Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

01 listopada 2006

Wojciech Jóźwiak

Titanic New-Age zatonął
Co nam zostało z Wodnikowej Ery? Tekst napisany dla miesięcznika [fo:pa]

Kategoria: New Age
Tematy/tagi: historianeoetnologiaNew Age

Tekst napisany dla miesięcznika "[fo:pa]" i tam zamieszczony pod tytułem:
Co nam zostało z Wodnikowej Ery?


Nieśmiało w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, szerzej w latach osiemdziesiątych i później, wlewały się do nas... "Nas": waham się zawsze, jak określić ten egregor.. A więc do Polski lub do kręgu ludzi myślących po polsku... Wlewały się prądy wychodzące z zachodniego, anglojęzycznego w swym głównym ciele, ruchu Nowej Ery (New Age, Age of Aquarius). Przez lata byłem gorliwym kibicem tego nurtu i równie pilnie obserwowałem jego słabnięcie i rozpadanie się, jawne od pewnego czasu. Od lat oczywisty jest odwrót tej fali - jeśli pozostać przy akwatycznych skojarzeniach. "Niu-ejdż" zaczynała jako osobliwość: to czym się pod jej marką interesowano, przedstawiało się zrazu jako ciekawostka pozostająca poza ustalonym obrazem światem. Nieprzypadkiem wydawca najważniejszego pisma z tego kręgu nadał mu tytuł "Nieznany Świat" - chociaż ta "nieznaność" szybko zmieniła się w stereotypowy zestaw kilku żelaznych tematów-sensacji. Rodzącą macicą dla niu-ejdżu był wcześniejszy od niej [*] o parę lat ruch kontrkultury hipisowskiej, a w istocie ta okoliczność, że przed około czterdziestu laty spora liczba ludzi w USA i gdzie indziej na Zachodzie wzięła LSD i doświadczyła czegoś, czego nie dawało się ani wytłumaczyć ani nawet sensownie nazwać w zastanym układzie pojęć. Enteogenne wizje pozostawiają po sobie imperatyw, silniejszy u jednych, słabszy u innych, przemożny u nielicznych, żeby coś z tym zrobić: żeby to, czego się doświadczyło, choćby zrazu i w swojej istocie nieprzekazywalne, przekazać jednak światu. Choć większość halucynogenów jest aspołeczna, tzn. stan umysłu, w który wprawiają, skłania raczej do szukania samotności niż widowni, to jednak wrodzona społeczność człowieka i tu w końcu przeważa. Chyba szczególnymi amerykańskimi uwarunkowaniami kulturowymi należałoby tłumaczyć to, że zrodzony z narkotyków ruch mentalnej ekscytacji przybrał wcale niekonieczną dlań postać rewolucyjno-millenaryjną, jawnie zapisaną w jego nazwie. New Age, "nowa era" - w tej nazwie zawiera się przesłanka, że epoki się zmieniają, że pewien mijający odcinek czasu można uznać za "stary" i skazany na zanik, inny zaś za "nowy" i obiecujący... Co obiecujący? Skoro zmiana jest aż tak zasadnicza, że dotyczy całego strumienia czasu (znów te wodne metafory...), więc nie może obiecywać nic mniejszego niż zbawienie. I faktycznie, niu-ejdż, choć nie obiecywała jednego rodzaju zbawienia, składała się z mnóstwa nurtów, grup i kręgów, każdy pod swojąa osobną flagą zbawienia, zwykle bardzo podobną do innych. Pierwszym przejawem zaczynającej się nowej ery było zjechanie się do Ameryki sporego tłumku duchowych przewodników i częściej łże-przewodników, głównie z Azji, ale i z innych stron, a także wyłonienie się miejscowych. Trungpa, Rajneesh, Prabhupada, Nydahl, Castaneda, Leary, Ichazo - że wymienię ich bez składu, nie próbując uporządkować według jakiegoś klucza. Zyskali wtedy sławę Monroe (który latał w ciele astralnym), Moody (który zbadał pośmiertne przechodzenie dusz przez tunel), Sheldrake (który odkrył u materii zdolność do uczenia się) i Capra, który widział już jak nowa era wypączkowuje nową fizykę i nową politykę. (Dziś zdumiewa naiwność jego wizji.) Na rozległych poboczach tego ruchu działali Mindell w psychoterapii i Grotowski w teatrze i para-teatrze. Ale, jak się rzekło, nie mam zamiaru wymieniać wszystkich ani porządkować, kto był ważniejszy. Raczej chciałbym zwrócić uwagę na typowy u koryfeuszy tego ruchu akcent zbawicielski: obiecywali duchową przemianę, za którą miały pójść nadzwyczajne właściwości, dostępne tym, którzy przemiany tej dostąpią. Niektórzy z wymienionych, choć sami przemiany nie uczyli, to jednak relacjonowali ją prowadzoną przez innych i pokazywali świat czekający pod jej drugiej stronie - taka jest tu pozycja Moody'ego, Sheldrake'a czy Capry. Zauważono też, że to, co głosi się i czego oczekuje się w ramach niu-ejdżu, przypomina instytucję od dawna udokumentowaną przez etnologów u ludów prymitywnym, mianowicie inicjację. Wręcz można niu-ejdż uważać za ruch na rzecz powszechnej inicjacji dla ludzi Zachodu! To też w jakimś stopniu tłumaczy niesłychaną nigdzie wcześniej estymę, jaką niu-ejdż otaczał ludy i kultury pierwotne, w połączeniu z krytyką cywilizacji technicznej widząc w nich wręcz wyższą od Białych odmianę człowieka: Don Juan Matus, nadczłowiek Castanedy, był wszak Indianinem.

[* Przypis autora: Z rozmysłem spolszczam pisownię, i to właśnie tak: niu-ejdż, zamiast New Age. To słowo jest u mnie odmieniane po polsku, a jego rodzaj jest żeński jeśli w danym miejscu stoi w zastępstwie terminu "nowa era", lub męski, jesli zastępuje termin "ruch nowej ery".Wróć...]

Nie samemu niu-ejdżowi jednak przeznaczam ten szkic, tylko remanentom po nim. Mniej interesuje tu mnie, co wtedy się działo, więcej zaś: co nam zostało z tamtych lat? Łatwo zauważyć, że po większości dziedzin, które obiecywał przemienić, niu-ejdż spłynął jak po gęsi woda. (Znów ta woda.) Niezmieniona pozostała - wbrew entuzjazmowi Capry - polityka. Nie dostrzegły niu-ejdżu estebliszmenty religijne: w dzieju katolicyzmu lub islamu nie zaistniał on wcale; czy zauważyli go protestanci, nie wiem, pewnie też nie. Wprawdzie gnany falą niu-ejdżu przybył na Zachód i rozpowszechnił się buddyzm w pstrokatości swych odmian, ale po opadnięciu fali będzie walczył o trwanie tu już bez tych entuzjastów, którzy zasilali ośrodki na trzy, cztery lata, by potem pójść gdzie indziej albo nigdzie. Bez odzewu poszła dalej nauka. Zdumiewająco nikły jest też zapładniający wpływ niu-ejdżu na sztukę z literaturą, zwłaszcza jeśli porównać go z podobnym, bratnim wręcz ruchem duchowej kontestacji, jaki odbył się w czasach fin-de-siecle'u i secesji, epigonów i pobocznych wliczywszy jak Crowley lub (na przeciwnym słońcu) Witkacy.

Największą pozostałością po niu-ejdżu jest potężnie wzmocniona przezeń formacja, którą nazwałem "nowoczesnym miejskim folklorem ezoterycznym". To jest to, co eksponowane jest na ezoterycznych targach i warsztatach. Formacja ta jest systematycznie ignorowana zarówno przez naukę, jak i przez inne poznawcze wysiłki niekoniecznie firmowane przez naukowe instytucje. Wśród literatury dostępnej po polsku do niedawna nie było o tym żadnej (według mojego rozeznania) książki, od niespełna roku jest pierwsza jaskółka, tłumaczony z francuskiego esej Wiktora Stoczkowskiego pt. "Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu", dotyczący zresztą tematu, który i w niu-ejdżu i w ezoterycznym folklorze zajmował pozycję dość poboczną - mianowicie paleoastronautyki, czyli widzenia w dawnych zabytkach dzieł UFO. Tymczasem, jak słusznie zauważa Stoczkowski, paleoastronautyka i cały ezoteryczny folklor jest częścią okultyzmu, który jest trzecim wątkiem czy wręcz filarem mentalnego krajobrazu Zachodu, trzecią nogą jego obok nauki z jej eksperymentem i sceptycyzmem, i religii z jej fundamentami i objawieniem. Okultyzm, inaczej niż niu-ejdż, który okazał się być przemijającą modą i falą (woda, sic!), jest zjawiskiem o znacznej trwałości, uporczywości w historii, o znacznej sile nawracania i niu-ejdż był jego kolejnym nawrotem. Istnieje potrzeba, by nauka - będąca przecież poznawczym narządem ludzkich społecznych całości, innego nie mamy... - zajęła się rozpoznaniem ezoterycznego folkloru, podobnie jak wzięła była na swój warsztat religię lub społeczności prymitywne wraz z ich światopoglądami. Odpowiedni dział etnologii mógłby nazywać się "neoetnologią".

Na przygodę mojego pokolenia z niu-ejdżem można popatrzeć pod jeszcze innym kątem. Ci którzy wyruszali na poszukiwania ku ciemnym granicom przestrzeni własnego umysłu, zwykle nie uważali się za niu-ejdż. Przeciwnie, przeważnie czuli, że i niu-ejdżowi publicyści w rodzaju Capry, i niu-ejdżowi guru'owie w rodzaju Rajneesha, i niu-ejdżowi pseudo-guru'owie, wliczając tu literatów wmawiających czytelnikom, że ich fikcja działa się naprawdę, przykładem Castaneda - przyprawiali im gębę, czyli, by ominąć polski idiom: przekłamywali ich intencje. Z punktu widzenia tych poszukiwaczy, niu-ejdżu mogłoby nie być, albo, więcej: nie było go! Dla ich narracji cały ten zgiełk był niepotrzebnym szumem. Ale zarazem niu-ejdż nie unieważnił naszych poszukiwań; ani nie unieważnił ich dokonany rozpad i untergang tej przemijającej kulturowej mody. Jako jeden z tych poszukiwaczy, chętnie był przedstawił, czego mianowicie szukamy, dokąd zmierzamy - ale widać moment jest bardziej odpowiedni na to, by pokazać, czym nie jesteśmy i z czym, kim nam nie po drodze. Bo upadek niu-ejdżu nastąpił bardzo blisko nas, na tyle blisko, aby się wytłumaczyć, że jednak nie polegliśmy, my i nasze sensy, pod jego osypiną.

napisane 3.X.2006



Aneks - z listu do redaktora fo:pa
Pisząc wciąż zastanawiałem się, czy to ma być Wielki Traktat o New Age na tle Historii Okultyzmu, czy raczej krótki szkic, który Czytelnik by przeczytał podczas jednego kursu autobusem albo czekania pod myjnią. Więc poczyniłem założenie, że Czytelnik jednak wie, co to jest/był/a New Age i że nie muszę wszystkiego systematycznie objaśniać. A teraz to tak sobie myślę, że dla kręgów "wysokiej" kultury New Age była jak dla rezydentów jakaś irytująca nawiedzona sąsiadka z przeciwka, która przychodzi i gada głupoty, czeka się, aż ona sobie pójdzie, ale potem przez cały tydzień mówi się głównie o niej, udając że to nieważne, i dopiero jak się wyprowadzi albo umrze, to się czuje, że jakoś pusto. No więc to mniej więcej tak jest. Kultura wysoka i nauka starały się uporczywie New Age nie dostrzegać, aż czas minął i żal tej niepoprawnej, stukniętej sąsiadki. (WJ)





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)