Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 września 2009

Mirosław Miniszewski

Transcendentalna dziwka - rzecz o libertyńskiej wolności
O myśli Markiza de Sade rozmowa z Bogdanem Banasiakiem

Z Bogdanem Banasiakiem rozmawia Mirosław Miniszewski
Rozmowa przeprowadzona jesienią 2008 roku.

Bogdan Banasiak, filozof, doktor habilitowany, wykładowca w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego. Jest uznawany za czołowy polski autorytet w dziedzinie myśli Markiza de Sade'a, dekonstrukcji Derridy oraz nomadologii Deleuze'a. Autor licznych książek i artykułów; jest również muzykiem - gra na gitarze basowej w zespole Randez-Vous.


Mirosław Miniszewski: W artykule Sadyczna encyklopedia - powiedzieć wszystko pisze Pan o dwóch sposobach pisania o seksie i intymności - ars amandi oraz scientia sexualis. Ukazuje Pan, jak ta druga wywodzi się od instytucji spowiedzi, po czym dochodzi współcześnie aż do kozetki psychoanalityka, gdzie tak naprawdę polega to na wyrywaniu z człowieka prawdy - zmuszaniu go do ewidencjonowania i mówienia o faktach, o których normalnie nie mówi się nikomu. Kiedy głębiej nad tym pomyślałem, przyszło mi do głowy, że być może ja, przeprowadzający ten wywiad, jestem kimś, kto wydziera teraz prawdę. Czy można myśleć o współczesnych mediach jako o podszytych perwersją przestrzenią wydzierania prawdy? Czy nie są one dzisiaj właśnie taką encyklopedią perwersji, gdzie ewidencjonuje się na chłodno fakty pełne grozy, zła i okropności?

Bogdan Banasiak: Z jednej strony myślę, że ma pan rację. Media stają się, od dłuższego już zresztą czasu, czymś, jak niekończąca się eskalacja przemocy, zbrodni, mordu; co się da jakoś psychologicznie wytłumaczyć, bo im bardziej zarzuca się tym odbiorcę, tym bardziej stępiają się jego możliwości percepcyjne. Trzeba się więc prześcigać w pokazywaniu zbrodni i przemocy. Z jednej strony tak to właśnie wygląda. Zarazem jednak media w ogromnej mierze próbują promować, kształtować świat. Jednak to, co pokazują zaczyna się coraz bardziej rozjeżdżać realną rzeczywistością. To jest coś zdumiewającego. Można sobie zadać pytanie - czy to, jak media pokazują świat, nie jest wydzieraniem prawdy, ale odwrotnie, zafałszowywaniem świata - tworzeniem pewnej niezbywalnej fikcji. Niezbywalnej w tej mierze w jakiej widz, czytelnik się już do czegoś przyzwyczaił. Jeśli ma w ten sposób alternatywę dla szarości życia, to jest to dla niego bardzo pociągające. Obawiam się więc, że bardziej jednak kreują fikcyjny świat. Jednak czy do końca fikcyjny, to też trzeba się zastanowić, bowiem gdzieś gubi się możliwość odnoszenia jednego świata do drugiego - medialnej fikcji do rzeczywistości. Tu jest pytanie do przedstawicieli mediów: jak sobie z tym radzą, gdy zyskują świadomość tego, że przyczyniają się do czegoś takiego, do tego fałszowania rzeczywistości. To pytanie jest oczywiście retoryczne... lub na poły żartobliwe - "taki stał się świat", po prostu. Czasami jednak warto się zatrzymać na chwilę, aby sobie coś z tego obecnego stanu rzeczy uświadomić. Ale chyba tylko tyle.

MM: Jednak jeśli pociągnąć tę myśl dalej i potraktować mimo wszystko media jako przedłużenie tradycji scientia sexualis i biorąc pod uwagę ten drugi paradygmat, o którym Pan pisze - ars amandi, jako sztukę pisania o rzeczach intymnych, który wykształcił sie na przykład w kulturach Dalekiego Wschodu, to co mogłoby być jego odpowiednikiem i zarazem alternatywą dla tak funkcjonujących mediów?

BB: (Śmiech) Chyba Kamasutra wydawana jako komiks! Na poważnie jednak: nie, nie wyobrażam sobie innej perspektywy. Myślę, że nie ma w ogóle takiej możliwości. Świat zachodni w ogromnej mierze poszedł w stronę - także skutek oddziaływania chrześcijaństwa - pacyfikacji cielesności i seksualności, tych ogromnie istotnych sfer człowieczeństwa. Gdzieś zostały one prawie że wypchnięte w niebyt, co owocuje taką a nie inną formułą funkcjonowania wiedzy. Władzy jako wiedzy - tak jak to Michel Foucault ujmuje. Jest to pewien, nazwijmy to tak, nieuchronny, bo historycznie wykształcony, patent na to, żeby wiedza funkcjonalizowała całe zbiorowości: społeczeństwo, gdzie wiedza służy tylko stymulacji władzy, a władza stymulacji wiedzy. Obie one idą ręka w rękę. Na zachodzie nie ma chyba alternatywy. To jest składowa tego, co Fryderyk Nietzsche nazwał nihilizmem i myślę, że miał rację. Powoli, powoli świat zachodni będzie się staczał w stronę upadku. On już się dobrze tam toczy. Chyba, że - a będzie to oczywiście żart grubymi nićmi szyty - inna nacja, na przykład arabska, spacyfikuje nas wcześniej i - dalej rzecz jasna żartując - uchroni nas przed nami samymi. Świat zachodni nie ma alternatywy. Nie da się zbudować ekstensji do "ars amandi:, bo nigdy tego zachód nie potrafił. Oczywiście, jesteśmy już po rewolucji seksualnej, po rewolucji anty-seksualnej, sfera dozwolenia jest ogromna. Wiele krajów dopuszcza prostytucję, pornografię, miękkie narkotyki, ale to wszystko jest już zmerkantylizowane. Nie ma już żywych mitów, a żeby kultura mogła funkcjonować i rozwijać się, musiały by być żywe mity. Takich nie mamy.

MM: Wyginiemy?

BB: Tak. Chyba że - a jest to jeszcze jedna, osobna perspektywa - uwolniony rozum naukowy uczyni człowieka nieśmiertelnym. Wielu naukowców przebąkuje o tym, że jeszcze pięćdziesiąt, sto lat i będzie to możliwe. Tylko czy wtedy nadal będziemy ludźmi? Nie ryzykowałbym takiej tezy.

MM: Pisze pan dużo o kobiecie jako takiej - w świetle twórczości de Sade'a. Z jednej strony o kobiecie zniewolonej, poddanej patriarchalnej represji, a z drugiej o kobiecie wyzwolonej, świadomie perwersyjnej. Pisze pan wprost o figurze "dziwki transcendentalnej" jako alternatywie dla idealistycznego podmiotu transcendentalnego filozofów. Kobieta taka dąży do przekroczenia granic płci i stania się istotą androgyniczną. Czy można te rozważania przenieść bezpośrednio na obszar społeczeństwa i polityki? Bo jeśli weźmiemy zniewolenie kobiety jako model zniewolenia przez władzę, tj. zamiast pary "kobieta - mężczyzna", para "władza - poddany, obywatel", to istnieje pokusa, aby tak to również rozumieć.

Sadyczny - przymiotnik od nazwiska makiza Donatien Alphonse François de Sade. (Przypis Taraki)
BB: Samej Sadycznej* figury kobiety nie da się tak przenieść, jest to bowiem konstrukcja bardziej antropologiczna niż społeczno-polityczna. Tutaj chodzi o kogoś, kto potrafi przekraczać samego siebie. Tymczasem my, członkowie społeczeństwa, nie potrafimy kształtować samych siebie, co dopiero przekraczać. Wobec czego tylko w stosunku do filozofa można by takiej figury i takiego miana użyć. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie kobiet, to mam wrażenie, że de Sade był ewidentnie prekursorski, jako że on jedyny chciał przyznawać wszelkie prawa kobietom - nawet Rewolucja Francuska tego nie zrobiła. Markiz de Sade był jedynym pisarzem tamtego okresu, który to postulował. Zarazem pokazał taki model, jaki dzisiaj w jakiejś mierze realizowany jest przez kobietę biznesu - businesswoman. Jesteśmy już po wieku sufrażystek. Ja mam często wrażenie, że współczesny feminizm w wersji hard, to właściwie już od dawna wyważa otwarte drzwi. Ostatnio na przykład usłyszałem, że w Polska przoduje jeśli chodzi o ilość businesswomen. To znaczy, że dzisiejsze "sufrażystki" - proszę o wybaczenie, bo mam wśród nich klika dobrych znajomych - próbują raczej tylko odwrócić sytuację. Jeśli bowiem żyjemy w świecie od wieków zdominowanym przez patriarchat, to co? Czy świat amazonek będzie lepszy? A kobiety są ponoć okrutniejsze niż mężczyźni. Oczywiście, trochę sobie dworuję. Myślę po prostu, że ten świat, poza ekstremami, już od dawna jest z grubsza rzeczywistością równouprawnienia i trudno z tym dyskutować - przynajmniej mi się tak wydaje. Naturalnie, są jeszcze takie przestrzenie, w których warto zabiegać nadal o równouprawnienie, ale nie tylko dotyczy to kobiet. Mężczyźni mogą też domagać się swojego.

MM: Czy chodzi o to, że kobieta dzisiaj wchodzi w rolę mężczyzny i to jest tylko odwrócenie ról?

BB: Właśnie tak! To niczego nie zmienia w wymiarze społecznym. Albo jest to zabieganie, po prostu, o równoprawność i nie ma znaczenia czy chodzi o kobietę czy mężczyznę.

MM: Kim według de Sade'a jest libertyn? Wszak sadyzm, czyli realizowaną perwersję zwykliśmy w wymiarze społecznym kojarzyć z najgorszym. Nakręcony przez Piera Paolo Pasoliniego film Salo, czyli 120 dni Sodomy, na podstawie powieści Markiza, był przecież jedną z najbrutalniejszych w historii kina krytyk faszyzmu! Jak zatem rozumieć sadystyczną perwersję jako dążenie do wolności?

BB: Markiza de Sade'a należy sytuować na antypodach faszyzmu z jednego, podstawowego powodu - mamy u niego do czynienia z przemocą wyłącznie w wymiarze jednostkowym. Faszyzm to jest przemoc instytucjonalna. Są to rzeczy radykalnie odmienne. U de Sade'a nie ma żadnej woli gromadzenia się, zbierania się. Jeśli w grę wchodzi instytucja, to mamy wtedy w skali społecznej przemoc, która zawsze jest groźna. Możemy właściwie postawić taką tezę, że jednostkowe, perwersyjne formy przemocy, takie, jak u Markiza, zawsze gdzieś tam funkcjonowały. Zawsze byli ludzie, którzy woleli bardziej ekscesywne formy seksualności, ale jakoś się to uzgadniało i kompatybilizowało między amatorami tych praktyk. Z tego powodu, jak też z powodu tego, co de Sade napisał, nigdy nie było obozów koncentracyjnych, łagrów, krematoriów ani więzień.

MM: Czyli Pasolini błędnie zinterpretował de Sade'a?

BB: Tak. Myślę, że wyświadczył Markizowi niedźwiedzią przysługę. Ubrać indywidualistów w mundury, jak to jest w tym filmie, to jest fundamentalne nieporozumienie!

MM: A o co chodziło Markizowi?

BB: Chciał umożliwić człowiekowi pełną manifestację jego podmiotowości i cielesności. Był ewidentnie tolerancyjny, z nastawieniem głęboko liberalnym. Był pierwszym francuskim pisarzem, który wprost protestował przeciwko karze śmierci - i to w czasach, kiedy gilotyna nieźle pracowała. Z tego też powodu prawdopodobnie wylądował w więzieniu. Respektowanie przez niego odmienności seksualnych to jest zwyczajny postęp cywilizacyjny - nazwijmy to po imieniu. Skala tolerancji i liczenie się z ludzką odmiennością - to wydaje się dzisiaj, w demokratycznym świecie, oczywiste. W ogromie ludzkich istnień znajdują się różne odmienności i preferencje. Nie ma powodu, jak sądzę, jedną preferencję prawnie przedkładać nad drugą. Tak widzę seksualność. U de Sade'a zaś wycieczki w kierunku homoseksualizmu, sodomii mają gest wypowiedzenia posłuszeństwa naturze. Nie sądzę aby tego rodzaju podglebie funkcjonowało dzisiaj w społeczeństwie. Jemu chodzi o to, aby libertyna uczynić kimś, kto kieruje się rozumem. Nawet nie pożądaniem, w pewnym momencie, tylko właśnie rozumem. Kimś, kto przeszedł drogę eskalowania pożądania i dochodzi do filozofii, mówiąc krótko.

MM: Sadyzm, Sadyczność jako projekt oświeceniowy?

BB: Dalej niż oświeceniowy! To jest czysty rozum, i to w takiej postaci, w jakiej się ani Kantowi, ani - jak sądzę - nawet Nietzschemu sie śniło. To jest oczywiście utopijny projekt, nie się człowieka tak wypreparować. Markiz chciał uczynić człowieka czystą myślą.

MM: Czym miałby być zatem u de Sade'a czysty rozum, jeśli nie jest to Kantowski "czysty rozum"?

BB: To jest asceza apatii, czyli zakwestionowanie wszystkiego, co w człowieku biologiczno-zwierzęce, łącznie z pożądaniem pragnieniami i rozkoszą. Ze wszystkim, co jest proweniencji biologiczno-psychologicznej.

MM: Czy chodzi o to, że wyrzucenie człowieka poza jego cielesność, było właściwym projektem Markiza? Czy ukazując mu całe spektrum perwersji chce on po prostu wyrzucić człowieka poza niego samego? Gdzie jest zatem ten moment wyrzucenia poza cielesność, skoro on się cały czas na tym ciele i jego rozkoszach skupia?

BB: Libertyn najpierw eskaluje swoje perwersje, do jakiegoś tam momentu było one okratowaną moralnością typu chrześcijańskiego. We własnej więc naturze znajduje on na to antidotum. Sama natura to podszeptuje. Czym są więc perwersję? Są one naturalne. Natura nie stworzyła by czegoś, co byłoby nienaturalne. Jeśli zatem perwersja jest naturalna, a człowiek chce uwolnić się od ograniczeń, jakie narzuca mu społeczeństwo, etyka, Bóg, religia itd. To co okazuje się? Wpada w sidła natury. To ona chce coś zrobić przeze niego, a on jest tylko narzędziem. Markizowi chodzi o to, aby uniknąć takiego uwikłania w naturę i uczynić człowieka istotą kierującą się wyłącznie zasadami rozumu. A zatem nie będzie ulegać żadnym skłonnościom biologiczno-psychologicznym. To jest Sadyczna asceza apatii. Formuła drogi libertyna, na której potrafi on być samosterowny. Uwalnia się od swojej własnej biologiczności. Chodzi o człowieka bez właściwości, który za każdym razem potrafi przekroczyć samego siebie. Jeśli siebie w ten sposób przekracza, to staje się "dziwką transcendentalną" - w miejsce filozoficznego "podmiotu transcendentalnego" - to jest nie ma własnej natury. Dlatego może się i fizycznie i psychicznie sprostytuować. Wywłaszczyć siebie samego z cielesności i z duchowości czyli nieustannie wykraczać poza to, czym sam jest. Zaryzykowałbym tezę, że tak, jak greccy myśliciele realizowali praktykę samokształtowania się, to taką samą praktykę realizuje Sadyczny libertyn, oczywiście ją ekstremalizując. Grek chciał się zharmonizować z naturą, u de Sade'a jest natomiast odharmonizowanie się, gdyż dla libertyna ona jest tym, co go wiąże, a zatem stawałby się niewolnikiem. Trzeba się od wszystkiego uwolnić. To jest oczywiście eksperyment myślowy. Nie da się tego realizować. Można tylko trochę, ale jest to droga ryzykowna, bo wiedzie ku obojętności wobec świata i wobec siebie samego.

MM: Odrzuca Pan w swoich tekstach wszystkie metafizyczne podstawy człowieczeństwa: Boga, Naturę, Innego i nawet egzystencjalnie pojmowaną Subiektywność. Pisze Pan też o tym, że filozof musi jednocześnie powiedzieć wszystko. Tutaj jest ten element transgresji - "mówię wszystko, ale zawsze pozostaje coś jeszcze do powiedzenia". Czy Pana zdaniem poza wszystkimi wymienionymi metafizycznymi podstawami człowieczeństwa nic już naprawdę nie ma?

BB: Na dobrą sprawę już nic nie ma, bowiem w momencie kiedy dochodzimy do subiektywności, czyli stajemy w obliczu samych siebie, zderzając się z własną, odruchową troską o przetrwanie, to - przepraszam za dosadność - mamy, jako Sadyczny libertyn, już gdzieś tę troskę. On się nie zawaha, bo jego "ja" nie będzie wyznacznikiem postępowania. Jest to droga ku śmierci, ku autodestrukcji. Ale nie takiej, która jest ucieczką ze świata, uzyskaniem jakiejś pełni czy czegoś w tym rodzaju. Tego u de Sade'a nie ma. To jest zwyczajna konsekwencja. Odrzucam oparcie w Bogu, Naturze, Innym i Subiektywności - czyli wszelkie ugruntowanie. Pozostaję ja sam. Ale kim jest to "ja sam"? Chcę siebie wywłaszczyć. To znaczy że Sadyczny libertyn nie odróżnia życia i śmierci. Są one dla niego tym samym. Śmierć dla Markiza nie ma wymiaru eschatologicznego, żadnej pełni, żadnej wartości nie da się z nią powiązać. To jest w gruncie rzeczy tak, jak u myślicieli greckich, Sokratesa na przykład - jego zgoda na śmierć jest momentem obojętności. U Sokratesa oczywiście była to postawa etyczna. Tutaj jest to czysta konsekwencja. Jeśli się wchodzi na tę drogę, aby pokonać wszystkie ograniczenia, to nie pozostaje nic innego, jak zmierzyć się ze sobą samym, jako ostatnim ograniczeniem. Nie zawahać się w obliczu śmierci. Aby to uzmysłowić - w sytuacji kiedy stanie naprzeciwko siebie dwóch libertynów, który będzie górą? Tan, który się nie zawaha, który nie będzie się bał śmierci. A jeśli będą sobie równi, będą się rozkoszować tym, że przegrali w ramach konsekwencji libertynizmu.

MM: Te rozważania prowadzą nas do nihilizmu...

BB: Nihilizm bardziej bym rozumiał w kategoriach społecznych. Tak, jak Nietzsche go rozumiał. Chodzi o kulturę nihilizmu. Czy jednak da się zakwalifikować Sadyczną apatię jako nihilizm? W pewnej mierze tak. Pamiętajmy jednak, że nie ma to przełożenia społecznego. Myśl de Sade'a nie jest doktryną, którą można by upowszechnić. Zresztą on sam gdy budował soje utopie, uświadamiał sobie, że są one nierealizowalne. Dworował sobie więc z nich. Budował więc zarazem antyutopie. Robi sobie po prostu żarty z całej formuły utopijności - nie miał złudzeń. Wiek XVIII uwierzył w perspektywę nowego świata, nowego człowieka w skali społecznej, to przecież w tamtych czasach rodziły się podwaliny społeczeństwa demokratycznego. Markiz de Sade nie miał złudzeń. Kulturowo musieliśmy czekać na XX wiek, na dystopie, kakotopie, Orewlla i Nowy wspaniały świat Huxleya, żeby zedrzeć trochę tych złudzeń, że zbudujemy kiedykolwiek wspaniałą, harmonijną rzeczywistość, a człowiek jednostkowo i zbiorowo będzie się w niej świetnie czuł.

De Sade wiedział od razu, że jest to niemożliwe. Dlatego żartował sobie z własnej utopijności. To jest perspektywa niemożliwego filozofowania. Ale powinniśmy tam myśl skierować, aby zobaczyć dokąd to doprowadzi. Markiz jest tutaj teoretycznie bardzo mocny, ale jest to wyłącznie eksperyment myślowy. To bije w ludzką odruchowość. Przecież aż odpycha nas od de Sade'a! Ale nie dlatego, że takie potworne rzeczy pisał, tylko dlatego, że ten libertyński chłód jest czymś tak nieludzkim, że dopiero tutaj, w tym miejscu widać, jak robi się on kimś przenikliwym i w tej przenikliwości nieludzkim. Czysty rozum jest rozumem nieludzkim. A takim modelem jest dla mnie myśl de Sade'a, jeśli chodzi o jego projekt apatii.

MM: Czyli ten projekt w ogóle nie ma przełożenia na praktykę?

BB: Nie da się posunąć tak daleko, ja proponuje to de Sade. Nie da się zniszczyć, jak sadzę, ludzkiej wrażliwości. Nie da się całkiem zniszczyć ludzkiego odruchu litości; własnego skłaniania się ku rozkoszy - czy to w bólu czy radości, bo myślę o różnych preferencjach. To przecież stanowi o tym, że jesteśmy ludźmi! Trudno sobie wyobrazić, żebyśmy poza jakimś wyjątkowym przypadkiem mogli nie trzymać się pazurami życia. To, co w ogóle stanowi o życiu, to ochota na przetrwanie - coś najbardziej fundamentalnego dla człowieka i dla zwierzęcia też. U człowieka przekłada sie to za zakorzenienie, w sensie myślowym. Zawsze poszukujemy jakiegoś punktu oparcia. Z tego wyszła filozofia! O czego zaczyna się filozofia w ogóle? Od wody - to w niej Tales upatrywał początku, pierwotnej zasady, bo na czymś chciał ten świat ugruntować! Odruchowo to robimy, bo wykorzenieni czujemy się jak na bagnie. Nie sądzę, aby poza jakimś takim względnie drobnym momentem, w odniesieniu do normalnego człowieka - eksperymentowania na sobie, trochę sprawdzania, co jestem w stanie gotów znieść, co wytrzymam, kim będę, jak to zrobię - było to możliwe. Normalny człowiek tego nie wytrzyma. Będzie się w końcu doszukiwał w tym ideologii. A nie o ideologię tu przecież chodzi. Niełatwo sobie wyobrazić kogoś, kto byłby w stanie daleko się na tej drodze - przekraczania tego kim jest - posunąć. Literacko i filozoficznie de Sade mógł zbudować taką drogę. W praktyce jest to nie możliwe.

MM: Nie było by już z niej powrotu?

BB: Nie było by powrotu...

MM: Po co zatem o tym w ogóle mówić? Ludzie będą przecież to czytać - po co mają takie rzeczy wiedzieć?

BB: Po pierwsze, człowiek zawsze miał pasję poznawczą. Od tego gdzieś tam kiedyś zrodziła się nauka. Człowiek chce wiedzieć więcej, niż wie. To jest rzecz niekwestionowana. Po wtóre, nie wydaje mi się by de Sade mógł być kimś, kto faktycznie zdeprawuje. No jeśli jesteśmy tak podatni na deprawację, to nie włączajmy wiadomości w telewizji! Gdy wydawcy Markiza w Paryżu wytoczono proces, to jeden z obrońców, znany krytyk literacki, miał powiedzieć - "czytałem wczoraj książkę, Biblię, potworna książka". Przecież jeśli chodzi o zabijanie, jest to rzeczywiście ogromna skala. Dlaczego Biblia w tym wymiarze tak mnie odpycha? Bo nie jest filozofią! De Sade pokazał tego konsekwencje, zegzemplifikował. Zresztą ewidencjonowanie mordów i zbrodni, to nie jest tylko u de Sade'a...

MM: Instytut Pamięci Narodowej?...

BB: Proszę bardzo! Jeśli będziemy odrzucać, coś, co nas bulwersuje i mocno odpycha, to trzeba by pozamykać zakłady medycyny sadowej i cmentarze - bo to wszystko jest potworne. To jest skala dopuszczalności w ramach kultury. Ja nie sądzę, aby Markiz mógł kogoś autentycznie zdeprawować. Bo jeśli jesteśmy tak podatni, a uczy się nas czegoś innego, dobra, to powinniśmy być już aniołami! Nie wydaje mi się, aby było w filozofii de Sade'a jakiekolwiek zagrożenie. On nie zachęca, abyśmy wychodzili na ulicę i robili to wszystko, o czym on pisze - on pokazuje, że my to już robimy. Tylko tyle, że kryje sie to wszystko pod płaszczykiem wartości i dobra. Stawia on przed człowiekiem lustro i mówi - "taki właśnie jesteś". Bohaterowie jego dzieł literackich też robią takie rzeczy, ale oni nie szukają dla tego uzasadnień w postaci wartości, ojczyzny, Boga.

"Dlaczego zabijasz, dlaczego się pastwisz nad drugim człowiekiem?" - pyta de Sade normalnego człowieka - "Bo lubisz" - odpowiada...

MM: Dziękuję za rozmowę.




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)