Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 grudnia 2003

Wojciech Jóźwiak

Czy urodziliśmy się Europejczykami?
O przenoszeniu praktyk duchowych z jednego obszaru kulturowego do drugiego

Kategoria: Pytania i granice

W niezmiernie ciekawym wywiadzie pt. "Czas Wodnika. O gnozie, herezjach i antropozofii", danym 11 lat temu, w listopadzie 1992 roku, a niedawno przypomnianym w aktualnościach serwisu "e-Gnosis", Jerzy Prokopiuk wypowiedział takie opinie:

Jednakże ruch ten [New Age - przyp. WJ], tak przecież różnorodny, ma również swe ciemne strony. Za jedną z nich uważam próbę pewnych niepotrzebnych i niemożliwych przenosin określonych metod i technik gnostycznego myślenia [czyli myślenia ukierunkowanego na duchowy rozwój i wyzwolenie - przyp. WJ] z jednego kręgu kulturowego czy religijnego do innego. Po pierwsze, myślenie gnostyczne rozwija się przecież i realizuje w określonym kontekście kulturowo-religijnym, co powoduje, że pewne treści rozumiane i przeżywane w jednym kręgu, są nie rozumiane albo są rozumiane powierzchownie i opacznie w drugim. Po drugie jest to wbrew intencji boskiej, bo przecież trudno uważać bogów za idiotów i twierdzić, że to, czego dokonali z zamysłem, jest niewłaściwe i wymaga ludzkich korekt. Jeśli więc Hindusom dali jogę i umieścili ją w ich kulturowym i duchowym kontekście, to mieli w tym swój zamiar i przenoszenie na siłę tej techniki na grunt europejski nie ma sensu, a nawet jest szkodliwe, przynosi więcej duchowych szkód niż pożytków. My nie po to rodzimy się w Europie, w określonym kręgu kulturowym, aby na siłę przemieniać się w Hindusów, aby np. całe życie medytować pod palmą; rodzimy się tu w obecnej fazie rozwoju Europy ciągle jeszcze po to, aby uczyć się matematyki i rozwijać technikę, która jest tworem europejskiej cywilizacji. Rozwój ludzkości nie opiera się na ogólnoludzkiej wspólnocie cech biologicznych, ważniejsza jest wspólnota w ramach kulturowych kręgów. To nie jest zresztą tylko moje wrażenie. Często zdarza się tak, że wybitni guru indyjscy, molestowani przez Europejczyków chcących uprawiać jogę, odsyłają ich do Europy: wracajcie tam mówią - i studiujcie Biblię, to jest wasza droga duchowego rozwoju. Pomijam tu już jawnych hochsztaplerów i oszustów z Indii, którzy w Ameryce i Europie znaleźli tysiące łatwowiernych wyznawców, prowadząc dzięki nim dostatni tryb życia. Kilku z nich nawet trafiło do więzień. (...)

Po czym, zapytany, czy istnieje droga duchowego rozwoju odpowiednia dla Europejczyka, Jerzy Prokopiuk odpowiada:

Tak, istnieje taka droga będąca zarazem europejską, chrześcijańską i gnostyczną. Jest nią antropozofia Rudolfa Steinera. (...)

O Steinerze nie będę się wypowiadał, nie znam jego metod; jego pisma, które czytałem, pozostawiły mnie obojętnym, więc po prostu nie czuję się co do niego kompetentny. W powyższym fragmencie wywiadu została wypowiedziana pewna myśl, która rzadko jest formułowana aż tak dobitnie. W karykaturalnym skrócie można ją przedstawić tak: Trzymaj się szewcze kopyta, trzymaj się Europejczyku Biblii. Co o tym sądzę?

Tak się złożyło, że wtedy, w 1992 roku, jogę znałem i ćwiczyłem asany już od jakichś dziesięciu lat. Znałem też ludzi - Polaków - którzy byli w tę sztukę wprowadzeni bez porównania lepiej ode mnie. Minęło następnych jedenaście lat i dalej joga mi w życiu towarzyszy, i jest co więcej jedną z najbardziej stałych rzeczy w mojej karierze. Nigdy nie czułem jakiejś podstawowej obcości tych ćwiczeń, niczego takiego, co by mi mówiło: o nie, tego się nie da, to nie dla takiego Europejczyka jak ja. W pozycji lotosowej wprawdzie nie usiądę, ale mam znajomych - wśród nich mężczyzn podobnych do mnie masą i grubością kości - którzy robili to od pierwszej próby.

Skoro joga miałaby być dla człowieka Zachodu czymś tak fundamentalnie obcym, jak twierdził Prokopiuk, to na czym ta obcość by polegała? Czym tę obcość zmierzyć? Nie ma chyba ani lepszej, ani innej miary, niż czyjeś własne odczucie. Nie miałem nigdy odczucia obcości ćwiczeń jogi. Ani obcości medytacji. Przeciwnie, miałem silne w swojej oczywistości odczucie, że to jest coś mojego, że odkrywając jogiczne pozycje ciała, albo skupienie na oddechu, albo doświadczenia wizualizacyjne, wracam do siebie, do swojego domu, do miejsca, gdzie jestem na swoim. Podobnie było z buddyzmem. To samo odczucie miałem, i to w wielkim nasileniu, kiedy po raz pierwszy brałem udział w szamańskich działaniach prowadzonych przez Davida Thomsona i Mattie Davis-Wolffe. Oczywiście, wszędzie byłem uczniem grymaśnym, nie wszystko "kupowałem". Pewne asany wydawały mi się niepotrzebnie niewygodne, w wiele praktyk buddyjskich w ogóle nie wchodziłem, nie próbowałem ich nawet, pewne działania szamańskie były - moim zdaniem - chybione, albo w ogólności dobre, ale akurat nie dla mnie - jednak te osobiste preferencje co do szczegółów nie zmieniają istoty rzeczy: że w tych działaniach czułem się u siebie.

Za to gdy najdalej sięgnę pamięcią, aż do dzieciństwa, to kościół, msza, spowiedź, czarne suknie kapłanów i inne elementy tej religii, w której się urodziłem, odczuwałem jako obce. To było jak ubranie za ciasne, krępujące ruchy, nie na tego człowieka. Oczywiście, nie mam zamiaru swoich odczuć uogólniać i twierdzić, że to, co dla mnie niewygodne, musi być takie samo i dla innych. Wiem, że pewna duża liczba ludzi, w Polsce i gdzie indziej, jest wręcz zakochana w swojej chrześcijańskiej religii lub w innych spokrewnionych z nią religiach biblijnych. To wiem - ale w sobie tego nie czuję.

Wracając do wypowiedzi Jerzego Prokopiuka. Jest tam rzucona - bo nie wyłożona systematycznie - myśl, że z jednej strony jest Zachód, Europa, której pojęcia i ideały są ufundowane na objawieniach biblijnych, Europejczycy zaś (w przeciwieństwie do Hindusów medytujących pod palmami) powołani są do tego, żeby działać w świecie, a cel swój mają osiągnąć "ucząc się matematyki i rozwijając technikę". Z drugiej strony jest Wschód, Azja, owi jogini pod palmami, od których nie należy pobierać nauk, bo nam, Europejczykom, zaszkodzą.

Na punkcie matematyki i techniki nie mam kompleksów. Z zawodu i dyplomu jestem "ścisły" i mimo sporego czasu, jaki minął od moich studiów, nadal całkiem nieźle rozumiem to, co się teraz dzieje na froncie robót fizyki, astronomii, genetyki lub informatyki. Z drugiej strony, w Indiach urodziło się paru fizyków-noblistów, a tamtejsza nauka lepiej stoi od polskiej. Że wschód jest od medytacji, a Zachód od technicznej praktyki, to taki sam przesąd, jak noszenie w tropikach korkowych kasków.

Dlaczego biblijna baza miałaby wspierać techniczną nadbudowę? Jaki tu byłby logiczny związek? Kolejna zagadka. Zresztą zanegowana przez fakty: bo Japonia, Korea i Chiny, których tradycja jest nie-biblijna, bez kłopotów przyswajają sobie całą naukowo-techniczną cywilizację, a biblijny świat islamski jakoś z większymi oporami. Więc te dwie rzeczy, Biblia i zmysł techniczno-matematyczny, po prostu żadnego związku nie mają.

Zupełnie też nie umiem zrozumieć, dlaczego przyswajanie sobie nauk, metod i idei pochodzących z Indii (te "Indie", jak się domyślam, należy rozumieć szeroko - jako całą "nie-Europę" lub jako ogół kultur nie-biblijnych) miałoby być dla mnie szkodliwe. Z tekstu Prokopiuka wynika sugestia, że prawdziwi indyjscy guru są świadomi tej, wskazywanej przez niego, nieprzenośności ich nauk na Zachód, i życzą sobie, aby ludzie Zachodu wrócili do swojej Biblii, która im najzupełniej wystarcza jako źródło inspiracji i podręcznik duchowego rozwoju, joga zaś i inne szkoły wewnętrznego wglądu to dla Europejczyka zbędne fanaberie. Jednak chociaż takie jest zdanie guru prawdziwych, to te same względy nie powstrzymują guru fałszywych, którzy lecą na Zachód, aby tłuc kasę. I takich guru Europejczyk powinien unikać, bo mu zaszkodzą. Czytając to jednak miałem wrażenie, że to jest powierzchnia przedstawionej opinii, a pod nią kryje się przekonanie o jakiejś głębszej podstawowej szkodliwości nauk nie-biblijnych dla Europejczyka. Tego zwyczajnie nie rozumiem! Czyżby to było, wypowiedziane "swoimi słowami" pierwsze przykazanie Dekalogu? Gdyby to powiedział ktoś z kościelnych ścigaczy sekt, to bym się nie zdziwił. Ale papież polskich heretyków, Jerzy Prokopiuk?!

O kilku lat biorę udział w działaniach, które w pewnym stopniu otwierają wgląd w podświadomość i dają bliższą niż to się dzieje zazwyczaj styczność z archetypami. (Zobacz np. tu: "Otwieranie trzeciego oka tlenem".) Także od wielu lat zbieram sny innych ludzi, więc można powiedzieć, że obserwuję, co dzieje się w podświadomości pewnej populacji Polaków. Tę spontaniczną twórczość umysłu cenię sobie nawet wyżej niż (współcześnie pisane) dzieła literackie lub filmy, bo jest autentyczna, inaczej niż to, co wymyślane świadomie. Otóż w tych podświadomych treściach niewiele jest motywów typowo chrześcijańskich lub (ogólniej) biblijnych. Bywa też tak, że przy pomocy chrześcijańskich obrazów: świątynia, wieże kościelne, kapłani w liturgicznych szatach, a nawet Osoby Boskie, wyrażane są treści najzupełniej heretyckie, jeśli nie pogańskie. (Zobacz np. tu: "Szamańska Częstochowa", i dalej tu: "Klątwa nad Wieżą Babel"; także tu: sen nr 1, "Bóg i Pies".) Mam wrażenie, że jest tak, że religia, tak jak jest zwyczajowo i oficjalnie praktykowana, funkcjonuje u nas osobno, a archetypowe życie umysłu - przynajmniej polskiego - osobno.

Co nie jest zarzutem, lecz przeciwnie, zgadza mi się z obserwacją, że treści i nauki wschodnie w szerokim sensie, czyli nie-europejskie jako nie-biblijne, nie wypierają treści i nauk biblijnych ani w ogóle nie wchodzą z nimi we współzawodnictwo o rząd dusz, tak jak by to sobie wyobrażali biblijni monoteiści - przynajmniej nie na tej samej płaszczyźnie. Te "wschodnie" treści układają się w nową jakość, będącą zarówno poza religią jak i poza dotychczas rozumianym ateizmem.

Jeszcze jedno zdanie-wyznanie wiary Jerzego Prokopiuka uderzyło mnie:

I celem naszym jest rzeczywistość opisana w Apokalipsie Janowej jako Nowa Jerozolima, która jest jakby Rajem na wyższym poziomie, nie tym Rajem sprzed ziemskich doświadczeń, ale tym, który zaistnieje po naszych doświadczeniach na Ziemi.

Otóż wizja nowego Jeruzalem kończąca Janową Apokalipsę mnie brzmi tak obco, że aż woła o niezgodę. Bo co obiecuje: wybranie garści wybrańców, podczas gdy sczeznąć ma cała reszta. Wyrzucenie nieprawowiernych w "ciemność na zewnątrz", gdzie tułać się mają "czarownicy" ze swoimi psami. (Kotami itd., chyba też?) Oczyszczenie ludzkości z nieprawomyślnego elementu. Gdy te nawoływania zastosować w praktyce, do ziemskich porządków, to włos się jeży. Na szczęście były już - w pewnym stopniu udane - próby budowania społeczeństw złożonych z samych wybrańców o oczyszczonych umysłach, lecz horror tych prób nakazuje czytać Apokalipsę już nie tak dosłownie.

Wojciech Jóźwiak
2 grudnia 2003

P.S. ...co nie zmienia wielkiego szacunku, jaki mam dla Pana Jerzego Prokopiuka.


komentarze

1. duchy przodków są przeciwne jodze? • autor: Jerzy Pomianowski2016-05-16 23:24:01

Sądzę, że stanowisko Jerzego Prokopiuka należy do tzw zdroworozsądkowych. Tryb życia czy sposób odżywiania się, są istotnie silne związane z lokalnymi warunkami i ich kopiowanie w miejscach odległych klimatycznie i geograficznie jest ryzykowne. Nie ma jednak powodu by sądzić że współczesny "prawdziwy" sapiens (ostateczna modyfikacja mózgu człowieka zaszła  kilkadziesiąt tysięcy lat temu) miał w sobie jakieś swoiste lokalne bariery uniemożliwiające przenoszenie systemów religijnych czy wariantów rozumienia świata w dowolnym kierunku.
No chyba że przyjąć w ślad za niektórymi, że prapradziadek wpływa z zaświatów na los praprawnuczka. Wówczas istotnie, nie każdy  Europejczyk może  odnaleźć w sobie hinduskiego jogina.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)