by spadać i wrzeszczeć jak Ikar, albo wzlatywać, jak orzeł biały, ten, co wstęgę Francji. I one tam nad nami przecież wiszą, dzień i noc, te masy a tu nikt o nich nawet nie pomyśli, do gazety nie napisze. Zupełnie jakby się liczyło tylko to co tutaj na dole, ta mrówcza krzątanina w cienkim plasterku biosfery... A jak się ma taki Belweder do tych dziesięciu kilometrów gazu co nad nim wiszą? Ba, a co by powiedział prezydent...

Lądując na lotnisku Fryderyka Chopina odkrywam szalenie istotną kwestię. Największe domy i najważniejsi ludzie świata są wielkości kruszynek chleba. Najcudowniejsze związki między mężczyznami i kobietami są właśnie pieczętowane w klitkach wielkości muszelek. Najwspanialsze bankiety i orgie zmysłów, najbardziej wytworni, wartościowi i wygadani uczestnicy ziemskiego baletu rozgrywają swój wodewil w warstewce masła rozsmarowanej nożem na kromce.

Nie wspominając już o obłokach. Czemu nikt nie pamięta, że one przecież, tak w sumie, to suną tuż nad ziemią, a nie tam gdzieś hen, wysoko. To znaczy, po uwzględnieniu tego całego powietrza co nad nimi jest, to one wiszą stosunkowo nisko. To świetnie widać z samolotu. Rzucają te swoje plamiste cienie na pola i lasy, te ostatnie notabene dość przereklamowane, bo lepiej byłoby chyba powiedzieć - trawniki. Tak łatwo zapomnieć, że obłok rzuca cień, i że ten cień to się razem z nim przesuwa. I ma ostrą krawędź, jak cień gałęzi, na przykład. A czy tu na dole komuś w ogóle by się pomyślało, że taki obłok ma cień? Gdzie tam. My to nazywamy "brzydka pogoda". Nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, że ta "brzydka pogoda" to jest cień. Natomiast śpieszyć do pracy w deszczowy dzień, patrząc pod nogi w asfalt, to i owszem.

Po przeleceniu tego całego bezmiaru pułapów podniebnych liniami lotniczymi LOT, mam wrażenie, że wszczepiono mnie z powrotem do matriksa. Na lotnisku czuję w płucach smog i ciężar - odczuwam różnicę. Włoski matriks jest bardziej przejrzysty i swobodny, oddycha się tam pełną piersią, nawet w Rzymie. Nasz matriks pachnie jak przypalona papa. Przypomina mi się opowieść o nieboszczyku, co to po życiu spędzonym w Warszawie miał płuca koloru sadzy, i zastanawiam się, kiedy dojdę do swobody finansowej umożliwiającej wyprowadzenie się stąd. Do jakiegoś trochę zdrowszego matriksa.

Z drugiej strony nie mogę narzekać. Żoliborz wita mnie cudownym żoliborskim klimatem, który wyssałem z mlekiem matki i którego nic nigdy na świecie, z całą jego złożonością i różnorodnością nie zdołało dotąd powtórzyć. No może z wyjątkiem Berlina, tego wschodniego. Czy to niezapomniany czar komunistycznej idylli, który wisi tu schowany za każdym odrapanym "murkiem", na którym siedziało się kiedyś z kumplami bimbając nogą i sącząc "oranżadę"? Uroda "placyków" z połatanego asfaltu, na których mamy z dziećmi, chłopcy w piłkę i kapsle, pieski (wiadomo), a dziewczęta w klasy? Czy może atmosfera swojskości, zawsze aktualnych bloków, zamieszkałych przez zawsze takich samych "panów Kaziów" w znoszonych choć dobrze wypastowanych butach, śpieszących właśnie na zebranie zarządu parkingu? Zresztą... może to po prostu te osiedla, w których krawężniki i płyty chodnikowe sterczą każda w swoja stronę, ale są tak schludne i czyste, tak wymiecione z miłością przez lokalnych cieci gawędzących na skwerach z przechodniami, że aż coś chwyta za serce. Może to wzruszające samotne kępki schodzonej trawy, może ławeczki, te same, rozpadające się, przy których bawiłem się jeszcze jako małolat, przypominające dziwaczne wraki okrętów na poły zagrzebane w czasie? Pisząc to odczuwam wyrzuty sumienia, zupełnie jakbym odzierał te rzeczy z ich największego skarbu - swojskości. A to przecież są zwykłe płyty, zwykłe ławki i zwykłe krawężniki, których tysiące ludzi na co dzień nawet nie zauważa - bo tak właśnie trzeba, taka jest tych rzeczy rola. Być niewidocznym. I ta zwykłość, tak na dobrą sprawę, czyni tu z wszelkiej metafory narzędzie zbrodni.

Wrzeciono. Duracza. Podczaszyńskiego. Włościańska. Wszystko to miejsca na wskroś "przeciętne", ani robotnicze, jak Wola, ani inteligenckie, jak Mokotów, ale po prostu szeregi sympatycznych klitek, gdzie tłumy ubogich w płaszczach i skarpetkach drepcą codziennie w te i wewte. Z niezapomnianym urokiem i wdziękiem, bo przecież ci ubodzy nawet nie wiedzą, że są ubodzy. Nie wiedzą, że w te i wewte. To jest właśnie czar Żoliborza - małe jest piękne.

A Włochy? Faktycznie, tamten matriks jest tak inny, że mój dwuipółgodzinny transfer na warszawski Żoliborz brzmi niestosownie, jak, nie przymierzając, pierdnięcie w kościele. Tamten matriks interesują inne rzeczy, oni rozwijają swoje poszukiwania w innym kierunku. Tamten matriks ma oczywiście swoją "ubogość" tak samo jak nasz, ale ona jest zupełnie technicznie odmienna i wynika z innych spraw. Dla mieszkańca i wychowanka Żoliborza, którym się mienię, trudne to do pojęcia. Włoski matriks tchnie starzyzną, tchnie historią, ale też tchnie dobrobytem. Dom w który mieszkam ma pięćset lat, i tyleż liczy brązowa pobejcowana belka biegnąca w poprzek bielutkiego sufitu w moim pokoju. Pukam w belkę, myśląc, że w tę sama belkę pukali być może średniowieczni rycerze lub kupcy. Może są tam jeszcze ich odciski palców? Może trochę potu, albo zarodniki grzybów, jakie jedli na obiad? O kurcze. A co jeśli to było wczoraj? Czuję się jak w samolocie.

Wyobrażam sobie, że czas cofa się w przyspieszonym tempie, że wszyscy chodzą do tyłu bardzo szybko jak marionetki i nagle jest średniowiecze. Kaptury, hełmy i te sprawy. Smród jak cholera, bo ludzie umierają częściej niż się myją. Całe moje życie okazuje się małe jak kropka napstrzona przez muchę. Tu przecież przed chwilą kręcił wąsa miejski kat, przed momentem spał z dziwką sędzia konwektykla. Gry er-pe-gi na jakich spędziłem młodzieńcze lata stają nagle wyraźnie przed oczami wołając: "Czas jest iluzją!"

To oczywiście tylko taka zabawa słowem. Ale we Włoszech o tyle lepiej się w nią bawi. Tu wszystko przypomina jakieś otchłanie pradawnych wieków, zupełnie jak te przestrzenie powietrza widziane z samolotu. Przez to jest jakoś mniej ciasno, przynajmniej dla Warszawianina.

Oczywiście Włochom jest ciasno i ubogo we wcale nie mniejszym stopniu. Oni w tej starzyźnie żyją, nudzą się i więdną, podobnie jak my w naszych blokowiskach. Oni powiedzą o swoich cudownych starych labiryntach uliczek "e bello" ("to piękne"), czego my o swoich blokach raczej nie powiemy. Ale też w tych samych labiryntach uliczek, jakkolwiek nie byłyby one piękne, piękni Włosi wyczekują na swoje dzieci, które odeszły do miast, starzeją się, przeżuwają z melancholią spaghetti, mówią po raz setny "buon giorno" do przechodzącej kumy i gapią się zmęczeni w telewizor.

Wymieniwszy te wszystkie smutne niuanse, nieco truizmem trącące, należy stwierdzić ponownie, że włoski matriks emanuje, pomimo wszystko jednak, radością i świętowaniem życia. Krajobrazy są jak z bajki. W odróżnieniu od prostokątnej szachownicy pól matriksa polskiego, mamy tu czarowne góry z grzbietami, dolinami i wąwozami, a z każdej z nich rozprzestrzenia się cudowny widok na cudownie naturalne lasy i zarośla, w jakich Włosi gustują. Nic tu z PGR-u, nic z gnojówki i nic z badziewia w ogóle. To znaczy, zaraz, nie do końca tak. Badziewie jest, nawet całe mnóstwo. Ale tylko w takich ilościach i proporcjach, coby przyozdobić resztę. Włosi odkryli, że badziewie przyozdabia, jeśli użyte umiejętnie. Badziewiasta szopa na skraju drogi może być bardzo wzruszająca i malownicza. Zapyziałe i podrapane ściany urzędu gminy, dodają gminie powagi. Brudny, dziurawy ręcznik, na którym suszą się szklanki w kuchni jest urokliwy i słodki w swojej przaśnej bezpośredniości. Wszystko to jednak w jakiś niewyjaśniony sposób różni się bardzo od naszego, polskiego badziewia. Nie ma tu nic z papy, chamstwa i chlewu. Włoskie badziewie - odwrotnie niż nasze - jest wykwintne.

Tu zresztą kolejne ujęcie tematu narażające na szwank nasze przyjęte stereotypy i oczywistości. Przywykło się bowiem uważać, że dobra kuchnia oznacza wielką złożoność, wielki kunszt, a za tym i duże koszta. Polska zwykła się usprawiedliwiać z kiepskiej jakości usług kulinarnych (tych dostępnych dla middle-class, przynajmniej) tym, że naród biedny i do szaleństw nienawykły. Na przykładzie Włoch można przekonać się, jak ze zwykłego chłopskiego badziewia - placka na zakwasie i makaronu, można wytworzyć dietę dla wielomilionowego narodu, dietę którą ten naród objada się codziennie z niesłabnącym zainteresowaniem od setek lat, tworząc kombinacje zaskakujące podniebienie swoją prostotą i kulinarną wirtuozerią. Placek, pomidory, oliwa z oliwek, oliwki, piec. Bułka, ruszt, bakłażan, mozarella. Krewetki, naleśnik, majonez. Tak niewiele potrzeba we włoskim matriksie aby cieszyć się lunchem, albo drugim śniadaniem w drodze dokądś. Niby proste, a występuje w milionach przepysznych kombinacji, sprawiając, że trudno się tym znudzić, że nie istnieje w ogóle dylemat pt "co, znowu ziemniaki?". Jednocześnie z jaką uwagą te placki są wypieczone, wymuskane, z jakim uśmiechem i szczerą radością podane! Zaiste w innych drążyliśmy kierunkach, my i Włosi.

Widzę, że czasem warto poznawać różne matriksy, nie tylko własny. Trochę za długo ostatnio tu przesiedziałem. Z perspektywy innego kraju, z perspektywy nawet tych kilku kilometrów wysokości, to wszystko tutaj wydaje się takie maleńkie. Dokładnie takie, jak z tej perspektywy wydaje się tamto, tam.

Krzysztof Wirpsza




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)