Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 sierpnia 2016

psycho-kit.pl

Ten wstrętny, mały sabotażysta
O psychoterapii, spowiedzi i sekretach

Kategoria: Techniki rozwoju

Oryginalnie w blogu Autorki, 23 sierpnia 2016, w Tarace za uprzejmą zgodą.


Zatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.
Forum Katolik

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.
Wikipedia


Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam, że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też, że to jeszcze nie czas, aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem, co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

...I fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
...Tym, co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna, nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś, co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą, to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć, czy nie warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj; lub tutaj; a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

* * *

W wypowiedzi Autorki-klientki uderzyło mnie zdanie: „to może spowolnić cały jej przebieg [terapii] i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” – jako charakterystyczne. Po pierwsze, zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu” – bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej” – choć traktowane jest jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą”, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami... Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydalku...) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo” – jak w cytacie). By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz, tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie... – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym, a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim.

Doprawdy, trudno mi się oprzeć analogii terapii do spowiedzi. Człowiek – taki jaki jest – skażony jest w oczach Boga/terapeuty grzechem pierworodnym, grzechem przodków (w narracji terapeutycznej: nieadekwatnością, przewlekłym smutkiem, poza-normatywnością, cierpieniem, „złym” dzieciństwem, nie-wystarczająco-dobrymi -rodzicami etc). Wyznanie „grzechów” (trudności, zranień, treści wypartych) ma przyspieszać proces „dojrzewania”, zbawienia, dorastania do świętości (w terapii: poczucia szczęścia). Utajenie grzechu jest też grzechem – w terapii wystąpieniem przeciwko „postępowi”, „relacji”, „procesowi”. A grzech utajony niszczy, gryzie sumienie, jeśli nie odpuszczony magiczną formułą. Nie został w pełni uświadomiony, wyznany (nazwany) i „przerobiony” (przepłakany, wykrzyczany i odpuszczony przez boga). Kapłan (terapeuta) dopytując się o grzech (trudność) działa w interesie zbawienia duszy penitenta (dobra klienta). Dopiero pełna szczerość (i co za tym idzie: wysiłek samo-obserwacji np. pamięć okoliczności i częstotliwości) ze spowiednikiem/Bogiem przynosi ulgę. Klient – jak w cytowanym przypadku – miota się pomiędzy pragnieniem bycia zbawionym przez wyznanie grzechów, a poczuciem godności i intymności, jakie w procesie spowiedzi (terapii) zostają zgwałcone. Wyznasz – zostaniesz zbawiony (hasła: szybki proces, cała prawda, prawidłowe funkcjonowanie, rozwiązanie prawdziwego problemu). Nie wyznasz – zostaniesz skazany na „nieprawidłowość” i „trudności w normalnym życiu”. Obraziłeś Normę i Rozwój następującymi grzechami... Konflikt jest tak wielki, że w cytowanym tu przypadku każe szukać rozwiązania na anonimowym forum, u innych „ekspertów”, a nie w sobie.

Nieco inaczej niż w duchu chrześcijańskiego „uzyskiwania przebaczenia” i obowiązującej narracji psychoterapeutycznej pisze James Hillman (podkreślenia moje):


Z etymologicznego punktu widzenia utrzymywanie sekretu oznacza trzymanie czegoś w izolacji, w separacji. Sekret jest podstawą indywidualności. W gronie rodzinnym na przykład nie rozwinie się się żadna indywidualna osobowość, o ile krewni nie będą pewnych sekretów strzegli wspólnie, a innych przed sobą nawzajem. Sekrety izolują nas, w sekretnym życiu zaczynamy odkrywać swoją indywidualną duszę. (Jedną z przyczyn, dlaczego tak trudno jest utrzymać sekret, jest trudność, jakiej nam przysparza utrzymanie swojej indywidualności).

Dzieląc się swoim sekretem, dopuszczamy drugą osobę do świętej strefy swojej indywidualności. Sekretu strzeżemy dopóty, dopóki nie nabierzemy przekonania, że osoba, z którą chcemy się nim podzielić, również uzna go za święty. A zatem obie strony musi połączyć wzajemne zaufanie. Natomiast zaufanie rodzi się bardzo powoli jako owoc zrozumienia i dialektyki. Sekretem można podzielić się wyłącznie z inną osobą, a nie z zawodem. Jeżeli analityk utaja swoją osobowość zgodnie z zasadami tajemnicy lekarskiej, w nadziei, że stworzy klimat, gdzie będzie tylko obiektywnym odzwierciedleniem zdarzeń, może faktycznie powstrzymywać zwierzenia, które pacjent chce nie tylko wyrzucić z siebie, ale którymi desperacko pragnie się podzielić z innym człowiekiem. Otwieramy się nie tylko po to, by wypuścić sekret, ale po to by dopuścić kogoś do naszej tajemnicy. Z analitycznego punktu widzenia sekrety są zwykle traktowane jako coś, czym należy się dzielić jak kawałkiem chleba. Ponieważ udział w sekrecie buduje relację, opór pacjenta wobec otworzenia się czy choćby poddania testom psychologicznym, może być dobrym punktem rozpoczęcia pracy analitycznej. Opór taki świadczy o tym, jak wysoko pacjent ceni sobie prywatne życie i historię duszy. Jednakże skrytość przeszkadza w postawieniu trafnej diagnozy, jest sprzeczna z apollińskim pędem do oświetlania wszystkiego. Toteż z punktu widzenia medycyny wszystkie sekrety są rozumiane jako błędne. Są czymś, z czego za pomocą katharsis i odreagowania trzeba oczyścić system pacjenta. Cokolwiek przyjdzie do głowy, musi być swobodnie wypowiadane, by zdjąć ciężar z piersi.

...

Słowo „misterium” pochodzi od greckiego słowa „myein” oznaczającego zarówno zamykanie płatków kwiatu jak i oczu. Jest to naturalny ruch ukrywania czegoś, okazanie wstydliwego pietyzmu wobec misterium życia, które w połowie odbywa się w ciemności. Analitycy rozpatrujący przeniesienie wyłącznie z seksualnego punktu widzenia mogą często przeoczyć fakt, że wstyd, ukrywanie i misterium mogą być cnotami. Niektóre procesy, o ile w ogóle mają przebiegać prawidłowo, muszą być utrzymywane w tajemnicy. Sekret jest pożądany na przykład w twórczości, w relacji kochanków, w modlitwie i kontemplacji. Niezwykłość naszych największych doświadczeń polega na ich sekretnej intymności, dotyczą one tylko nas, osobiście, indywidualnie. Nie wszystko, co ciemne, musi być koniecznie wyparte. A to, co głębokie w psychologii głębi – nawet jeżeli na podstawie modelu biologicznego jest rozumiane jako zakorzenione w brudzie i ciemności – musi pozostawać w podziemiu. Źródło pozostaje niewidoczne.

...

Jeżeli zgodzimy się, że relacja analityczna jest tajnym paktem, a proces analityczny misterium, okaże się, iż w pewnej części utajnienie przeniesienia nie jest li tylko wybiegiem i oporem, ale wręcz uprawnionym aspektem procesu. Osoba analizowana nie jest pacjentem w sensie medycznym próbującym zachować w tajemnicy cześć swojej zewnętrznej historii życia. Jest raczej zobligowana tak długo powstrzymywać swoją duszę, dopóki nie poczuje, że więź łącząca ją z analitykiem jest rzeczywista, a nie tylko stanem programowym narzuconym przez regułę zawodu. Natomiast później, kiedy analiza będzie się rozwijać w kierunku rozstania, faza ta może się nawet charakteryzować zatrzymywaniem sekretów dla siebie. Pacjent zaczyna wówczas powstrzymywać duszę, by karmić swoją indywidualność doświadczeniami, którymi się z nikim nie dzieli.

To nasuwa następujące spostrzeżenia: po pierwsze, opór, utajenie, milczenie i podejrzliwość spowalniają proces. Te przeszkody okazują się tak trudne do przezwyciężenia, że trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego w ogóle się pojawiają, jeśli nie właśnie po to, by przeniesienie było jeszcze silniejsze i trwalsze. Zatem sekrety cementują nie tylko więź pomiędzy partnerami, ale także integrację zachodzącą w psyche osoby analizowanej. Kiedy pacjent blokuje się przy swobodnych skojarzeniach, jest to oznaka istnienia kompleksu stawiającego opór. Jednak kompleksów, jak już widzieliśmy, nie można rozwiązywać siłą, nie można łamać ich oporu. Ich jądrem jest zawsze wyobrażenie o zabarwieniu uczuciowym, nietykalne doświadczenie, które musi być sekretem, gdyż jest zasadniczo nieznanym i boskim misterium. To jądro nie zostanie poznane, dopóki w doświadczeniach nie ujawni się jego archetypowe znaczenie – a na to można czekać całe życie. Opór i sekret bazują zatem na tym, co nieznane i niepoznawalne w jądrze życia psychicznego.


Czy nie jest to obrona ludzkiej godności? Prawa do inności, nie-wyznawania, nie-otwierania się pod przymusem, „bo terapia nie wyjdzie”, wreszcie: do nie-bycia-do-końca-wyleczonym? Koncepcja Hillmana nie upokarza, nie okalecza. Staje po stronie naszego oczywistego prawa do milczenia i bycia sobie wiernym mimo bata „pośpiechu czy postępu w terapii”.


Źródło

James Hillman, Samobójstwo a przemiana psychiczna, KR 1996


komentarze

[foto]

1. Niepokoi nieco, że bardzo... • autor: Radek Ziemic2016-08-29 20:43:21

Niepokoi nieco, że bardzo szerokie zjawisko, określone mianem obowiązującej narracji psychoterapeutycznej, silnie przy tym krytykowane, omawia się na przykładach dość przypadkowych w sumie wypowiedzi. Zostaje ono, podobnie jak spowiedź, wystawione do bicia. Trzeba też częściowo ubezwłasnowolnić (retorycznie ubezwłasnowolnić, naturalnie) pacjenta/spowiadającego się, by odsłonić totalitarno-sekciarski demonizm tradycyjnej terapii i spowiedzi.


Bardziej niepokoją inne sprawy. Pewien rodzaj poczucia wyższości wobec osób terapeutyzujących/spowiadających się, brak zrozumienia tej potrzeby, jakieś niejasne określanie przyczyn terapii, którymi są choroby (afektywne, psychiczne) czy zaburzenia. Pojęcia te w ogóle w tekście nie padają, nie ma też w tekście świadomości, że pscyhoterapia bywa często częścią większego procesu leczenia, prowadzonego przez lekarza psychiatrę, w skład którego wchodzić mogą poza psychoterapią, także inne zjawiska (które się zarazem postuluje, przynajmniej niektóre), jak farmakoterapia, arteterapia, drama, joga, czy inne formy terapii zachowań (ze spacerami, medytacją i sportem włącznie).


Trzeba tradycyjną terapię wyizolować, wystawić ją do bicia. Dlatego pewnie mówi się, banalizująco, o „nieadekwatności, przewlekłym smutku, poza-normatywności, cierpieniu, „złym” dzieciństwie, nie-wystarczająco-dobrych-rodzicach etc.” a nie na przykład o nerwicy natręctw, depresji w chorobie dwubiegunowej czy zespole lęku uogólnionego etc., etc., etc. Oczywiście – terapia w ogóle ma swoje ograniczenia, bardzo krytycznie o terapii wypowiada się na przykład psycholog Tomasz Witkowski. (Pisze też o nadużyciach terapeutów, bez względu na szkołę, bo dużo, bardzo dużo zależy nie od konkretnego trybu terapii, ale od osoby, która ją prowadzi).


Mówienie o sekciarstwie terapii czy o totalitaryzmie jest przesadą, a posłużenie się słowem gwałt jest retorycznym nadużyciem. Ponadto uproszczono problem zaufania do terapeuty, bez którego skuteczna terapia faktycznie jest właściwie niemożliwa itd. Znam wielu ludzi, którym pomogła tradycyjna terapia analityczna, znam takich, którym pomaga spowiedź.

 

Oczywiście, porównanie ze spowiedzią jest jak najbardziej słuszne, bo koncepcja psyche jest w analitycznej terapii silnie związana z kompleksem ojca (a więc władzy), a dawna, przed-Freudowska koncepcja duszy traktuje grzech właśnie jako jej chorobę (religia to w końcu także proto-psychologia). Dodatkowo kapłan (nie tylko chrześcijański) pełnił różne funkcje, w tym również lekarza duszy. Zauważę jednak, że pacjent nie musi iść ani na terapię, ani do spowiedzi, a to, czy woli ujawniać część swoich sekretów, czy nie, powinniśmy zostawić jednak jemu samemu.

To bardzo naiwne podejście zresztą do szkoły analitycznej terapii – założenie, że ta terapia polega dzisiaj jedynie na ujawnianiu sekretów. De facto jest pracą z podświadomością, w skład której może wchodzić także milczenie, mówienie półtransowe, którego treści po seansie się nie pamięta itp. Terapeuta jest tu medium, przy pomocy którego pacjent komunikuje się sam ze sobą, uczy się to robić, ale nie chodzi wcale o komunikację werbalną, choć oczywiście do terapii analitycznej nie wszystkie osoby się kwalifikują. Budowanie relacji z samym sobą może zarazem być nauką umiejętności zachowywania sekretu (bo ta zdolność mogła być utracona), tworzenia swojej intymności, jak i zdolności nietoksycznego otwarcia, ale i równowagi między nimi. Udawanie, że terapeuta Hillmanowski nie jest  specjalistą niewiele zmieni. Ja rozumiem, że można nie lubić terapii analitycznej, spowiedzi itd., ale jeśli te rzeczy ludziom pomagają (na przykład osłabiają lęk), to dobrze że są.

I jeszcze – od czasu Fruda psychoanaliza bardzo się zmieniła. To wszystko co napisałem nie jest naturalnie przeciw Hillmanowi. Ma dużo racji. Ale sądzę, że żeby tak wyraźnie postawić go wyżej, należałoby uważniej potraktować "obowiązującą narrację psychoterapeutyczną".

[foto]

2. Apollo i aletheia, oboje trochę straszni • autor: Wojciech Jóźwiak2016-08-29 22:06:57

Już mówię, co mnie "wzięło" w tym tekście (a raczej kolażu tekstów: bo i anonimowi forumiści, i Wiki, Hillman + słowo wiążące Autorki-blogerki) i spowodowało, że poprosiłem Autorkę o republikację w Tarace: otóż krytyka "szczerego mówienia wszystkiego", a właściwie krytyka alethei. Której jądro jest w cytacie z Hillmana:
"skrytość ... jest sprzeczna z apollińskim pędem do oświetlania wszystkiego."
Apolliński pęd do oświetlania wszystkiego! Boskie!
Tu mi się przypomina fragment z "Raroga" Jacka Dobrowolskiego, który zdarzało się nam recytować w szałasach potu:
"potęga nieba wszystko odsłania"
Ten apolliński pęd do oświetlania i odsłaniania, do czynienia powszechnej alethei czyli "niezakrytości", daleko wychodzi poza zawodowe podwórko psychoterapii.
W tarocie ten "apollinizm" jest sensem karty 9 Monet, przyporządkowanej punktowi 8 stopni Skorpiona: wszystko ujawnić, wszystko obnażyć, wszystko nazwać i ometkować, a w końcu wszystko wystawić na sprzedaż. To jest jeden z napędów współczesnego świata.
Aletheia JEST cnotą, jedną z 4 cnót lub doskonałości 4 żywiołów. Ale wśród pozostałych jest czarną owcą (jak to często w czwórkach, Jung już o tym wiedział) -- jest niebezpieczna.
Dlatego gdy wszyscy pieją nad odkrywaniem, zachęcam Tarakę do skupienia się nad rzeczą przeciwną: nad tajeniem i zakrywaniem, i nad ich wartościami.

3. @Radek Ziemic • autor: Nierozpoznany#93472016-08-30 09:06:24

„nieadekwatności, przewlekłym smutku, poza-normatywności, cierpieniu, „złym” dzieciństwie, nie-wystarczająco-dobrych-rodzicach etc.” a nie na przykład o nerwicy natręctw, depresji w chorobie dwubiegunowej czy zespole lęku uogólnionego"

To jest to samo tylko zmedykalizowane. To kwestia słów, nie samego zjawiska.

Zaufanie do terapeuty- jeśli jest takie łatwe i oczywiste czemu ludzie mają problem z mówieniem o swoich sprawach? Czemu więc występuje opór? Ba! proszę zauważ, że sama nazwa używana w tej narracji jest oceniająca, negatywna, stygmatyzująca klienta.

"założenie, że ta terapia polega dzisiaj jedynie na ujawnianiu sekretów". - nie,  z pewnością nie "jedynie". Jednak jest nacisk na mówienie, komunikację, paplanie o niczym na kozetce- żeby terapeuta/analityk miał pożywkę dla swojej pracy. Cisza - założenia-morduje "pożądaną zmianę". To nieprawda -poruszenia duszy dzieją się w ciszy. Stoję po stronie Hillmana - szacunek dla siebie oznacza szacunek dla swoich sekretów. I staranny wybór tego, komu się ten sekret powierza. Nie pod wpływem nacisku, czasu ani przekonań terapeuty. Nie z racji zawodu rozmówcy, nie z racji obowiązującej w gabinecie narracji (ty się otwierasz ja się zamykam, ty jesteś głupi a ja mądry) ale z racji naszego, dzielonego człowieczeństwa. I z aktu wolnej woli. 

Tekst nie jest o tym o czym piszesz (nie jest np. skuteczności analizy, zaburzeniach, jodze etc, moja idea jest świetnie ujęta przez Wojtka), ale dziękuję za komentarz.
[foto]

4. @Damroko • autor: Radek Ziemic2016-08-30 09:45:18

Nie zrozum mnie źle. Ja nie polemizuję z główną tezą Twojego tekstu. Nie zdążyłem po poście Wojtka napisać, że zdrowie psychiczne/duchowe jest, moim zdaniem, związane z umiejętnością/darem afirmowania tajemnicy, także w sobie. Z byciem tajemnicą, która jest częścią, jak sądzę, większej tajemnicy (a więc z niewyjaśnianiem, z niedążeniem do prawdy, chyba że za prawdę uznamy właśnie, przepraszam za powtórzenia, tajemnicę), i ze związkiem tych dwóch tajemnic). 

Dostrzegam dopiero w tej chwili, że sekret to coś zupełnie innego, i myślę, że można wyznawać sekrety (na przykład na spowiedzi lub terapii), adorując przy tym tajemnicę, także własną. Ale, in medias res. Nie polemizuję z główną tezą Twojego tekstu, co podkreśliłem. A jedynie z Twoim niesprawiedliwym potraktowaniem terapii analitycznej. Trzeba o bardzo wielu rzeczach zapomnieć, przemilczeć je, by przedstawić to w ten sposób. M.in. w taki, jakby terapia analityczna (a także spowiedź) pozbawiona była wymiaru etycznego (jakby nie zwracała uwagi na człowieczeństwo), a szacunek dla niego polegał jedynie na wyznawaniu/bądź niewyznawaniu sekretów. Na terapię, nie tylko analityczną, idą osoby, których granice często a i w brutalny sposób przekraczano, dlatego mówienie o zachowywaniu w terapii sekretu nawet nieco mnie dziwi. Na terapię idą nierzadko osoby, które sekretu zachować nie potrafią, albo całe są sekretem, bo nie mają umiejętności choćby częściowego otwierania się, na przykład z powodu lęku. Dlatego użyłem nazwy CHORÓB, niekiedy bardzo ciężkich (to jeden z kontekstów przez Ciebie pominiętych) i to nie jest kwestia słów, ale właśnie zjawiska. Forma jest treścią, dlatego użyłem określenia "banalizujące". I pisałem też, że dużo zależy od doboru terapeuty (bo terapeuta Hillmanowski to też terapeuta, a nie przyjaciel czy jakoś tak,i też będzie brał pieniądze itd.), od jego osoby. Pomijam oczywiście kwestie historyczne, fakt, że Hillman to "wnuk" Freuda itd.

A co do tego - w czym rzeczy się dzieją. Czasem w milczeniu, czasem w mowie. To też nie jest takie proste i nie ma powodu przyjmować totalizujących stanowisk. Terapia analityczna może jednak uczyć milczenia z samym sobą. Opowiadano mi o przypadkach, gdy spotkanie terapeutyczne było w przeważającej mierze milczące. Problem zdrowia nie dotyczy słów, ale komunikacji pozawerbalnej, w tym z samym sobą.

Powtórzę: Hillman jest ok.

5. @Radek Ziemic • autor: Nierozpoznany#93472016-08-30 10:47:25

A ja znowu nie ukazuję w artykule swojego stosunku do tego co Ty nazywasz "terapią analityczną" a ja analizą, więc i nie ma opozycji między nami. W artykule odnoszę się do postu klientki- tam nie ma słowa o analizie a o terapii, w której klientka wierzy, że jak nie powie o sobie "wszystkiego" to nie będzie zbawiona.

Mam do analizy stosunek ambiwalentny- z jednej strony szanuję za brak presji czasu-bo w analizie można być do końca dni swoich i ona nie ma medycznego celu, z drugiej- jest to jednak mocny układ władzy. Byłam i w analizie i na terapii. Terapia jest pozbawiona - moim zdaniem - wymiaru człowieczeństwa. Nie jest to żadne spotkanie ludzi (bo ludzkie spotkania są wymianą a nie zmuszaniem do otwarcia się przez jedna stronę) ani leczenie - bo mówimy o zaburzeniach funkcjonowania (lub wręcz o rozwoju) a nie o chorobach jak sugerujesz (schizofrenia , autyzm, depresja endogenna), w których psychoterapia nie pomaga etc. To że ktoś chodzi na terapię mi nie przeszkadza, ale poddaję krytyce panującą "narrację terapeutyczną" jako płytką, tanią i nieprawdziwą, będącą odbiciem dzisiejszych wartości (ref: skuteczność, "oświecanie", medykalizacja zjawisk życiowych), głęboko służącą obecnym stosunkom gospodarczo-społecznym i kanalizującą ludzki bunt . Ale to temat rzeka, generalizacji nie da się tu uniknąć, może na inną okazję.
[foto]

6. @Damroko • autor: Radek Ziemic2016-08-30 11:21:15

Właśnie że ukazujesz, wybacz słowo, stosunek. Tylko z tym polemizuję. Z uproszczeniem i wartościowaniem. Ja analizę i terapię też trochę znam. A zaburzenia nerwicowe, leczone najczęściej w terapiach (choć nie tylko) są w spisach chorób (np. nerwica natręctw).

I jeszcze - upieram się: na terapię nie idzie się po to, by spotkać się z terapeutą, ale ze sobą, aby po przejściu przez labirynt ego spotkać swojego Minotaura i nie zabijać go wzorem spryciarza Tezeusza, ale... przytulić go, zdumieć się nim (A więc Ty to ja? A więc ja to Ktoś Inny?), zaprzyjaźnić się z nim (czyli ze sobą). I najlepiej się z terapeutą nie zapoznawać za blisko, traktować go jakby był i nie było go jednocześnie. (Relacje terapeutyczne z bliskimi są dla nich bardzo obciążające.) Nie spotykamy się z zawodem, ale z jego wykonawcą (to też jedno z Twoich retorycznych uproszczeń), który może ten zawód wykonywać mniej lub bardziej uczciwie, będąc przy tym niedoskonałym człowiekiem. (I dlatego powinien być też ubezpieczony od różnych wypadków).

A ryzyko władzy jest w każdej  relacji międzyludzkiej. To, co mi się nie podoba, to to, że Hillmana idealizujesz (poza konkretnym, praktycznym kontekstem terapii, ludzkim, sytuacyjnym, finansowym) a po analizie  i po spowiedzi jedziesz jak sierżant po kapralu, że pozwolę sobie na odrobinę przesady (acz świadomie). 

Osobna sprawa - co i jak powinniśmy leczyć, z czym udawać się do terapeuty, księdza itd.

Hillman jest ok. :-)))

7. @Radek Ziemic • autor: Nierozpoznany#93472016-08-30 11:57:39

Poruszasz wiele kwestii, prawie na doktorat :), na szybko i po łebkach:

to że coś jest w spisie chorób nie oznacza że jest chorobą. To znak naszych czasów- medykalizacja. W spisie chorób jest też depresja (żałoba). To nie jest choroba, ale chętnie znajdą się lekarze, którzy będą ją leczyć;
ze sobą spotykasz się codziennie. Pracę jaką wykonujesz w gabinecie tak naprawdę robisz sam;
tak, spotykamy się z wykonawcą, człowiekiem, który nie może sobie pozwolić na bycie sobą i człowieczeństwo bo krępują go zasady (neutralność, DSM, "empatia", "nie-ocenianie" , "nie-doradzanie" - zasady zresztą nie do utrzymania etc)
ryzyko władzy w każdej relacji. Tak, ale w relacji terapeutycznej jest ono wpisane w proces i istnieje ogromne ryzyko uzależnienia i wzięcia wartości terapeuty jako swoich. Więc patrz pkt wyżej- na ile jest to spotkanie ze sobą a na ile przybranie wartości kogoś innego (autorytetu od życia) jako swoich. To nie jest do końca "wolna relacja", równorzędna.
zgadzam się, że terapeuta powinien być ubezpieczony (a klient prawo do sprawiedliwości  przy błędach terapeutycznych- czego nie ma)

A czy H. idealizuję? nie do końca, ale bardzo cenię za "nieposłuszeństwo" narracji terapeutycznej, jego tekst o sekrecie wydał mi się "mój", stąd artykuł. Taki etap rozwojowy, wybacz :). Ale ja rozumiem, że jeśli ktoś krytykuje coś dla kogoś cennego, to budzi to sprzeciw.

[foto]

8. @Damroka • autor: Radek Ziemic2016-08-30 13:06:26

"Ale ja rozumiem, że jeśli ktoś krytykuje coś dla kogoś cennego, to budzi to sprzeciw. " No właśnie, ta retoryka. Nie wiem, czy krytykujesz coś dla mnie cennego. I tak, i nie. Freudowską i po-Freudowską terapię krytykowano wielokrotnie i ja nie mam nic przeciwko (pisałem o tym). Po prostu uważam, że Twoja krytyka była upraszczająca, czemu dałem wyraz. Ja może też jestem na etapie życia gdy bardziej cenię zachowanie sekretów itd., czy inne niż psychoanaliza metody zdrowienia duchowego, ja o tym nie mówię. 

9. @Damroko • autor: Nierozpoznany#66612016-09-07 22:08:40

Ja zwrócę uwagę przede wszystkim na błąd rzeczowy, który leży u podstawy Twojego tekstu.
Oparłaś go na cytacie z wypowiedzi klientki terapeuty poznawczo-bahawioralnego i niefortunnej odpowiedzi "specjalisty", który - na moje oko - jest psychodynamiczny, i to ze starej szkoły. W dodatku cały Twój tekst odnosi się do terapii ze szkoły psychoanalitycznej (używasz określenia: analiza).
Tymczasem są cztery główne nurty/szkoły terapeutyczne: (1) psychoanaliza i wywodząca się z niej terapia psychodynamiczna, (2) poznawczo-behawioralna (aktualnie formuje się III nurt, bardzo zhumanizowany, ale modalności jest więcej), (3) humanistyczna (m.inn. terapia rogeriańska, gestalt, pop,  ACT - terapia akceptacji i zaangażowania) oraz (4) terapia transpersonalna (właśnie rodząca się szkoła). 

Nie mam pojęcia, na jakiej terapii poznawczo-behawioralnej jest ta klientka, ale w tej szkole relacja jest drugorzędna. Liczy się bodziec-reakcja, czyli warunkowanie, a na pewno nie analiza. Każda z tych szkół bazuje na innych założeniach i porównanie analityka z np. terapeutą rogeriańskim jest wręcz niemożliwe, bo to sprzeczne podejścia. Warto poznać dokładnie temat i nie generalizować, wrzucając wszystko i wszystkich do jednego worka.

10. @Aneta Boryczko • autor: Nierozpoznany#93472016-09-08 09:07:46

bardzo dziękuję za wyjaśnienie- może komuś szukającego swojego nurtu się przyda, bo dla mnie są to rzeczy oczywiste i nie są źródłem błędu. Cytat to jedynie przykład, zajawka.

Tekst odnosi się do narracji psychoterapeutycznej bazującej m.in. na idei spowiedzi a robiącej założenie: musisz mówić żeby zostać zbawionym, musisz wyznać (oczyścić się, oświecić wszystko) by dokonać zmiany w swoim umyśle, duszy. Cisza zabija terapię. Moja tezą jest to, że nie -wyznawanie jest normalną reakcją gdy nie ma relacji między-ludzkiej (a relacja terapeutyczna nie jest normalną ludzką relacją). Każdy ma prawo do swojej ciszy. Rozwój dokonuje się także w wewnętrznej ciszy. Zmuszanie klienta do mówienia jest rodzajem gwałtu na jego intymności i godności.
Zgodnie zresztą ze współczesnym trendem zaniku intymności (wszystko jest na sprzedaż).

Cóż, to jest tak z Twoim komentarzem, jakby ktoś pokazywał Księżyc a Ty zobaczyłaś palec.

Btw: mądrzy terapeuci czerpią z różnych źródeł, mieszają "chwyty" i nie trzymają się podręcznika. A to co  piszesz- to jedynie rodzaj oświetlenia, kanwa, wg której układają sobie to co mówi klient.

11. @Damroko • autor: Nierozpoznany#66612016-09-08 21:40:57

Komunikat: "Cóż, to jest tak z Twoim komentarzem, jakby ktoś pokazywał Księżyc a Ty zobaczyłaś palec.", właściwie zamyka jakąkolwiek dyskusję. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę kontekst, z którego pochodzi. 
[foto]

12. @Damroka • autor: Radek Ziemic2016-09-08 22:33:22

Ani terapia, ani spowiedź do niczego nie przymuszają. Na terapii, nawet w trybie psychodynamicznym, możliwe jest milczenie. Czasem długie. Ale to już nie pasuje do oczywistej oczywistości. Wygodniej jest sobie terapię i spowiedź retorycznie ustawić. Uprościć. Zbanalizować. Żeby "dowieść" swojej tezy.  Jest w tym, moim zdaniem, pewien rodzaj "totalizmu", który zarzuca się terapii i spowiedzi.

13. Radku, • autor: Nierozpoznany#93472016-09-09 08:34:57

Teraz to to Ty coś upraszczasz. Oczywiście, że możliwe jest milczenie. Jednak niepożądane. Wg terapeutów- ma to swoje konsekwencje (finansowe, "nieprzepracowanie", niemożliwość osiągnięcie celu ("szczęścia"), nieuczciwość w "relacji"). Tak jak źle odbyta spowiedź ma mieć - w narracji chrześcijańskiej- swoje konsekwencje (grzech ciężki, niedostępność zbawienia). Psychoterapia ma być leczeniem "przez mówienie". 
A że narracja psychoterapeutyczna jest prosta, żeby nie powiedzieć - prostacka- to już nie moja wina.

14. @Aneta Boryczko • autor: Nierozpoznany#93472016-09-09 08:40:54

Zgadzam się całkowicie. Nie ma sensu przy analizie przysłowia "zły to ptak, co własne gniazdo kala" zastanawiać się czy chodzi o sójkę, dzierzbę gąsiorka czy może o rybołowa zwyczajnego.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)