Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 października 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

U lekarza i inne smaczki

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: obyczaje

« Drapieżnice Traktat przy obcinaniu paznokci »

         To już ostatnia porcja smaków i smaczków z lat 70-80. PRL we fragmentach mojej niewydanej powieści. 

         Zacznę od lekarza zakładowego. Jako wyjaśnienie muszę dodać, że teoretycznie jego istnienie miało ułatwiać życie pracownikom, oszczędzić czekania w przychodniach po kolejkach, w praktyce zaś było utrudnieniem. Każde zwolnienie wydane przez lekarza innego niż zakładowy musiało być przez niego zatwierdzone. Jeśli raczej zatwierdzał zwolnienia wydane przez specjalistów, to jako internista zdecydowanie kierował się innymi opcjami, więc nie było sensu udawać się do innych internistów w rejonowych przychodniach (służba zdrowia była zrejonizowana, nie było wyboru ani przychodni, ani lekarza). Podstawowym zadaniem lekarza zakładowego było minimalizowanie ilości zwolnień lekarskich. Ten, niżej opisany lekarz, pracował nie w PZU, tylko w moim poprzednim zakładzie, „Samopomocy Chłopskiej”, i jego karierze nie zaszkodził fakt, że odesłał bez zwolnienia do pracy kolegę, który w godzinę później zmarł na zawał przy swoim biurku.

         Nigdy nie zapomnę tego modlenia się w duchu, żeby rtęć w termometrze pięła się wyżej i wyżej... Gdy już zakupiono dla pana doktora termometr i pałeczki do oglądania gardła.

 

         „– Wiecie, jak ten nowy lekarz zakładowy bada pacjentki? – Otworzyła drzwi na korytarz i zawołała: – Więzień Chlebowska, proszę do gabinetu! Rozebrać się do pasa!

         Potem naśladując lekarza wsadziła w kąt warg nie zapalonego papierosa i przytknęła ucho do piersi Izy, udając, że czegoś pilnie nasłuchuje.

         – No, no... – Po chwili udała, że zauważyła, iż parzy „pacjentkę” i oświadczyła skruszonym głosem:  – Jeszcze nie mam słuchawek. Zresztą i tak nic nie słychać, na ulicy za duży gwar. I jeszcze sprzątaczka z odkurzaczem. I te kobiety na korytarzu rajcują. Niech wróci, jak będzie miała większą gorączkę, ta jest za mała. Zgodnie z regulaminem musi być co najmniej trzydzieści siedem i sześć, a jest tylko trzydzieści siedem i pięć. Więzień odmeldować się. Zwolnienie się nie należy.

         – Ależ panie doktorze, pan nie mierzył mi gorączki!

         – Nie mam termometru, ale więzień sam powiedział, że jest trzydzieści siedem i pięć.

         – U nas w przychodni rejonowej starczy mieć trzydzieści siedem i trzy.

         – Ale tu ja jestem lekarzem i proszę nie dyskutować. Może iść do rejonowej i wziąć zwolnienie, ale ja i tak nie podpiszę. Zanim zwołają komisję, nawet kataru nie będzie już miała.

         – To może chociaż pan doktor zapisze jakieś lekarstwo...

         – Niech weźmie cebuli, nakroi, posypie cukrem i pije sok. A w aptece sobie kupi spirytus mrówczany i naciera się przed snem. Następny więzień proszę!

Dziewczyny pokładały się ze śmiechu.

         – Coś ty, nie uwierzę!

         – Naprawdę, on pracuje w więzieniu i jeszcze się do nas nie przyzwyczaił! Tutaj tylko jest na pół etatu”.

 

         Ot, cały PRL. Na tyłach Domów Towarowych Centrum demonstrowała Pomarańczowa Alternatywa i milicja wraz z ORMO zrobiła obławę na demonstrantów. Za PRL imieniny obchodzono hucznie, solenizanci dostawali bukiety kwiatów, więc wracałam z pracy z ich naręczem, kiedy zastąpiło mi drogę kilku mundurowych. Kwiaty im się nie podobały, więc bukiet zlikwidowało kilka ciosów pałką, przy okazji naruszając nieco trzymającą naręcze rękę. Ale nic mi się poważnego nie stało, mimo że mogli mi tę rękę złamać, bowiem celem nie byłam ja, a kwiaty, więc cios był wyważony. Tylko tyle, aby upokorzyć i dokuczyć.

         Nie było jednak tak, że w pracy było zawsze nudno i smutno, a na ulicach straszno. I tym optymistycznym akcentem pragnę zakończyć tych parę obrazów z późnego PRL

 

         „Tymczasem Szczeniaczek zawołała Iwonę do sczytywania długich kolumn liczb sprawozdania. Robiły to na zmianę, najpierw czytała Iwona, a sprawdzała Szczeniaczek, potem na odwrót. Iwonie zaczęły się kleić oczy. Monotonny głos koleżanki usypiał, choć i tak już lepiej się czuła i mniej spała niż bezpośrednio po szpitalu. Widząc to, Iza zabrała Iwonie arkusz i sama zaczęła czytać. Naśladowała aktorski głos Justyny, tonem dramatycznym albo kobieco miękkim czytała liczby, jakby para miłosna toczyła na scenie swój dialog pełen dramatycznych uczuć mężczyzny i słodkiej uległości kobiecej. Justyna wstała zza biurka i zaczęła tańczyć w rytm recytowanych kolumn liczb, akcentując przytupem miejsca, gdzie Iza przerywała do nabrania oddechu i uderzeniem dłoni w sztywną okładkę „dekretu o przewozie przesyłek towarowych kolejami państwowymi”, udającego tamburyn, koniec kolumny. Justyna lubiła klimaty hiszpańskie i włoskie, nawet w ubraniu starała się do nich nawiązywać. Nosiła długą spódnicę z falbaną na dole, białą bluzkę i czerwoną sznurowaną kamizelkę przerobioną ze swetra, udającą stanik oraz kilka sznurów długich korali. Oglądając codziennie Cyganki na parkingu zaczęła nawet, wzorując się na nich, zarzucać na plecy chustę. Teraz zerwała ją z wieszaka z płaszczami, powiewając nią i przytupując, drobnymi kroczkami okrążała pokój. Dziewczęta zaczęły klaskać, cichutko, żeby nie zagłuszyć głosu Izy. Czterysta dwadzieścia osiem tysięcy siedemset czterdzieści dwa, sześć tysięcy dwanaście, trzysta szesnaście, jak autobus, dwa tysiące pięćset pięćdziesiąt pięć...”


Korekta przez: Radek Ziemic (2015-10-18)



« Drapieżnice Traktat przy obcinaniu paznokci »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)