Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 maja 2016

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia mniej ezoteryczna (odcinków: 82)

Usypiający umysł


« Symulakry czyli portale organiczne Nieuważność »

         W miarę kroków wykonywanych przez starych ludzi w kierunku tego, co nieuniknione, ich umysł przysypia. Ludzie z pełnymi objawami, u których tak się dzieje, otrzymują od losu dar nie do przecenienia, zwłaszcza, gdy ich rozum i osobowość zasną w harmonii razem z ciałem. Kiedyś. Wcześniej czy później, ale KIEDYŚ. Do tego czasu jednak mogą pochylić się nad każdym kwiatkiem, listkiem i robaczkiem. Przysypiając.

         Są jednak nieszczęśnicy, którzy czepiają się życia jak rzep psiego ogona, nie zmierzając w kierunku nieuniknionego łagodnie i stopniowo, za to burząc się i walcząc pazurami i zębami. Znałam kiedyś osobę, mocno już posuniętą w starczej demencji, która w lęku przed śmiercią niejako „otrzeźwiała”; zrobiła się z powrotem rozumną, umiejętnie kalkulującą; wróciła jej pamięć i świadomość sytuacji — i po co jej to było? Po to, by od nowa walczyć z losem?

        Trzeba było widzieć jej rozbiegane oczy, jej cierpienie, nie tyle fizyczne, ile duchowe, emocjonalne i mentalne; jej ręce poszukujące wokół siebie oparcia, którego nie mogła odnaleźć w fizyczności. Straszliwy widok!

         Niestety, byłam kilka razy wśród umierających i nigdy nie mogłam udzielić im wystarczającego wsparcia (właściwie jakie wsparcie jest wystarczające?) poza zwykłą pomocą: podaniem niepotrzebnej wody, poklepaniem po ręce (krótkim, z szybkim wycofaniem się, jakby groziło nam zarażenie się). Wobec śmierci jesteśmy pełni lęku i niestety, jedynym lekarstwem jest otępienie, wcześniejsze, rozłożone w czasie usypianie umysłu przebiegające tak, żeby u kresu nie chciał się już obudzić.

         Do czego zmierzam? Jeszcze nie wybieram się poza swój kres, choć raczej z możliwością jestem pogodzona. Obserwując siebie, martwię się niekiedy, że moje uczucia, od lat pozostające w uśpieniu, budzą się czasem, skaczą jak młode szczeniaki, bezsensownie i nieadekwatnie do sytuacji i wówczas bardzo, bardzo się boję. Zdarza się jednak, że mój umysł przysypia i powitałabym to przysypianie z nadzieją i radością, gdyby nie to, iż jeszcze żyję na tym świecie i muszę zmagać się z rozmaitymi życiowymi przeszkodami (np. biurokracją, perspektywą remontu i tak dalej). Nikt nie chroni mnie przed sprawami, z którymi mój, przysypiający czasem umysł, wolałby nie mieć nic do czynienia.

         Kiedy jednak przebrnę przez pułapki, jakie zastawia na mnie owo przysypianie wobec wyzwań codzienności, jestem głupio szczęśliwa (choć nie powinnam).

         A oto przykład. Miałam do załatwienia telefonicznie trzy bardzo uciążliwe sprawy. Pierwsza z nich wynikała z tego, że nie bardzo wiedziałam, jakich użyć argumentów, jak przedstawić swoją sprawę i spowodować, żeby rozmówca zechciał mi pomóc. Nienawidzę rozmawiać przez telefon o sprawach ważnych i nigdy nie musiałam. Zawsze starałam się w takich wypadkach o kontakt osobisty. W dodatku miałam omówić sprawy, na których raczej się nie znam, przedstawić je tak, żebym nie wyszła na idiotkę i skłonić rozmówcę, żeby mi pomógł bez żadnych obietnic z mojej strony. Nigdy zresztą nie dałam w życiu łapówki i nie wiedziałabym jak to zrobić, żeby nie spalić się ze wstydu, i nie zamierzałam odstąpić od swoich zasad. A rozmowa (o czym uprzedzała mnie centrala) była nagrywana. Pamiętam te „rozmowa jest kontrolowana” w słuchawce telefonu za czasów stanu wojennego i swoje niemiłe uczucia, choć nie do końca wierzyłam, że komuś chce się odsłuchiwać te wszelkie telefoniczne pleple dla wyłowienia oczekiwanego sensu. Czasami jednak zdarzało się (mnie także), że ktoś odzywał się, komentując słowa przed chwilą wypowiedziane, dostępne zda się dwojgu osób, i było to bardzo stresujące, zwłaszcza jeśli i tak, jak zwykle w tamtych czasach, nie mówiono dosłownie, tylko operowano aluzjami. To był wręcz nawyk – działał nawet wtedy, gdy omawiano sprawy zgoła prywatne.

         Tym razem nie mogłam mówić aluzjami, rzecz szła o całkiem konkretne fakty, umowy, terminy, zakresy i tak dalej. O rozwiązanie łamigłówki, którą ktoś przede mną postawił.

         Podchodziłam do rozmowy kilkakrotnie i nie udawało mi się uzyskać połączenia. Gdy wreszcie po dwóch dniach uporczywego wydzwaniania złapałam delikwenta, rozmowa okazała się prosta i przyjemna, a rozmówca sympatyczny i chętny do pomocy. Prosił o dwa dni na załatwienie sprawy, ale oddzwonił po godzinie, że już sprawę załatwił.

         Uszczęśliwiona poszłam za ciosem i zadzwoniłam w drugiej, całkiem odmiennej sprawie. Poprzedniego wieczora miałam zadzwonić, ale zasnęłam ni stąd, ni zowąd i obudziłam się, gdy było już za późno na wydzwanianie do ludzi, którzy chodzą raczej wcześnie spać. Zastanie ich w domu przed południem oznaczało dobry omen i jako taki je potraktowałam, choć tu sukces sprawy nie był jeszcze przesądzony.

         Te dwie rozmowy wytrąciły mnie z przysypiania umysłu i natychmiast pojawiły się kolejne sprawy, które trzeba było przemyśleć, opracować strategię postępowania, podjąć decyzje, przeprowadzić niezbyt miłą korespondencję i tak dalej. Pojawiły się osoby usiłujące coś ode mnie uzyskać i z uporem forsujące rozwiązania kolidujące z innymi rozwiązaniami, znanymi im wcześniej, ale kontestowanymi. No i wyzwania intelektualne, jakby tamtego wszystkiego było za mało. Jednym zdaniem, usypiający już umysł został wybudzony moimi działaniami i przywołany do dalszej aktywności przez tkwiące w załomkach czasu bakterie zero-jedynkowych rozwiązań, które  ruszyły w ekspansji na osłabiony wcześniejszym uśpieniem organizm. Potrzebne było remedium, które należało znaleźć i zsyntetyzować, a wcześniej przypomnieć sobie reguły poszukiwania leków.

         Pojawiło się więc niebezpieczeństwo wyskoczenia z kolein naturalnego zamierania człowieka i perspektywy spokojnego odchodzenia wśród zapachu niegdysiejszych kwiatów, kontemplacji bzyczenia owadów nad szczypiorkiem i miętą rosnącymi na balkonie, przywoływania wspomnień i obserwacji żółtych tulipanów w wazonie, które zamiast więdnąć, powoli usychają, ale podczas tego usychania rosną w górę. Dziwne te tulipany, jak i dziwne są koleje moich interakcji z ich ofiarodawcą – kwiaty zapisu niezrozumienia, podsumowań i pogodzenia się z popełnionymi błędami, zapis naszego odchodzenia. I nasze obietnice. Żebyśmy wiedzieli.

         Lęk i niechęć w stosunku do czekającego mnie chaosu wchłaniają jak gąbka owe zero-jedynkowe bakterie, sycą i wzmacniają nimi siebie i swoich pobratymców, ściąganych niczym dodatkowe najemne wojska. A tak przyjemnie byłoby zasnąć...

         Czy następnym etapem będzie konieczność obrony wszystkich posiadanych "przydasiów", całego oprzyrządowania swojego świata, gdzie każda rzecz może być zażądana w każdej chwili dla dania czemuś świadectwa? Albo kolejne pogodzenie się z tym, że wylądują w białym kontenerze i wrócą do mnie na Święty Nigdy?

Korekta przez: Radek Ziemic (2016-05-12)



« Symulakry czyli portale organiczne Nieuważność »

komentarze

1. zasypianie • autor: Jerzy Pomianowski2016-05-10 20:32:56

Mam podobne odczucia co do zasypiania umysłu. Już potrafię wytrzymać na ławce dworcowej  czy na krześle w poczekalni ponad godzinę patrząc przed siebie i o niczym nie myśląc. Dziesięć lat temu byłoby to dla mnie nie wykonalne.
Niektóre zawody wymagają takiej sztuki. choćby żołnierz na warcie, ochroniarz, czy portier.

2. uśpić umysl ? • autor: Nierozpoznany#33372016-05-11 14:46:44

Dałaś mi do myślenia z tym usypianiem umysłu, oj dałaś. Trochę mnie zaskoczyła taka synchroniczność, bo nie dalej jak dwa dni wczesniej zanim przeczytałam Twój tekst, zdarzyło mi sie po praz pierwszy w życiu, że zasypiając pomyślałam: usnąć tak i sie już nie obudzić, to byłaby dobra śmierć bez cierpień. Przeżyłam już trochę, może wystarczy ? Zaraz jednak potem pomyślałam - no, nie jest jeszcze tak źle, może czeka mnie jeszcze cos ciekawego do przeżycia? Po raz pierwszy mi sie zdarzyło calkiem świadomie powiedzieć (chociaż w swoim własnym umyśle tylko) bardzo poważnie, że tak usnąc w śnie, to byłaby dobra śmierć, choćby i teraz. Wcześniej rozpowiadałam wszem i wobec, że tak umrę właśnie, jak moja babcia, cicho i spokojnie we śnie. Była chyba pogodzona ze śmiercią, nie miala już żadnych celów, nie widziała sensu samotnego trwania. - dziadek umarł 11 lat wcześniej. Nawet nie była specjalnie chora. Powtarzała tylko, że życie ją znudziło i chcialaby umrzeć, aż któregoś dnia okazalo się, pomimo, że nie była wcześniej chora, że ma zapalenie płuc i lekarze nie mogli spędzic gorączki, która ciągle nawracala, aż tak usnęła którejś nocy i już się nie obudziła. Podobno przyczyną była właśnie ta wysoka temperatura. Jednak juz dużo wcześniej ciągle powtarzala o zniechęceniu wobec życia. Coraz więcej spała. Moim zdaniem żyła w takim właśnie odrętwieniu..może własnie usypiała w ten sposób swój umysł i ciało ? Zastanawiałam sie właśnie nad tym, kiedy człowiek podejmuje, świadomie lub nie, kiedy poddaje sie procesowi "usypiania" umysłu ?, bo wiadomo, że jego trzeba przekonać zanim zareaguje ciało. Czy warto to robić i dlaczego ? Może wielu ludzi żyje nadzieją, że coś się w ich życiu nagle zmieni, że odnajdą jakiś cel, sens ? Podobno nadzieja umiera ostatnia i dlatego tak trudno się zdecydować na ’odpowiedni" moment :D  ..na samodzielną i bezbolesną eutanazję? Kiedyś też myślałam, żeby nauczyć sie techniki wstrzymywania oddechu tak długo, az ustanie praca mózgu. Tak ćwiczą jogini, chociaż oni to robią w innym podobno celu, żeby wędrować gdzieś tam w innych wymiarach, albo dotrzeć do innego świata. Często znajdowali ich ciała po kilku miesiącach, w pozycji lotosu siedzących. Ponoć gdzies tam ich Świadomość dotarła, ponoć, albo utknęła, albo po prostu cialo umarlo z powodu braku tlenu, a krążą o tym niesamowite opowieści, aż stały się mitami ;). Może to dobry sposób na własnoręczną na eutanazję jednak. A może trzeba uśpic umysł, zamęczyć go odrętwieniem? No, niećwiczony mięsień zanika,

3. cd .uśpić umysl ? • autor: Nierozpoznany#33372016-05-11 14:48:56

No, niećwiczony mięsień zanika, tak jak nieużywany mózg zamiera. Tylko, że perspektywa życia w takim odrętwieniu, zanim ciało też skapituluje, to niezbyt atrakcyjna perspektywa życia usychającej rośliny, życie w odrętwieniu nie wiadomo jak długo ...zanim uspisz ten umysł calkowicie..i to mnie troche przeraża :(  Może jak zacznę częściej myślec przed snem i w ciągu dnia o takiejś śmierci jak moja babcia, to może się zrealizować ? Trzeba jeszcze powtarzac ciągle, jak mantrę ! (może z tymi mantrami to prawda, a jeśli tak, to może odwrotnie mantrować, tylko właśnie, czy warto, jeśłi ciało nie daje rady już ?)  tak myślę - nie chcę życ, mam dośc, nie chce już wstać, chce usnąc , mam dosyć tego życia itp. ;) Zastanowię się kiedy wkroczyc na taką ścieżkę...na razie ciągle jeszcze mam nadzieję na ciekawe życie. Może to złudne, może ;) A może starzy (i nie tylko)  ludzie tak mantrują właśnie, jak wyżej napisałam, nie widząc już szans dla siebie i umierają zbyt wcześnie, a inni mający jakieś zadania, cele przyjemne ciągle mantrują odwrotnie i dlugo żyją ? No, pomijam oczywiście fakt niezamierzonych okoliczności, wypadków i innych niezależnych  od nas czynników. No, tak mi przyszło na koniec tego rozważania. Tak, teraz już chyba będę wiedziała , co robić, gdy zdecyduję się na "ten moment" i mam nadzieję, że zadziała.
[foto]

4. Czy w wieku • autor: Radek Ziemic2016-05-12 08:08:01

75 lat nie można już w ogóle cieszyć się życiem? Pytam, bo znam dwie takie osoby, które to potrafią - pracują w ogrodzie, cieszą się zjeżdżającą się rodziną, remontują dom, cieszą się sobą wzajem (są małżeństwem), interesują się polityką, czytają. Bardzo zwyczajne i bardzo interesujące życie. Patrzę na to z radością i podziwem. Oczywiście, można to wytłumaczyć biologią: instynkt życia czy coś takiego. Ale to chyba nie wystarczy.
[foto]

5. Sądzę • autor: Katarzyna Urbanowicz2016-05-12 08:31:14

Sądzę, że radość z życia nie zależy od wieku, bardziej powiązana jest ze stanem zdrowia. Cierpienie gasi poszukiwanie w życiu interesujących rzeczy, bowiem cały świat zaczyna koncentrować się na odczuwanym bólu. Nawet chwilowa ulga w bólu przywołuje chęć życia. Stąd mój zarzut pod adresem systemu zdrowotnego - w Polsce lekceważy się ból z powodów biurokratycznych. Ba, próby poprawy dobrostanu podejmowane na własną rękę traktuje się jako przestępstwo.
[foto]

6. Lęk? • autor: Przemysław Kapałka2016-05-12 12:21:11

Wobec śmierci jesteśmy pełni lęku i niestety, jedynym lekarstwem jest otępienie,


Ja nie jestem pełen lęku wobec śmierci (może dlatego, że czułem już jej oddech, oj, czułem) i moi dziadkowie chyba też nie byli.Otępienie jest lekarstwem dla tych, którzy w żaden sposób nie chcą tego lęku w sobie przezwyciężyć, przepracować, oswoić czy jakkolwiek to nazwiemy. Lekarstwem jest świadomość - ogólnie rzecz biorąc tego, że śmierć jest tylko pewnym przejściem, niczym więcej, w żadnym wypadku nie jest końcem nas.

A drugie lekarstwo chyba miała moja babcia. Ona do końca prowadziła intensywne życie, udzielała się w wielu miejscach, a na uwagi, że może by trochę złagodziła, odpowiadała, że co ona ma czekać aż umrze? I odeszła szybko i prawie bezboleśnie wtedy, kiedy jej stan zdrowia pogarszał się wyraźnie i już niedługo by tak mogła.

Nawiasem mówiąc moja babcia już kilkanaście lat przed smiercią powtarzała, że już nie potrzebuje dalej żyć i może umierać. I żyła tak mówiąc dobrych 15 lat, jak nie więcej.

7. uśpić umysł???a może przepracować strach? • autor: Nierozpoznany#93702016-05-12 21:19:36

No, taaak... to i na umieranie znajdujemy bardzo mądre porady? Nic się nie da uśpić- pracowałam swego czasu na kardiochirurgii, gdzie wierzcie mi umieralność była wielka. fatalne określenie- umieralność. Zwykle przed odejściem , nawet długo nieświadomi na moment odzyskiwali przytomność, rozglądali się, mówili do rzeczy. Moment, mgnienie- z pełna świadomością i za chwilę koniec. Nie lubiłam wracać z urlopu, bo ZAWSZE słyszałam: no, Kowalski czekał z umieraniem na twój powrót i dziś spokojnie odszedł. Zawsze jakiś, Kowalski, Kowalska czekali...Każdy się boi UMIERANIA a nie śmierci jako takiej i co tu uśpić? Zgadzam się jak zwykle z Panią Kasią-tyle, iż NIGDY nie widziano w służbie zdrowia człowieka z bólem a przypadek chorobowy.I nie z powodów biurokratycznych. Uczono biały personel psychologii,technik zabiegów różnych. Bo zmiana pościeli, opatrunku, odwracania staruszki, by nie wyła z bólu TO WŁAŚNIE TECHNIKA PRACY. A kogo to obchodzi??? Obecnie studenci medycyny nie mają już socjologii, zielarstwa, praktyk pielęgniarskich.Zniżać się do poprawienia poduszki choremu? to kiedyś lekarze tak się nie szanowali. Dawno wstecz złamałam nogę, a że jestem dość wysoka okropnie borykałam się o kulach. Pomagały mi z milionami schodów jakieś staruszki o ironio, nie wyglądały na radosne.Były zwyczajnie ludzkie.Chcemy umierać w towarzystwie- jesteśmy stadni do końca.I rzecz nie w otępianiu a współżyciu w stadzie tak, by ktoś trzymał za rękę i gadał coś, nawet obcy homo sapiens.  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)