Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 maja 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Tragedia w klimacie zdumiewającej beztroski
O artykule Z. Kałużyńskiego z 1999 roku

Kategoria: Pytania i granice
Tematy/tagi: historiajasnowidzeniesenwojna

« Niestosowne narzucanie się Sąsiadki przychodziły do domów... »

         W kwietniu 1999 roku przeczytałam artykuł w „Polityce”, który na długie lata skierował moje zainteresowania na ezoterykę. Jego lektura nastąpiła trzy lata po moim wypadku drogowym, który całkowicie zmienił moje życie i przyniósł komplet wcześniej niezadawanych sobie pytań. Wiele razy przeszukiwałam moje zbiory skanów i nigdy nie mogłam natrafić na ten tekst. Opowiadałam o nim kilku osobom, ale cóż, bez dowodów w ręku wszystkie opowieści na nic. A co gorsza, nie zapamiętałam żadnych szczegółów. I nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, artykuł odnalazł się, nie wiadomo czemu towarzysząc pierwszomajowej pocztówce. Co mną kierowało, że tam go umieściłam, nie wiem. Nie pisałam jeszcze wówczas do Taraki, ba nie wiedziałam, że taka strona istnieje. Ale już wiedziałam, że przeczytałam coś bardzo zagadkowego i zastanawiającego. A trafiłam na niego właśnie teraz, gdy temat zaczął z powrotem być niesłychanie aktualny. Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie!?

         Autorem artykułu w numerze „Polityki”nr. 15 z 10 kwietnia 1999 r. jest znany nieżyjący dziennikarz, filmoznawca i popularyzator kultury, dość zresztą kontrowersyjna postać, ale odznaczająca się niesłychaną siłą i intelektualną wnikliwością – Zygmunt Kałużyński.

         Po paru słowach wstępu zaczyna się on od fragmentu tekstu Ernesta Jungera. Oto co pisze urodzony w roku 1895, uczestnik obydwu wojen:

         „Zastanawiam się, dlaczego czułem się zagubiony, osłabiony, moralnie zmiażdżony po I Wojnie, bez porównania bardziej niż po II, mimo że katastrofa była wtedy stokrotnie większa. Otóż dlatego, że owa I ugodziła w nasze najgłębsze pokłady, w sam fundament naszego dotychczasowego świata. Decydowały o tym nie fakty, nie ofiary, nie przesunięcia polityczne, ale nagła zmiana atmosfery, coś podobnego, co następuje w tropikach przy trzęsieniu ziemi. Powietrze staje się wtedy w niewytłumaczony sposób ciężkie, dławiące, gorączkowo niepokojące, jak nie bywa nigdy. Pojawiają się sygnały, znaki, objawy niby przy ciężkiej chronicznej chorobie, raz silniejsze, raz słabsze, to znowu przyczajone, ale nie znikają. Jest to wrażenie zacieśniania się, duszenia, rosnących trudności w oddychaniu, powiększającego się osaczenia. Niepokój, jakby było się przestępcą, albo zwierzęciem zapędzonym w kąt bez wyjścia, kimś niezorientowanym, którego okłamują i pogrążają jacyś nieuchwytni oszuści. Sztuka ówczesna — na granicy obłędu — starała się to pogrążenie wyrazić. Druga Wojna, ze Stalingradem i Oświęcimiem, o ile przecież straszniejsza! - była, w porównaniu do tamtego stanu, już tylko oczywistością”.

         Autor zauważa, że wyłonił się zadziwiający kontrast w życiu pokolenia tych, którzy przeżyli obie wojny i których bliscy czy znajomi zginęli śmiercią gwałtowną lub zaginęli w zawierusze — między tamtymi czasami a dzisiejszą eksplozją wynalazków, produkcji, nadmiarem, dobrobytem i całkowicie odmienionym stylem życia — z którego to powodu kontrast współczesności jawi się jak z najodleglejszym średniowieczem. Z. Kałużyński pisze:

         „Atmosferę początku XX wieku cechuje przekonanie, że wojna będzie ciągnęła się zawsze, oraz stosunek do własnej śmierci jako do ewentualnej stałej możliwości. Najwybitniejszy zapewne współczesny badacz archetypów psychoanalitycznych C. G. Jung opisuje, w 1926 r., swój sen. Śniło mu się, że na wózku zaprzężonym w konia uchodzi pospiesznie z linii frontu, przy tym dookoła wybuchają pociski. Jego interpretacja: „Sen wykazywał, że w mojej podświadomości wojna się nie skończyła: w mojej psyche będzie trwała zawsze, bo też istotnie nie ustępuje ona w wewnętrznym przekonaniu zarówno moim, jak nas wszystkich”.

         Autor artykułu pisze, że ocena własnej szansy przetrwania wydaje się zawieszona. „Następuje obniżenie wartości życia. Sądzi się, że umrzeć, zginąć, zabić jest łatwo i należy to do biegu rzeczy. Jest to mentalność różna od tej z czasów pokoju, równowagi, normalności, gdy istnienie ludzkie się ceni.” Przytaczając na poparcie tego spostrzeżenia o europejskim stanie ducha słowa Orwella i Paula Mousseta, zastanawia się, czy podobnie było też w Polsce. Sugeruje, że „wizja II Rzplitej, jaka się obecnie ustaliła, jest tworem fantastycznym, uformowanym na rzecz potrzeb polityczno-pedagogicznych”. Potwierdzeniem tego ma być ankieta Polityki, w odpowiedziach na którą z reguły pomijano najważniejszych pisarzy polskiego XX-lecia, reprezentatywnych dla tego okresu, na rzecz pisarzy wieku XIX, a poczucie czasów właśnie najsilniej łączy się z pisarzami. Jego zdaniem wiek XIX dlatego okazał się bardziej żywotny w mentalności Polaków od wieku XX, ponieważ po wieku XX pozostały tylko fakty historyczne, a nie emocje. Jak wyglądał ówczesny stan ducha? Twierdzi, że „był on podobny jak wszędzie: widmo śmierci wojennej unosiło się nad naszymi głowami, ale z dodatkami własnymi: plus poczucie prowizoryczności, plus zdumiewający klimat beztroski. Tak jest. Dokumenty ogłoszone ostatnio sugerują, że Piłsudski już w roku 1935 doszedł do wniosku, że kraju nie da się ocalić”. Stwierdza też, że sfery rządowe doskonale musiały sobie zdawać sprawę z ówczesnej sytuacji Polski, na co przytacza liczne przykłady. Między innymi wypowiedź znanego historyka Szymona Aszkenazego : „Że też ludzie maja ochotę wznosić tak kosztowne budynki w mieście przeznaczonym na zagładę” - powiedział Askenazy. „Kiedy tu z panem siedzę, widzę jak Niemcy z samolotów zrzucają bomby na miasto” , zastanawiając się dlaczego to proroctwo i inne przepowiednie tego rodzaju nie było głoszone publicznie i dlaczego nikt nie próbował publicznie wyrazić przekonania o nieuchronności wojny. Jednocześnie uważa, że nie było mowy o publicznym przygnębieniu: „Ambasador Laroche wspomina, że pomimo nędzy na przedmieściach towarzystwo stołeczne promieniowało beztroską i atmosfera przypominała mu Drugie Cesarstwo Napoleona III, kiedy to Paryż był ośrodkiem zabawy dla Europy, zaś na premierę kolejnej operetki Offenbacha zjeżdżali się królowie, po czym nastąpiła klęska roku 1870 i masakry Komuny Paryskiej. („La Pologne de Piłsudski 1926-35”, 1953). W Warszawie również jest to epoka efektownych premier, kabaretu i złoty wiek fraszkopisarstwa, które uprawiają wszyscy: żarciki pisze zarówno poeta Tuwim, jak generał Wieniawa. Tygodnik satyryczny „Cyrulik Warszawski”, założony pod auspicją rządową i mający przeciwstawić się lewicowym niezależnym „Szpilkom” - nosi charakterystyczne motto z Beaumarchais”go: „Śmiejmy się! Kto wie, czy świat potrwa trzy tygodnie!” co opisał Marek Groński w swojej monografii kabaretu z owych lat.

         Kończy zaś stwierdzeniem „Co do mnie, jeżeli wolno mi tu być świadkiem, to lękać się wojny nie przestałem do tej pory, bo obsesja nabyta z historii nie ustępuje. Które to zresztą doznania moje i podobnych do mnie rozbitków nie mają znaczenia wobec naszych czasów, które trawi coś innego: melancholia pochodząca z niedostatku perspektywy historycznej i z braku wizji przyszłości: jesteśmy zamknięci każdy w sobie, na siebie i na otoczenie, tak jakby wszystko już zostało zakończone. Bowiem wiek XX był, co prawda, koszmarny, absurdalny i w najwyższym stopniu nieludzki, niemniej nie dawał okazji do społecznego spleenu”.

         Na mnie wrażenie zrobił jeden ze śródtytułów:

Nasze czasy trawi melancholia pochodząca z braku wizji przyszłości: jesteśmy zamknięci każdy w sobie, na siebie i na otoczenie, tak jakby wszystko już zostało zakończone. 

        Przed II turą wyborów, czytając prasę i oglądając programy informacyjne w telewizji (nieliczne, bo ileż można wytrzymać błazenad!) zadaję sobie pytanie, możliwe że zasugerowane pewną reklamą: Czy naprawdę sądzimy, że uda nam się wiecznie kręcić na karuzeli i nikt nie powie nam STOP?

         Na własnej skórze zawsze odczuwałam gęstnienie powietrza, gdy miało się wydarzyć coś dla mnie trudnego. Dzień, dwa, wcześniej, czasem stając oko w oko z kimś wcześniej nieznanym. Przez wiele lat swojej młodości uważałam to za swoją chorobliwą wadę i niepokojącą psychiczną odmienność. Moja mama miała astmę i uważałam zawsze, że jest to objaw choroby, przypomnienie, że jeśli nie będę na siebie uważać, nie uspokoję się we własnym wewnętrznym zakresie (ojciec uważał matkę za histeryczkę), spotka mnie coś trudnego do opanowania i przezwyciężenia. Zazwyczaj i tak spotykało, jednak nie chcąc tego dostrzegać, sprowadziłam swoje przeczucia do tajemnych objawów chorobowych, bacząc, aby mnie nikt nie nazwał histeryczką.

         Dopiero na starość zaczynam więcej ufać owemu odczuciu powietrza, które można kroić nożem, a które z nagła zaczyna mnie otaczać, wywołane nie wiadomo czym. Zaczynam też analizować. Już wiem, czym moja mama i moi dziadkowie różnili się od współczesnych. Oni wszyscy przeżyli obie wojny, pierwszą i drugą, rewolucję październikową i odmianę sytuacji na Kresach, a dziadek w okopach pod Ypres bliskie spotkanie z gazem musztardowym. Jako dziecko nie mogłam zrozumieć dlaczego nikt z rodziny nie próbował na przykład nabyć na własność domu czy mieszkania, mój dziadek, inspektor szkolny z babcią, siostra babci, nauczycielka, liczni krewni, przedstawiciele inteligencji nieźle zarabiającej, nigdy nie starali się o żadne przydziały kwaterunkowe, ani nie próbowali kupić jakiegokolwiek lokum. Wynajmowali jakieś pokoje na poddaszach, a gdy im wypowiadano mieszkanie, przenosili się do innego z walizkami i pudłami pełnymi dzieł filozofów, poetów i nieco nieprawomyślnych myślicieli. Moja mama, otrzymawszy przydział kwaterunkowy, beztrosko zasłoniła zasłonkami z taniego kretonu wybite okno przysłonięte deską. Nie uważała za konieczne wstawiania szklanej szyby. Wszystkie sprzęty i gadżety nie były ważne. Wszystko było tymczasowe. Porządek w domu polegał na lśniącym parkiecie i rzeczach upchanych na chybił trafił w szafach, po otwarciu których wszystko wysypywało się. Żadna z rzeczy nie była sensownie poukładana w niewypowiedzianym przekonaniu, że nie warto. Kiedy jednak przytrafiało mi się jako młodej dziewczynie, że powietrze wokół mnie gęstniało – moja mama dokładnie wypytywała o moje sny. Wszystko inne nie było ważne, z wyjątkiem postaci, które się w snach pojawiały.

         Dziś wiem, że ludzie, którzy potracili wszelki dobytek w wojennych zawieruchach nie przywiązywali wagi do rzeczy, za to przywiązywali ją do snów — zwłaszcza tych, w których zmora siada na piersiach, na szyjach bohaterów pojawiają się girlandy białych kwiatów albo naszyjniki z poszarpanych kawałków mięsa. Wiem także, że każdy z mojej rodziny miał senne kody, odmienne od innych, i że czasem coś z tych sennych przywidzeń potwierdzało życie. Ja wiem, że kiedy powietrze wokół mnie gęstnieje, nadchodzi coś złego i że nawet ciesząc się i radując (a na starość mam lepsze życie niż w młodości) tańczę na szczycie wulkanu. Jakże szpetne wydaje się wówczas wszystko, co estetyka naszego wieku niesie z sobą łącznie z barwami i ciałem kształtowanym bardziej chęcią niż możliwością. Po prostu duszą mnie transparentne barwy, nienaturalne zielenie i róże, ich dzikie zestawienia, a czasem też ostre modne perfumy w windzie czy autobusie. Myślę wówczas, że to już przyszedł czas i usiłuję się pogodzić z jego nieuchronną koniecznością — do następnego razu.

F. Frazzetta (1928- 2010) Taniec na wulkanie

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-05-19)



« Niestosowne narzucanie się Sąsiadki przychodziły do domów... »

komentarze

[foto]

1. Ten artykuł zrobił... • autor: Michał Mazur2015-05-21 20:04:25

Ten artykuł zrobił na mnie spore wrażenie, przyznaję. Zaciekawiła mnie zwłaszcza ta informacja o Piłsudskim - który miałby wiedzieć już w 1935 roku, że Polski nie da się uratować. Tym bardziej, że Marszałek był osobą, która miała dostęp do największej liczby danych jednocześnie - nie tylko do tajnych not dyplomatycznych czy raportów wywiadu, ale także np. do tych pochodzących od pewnych gremiów ezoterycznych

2. szkoda • autor: Jerzy Pomianowski2015-05-21 22:24:29

Kiedy byłem jeszcze w technikum, czymś zwyczajnym było spotykanie ludzi dobrze pamiętających  pierwszą wojnę. Nawet nie byli bardzo starzy. Nauczyciel BHP często nam opowiadał o tym jak tam było,  jak sypiał w pociągu wojskowym w skrzyni z amunicją, i tak dalej. Szkoda że słabo ich słuchaliśmy, tyle wiedzy przepadło.

3. szkoda • autor: Jerzy Pomianowski2015-05-21 22:24:41

Kiedy byłem jeszcze w technikum, czymś zwyczajnym było spotykanie ludzi dobrze pamiętających  pierwszą wojnę. Nawet nie byli bardzo starzy. Nauczyciel BHP często nam opowiadał o tym jak tam było,  jak sypiał w pociągu wojskowym w skrzyni z amunicją, i tak dalej. Szkoda że słabo ich słuchaliśmy, tyle wiedzy przepadło.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)