Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 października 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Tydzień z życia Babci ezoterycznej


« Piłeczki do sikania Babcia ezoteryczna śni na jawie »

Saturn bardzo ściśle tranzytuje moją urodzeniową koniunkcję Słońce-Wenus-Mars, skłaniając do uporządkowania mojej wewnętrznej graciarni, ale mimo najszczerszych chęci brak mi na to czasu. Zwłaszcza, że Jowisz, tranzytujący mój descendent, którego atrybutem jest nadmiarowość (niekoniecznie powodzenia i sukcesu) nagania ludzi i ich sprawy całymi stadami. Jednocześnie mam uczucie, że wszystko dzieje się za szybko, za stanowczo, że jest zbyt ważne, żeby nad tym nie zatrzymać się i nie pochylić, ale czas nagli i nie można za nim nadążyć... I mam przekonanie, że to wyjątkowy dar losu, który nie zawsze doceniam. Więc spisuję:

Piątek-sobota (23-24.10) Odwiedziny sklepu, o którym pisałam w poprzednim odcinku jako „Graciarni Europy”. Dziś dostałam wiadomość od jego właścicielki, że tak właśnie postanowiła go nazwać. Nie tak, jak sugerowałam: „Pamiątki Europy” czy „Z krainy wiatraków”, a właśnie „Graciarnia Europy”. Jej horoskop jednak pokazuje, że choć interes jakoś się będzie kręcił – wielkiego majątku na nim nie zrobi – przynajmniej na razie. Po przyjeździe, obojętna na wszystko zapadam w sen już wczesnym wieczorem.

Niedziela 25.10 Od rana skubię z szypułek aronię, którą przywiozłam. Jej słodko-cierpki smak urzekał mnie zawsze, choć podobno jedzenie na surowo nie jest zdrowe. Trzeba ją najpierw zamrozić, żeby wydobyć z niej płyn i smak. Ta jest przeznaczona na nalewkę — aroniówkę. Będzie miała piękny kolor, ale smak zależy od roku i miejsca zbioru.

         Rano odczytuję maila z poprzedniego dnia, dowiadując się, że pewne wydawnictwo zdecydowało się wydać moją książkę. Wielka szansa, o którą bynajmniej nie zabiegałam. Mailowo dyskutujemy o okładce. Kandyduje doń pewna grafika, ale — to już wieczorem. Czeka mnie ogrom pracy, jako że książka leżała nietknięta już parę lat i nie mam zielonego pojęcia, co z tekstem jeszcze trzeba będzie zrobić, oprócz zwyczajnych poprawek. Jestem podekscytowana.

         Wieczór z P, która odwiedza mnie co jakiś czas. Jest kobietą z wykształceniem filozoficznym i filologicznym, o połowę młodszą ode mnie, ale pewnie z racji zainteresowań świetnie się rozumiemy, często w pół drogi. Rozmawiamy o tym, jak ludzie zapełniają dziurę lub dziury w swoim wnętrzu, pustkę w sobie pozostałą po kimś. Dlaczego wierzą potem w rzeczy, które już na pierwszy rzut rozsądnego oka wydają się bzdurne i zakłamane. Rozważamy proces tworzenia się owych dziur. Ja w głębi siebie myślę o tej graciarni, która zebrała się we mnie przez te siedemdziesiąt parę lat. Późnym wieczorem napiszę odcinek o kuleczkach do sikania.

         P, która między innymi swoimi zajęciami stawia Tarota oraz jest niezłą wizjonerką (mój instynkt często potwierdza jej diagnozy), przekonuje mnie, że książka zostanie wydana i przyniesie zyski, ale widzi ją z inną okładką, a mianowicie nie grafiką, ale z czarno-białą fotografią. Przynoszę stertę książek Isabel Allende – mojej ulubionej pisarki – z rozmytymi fotografiami w sepii na okładce i wybieramy typ fotografii. P prognozuje: będzie to zdjęcie, a właściwie wycinek zdjęcia twarzy dziewczyny. P ją widzi wyraźnie, mnie trudno ją sobie wyobrazić. W ogóle wyobrażanie sobie  obrazów nie jest moją mocną stroną. Ciekawe – łapię się na tym, że nigdy nie zastanawiałam się nad wyglądem bohaterki mojej książki, a już na pewno nie sugerowałam się wyglądem jej pierwowzoru. Ciekawa jestem, jaką twarz (i czy) uzyska moja bohaterka.

Poniedziałek 26.10 Obiad i wieczór z kimś innym, także o inicjale P, ale mężczyzną, również o połowę młodszym ode mnie. Wcześniej, gotując, myślę o tym, jak niektórzy ludzie nie mogąc zapełnić dziury w swoim wnętrzu, maskują jej istnienie, przesłaniają siateczkami tkanymi z pajęczyn lub nawet z grubszych nici. Wspominając niedoszły do skutku projekt mojej strony internetowej „pajęczyny i osty” wspominam wykorzystanie kolców do osłony pajęczyn. Tytuł został uznany przez mądrych ludzi za niezbyt nośny i tym samym upadł, a wraz z nim cały pomysł. Właściwie szkoda.

         Rozmowa nie jest zbyt absorbująca, a mój rozmówca ma złe zdanie o astrologii, tarocie i takich tam; nie jest też miłośnikiem bezpłodnych dywagacji i niezbyt nadaje się na dyskutanta, grzebiącego się w abstrakcjach. Jest konkretny i ludziom zarzuca konkrety, co akurat mniej mnie interesuje. Za to jest pomocny w sprawach codzienno-bytowych. Przyniósł mi zakupy i naprawił przywiezioną z Graciarni stojącą lampę do oświetlania książek, czytanych w fotelu, tudzież pomajstrował przy komputerze. Kupił też żarówki energooszczędne do lampy.

         Bez związku z poruszanymi tematami i konwersacją, moje myśli szybują ku tarotowi. Uderza mnie ciekawa konstatacja: kiedy stawiam karty Tarota (co czynię rzadko), interpretacji rozkładu szukam nie we własnych słowach (którymi chętnie się posługuję w innych okolicznościach), ale cytuję cudze opisy znaczenia kart. Nie wierzę w swoją interpretację? Nie, bynajmniej. Nie wierzę, że własna interpretacja wygasi moją intuicję; boję się, że odpowiedź będzie pochodzić ode mnie, a nie od „obiektywnej wyroczni”, a więc popadnę w coś w rodzaju podwójnego błądzenia.

         Jednak coraz bardziej wierzę Tarotowi z moją dywinacją i cudzą interpretacją. Cztery lata temu, w bardzo ważnej osobistej sprawie postawiłam kartom pytanie i uzyskałam odpowiedź (cudzym tekstem) bardzo dziwną i wręcz nieprawdopodobną. Pierwsza jej część była odpowiedzią na postawione pytanie, lekceważącą mój problem i na zdrowy rozsądek całkiem słuszną diagnozą sytuacji, więc zawierzyłam i drugiej części, choć niezbyt chętnie. A po czterech latach pojawiło się to, co zapowiedziane, dosłownie i co do joty. Pewna dziura w środku mnie została zapełniona, może nie jakimś żywym tworzywem czy dotykalną materią, ale czymś niewątpliwie satysfakcjonującym, choć na pierwszy rzut oka dziwacznym i niespójnym.

Wtorek 27.10. Wieczór z trzecim P, tym razem przy ginie z tonikiem. Rozmawiamy o polityce i wyborach. Rozmawiamy też o człowieczym intelekcie i umyśle, który gna ludzi do uczenia się nowych rzeczy, nie daje im poprzestać na posiadanej już wiedzy. Mój rozmówca jest jednym z najinteligentniejszych ludzi, jakich znałam i jego planów, zostania jednym z setki specjalistów światowej klasy w swojej dziedzinie, nie uważam bynajmniej za mrzonki. Ma na to sporo czasu, bo i on jest o połowę ode mnie młodszy. Poprzednio znajomy, podobny mu intelektem człowiek, został ministrem finansów, a ja wierzę w potęgę umysłu. Obu łączy to, że należy bardzo dokładnie słuchać tego, co mówią lub piszą, choć zrozumienie tego może potrwać parę godzin. Wadą takich ludzi jest przecenianie intelektu rozmówców, stawianie ich na własnej płaszczyźnie umysłowej, często niesłusznie.

P zapuszcza mi w komputerze jakiś program do poszukiwania polskich dialogów do angielskojęzycznych filmów, które mi przyniósł. Zamykam wszystkie okienka w komputerze, które mi pootwierał i idę spać rozkosznie ukojona dżinem z tonikiem. Następnego dnia odpalam komputer i stwierdzam, że program nadal poszukuje tych dialogów, choć od wielu godzin wykazuje, że znaleziono ich 0. Co gorsza, nie umiem go zamknąć, pojawia się stale znikąd, niczym Wańka-wstańka, prowadząc swoje poszukiwania, na które nie pomaga ze złością naciskany krzyżyk w prawym górnym rogu okienka. W dodatku umysł mam zablokowany do szczętu taką ilością rzeczy do przemyśleń, na czym cierpią moje stawy, boląc coraz więcej i dotkliwiej. Czy napinanie umysłu może powodować napinanie ścięgien i mięśni, a co za tym idzie ból i realne zmiany w ciele? Łapię się na tym, że czasem, gdy piszę i poniosą mnie emocje, odzywają się łagodne zazwyczaj kamienie w woreczku żółciowym, nakazując wstać i odejść od komputera. Ale jak przestać myśleć? Zwłaszcza gdy czas nagli.

         W środę proszę o wyłączenie programu kolejnego P. Ale zbieg okoliczności! – ilu tych osób o inicjale imienia P będzie jeszcze w tygodniu!?

I jest już środa 28.10. Planuję różne zajęcia i rzeczy do przemyśleń, przeczytanie zaległych gazet, ale nic z tych planów nie wychodzi. Dwukrotnie odwiedza mnie P poniedziałkowy. Jest przejęty swoimi sprawami, nie nadaje się do rozmów o sprawach, które mnie interesują. Zaraz na wstępie daję się wciągnąć w idiotyczny spór na temat planów zamykania sklepów w niedziele. Ja jestem przeciw, mój rozmówca za (choć kiedyś też był przeciw), ale jako neofita walczy do upadłego, chcąc mi narzucić swój pogląd. Odwołuje się do własnych doświadczeń (akurat te są mi obce). Ja uważam, że powinniśmy zostać każdy przy swoim, wcale nie chcę być przekonywana, ale on uważa, że jego poglądy powinnam natychmiast przyjąć bez zastrzeżeń, bo to on ma rację, a ja i tak nie robię w niedzielę zakupów. Opieram się. Statystyka wskazuje na to, że zwolennicy zamykania sklepów są w mniejszości, bowiem jeśli nie żądają tego z przyczyn ideologicznych (ja nie aprobuję tego, że jedna ideologia ma obowiązywać wszystkich) to z interesu sprzedawców i pracowników sklepów (którzy są w mniejszości i nie do końca chętni do rezygnowania z części zarobków). Wprawdzie nie chodzę teraz do sklepów w niedziele, bo nie muszę, ale kiedyś, jako człowiek żyjący od delegacji do delegacji lub wyjeżdżający w weekendy na działkę i posiadający rodzinę, bez zakupów takich nie mogłam się obyć. Zresztą nie mam ochoty w głupiej zresztą sprawie zmieniać poglądów na czyjeś zawołanie. Żądanie tego ode mnie uważam co najmniej za niestosowne.

         Dzień kończy się wysłuchaniem cudzych refleksji, ale na szczęście już nie następują dalsze spory. Coraz więcej bolą mnie stawy i nawet w nocy z bólu nie mogę spać.

Czwartek 29.10 Jestem w domu sama, bez gości. Planuję ten dzień spędzić sama z sobą, ogarnąć się fizycznie i umysłowo. Zażywam proszki przeciwbólowe, które jednak powodują kłopoty żołądkowe i kołatanie serca. Cóż, coś za coś. Gotuję sobie kaszkę mannę, ze wstrętem patrząc na pozostałe z poprzedniego dnia befsztyki z cebulką i pieczarkami oraz inne pyszności szykowane dla gości.

         Odbieram telefon z propozycją spędzenia u mnie soboty przez grono ludzi ćwiczące jakieś rytuały przed nadchodzącymi Zaduszkami czy też Dziadami, kto to ogarnie? Odrzucam propozycję. Jestem nieuprzejma, czego się potem wstydzę, ale mam dosyć ludzi i ich spraw (własnych zresztą też). Nie chcę brać udziału w jakichś nieznanych rytuałach.

         Moje postanowienie umyka za sprawą lektury zaległych i bieżących gazet. Lekko odrzucam dywagacje powyborcze i kolejne płachty gazety spływają płynnie do pojemnika na makulaturę. Jednak dominuje tematyka związana ze zbliżającym się 1 listopada, a zmiany opcji rządzącej poznać łatwo po nieobecności w prasie Halloween i dyń. Dominuje tematyka śmierci, samotności i tak dalej. Jakieś opowieści kobiet opiekujących się umierającymi, a wśród nich jeden wielki horror. Pewien umierający dziewięćdziesięcioparolatek ze wsi miał rozrusznik serca i opiekująca się nim kobieta szczegółowo opisuje jak umierał, a za każdym razem jego rozrusznik wzbudzał go na nowo do życia, przynajmniej pozornego.

         Nie chciałabym mieć rozrusznika. Tak samo, jak nie chciałabym być skremowaną, jak ktoś, na czyim pogrzebie byłam ostatnio. Próbuję sięgnąć genezy mojego strachu przed ogniem i kremacją, bez odwoływania się do „przeszłych wcieleń” i wracam do chwili, gdy po wypadku uwięziona we wraku samochodu słyszałam krzyki otaczających mnie ludzi, że lepiej nie zbliżać się, bo leje się benzyna i wrak może wybuchnąć. W końcu uwolniłam się sama, ale strach przed spłonięciem żywcem pozostał tak silny, że nie potrafię sobie wyobrazić, iż po śmierci nie będę czuć gorąca płomieni.

         Wiem już dużo: nie chcę ożywać i umierać kilka razy, a więc nie chcę być reanimowana i nie chcę być skremowana, ale kogo to obchodzi? Nieszczęsny mój zmarły skremowany przed tygodniem kuzyn, też tego nie chciał; pragnął być pochowany w Warszawie obok żony i jej rodziców, w grobie, o który dbał latami, ale ludzie z drugiego końca Polski, którzy o tym decydowali, z rozmaitych względów nie wzięli tego pod uwagę.

         Rozmawiam o tym z kimś (już nie P) — bo jednak nie udało mi się zostać samą. Mój rozmówca na chwilę milknie, po czym oświadcza, że moje słowa są dla niego inspiracją i że dzięki temu mam prawo do bezpłatnego udziału w jego nowym biznesowym przedsięwzięciu, na którego pomysł wpadł dzięki moim dywagacjom. Pyta mnie o kilka szczegółów i wsiąkamy w dyskusję o konkretach. W moim nastroju dyskusja o konkretach jest czymś pożądanym i przyjemnym, bo łagodzi lęki.

Reasumując: pojawia się kilka zagadnień do przemyśleń.

1) Astrologicznie. Pomyślcie: czy to wszystko za sprawą Saturna? Aha, zapomniałam dodać, że ten tranzytujący Saturn przebywa w moim 8 domu, gdzie nawet biznesy związane są ze śmiercią. Zresztą jednocześnie Pluton tranzytuje opozycją mój urodzeniowy Księżyc, a to ciężka planeta, jak żadna inna związana ze śmiercią. Urodzeniowy Uran, będący w opozycji do mojego urodzeniowego stellum, tym samym ustawił się w opozycji do tranzytującego Saturna, stąd zapewne problemy z programami komputerowymi. I jeszcze jedno, Tranzyt Wenus z Marsem przez descendent w opozycji do Chirona tranzytującego ascendent. Kontrowersyjny nauczyciel i uzdrowiciel, który siebie nie był w stanie wyleczyć, a uczniów szkolił w sprawach nie do końca aprobowanych. Większość z tych tranzytów jest ścisła, w granicy 1 stopnia. I niestety, są to planety wolno poruszające się, więc szybko ich działanie nie przeminie, ani przynajmniej nie rozmyje się.

2) Dywinacyjnie. Mam nadzieję, że w piątek uda mi się już pobyć sama ze sobą i zechcę postawić sobie karty Tarota w związku nie tyle ze sprawą, o którą pytałam cztery lata temu (ta już dawno przestała być aktualna), ale tą odpowiedzią, którą wówczas uzyskałam, a która wynikła niejako na marginesie tamtej, jako jej wyjaśnienie czy uzasadnienie. Powoli do tego dojrzewam. Zawsze uważałam, że dla dywinacji kluczowym jest moment, w którym to należy zrobić i zbliżanie się tego momentu, albo jego wystąpienie, zawsze odczuwam wyraźnie. Na sobotę nie mogę już nic planować, bo przychodzi, jak zwykle, pani sprzątająca, która dzieli część moich zainteresowań i całe popołudnie poświęcę jej i jej sprawom — nie moim.

3) Psychologicznie. Zdaję sobie sprawę, że wielu starych ludzi cierpi na brak towarzystwa, ale dziwnym trafem ja do nich nie należę. Choć w młodości bardzo, bardzo mi ludzi brakowało (a brakowało, bo rodzina to zupełnie inny gatunek, niż starsza osoba i trzeba liczyć się ze wszystkimi jej członkami, zwłaszcza jeśli źle odbierają wszelkie aktywności poza nią). Obecnie bardzo wiele zawdzięczam swoim rozmówcom, kimkolwiek by byli, bowiem reprezentują różne odcienie rzeczywistości i pozwalają mi nadrobić moje braki wynikające z mniejszej sprawności, jednak... czasami brakuje mi pełnej samotności.

4) Aktywność. Opisane spotkania nie były jedynymi w ostatnim tygodniu. W międzyczasie wykonywałam sporo zajęć, którymi sobie dorabiam do emerytury. Skanowałam i wysyłałam dokumenty, konsultowałam cudze przedsięwzięcie biznesowe, ostro spierałam się z grafikami i pewnym informatykiem (Mars na descendencie!), wysyłałam maile z sugestiami i krytyką. Nie zdążyłam się zabrać za czytanie swojej powieści i za jej poprawianie, za to otrzymałam obietnicę gastronomicznego przygotowania moich urodzino-imienin. Nie będzie już więc śledzików na descendencie, bo nie będzie Agi, która je w ubiegłym roku przygotowywała fizycznie i astrologicznie. Za to będzie fachowo przygotowane świetne sushi (w życiu nie jadłam) i inne takie nowoczesne specjały.

         Aga straciła się po drodze, ponieważ stała się ostatnio nie do wytrzymania, zaczęła mnie obrażać, więc zlikwidowałam tę znajomość. Prawdopodobnie musiała odreagować to, że tak dużo mi ujawniła wiadomości o sobie. Szkoda mi Agi, lubiłam ją, choć charakterek to miała, oj miała. To przykre, ale tacy ludzie, którzy nadmiernie się zaprzyjaźnią, wychodząc poza poziom przez samych siebie akceptowalny, szybko znikają z horyzontu, gdy stają się bliżsi, niż zakładali.

5) Niezrealizowane plany z tego tygodnia. Nie poszłam do pedicurzystki, nie poszłam do ortopedy, nie poszłam na zastrzyki, nie zabrałam się za sprawdzanie tekstu, nie przeczytałam...

         Mój syn powiedział mi — ty siedzisz w domu i nie masz co robić, więc twoje spojrzenie na świat i jego problemy jest wypaczone. Nie chciało mi się go przekonywać, że jest inaczej, choć może powinnam podjąć dyskusję.

6) Czego bym chciała. Wszyscy moi rozmówcy z tego tygodnia są ode mnie o wiele młodsi. Tak więc czasem chciałabym sobie ponarzekać przed ludźmi, którzy by mnie zrozumieli: ból stawów, gorszy nastrój poranków, różne inne dolegliwości. Nie mówiliby, że trzeba ćwiczyć umysł i ciało, że nie można się nad sobą rozczulać, że trzeba jeść to czy tamto, a nie jeść czegoś innego i tak dalej. Nie udzielaliby mi żadnych rad i wskazówek, nawet dobrych, a zwłaszcza dobrych. Nie mieliby tej silnej wiary w to, że człowiek sam wykuwa swój los i sam za siebie jest odpowiedzialny. Nie wierzyli by w to, że człowiek musi być istotą racjonalną i myślącą. Mogłabym zwierzyć im się z każdej głupoty, która mi przyjdzie do głowy, nawet z tego, że popłakałam się w którymś momencie tureckiego serialu, gdy syn mówi do ojca, że ma już czegoś tam dosyć. Mogłabym usiąść sobie z kimś takim sobie podobnym, taką drugą połówką orzecha, na ławeczce przed drewnianą chałupką, obserwując igrające na płocie koty i pojęczeć odrobinę, zanim nadejdzie różowy zmierzch, a nad pobliskim polem zalśni Droga Mleczna i ziemię skuje przymrozek.


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-10-31)



« Piłeczki do sikania Babcia ezoteryczna śni na jawie »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)