Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 listopada 2001

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Warsztaty szamańskie, praktyczny terenowy podręcznik

Warsztaty szamańskie - praktyczny terenowy podręcznik
Co robić pod gołym niebem i na gołej ziemi, aby otworzyć swój umysł na to, co nieznane

Kategoria: Twarda Ścieżka


  Warsztaty szamańskie • praktyczny terenowy podręcznik  
Wojciech Jóźwiak  •  2001

zobacz ilustracje

Kiedy byłem dzieckiem, i później, wymyślałem fantastyczne wyspy, kraje, kontynenty. Rysowałem ich mapy, nazywałem rzeki, góry i miasta, projektowałem klimat, roślinność i zwierzęta. Próbowałem układać dla nich języki i obmyślać religie i obrzędy. Pamiętam moje długie wycieczki rowerem, podczas których budowałem obrazy (jak to dziś widzę) praktyk inicjacyjnych. Robiłem do tego rysunki i zapiski, ale wszystko to przepadło, wiele sam zniszczyłem w miarę jak stawałem się coraz bardziej krytyczny. W późniejszym wieku zrazu zależało mi na tym, żeby posiadać właściwe poglądy: czytałem filozofów i długo nie dostrzegałem tego, że same poglądy to nie wszystko, i prócz nich trzeba także coś robić. Moja praktyczna duchowa droga zaczęła się od ćwiczeń hathajogi; w tym samym czasie, kiedy miałem około trzydziestki, zainteresowałem się astrologią, Księgą Przemian i kartami taroka. W 1985 roku przyjąłem formalne schronienie buddyjskie w tybetańskiej linii przekazu, która wtedy nazywała się Kagyu, a później zaczęła raczej używać nazwy Kamtzang. Moja przygoda z szamanizmem zaczęła się dziesięć lat później, kiedy poznałem Davida Thomsona, profesora psychologii z Seattle, i jego żonę Mattie Davis-Wolffe, i zacząłem bywać na ich warsztatach organizowanych w Polsce. [zobacz zdjęcia ] Oboje mówią o sobie, że przekazują tradycje "rdzennych Amerykanów" czyli Indian, choć Indianami nie są. Któregoś roku David nie przyjechał i wtedy dotkliwie odczułem brak zasilania energią, której dostarczały mi jego warsztaty. Postanowiłem zacząć robić je sam.

Pierwsze warsztaty poprowadziłem całkiem niedawno, latem 1999. Krótko przedtem wziąłem udział w sesji oddychania holotropowego metodą Stanisława Grofa, którą prowadził Nico Vissel z Holandii. Miałem wtedy doświadczenia, których sens z początku nie był dla mnie jasny, lecz stopniowo dotarło do mnie, że była to spontaniczna inicjacja. (Opis tego wydarzenia podaję w Aneksie.)

To, co robię na warsztatach nie jest kontynuacją jednej linii przekazu. Przeciwnie, mój zestaw działań jest eklektyczny. Są tam ćwiczenia wzięte z hathajogi (których nie traktuję ani wyczynowo ani perfekcjonistycznie), ćwiczenia z oddechem i głosem, których źródeł nawet nie potrafiłbym wskazać - zapewne w dużym stopniu same do mnie przyszły; wizualizacje, które powstawały podczas moich ćwiczeń przez lata. Praktyka wizualizacji przelewania wody pochodzi z huny. Płukania jelit nauczyłem się od Jacka Piechowiaka, który przywiózł tę praktykę z Indii. Przekaz na podróże przy bębnie oraz na indiańską saunę czyli szałas potu mam od Davida Thomsona. Tak samo od niego i Mattie nauczyłem się chodzenia po ogniu. I wreszcie bardzo ważnym źródłem była dla mnie książka Victora Sancheza "Nauki Don Carlosa": zakopywanie do ziemi prowadzę właśnie według jego instrukcji.

Jak powiedziałem, nie zależy mi na tym, aby być ortodoksyjnym przekazicielem jednej określonej linii. Nie mam też ambicji, aby pewne praktyki i metody przekazywać wiernie tak jak mnie ich nauczono, zachowując ich (rzekomą zwykle tylko) czystość. Żywość i spontaniczność tego, co się dzieje, wydaje mi się ważniejsza od wszelkich przepisów. Nie próbowałem też zapisywać się do żadnej organizacji ani poczuć się członkiem jakiejkolwiek zbiorowości, ani być uczniem jednego mistrza. Staram się trzymać z dala od wszystkiego, co wyglądałoby jak sekta lub ogłaszało się jakimś "wyznaniem".

Nie myśl też, Czytelniku, że działania, które prowadzę na warsztatach i które tutaj opisuję, stanowią jakiś niezmienny żelazny zestaw. Przeciwnie, wszystko się tu zmienia i płynie, i daleki jestem od tego, aby powiedzić: tak trzymać i koniec. Wiele w moich warsztatach mi brakuje: brakuje mi pieśni i mantr, a także tańca i poezji. Jest to ważne, bo właśnie przez uroczystą, poetycką mowę, przez pieśni i granie możemy połączyć się z naszymi przodkami, z dziedzictwem, które jest w nas samych. Prawdziwy szamanizm jest czymś rdzennym, zakorzenionym we własnym pochodzeniu, nie czymś, czego można się ot tak, po prostu, wyuczyć. Dlatego wielkie wrażenie wywarły na mnie opowieści Franka Hendersona MacEowena, amerykańskiego szamanisty, który zaczynał od praktyk indiańskich, a mistyczne przeżycia, których doświadczył na tej drodze, przerzuciły go na linię przekazu jego własnych przodków. Jeżeli coś takiego okazało się dostępne dla Szkota, dlaczego miałoby pozostać zamknięte dla Słowianina?

Wraz z zainteresowaniami szamanizmem i neoszamanizmem, coraz bardziej interesowałem się własnymi słowiańskimi korzeniami. Moim ideałem - choć nie wiem, czy go kiedykolwiek osiągnę - jest własny, słowiański szamanizm. Od wieków jednak nie ma wśród żyjących nikogo, kto by go znał. Pozostały jakieś ułamki zapisane przez kronikarzy i etnografów. Można przypuszczać, że duchowe tradycje dawnych Słowian najbliższe były ludom Syberii. Gdzieś stamtąd, spod Uralu i Ałtaju, przecież przyszliśmy. To jest kolejny ślad, który warto badać. Zapewne szamański przekaz z Syberii, kiedy przyjdzie do nas, okaże się dla nas ważniejszy od amerykańskiego.

Ale ponad wszystkimi podziałami, stylami i kulturami jest energia. Moc. Ćwiczenia, które przekazuję i prowadzę, podnoszą poziom tej energii. Kiedy moc się wzmaga, ciało samo szuka pozycji, w których mogłoby tę moc przyjąć, przepuścić przez siebie bezpiecznie niby prąd pod wysokim napięciem i skorzystać z jej strumienia. Stąd wzięły się pozycje hathajogi - asany. Przy wysokiej energii inaczej brzmi mowa, inną wagę mają wygłaszane słowa. Przy pewnym poziomie mocy codzienna proza brzmi fałszywie, konieczna staje się poezja. Śpiewanie pieśni i taniec także wymagają mocy. Przy wysokiej energii myśl i słowo zaczyna wywoływać materialne skutki. Postrzegany świat poszerza się o byty, których wcześniej nie mogłeś zobaczyć ani odczuć. Zanikają granice między snem i czuwaniem, miedzy rzeczywistością a legendą. Odtwarza się zapomniana więź miedzy żyjącymi i pradawnymi przodkami.

Dojść do tego można najprostszymi środkami: oddechem, wyobrażeniem, paleniem ognia i budowaniem szałasów. Tego uczę na warsztatach.






Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)