Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

28 października 2004

Wojciech Jóźwiak

Termy, czyli tybetańskie księgi ukryte w ziemi i w podświadomości
Minimum tego, co o tym warto wiedzieć

Kategoria: Szamanizm

Założyciel tybetańskiego buddyzmu, Padmasambhawa, zwany też Guru Rimpocze ("drogocenny mistrz"), przewidział, że przyjdą czasy, kiedy buddyjskie nauki osłabną, tak jakby zużyły się od ciągłego powtarzania, i wówczas ludzie potrzebować będą nowych religijnych inspiracji. Aby wyjść naprzeciw potrzebom przyszłych pokoleń, poukrywał święte księgi. A jednocześnie zadbał o to, aby wśród najbardziej zaufanych jego uczniów nie zaginęła wiedza o tym, że księgi te istnieją i czekają, a także wiedza o tym, jak je odnaleźć.

Owe ukryte i odnajdywane księgi nazywają się po tybetańsku terma, co znaczy "skarb", zaś ludzie, którzy znają sztukę ich odnajdywania, zwą się terton, czyli "znalazca skarbów". Tertoni należą do tak zwanej "starej szkoły" tybetańskiego buddyzmu, czyli Ningma. Jest to pierwsza ze szkół buddyjskich Tybetu - linia przekazu, która założył sam Padmasambhawa. Ningma różni się od innych szkół tym, że w najmniejszym stopniu związana jest z klasztorami. Należący do niej mistrzowie-lamowie często żyli w rozproszeniu, pośród zwykłych mieszkańców wsi i miasteczek, żenili się, wychowywali potomstwo - i łączyli praktyki buddyjskie, często zaawansowane i wyrafinowane, z życiem zwykłych na pozór gospodarzy. Inne odłamy buddyzmu, w tym Gelug, którego zwierzchnikiem jest Dalajlama, główny nacisk kładły jednak na życie i praktyki klasztorne.

Guru Padmasambhawa jest postacią, w której istnienie trudno jest uwierzyć ludziom Zachodu, a zwłaszcza zachodnim naukowcom - także tym, którzy studiują dzieje i kulturę Tybetu. Jego imię znaczy: "z lotosu samo-zrodzony" - i Tybetańczycy wierzą do dziś, że faktycznie nie urodziła go żadna ludzka matka, lecz pojawił się spontanicznie, bo sam tego chciał, w "gotowym" ciele wyłaniając się z lotosowego kwiatu. Opowiadano o nim, że nie miał poprzednich wcieleń, że nie umarł, tylko przeniósł się do innej sfery wszechświata, jak również, że żył niezmiernie długo, bo kiedy przybył do Tybetu, miał już ponad tysiąc lat, a wciąż miał wygląd mężczyzny w kwiecie wieku; za młodu zaś osobiście znał Buddę - tego pierwszego Buddę, Śakjamuniego Gautamę. Można o tym wątpić, ale Tybetańczycy wierzą...

Termy - odnalezione ukryte księgi - mają wielkie znaczenie dla religii, kultury i literatury Tybetu. Warto pamiętać, że termą, cudownie odnalezioną w XIV wieku, jest Tybetańska Księga Umarłych, czyli słynny zbiór pouczeń dla "świeżo" zmarłych, a raczej dla ich dusz błądzących po bardo, czyli krainie dokąd trafia się pomiędzy jednym wcieleniem a drugim. Termą jest także praktyka pho-ba (czytaj: "poła") - umiejętność świadomego umierania i przenoszenia wraz z ostatnim tchnieniem swojej świadomości do raju - do "czystej krainy", którą opiekuje się Budda Amitabha.

Treść term jest wyłącznie religijna-buddyjska. Większość z nich zawiera opisy praktyk do bóstw, tak zwanych idamów, przywoływanych i ukazujących się w medytacji. Praktyki te wychodziły ze szkoły Ningma dalej: były zapożyczane i kultywowane przez lamów z pozostałych odłamów tybetańskiego buddyzmu: ze szkół Kagyu (zwanej także Kamtzang), Sakja i najbardziej wpływowego Gelug. Wydaje się, że to, co najbardziej charakterystyczne dla tybetańskiego buddyzmu: wizualizacje, mantry, barwne postaci bóstw czyniących rytualne gesty - wszystko to wywodzi się z term. Wśród odnajdywanych skarbów bywały też ryciny, figurki i inne kultowe akcesoria.

W jakich miejscach znajdywano ukryte termy? - W ziemi, w jaskiniach, wewnątrz starych murów, na dnie jezior. To by jeszcze nie było takie dziwne... Znajdywano je także w posągach buddów - tak jakby ktoś dawno temu zatopił je w kamiennych blokach, z których wyrzeźbiono owe posagi. Wydobywano je z litej skały, która potem zarastała na nowo. W Tybecie do dziś pokazuje się miejsca, gdzie kiedyś odpadł kawałek skały, ukazując ukryte dotąd drzwiczki, za którymi leżały zapisane zwoje pergaminu. Kiedy termę wydobyto i odczytano, skała w tym miejscu zabliźniła się, pozostawiając tylko kwadratowy ślad na pamiątkę, że tam kiedyś były drzwi do "innego świata". Taki ślad nazywano tergo - "drzwi do skarbu.

Pewne góry i skalne urwiska słynęły i słyną jako prawdziwe kopalnie term! Takim miejscem jest góra Drogri, poświęcona Mahakali, oświeconemu strażnikowi dharmy, którego rysuje się podobnego trochę do yeti lub goryla, czarnego i z groźnymi zębami. Ze skały w tym miejscu terton Czungpa Tokden wydobył w XII wieku kompletną modlitwę do Mahakali, którą śpiewa się do dziś. Ostatnie znalezisko na tej górze, o którym wiadomo, miało miejsce w 1945 roku. Choć może któryś z tertonów działał tam i później - takie rzeczy lepiej trzymać w tajemnicy przed chińskimi władzami...

Funkcja i umiejętność tertonów często była dziedziczna w pewnych rodach. Wierzono też, że utalentowani znalazcy skarbów są - podobnie jak oświeceni lamowie - wcieleniami swoich sławnych poprzedników z przeszłości. Co więcej, wśród pism odnajdywanych jako termy, były całe listy, wykazy przyszłych tertonów, wraz ze wskazówkami, jak rozpoznać ich, kiedy będą jeszcze dziećmi, oraz które księgi przyjdzie im odnaleźć. Tak iż niejeden z tertonów od najmłodszych lat wiedział, jaką księgę "pisane jest" mu (dosłownie!) odnaleźć i nie spoczął, dopóki jej nie wydobył, choćby (dosłownie!) spod ziemi.

Tertoni oczywiście nie przechwalali się swoimi mocami ani swoim powołaniem. Tajniki ich "zawodu" należały do najściślej chronionych świętych tajemnic. Tertonowie wiedli żywot niemal tak skryty, jak ukryte księgi, których przez całe życie szukali.

Znalezienie termy było procesem, który pod wieloma względami przypominał "wielkie dzieło", czyli wytworzenie cudownego kamienia filozoficznego przez europejskich alchemików. Czyn ten poprzedzały nieraz lata medytacji i rytualnych przygotowań. Jak wiele innych tajemnych działań tantrycznego buddyzmu, znajdywanie term łączyło się z pracą nad energiami płci. Niewiele wiadomo o tej stronie "rzemiosła" tertonów - jest jednak faktem, że z reguły byli żonaci, a ich partnerkom przypisana była specjalna rola w rozbudzeniu mistycznych sił ich mężów. Były też kobiety działające jako aktywni tertoni. Udział kobiet jako inspiratorek dla magów był zresztą tradycją pochodzącą jeszcze od samego Padmasambhawy, który swych cudów dokonywał wraz ze swoją mistyczną partnerką Jeszie Tsogjal.

Było jeszcze jedno miejsce, gdzie Guru Padmasambhawa ukrył i zabezpieczył święte księgi dla przyszłych pokoleń. Ukrył je... w głębokich warstwach umysłu, w podświadomości swoich uczniów! Uczniowie ci umarli, ale odradzali się jako następne wcielenia. I w którymś pokoleniu zostawali tertonami, którzy święte teksty nosili dosłownie ze sobą, w swoim własnym umyśle. Sztuka polegała teraz na tym, jak je z umysłu "wyczarować". Do tego służyły termy "pośrednie". Mianowicie wtedy terton szukał - w ziemi, w skale, w jaskini - nie samej księgi, lecz wskazówek, jak tę księgę wydostać z własnego umysłu; jak sprawić, aby mu się ona, po upływie często wielu żywotów-wcieleń, na powrót przypomniała?

Taka "pośrednia" terma zwykle zawierała niewiele: często jakieś bezsensowne na pozór słowa lub dziwaczne, nieczytelne znaki. Niektóre z tym term były kawałkami pergaminu z inskrypcjami w nieznanych językach. Jednak dla tertona niosły one wielki sens: mianowicie zapalały w jego umyśle pamięć o księgach i naukach Padmasambhawy. Na widok tych niby bezsensownych znaków zaczynał dyktować księgę albo śpiewać pieśń, tak jakby doskonale znał ją na pamięć. Bywało też, że po zapisaniu tego tekstu, terton go natychmiast zapominał.

Bywało też, że w znalezionej w jaskini księdze, po jej przepisaniu w normalnym tybetańskim alfabecie, bladły znaki i oryginalne pismo znikało na zawsze. Niektóre księgi tertoni dostawali od bóstw wodnych - nagów, i od powietrznych boginek - dakiń. Bywało, że terton przypominał sobie księgę lub pieśń, kiedy kawałka starego pisma nie przeczytał, lecz go zjadł... Termy też znikały w jednych miejscach i pojawiały się w odległych miejscowościach. Albo odnajdywano je tam, gdzie, zdawałoby się, od lat powinny być widoczne, a jednak nikt ich nie zauważał. Zwykli ludzie bali się term - wierzono, że jeśli cudowne znalezisko dostanie się w niepowołane ręce, do niewtajemniczonego, przyjdzie za nim śmierć i nieszczęście. Chroniły je potężne zaklęcia. Jest nadzieja, że w tybetańskiej ziemi bezpiecznie doczekają, kiedy ich kraj znów będzie wolny...

Wojciech Jóźwiak

Napisane dla miesięcznika "Wróżka", 28 października 2004.

Literatura:

John Powers. Wprowadzenie do buddyzmu tybetańskiego. Wyd. "A", Kraków 1999.
Tulku Thondup Rinpocze. Ukryte nauki Tybetu. Wyd. Mandala, Warszawa 1998
David Snellgrove. Tybet, zarys historii kultury. Wyd. PWN, Warszawa 1978
Ireneusz Kania (przełożył). Tybetańska Księga Umarłych. Wyd. Oficyna Literacka, Kraków 1991.
Joanna Tokarska-Bakir. Wyzwolenie przez zmysły, tybetańskie koncepcje soteriologiczne. Wyd. Leopoldinum, Wrocław 1997


komentarze

1. Terma dotarła do Polski • autor: Nierozpoznany#23782010-11-11 19:57:43

Warto wspomnieć o termie Chime Rigdzina Rinpocze: Modlitwa ofiarowania lampek. Jest to praktyka zapalania 100tys lampek oliwnych z recytacją mantr i włąśnie modlitwą z Termy. Warto o tym wspomnieć gdyż praktyka ta co roku odbywa się w Polsce, w Darnkowie k\ Kudowy Zdroju, gdzie śp.Rinpocze ma swój ośrodek.,,Modlitwa ofiarowania lampek '' to piękny tekst. Oto fragment: ,, Naczynie wszechprzenikającego Dharmadatu obraca się, kołysząc olej ostatecznej bodhiczitty. Wetknięto w nie knot zatopienia się w medytacji wolnej od dualistycznego myślenia. Pali się płomień samoistnego ognia świadomośći. Myśli, splamienia głupoty wyzwalają się same w sobie. Nie odrzucane, rozpuszczają się w naturze pierwotnego stanu."

re-komentarz Autora:

Dawno dotarła. Od wczesnych lat 1980-tych Ole Nydahl, a w ślad za nim inni lamowie linii Kagyu i Kamzang prowadzili/prowadzą "termalną" praktykę Phowa, czyli medytację przeprowadzającą przez śmierć.

   Wojciech Jóźwiak --- autor
[foto]

2. Trans i znajdowanie starożytnych skarbów • autor: Michał Mazur2012-12-21 07:41:57

Jak swoje doświadczenia ze znalezieniem "w sobie" i odczytaniem Księgi opisywała mazatecka szamanka Maria Sabina (J. Halifax, Shamanic Voices [w:] A. Szyjewski, Szamanizm, s.27):

"Możesz też widzieć naszą przeszłość i naszą przyszłość, razem jak rzecz,którą można osiągnąć, która właśnie się zdarzyła. [...] widziałam też inne śmierci i innych zabójców i ludzi, którzy zginęli - nikt nie wi e, gdzie są - ja jedna mogłam ich widzieć. Widziałam skradzione konie i starożytne ukryte miasta, których nikt już nie zna, i wiem, ze będą
ujawnione światu. Milion rzeczy widziałam".

Ciekawe

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)