Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 marca 2006

Wojciech Jóźwiak

Trzy religie
Trzy 'gatunki' religii: etniczne, jerozolimskie, religie przemiany

Religie są trzech rodzajów. Po pierwsze: "naturalne", etniczne politeizmy. W dwóch krajach doszły one do postaci rozwiniętej, przetrwały i mają się dobrze jako składniki tamtejszej cywilizacji; mam na myśli Indie i Japonię. W przypadku Indii były nawet przedmiotem eksportu do krajów sąsiednich.

Po drugie: religie, które nazwać można semickimi lub jerozolimskimi, czyli judaizm, chrześcijaństwo i islam. Czczą jednego Boga i miedzy sobą z grubsza się zgadzają co do tego, że u wszystkich trzech jest to jeden i ten sam Bóg; o innych podobieństwach później w miarę potrzeby.

Trzeci gatunek nazwijmy religiami przemiany, albo religiami praktyki bądź treningu. Aż dziwne, że historycznie powstała jedna tylko taka religia: buddyzm. Zamazując nieco linie podziału można też zaliczyć do gatunku różne linie indyjskiej jogi, chociaż nigdy one nie brały rozbratu z etnicznym hinduizmem, z którego niby jakaś "nadbudowa" wyrosły. Europejskie egzemplarze tego gatunku powstały już z buddyjskiej inspiracji, jak religia Aleistera Crowleya - zresztą są to raczej ledwie projekty niż pełne formacje.

Większość religii etnicznych już nie istnieje; przykładem religia Greków i Rzymu, Germanów i Celtów - żeby wymienić te najbardziej znane. A także dawnego Iranu, Babilonu, Fenicji, Egiptu, Meksyku i Peru. Nawykowo myślimy o tych religiach jako o odwiecznych, chociaż jedna z nich, żywa i dobrze się mająca do dziś, nie ma nawet 400 lat - myślę o haitańskim wudu. Doliczmy jeszcze około tysiąca (na tyle można szacować) etnicznych religii "pierwotnych" plemion, które - bądź plemiona, bądź religie - dały głowę pod naciskiem, do dziś trwającym, kolonizatorów i ich strzelb, biblii i koranów.

Przykłady (nie wyliczam wszystkich) Rzymu i Grecji, Indii i Japonii, świadczą o tym, że wysoko rozwinięta, także technologicznie i duchowo cywilizacja może istnieć w społeczeństwach kultywujących etniczny politeizm, tak iż nie jest on znakiem rozpoznawczym jakiejś minionej epoki czy zacofania. Cywilizacja Grecji miała swój twórczy szczyt rozwoju około 200 r pne w epoce tzw. hellenizmu, a następnym momentem w historii, który (mówiąc po sportowemu) podniósł pałeczkę w tej sztafecie był dopiero wiek XVII i XVIII, w Wielkiej Brytanii przede wszystkim, czyli rewolucja naukowo-techniczna Newtona i Watta. Gdyby wypadki potoczyły się inaczej, nasza cywilizacja mogłaby być prostą kontynuacją greckiej starożytności, bez dwóch tysiącleci przerwy wypełnionych średniowieczem i innymi importami z okolic Jerozolimy.

Gdy mówimy o religii i bogach, warto nie zapominać o banalnym fakcie, że nigdy w dziejach nie było takiego momentu, kiedy oto bogowie zostali wymyśleni (to w wersji dla kogoś, kto w ich istnienie powątpiewa), albo kiedy objawili się ludziom w ogóle lub pojedynczym prorokom (wersja dla tych, którzy w ich takie lub inne istnienie wierzą). Wydaje się raczej, że zawsze było tak, że ktoś, kto cokolwiek mówił o bogach, miał swoich poprzedników i występował w obrębie pewnej tradycji mówienia i myślenia na ich temat. Co można podsumować jeszcze bardziej banalnym stwierdzeniem, że religia była "zawsze", zresztą podobnie jak "zawsze" istniał ludzki język i jak nie sposób wskazać człowieka, który miałby zwierzęcą matkę; paradoksy podobne do "paradoksu łysego", przypisywanego sławnemu Zenonowi z Elei.

Istniały za to i istnieją do dziś fakty i okoliczności, które wspierają mówienie o bogach i które sprawiają, że do dziś chętnie słuchamy opowieści o nich; inaczej zresztą bym tego nie pisał... Te okoliczności są może trzy, może jest ich więcej, ścisła liczba nieważna. Primo, powtarzanie po innych czyli tradycja; secundo, używanie pojęcia i wyobrażenia bogów/Boga tam, gdzie coś nam w obrazie świata się nie zgadza; oraz, tertio, istnienie doświadczeń, które najłatwiej wyrazić i podzielić się z innymi używając pojęć "Bóg, bogowie". (Pojęć, ale i hymnów do nich!) Ten doraźny podział odpowiada temu, co się mówi o bogu teologów, bogu filozofów i bogu psychologów.

Ludzi, którzy tak lub inaczej doświadczali bogów/Boga było w dziejowym procesie dostatecznie wielu (chociaż zwykle byli nieliczni lub skrajnie nieliczni), żeby swoim świadectwem wiarę w ich istnienie i przekonanie o sensowności mówienia o nich podtrzymywać. Sensowność mówienia o nich - w czym zawiera się także wychwalanie ich, a czasem wyklinanie.

Indywidualne doświadczenie jest bezwartościowe: nawet gdy zaistnieje, to mija bez śladu. Żeby wyszło ponad chwilową nicość, musi być jakoś zakomunikowane, przekazane, a komunikat zrozumiany przez innych, podchwycony i propagowany. Gdyby Jakub Wilson, lepiej znany jako Wovoka, po powrocie z nieba nie nauczał był swoich rodaków pewnego nowego tańca - Tańca Duchów - nie wiedzielibyśmy, że Boga widział i dostał od niego instrukcje. Właściwe krajom i epokom i premiowane w nich nastawienie może wspierać komunikowanie doświadczeń bogowidzów ("doświadczeń bogo-widczych, teoskopowych"), albo je tłumić. Niektóre linie buddyzmu tłumią widzenie bóstw, uznając takie doświadczenia za bezwartościowe i szkodliwe, za próżne zwidy po japońsku zwane makyo; być może to nastawienie, wraz z innymi, było powodem zdumiewającego zaniku kultu bogów w Chinach? Znowu u nas bogowidze są typowo uznawani za chorych i leczeni psychiatrycznie; rozpowszechnianiu ich rewelacji na pewno to nie sprzyja. (Patrz dla przykładu w "Tarace": wywiad "Niebo zostało otwarte") I odwrotnie, sądzić można, że niejeden z naszych leczonych psychotyków w innym kraju i epoce zostałby uznanym prorokiem; znane są przecież podobieństwa w behaviorze proroków i wariatów. (Polecam tu znakomite dzieło Jacka Sieradzana "Szaleństwo w religiach świata", którego mały fragment dostępny jest w "Tarace".)

Widać tu coś niby Scyllę i Charybdę, czyli i tak źle i tak niedobrze. Jeśli bogowidze mają szerokie przyzwolenie, niektórzy z nich mogą całym społeczeństwom, ba, cywilizacjom, zaszczepić swój obłęd. Jeśli zaś ich (tj. bogowidzów) tłumić, represjonować, jak to się dzieje u nas teraz z ich większością, to pozostanie nie-zintegrowany pewien obszar ważnych i energetyzujących ludzkich doświadczeń, a takie nie-zintegrowanie bywa czymś groźnym, nawet zagrażającym śmiertelnie, przykładem narkotyki, zresztą przykład dość podobny do religii. Społeczeństwo Zachodu nie zintegrowało doświadczeń enteogennych, a użycie enteogenów, takich jak LSD, meskalina i inne, odrzuciło i poddało represjom. (Jak wielka jest skala tego nie-zintegrowania, widać przez porównanie z dobrze zintegrowanym zażywaniem jedynych dwóch legalnych na zachodzie narkotyków, czyli alkoholu i nikotyny. Wyobraź sobie w filmie scenę nie picia wodki, lecz brania LSD, lub piosenkę nie o dymku z papierosa, ale ze skręta z konopi.) Zachód nie-zintegrował enteogeny i w zamian dostał napór narkotyków-zabójców (heroiny itd.) i ich równie morderczych handlarzy. Całkiem podobnie nie-zintegrował bogowidzów i ich teoskopowe doświadczenia i w zamian zaczyna mieć problem z naporem prymitywnych myślowo, lecz pewnych siebie agresywnych kultów.

Wspomniane wyżej zjawisko nie-zintegrowania przypomina trochę "zbiorową podświadomość" o której rozprawiali psychoanalitycy; jednak nie-zintegrowanie od "zbiorowej podświadomości" tym się rożni, że nie jest to mityczny fantom, tylko zjawisko aż nadto konkretne. Mafie i religijny terror nie "wyłaniają się" przecież jako "cień" ze "zbiorowej podświadomości", tylko są repliką na konkretne luki, wady i zaniedbania dominującego społecznego paradygmatu, czyli reguł określających, co wolno a czego nie, co wypada a co nie, i co widać - a obok czego intelektualista zobowiązany jest przejść z zamkniętymi oczami.

Kiedy zastanawiamy się, które doświadczenia wspierają utrzymywanie się i kontynuowanie wiary w bogów lub Boga, uderza to, jak słabo są one poświadczone. Objawienia są przeważnie prywatne - przydarzają się jednej osobie; jeśli są świadkowie, to mało wiarygodni; jeśli zaś wydarzenia takie przetrwywają w pamięci lub w dokumentacji (np. w spisanych księgach), to z miejsca obrastają legendotwórstwem spod którego ledwie widać zarysy oryginalnych faktów. W całych znanych ludzkich dziejach nie ma ani jednego udokumentowanego i nie podlegającego wątpliwości faktu spotkania z bogiem, stwierdzenia zamanifestowania się boga, odliczywszy oczywiście te manifestacje, które można uzasadnić inaczej. Mówiąc krótko, Bóg i bogowie nie należą do świata empirycznego, od czego niedaleko do orzeczenia, iż ich po prostu nie ma. Chociaż - i to jest faktem - są ludzie, którym przydarzają się wewnętrzne przeżycia tego rodzaju, że zmuszają ich wręcz do mówienia o Bogu lub bogach. Jest pewien rodzaj psychicznych doświadczeń, który typowo przybiera religijną szatę. Co nie zmienia ustalenia, iż bogowie nie należą do zjawisk, czyli tego, co jawi się i jest jawne, lecz raczej do kategorii wydaisk, czyli tego, co się ludziom wydaje, choć niektórym, i niekiedy, wydaje się w sposób nawet skrajnie narzucający.

Także w przypadku ogólnie znanych objawień, jak te w Fatimie lub w Medjugoriu, pozostaje do dowiedzenia, kto lub co tam się wtedy objawiło; bo przyjmowane wyjaśnienia wcale nie są pewne. Wiedza o boskich objawieniach bardzo przypomina wiedzę o UFO i być może obie te grupy zjawisk (lub raczej: wydaisk) wiele mają ze sobą wspólnego - co już Jung sugerował pięćdziesiąt lat temu.

Religie etniczne, jak się wydaje, z reguły i bez wyjątków politeistyczne, wyobrażają sobie bogów jako mieszkańców wspólnego świata, razem z pomniejszymi duchami, ludźmi, duszami zmarłych, opiekuńczymi duchami-przodkami i zwierzętami, przy czym rozpowszechnione są byty "graniczne" pomiędzy wyliczonymi grupami, łączące cechy tych i owych. Herakles (weźmy go za przykład) jest bogiem, ale zarazem przodkiem-herosem dla pewnych ludzi, a kiedyś był człowiekiem - wszystko oczywiście w świecie wyobraźni dawnych Greków. Z pewnego punktu widzenia można uznać, że bogowie religii etnicznych są "punktami skupienia" świętości przenikającej świat i obecnej także bez ich udziału. Religie etniczne zaprzyjaźniają człowieka ze światem, zakorzeniają go w rodzimej przestrzeni i łączą go w czasie z własną historią, z dziejami przodków.

Religie, które wyżej zaproponowałem nazwać semickimi lub jerozolimskimi, ponieważ tworzone były (choć może to tylko historyczny przypadek) przez ludzi mówiących językami z tej rodziny i wspomniane miasto stawało się dla nich miejscem wyróżnionym, wprowadziły inne wyobrażenie Boga: po pierwsze jest on odtąd Jeden, po drugie stoi poza światem, który stworzył i którym odtąd w mniejszym lub większym stopniu zarządza. Stopień tej boskiej ingerencji w świat był rozumiany w bardzo szerokim widmie: od przypadku islamu, gdzie wierzy się, że wszystko aż do najdrobniejszego szczegółu istnieje i jest jakie jest jedynie dzięki nieustającej boskiej uwadze i kreatywnej czujności; można rzec, że świat nie tylko został przez Boga stworzony, ale również jest nieustannie przez Boga podtrzymywany przy życiu, bo gdyby ten swoją prowidencję na moment odsunął lub osłabił, świat jako niezdolny do samodzielnego istnienia osunąłby się z powrotem w nicość, niby ekran telewizora po wyłączeniu prądu. Przeciwnym biegunem jest wiara chrześcijańskich deistów, sądzących iż Bóg wprawdzie kiedyś świat stworzył, ale odtąd weń nie ingeruje, pozostawiwszy go jego naturalnemu biegowi. Ciekawe że oba te skrajne i nie godzące się poglądy stosowano do tego samego przecież świata... Dobrze to świadczy o nadzwyczajnej giętkości ludzkich poglądów, a może po prostu języka.

Nadrzędność Boga wobec świata to jedna część jerozolimskiego poglądu - druga i chyba istotniejsza, to szczególna w tej grupie religii relacja między człowiekiem a Bogiem. W religiach tych człowiek jest bez przerwy, można powiedzieć: istotowo, wciąż Bogu coś winien. Życie człowieka, jego byt jest nieustająco i nieodwołalnie u Boga zawinione. Przedstawiciel religii etnicznych, mówiąc wulgarnie: poganin, mógł swemu Bogu oddać co boskie i czując się wolnym, robić i myśleć swoje. W wersji judajskiej człowiek, a dokładniej Żyd, bo pełnia człowieczeństwa innych nacji jest w myśl tej religii mocno podejrzana, został przez Boga mianowicie obarczony zadaniami ponad siły: przestrzegania wyśrubowanie maksymalistycznego prawa, utrzymania się w Ziemi Świętej i zaludnienia świata swoim "nasieniem". Nie wywiązując się z tych zadań, cierpi, a ponadto jest wraz ze swym potomstwem chłostany przez Boga karami, których sensu i celu zrozumieć nie jest w stanie. Przestrzeganie prawa i rytuału danego raz na zawsze jest też konieczne w islamie; religia ta, z trzech chyba najmniej dialektyczna, przywraca człowieka do kondycji podobnej do Adama w raju: orzeka, że odtąd wszystko jest jasne, życie uregulowane, ale wymaga posłuszeństwa, co zostało zapisane w samej nazwie "islam". Chrześcijanin z kolei został przez Boga obdarzony niesamowitym prezentem: oto powiada się, że Bóg złożył swego Syna w ofierze, by w ten archaiczny sposób siebie samego przebłagać za jego, człowieka, grzechy. Zbawił go (człowieka, oczywiście narracja dotyczy wyobrażeń tej religii), ale za cenę obłożenia go poczuciem winy, jakiego świat wcześniej nie widział.

Kiedy dołączymy trzeci gatunek religii, religie przemiany, z racji zapewne tylko historycznego przypadku reprezentowane przez jeden, choć nader zróżnicowany egzemplarz: buddyzm, widzimy, że w ich szeregu rośnie ingerencja religii w byt człowieka. Etniczne politeizmy uświęcają życie ludzkie za cenę pewnych rytualnych gestów (niekiedy dość radykalnych, ale pominę ten wątek...), skłaniają do praktykowania pewnych cnót, jednak człowieka nie usiłują z gruntu reformować, ani nie czynią ze swych praktyk powszechnego obowiązku. Inaczej religie jerozolimskie: te obarczają człowieka misją, która ma charakter powszechny i jako powszechna - obowiązkowy. Co, przechodząc do szczegółów, których tu wszystkich nie jestem w stanie wyliczyć, oznacza, że w myśl zgodnego zdania każdej z tych trzech religii nie ma zbawienia poza nią, życie ludzkie poza nią jest niepełne, a właściwie - bezsensowne i bezwartościowe, świat jest oceanem zła, na której tylko ten Jeden Prawdziwy Kościół unosi się niby tratwa dobra. Co do dalszego ciągu tego wywodu chrześcijaństwo i islam zgadzają się, że trzeba dla dobra ludzi jak najszybciej wszystkich nawrócić na jedynie prawdziwą religię, nic to, że wbrew ich woli i choćby gwałtem. Judaizm jest tu mniej radykalny, ale brak starań o konwersję gojim łączy z pogardą dla tych nie-całkiem-ludzi, którym Jehowa swego prawa nie uznał za wskazane dostarczyć.

Czy można pójść dalej w radykalizmie propozycji stawianych człowiekowi? Tak: religie przemiany czyli buddyzm idą dalej. Ich (jego) treścią jest gatunkowa przemiana człowieka w istotę różną od tej, jaką był dotąd! Śakjamuni Gautama, pierwszy który to osiągnął, wyszedł poza i ponad ludzką kondycję, ponad ludzkie uwarunkowania; stał się istotą gatunkowo od człowieka odmienną - stał się Buddą. Buddyzm jest w istocie tym, o co wołał Fryderyk Nietzsche - jest hodowlą nadczłowieka; inna rzecz, że Nietzsche wcale tego w buddyzmie nie rozpoznał. Sensem buddyzmu jest praktyka - coś, co jest z gruntu nieobecne w religiach jerozolimskich, praktyka rozumiana jako trening, jako zbiór powtarzanych ćwiczeń, które, jeśli wytrwale czynione, doprowadzają umysł adepta do wspomnianej Przemiany. Budda Siakjamuni nie tylko odkrył niedolę człowieka i cierpienie nieuchronnie związane z jego bytem, ale także odkrył wyzwolenie z tego niefortunnego stanu i drogę do tego wyzwolenia, polegającą na praktyce.

Życie Buddy i innych buddyjskich "świętych" jest, podobnie jak wielkich ludzi innych religii, gęsto przesłonięte pobożnymi fantazjami; mimo to gotów jestem uwierzyć, że ów mędrzec sprzed 2500 lat faktycznie osiągnął stan nieuwarunkowanego wyzwolenia, stając się wolnym od uwiązań ludzkiego umysłu, a może i ciała. Natomiast trudno jest mi uwierzyć, że jego następcom i wyznawcom udaje się to do dziś. Przeciwnie, sądzę raczej, że w obecnych czasach stan Buddy jest nieznany, metody zagubione, praktyka jest nieefektywna, a gdyby wśród buddystów pojawił się nowy Budda, toby nikt z uznanych mistrzów nie rozpoznał jego oświecenia - zresztą niewykluczone, że już tak się zdarzało i to nie raz. Jeśli ktoś dochodził do oświecenia, to dzięki swoim naturalnym zdolnościom, a nie dzięki prowadzeniu go przez mistrzów, raczej obok i pomimo praktyki metodycznie buddyjskiej niż dzięki niej i w jej myśl. Niemniej Budda i buddyzm są wyzwaniem: skoro kiedyś pewnemu człowiekowi (lub: wielu ludziom) to się udało, dlaczego by nie spróbować jeszcze raz samemu? Droga Buddy jest dostępna, a przynajmniej nie jest przed nikim jakoś istotowo zamknięta.

Wiele z tego, co dotyczy buddyzmu, odnosi się też do jogi. Właściwie joga jest drugim nurtem religii przemiany, który jednak - inaczej niż buddyzm - nie oderwał się od swojego etnicznego hinduistycznego podłoża, a tylko w czasach już niedawnych wytworzył warianty "eksportowe", strawne dla ludzi Zachodu.

Buddyzm i joga służą Zachodowi także pośrednio, przykładem i inspiracją. Wspierają coraz liczniejsze i bardziej znaczące "szkoły" samorozwoju, duchowego doskonalenia - którego to wątku tu nie rozwinę, nie chcąc pisać o wszystkim.

Na koniec kilka zdań, które powinny być wcześniej, ale wypadły z szeregu.

Buddyzm pobłażliwie toleruje, ale i lekceważy bogów etnicznych, uznając je za istoty uwarunkowane i przez to godne współczucia. Łagodnie zanegowawszy ich, wprowadza własne, "oświecone" bóstwa, które lud może czcić, zaś mędrcy mają je za coś w rodzaju "pomocy naukowych" w swojej duchowej praktyce. Stosunek miedzy którymkolwiek z tych bóstw a człowiekiem, podobny do tego, jaki jest w religiach jerozolimskich, jest nie do pomyślenia. Przeciwnie, do pomyślenia byłaby jakaś całkiem ateistyczna wersja buddyzmu.

Wielkość Europy, lub szerzej Zachodu, nie wywodzi się z chrześcijaństwa; raczej odwrotnie, Europa jako cywilizacja jest wielka dlatego, że potrafiła przezwyciężyć jerozolimski wątek swoich historycznych wpływów. Nie ma czego udawać: świadomość ludzi Zachodu, czyli nasza, bliższa jest pogańskim Grekom niż tym fanatykom, w których tamci za sprawą Jerozolimy w którymś kolejnym pokoleniu się obrócili. I bliższa jest Grekom niż Żydom czy bliskowschodnim wyznawcom islamu. Co zaś tyczy Żydów, to ich twórcza wielkość ujawniła się nie dzięki ich judaizmowi, a przeciwnie, dlatego i wtedy, kiedy odważyli się odrzucić swój judaizm i stać się oświeconymi Europejczykami. Europa-Zachód jest też jedyną cywilizacją, która ma szanse przekształcić się, choć zapewne nie bez uchybień i cierpień, w cywilizację ogólnoludzką.

W przypadku religii jerozolimskich, fakt, iż powstawały na niewielkim obszarze wokół tego miasta i wzdłuż wychodzących z niego szlaków, i tworzone były przez ludzi mówiącymi grupą blisko spokrewnionych dialektów i żyjącymi w podobnym pustynnym lub półpustynnym klimacie i krajobrazie, a więc geograficzna ograniczoność tych religii - świadczy o tym, że chociaż niezwykle ekspansywne, nie są one wcale powszechnikiem w odniesieniu do natury ludzkiej; przeciwnie, ta ich geograficzna ograniczoność jest argumentem za tym, że są zjawiskiem lokalnym, szczególnością raczej niż czymś koniecznym.

Posłuszeństwo Bogu w religiach jerozolimskich w planie ziemskim realizowane jest jako posłuszeństwo albo kapłanom i ich systemowi (co przeważa w katolicyzmie), albo jako posłuszeństwo jeszcze bezwględniejszemu panu, jakim jest opinia i przymus zbiorowości: rodziny, sąsiadów, współwyznawców, współplemieńców. Co przeważało kiedyś u Żydów, dziś, jak się wydaje, rządzi życiem muzułmanów, a dawniej silniejsze było u protestantów niż u katolików. Oczywiście te dwa rodzaje posłuszeństwa nie wykluczają się wcale.

Doświadczenia tego rodzaju, które niektórych ludzi skłaniają do mówienia o bogu (bogach), są cenne i są źródłem siły, pewności i poczucia sensu. Może nawet jest tak, że jest to źródło, które kiedyś zawłaszczone zostało przez uzurpatorów - i warto by było zagospodarować je na nowo, lecz sensowniej.


Wojciech Jóźwiak
taraka@taraka.pl





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)