zdjęcie Autora

17 kwietnia 2015

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Twarda Ścieżka i podobne sposoby (odcinków: 66)

Warsztaty... - Co to właściwie jest?

Kategoria: Twarda Ścieżka

« Co mogę dać? Podnoszenie energii »

Zanim zaczęto prowadzić warsztaty ezoteryczne, robione były warsztaty dla artystów. Te teatralne, dla aktorów i studentów aktorstwa nazywały się „warsztaty”, a te dla malarzy nazywały się, raczej, „plenery”. Było to (jeśli dobrze rozumiem, bo znam rzecz tylko ze słyszenia) przedłużenie szkoły w terenie. Profesorowie, studenci i goście z innych szkół i z różnych miejsc spotykali się, żeby razem ćwiczyć pewne techniki (malarskie lub aktorskie), żeby podpatrywać swoje umiejętności i uczyć się od siebie wzajemnie, w mniej sztywnych układach niż na co dzień na uczelni. A jeszcze wcześniej, w jakimś archaiku, wiek XIX lub jeszcze dawniej, istniała instytucja „stodoły pod Hamburgiem”, gdzie spotykali się cyrkowi atleci i staczali ze sobą prawdziwe walki – nie inscenizowane, jak normalnie w cyrkach – bez publiczności, żeby ustalić, kto jest naprawdę mocniejszy i co potrafi. W przypadku warsztatów teatralnych ważny był ten brak publiczności i brak nacisku na natychmiastową doskonałość wykonania, a także brak stresu wynikającego z terminu, godziny, oczekiwania na sukces itd.

Nazywało się to „warsztaty” – liczba mnoga, nie „warsztat”. Bo „warsztat artysty” to coś całkiem innego i inne jest użycie tych słów.

U niektórych mistrzów – Grotowski, Pina Bausch – myślę wciąż o teatrze – warsztaty i ogólniej, wynajdowanie i ćwiczenie technik, okazywały się (chyba) ważniejsze od spektakli, stawały się główną działalnością szkoły.

Akurat w przypadku trupy Grotowskiego nastąpił płynny przeskok od warsztatów teatralnych do ezoterycznych lub wręcz szamańskich; coś o tym opowiada film „Sztuka znikania”, który bardzo polecam także z innych powodów.

Kiedy zaczęli działać nauczyciele ezoteryczni, trzeba było jakoś nazwać szkoleniowe spotkania, które prowadzili i nazwa „warsztaty” tu się nasunęła. Oczywiście, piszę o tym, jak to się działo po polsku, bo oryginalnie to dopasowywanie się słów do przedmiotów miało miejsce na tle języka angielskiego, francuskiego, niemieckiego – a my raczej kalkowaliśmy ich wynalazki, językowe i instytucjonalne.

Szczególnie tam, gdzie ezoteryka była inspirowana szamanizmem, przede wszystkim indiańskim północnoamerykańskim, nazwanie tych działań „warsztatami” narzucało się z powodu podobieństwa indiańskich pow-wow lub innych między-rezerwatowych ceremonii – i warsztatów eksperymentujących teatrów.

Kiedy termin „warsztaty” został przeniesiony z teatru do ezoteryki, nie stwierdzę. W każdym razie, gdy w latach 1985-90 zajmowałem się najpierw jogą, następnie tybetańskim buddyzmem, jeszcze słowa „warsztaty” nie używano. Kiedy zacząłem bywać na działaniach Davida i Mattie Thomsonów, od 1995, inaczej niż „warsztatami” ich działań się nie nazywało. Czyli termin „warsztaty” w kontekście ezoterycznym wszedł w użycie gdzieś między 1990 a 1995. Obecnie jest pospolity, a większość używających nie wie, o czym mówi, ponieważ (ta większość) nazywając pewną imprezę mówi „warsztat” (w liczbie pojedynczej), a nie „warsztaty” (w liczbie mnogiej). To jest błąd, chociaż tak rozpowszechniony, że nawet go nie poprawiam, np. w treści ogłoszeń zamieszczanych w Tarace, chociaż moje językowe wyczucie cierpi za każdym razem. Powinno być „warsztaty” jak „imieniny”!

Jeśli chcemy terminu „warsztaty” używać sensownie w przypadku spotkań, działań czy imprez ezoterycznych, powinniśmy pamiętać o tych artystycznych lub dokładniej, teatralnych, początkach tego terminu, ponieważ to nam ustawia mnóstwo właściwego rozumienia.

Na warsztatach – i tych teatralnych i tych ezoterycznych – dokonuje się przekaz pewnych umiejętności, które (takie jest założenie) będą dalej i później przez uczestników ćwiczone lub praktykowane samodzielnie lub przekazywane dalej. Jeśli to jest „obróbka” uczestników, poddawanie ich pewnemu ukierunkowanemu procesowi, ale bez tego przekazu, tak jak np.. dzieje się to podczas masażu, psychoterapii lub ustawień Hellingera – to nie ma sensu nazywać tego „warsztatami”, bo nie jest tam przekazywana jakaś metoda. Na zajęciach hellingerowskich nie ćwiczysz się w metodzie hellingerowskich ustawień, podczas psychoterapii nie zostaje ci przekazane, jak działać jako psychoterapeuta. Więc nie są to żadne „warsztaty”.

Warsztaty są praktyczne. Jeśli tylko na pewnej imprezie oglądasz filmy lub słuchasz wykładu, choćby najbardziej inspirującego i zmieniającego twoje życie, to nie są to „warsztaty”. Na warsztatach masz działać sam/a.

Na warsztatach spotykają się ludzie, którzy już coś robią w warsztatowanej dziedzinie i chcą swoją sztukę doskonalić. Tak było przy warsztatach artystycznych i jest dobrym zwyczajem podtrzymanie tego sensu przy warsztatach ezoterycznych. Warsztaty więc – niejako z nazwy, definicji i tradycji – są przeznaczone dla „wtajemniczonych” w daną dziedzinę. A jeśli są wśród nich nowicjusze, to powinni być jakoś „rozcieńczeni” w przeważającej grupie praktyków mających już jakieś doświadczenie lub przynajmniej udających, że je mają (jak ja udawałem na warsztatach teatralnych prowadzonych kiedyś przez Renę Mirecką:). Jak nazwać zajęcia pierwszego kroku, nie wiem.

Dalej wchodzi pewna dwojakość. Warsztaty artystyczne były dwóch rodzajów: były „jednogłowe” lub „wielogłowe”. Jednogłowe wtedy, kiedy ćwiczono pod okiem jednego mistrza lub kierownika. Istniał więc podział szef-uczniowie: szef yang, nadający, a naprzeciwko uczniowie yin, odbierający. Wielogłowe wtedy, gdy spotykali się praktycy z różnych miejsc, żeby się wzajemnie zainspirować, podpatrzyć i wspólnie posunąć się z czymś dalej. To się przeniosło na ezoterykę, gdzie jednak przeważają warsztaty jednogłowe. Moim niedościgłym ideałem są – w ezoteryce, także tej inspirowanej szamanizmem – warsztaty WIELOGŁOWE. Zarazem wiem, jak trudno je zrobić! Ponieważ każdy prowadzący woli „głowować” sam, lub, lepiej mówiąc: trudno jest mu uniknąć pokusy „jednogłowowania”. Tak jest po prostu łatwiej, a także nie trzeba się z innymi dzielić ewentualnymi honorariami, gdy impreza jest dochodowa. Unika się też ewentualnych rozdźwięków czy emocjonalnych napięć, gdy jedna z głów woli to, a druga głowa co innego.

Ja sam od długiego czasu marzę o wzięciu udziału w wielogłowych warsztatach szamańskich (ezoteryki inspirowanej szamanizmem)... Może takie kiedyś się wyklują.

Jest jeszcze jedna cecha, dla której coś nazywa się „warsztatami”. Przy warsztatach artystycznych to nie było ani ważne ani wymagane, ale jest ważne przy warsztatach ezoterycznych. Te warsztaty, o ile zasługują na swoją nazwę, dzieją się w terenie, w oparciu o przyrodę, krajobraz i szczególne walory miejsca. Gdybym robił jakieś działania na sali, nie nazwałbym ich „warsztatami” tylko jakoś inaczej. Robiłem salowe wyjazdowe imprezy z astrologii lub tarota i nazywałem je „kursem”, nie warsztatami.

Podsumuję – kiedy imprezę można sensownie nazwać warsztatami:

  • kiedy na niej odbywa się przekaz
  • kiedy zajęcia są praktyczne
  • kiedy biorą udział osoby mające już pewne doświadczenie
  • kiedy odbywa się w terenie

oraz:

  • warsztaty tym bardziej zasługują na tę nazwę, im bardziej są wielogłowe, czyli im bardziej są wymianą doświadczeń i inspiracji pomiędzy wieloma „głowami”, a im mniej są lekcją nadawaną przez jednego szefa.

Mam zamysł, żeby warsztaty Twardej Ścieżki, które będę prowadzić latem 2015 w Osiecznej, były warsztatami spełniającymi powyższe punkty.

Twarda Ścieżka i podobne sposoby: wstęp na końcu

O tej ścieżce rozwoju, którą sam praktykuję, blog trochę autopromocyjny. ( -- Wojciech Jóźwiak)

Uwaga: Ten blog jest multi-blogiem, czyli każdy praktyk Twardej Ścieżce może tu pisać, jeśli chce.


« Co mogę dać? Podnoszenie energii »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)