Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 listopada 2001

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Warsztaty szamańskie, praktyczny terenowy podręcznik

Warsztaty szamańskie - praktyczny terenowy podręcznik
Co robić pod gołym niebem i na gołej ziemi, aby otworzyć swój umysł na to, co nieznane

Kategoria: Twarda Ścieżka


  Warsztaty szamańskie • praktyczny terenowy podręcznik  
Wojciech Jóźwiak  •  2001

Inne działania, nie opisane

Nie chciałbym, aby Czytelnik odszedł z wrażeniem, że działania, które opisałem wcześniej, tworzą jakiś żelazny, kanoniczny sztywny zestaw. Nie - na warsztatach mogą się dziać także inne rzeczy, i może być ich dużo więcej. Wyliczę kilka, o których słyszałem, czytałem bądź brałem w nich udział, ale nie prowadziłem samodzielnie lub nie mam wystarczająco przećwiczonych.

Zawieszanie się na drzewie. Potrzebna jest odpowiednia uprząż, najlepiej nie alpinistyczna, lecz sporządzona specjalnie w tym celu. W tej uprzęży podwieszamy się u gałęzi drzewa, w różnych pozycjach. Uprząż powinna dawać możność przybierania wielu pozycji: siedzącej, leżącej (poziomej) zarówno twarzą w dół jak i w górę, embrionalnej, rozkrzyżowanej, pionowej. Można by też zbadać pozycję Wisielca z karty taroka. Potrzebne jest do tego drzewo, dostatecznie dostojne i naładowane magiczną mocą. Najlepszy pewnie będzie dąb, choć ze względu na mitologiczne odniesienia także jesion, sosna, lipa. Ćwiczenie to przypomina zakopanie się do ziemi - tyle że zamiast medytacyjnego zanurzenia w ziemi mamy podobne zanurzenie w powietrzu i oderwanie od ziemi. Drzewo pełni tu rolę energetyzującego pośrednika. Narzucają się podobieństwa do szamańskiej wędrówki do górnego świata po drzewie.

Wchodzenie na drzewa. Każdy to robił w dzieciństwie; tu chodzi o wykonanie tego w sposób medytacyjny. Można pomagać sobie linami i innymi instalacjami.

Nawiązywanie kontaktu z różnymi przedmiotami poprzez oddech. Przedmiotem takim może być drzewo, kamień, skała, odsłonięty piasek, woda, niebo, ptaki, krajobraz w sensie widoku. Pobierasz przedmiot swego widzenia przez głębokie oddychanie, podczas gdy przedmiot ten staje się jedyną treścią twojej świadomości.

Przebieranie się. Mogę wyobrazić sobie warsztat z programem, rzec można, krawieckim, kiedy uczestnicy ilustrowaliby i wyrażali swój proces psychiczny poprzez sporządzanie szczególnych strojów i noszenie ich. Na małą skalę działo się to już na tych warsztatach, w których brałem udział.

Paprzysko, czyli kąpiele w błocie (rozbełtanej glinie lub torfowej ziemi), połączone ze smarowaniem lub malowaniem się ziemią.

Pieśni. Działania należałoby tak ukierunkować, aby u uczestników zaczęły się spontanicznie pojawiać pieśni mocy. (W Amazonii, w praktykach z ayahuaską takie pieśni nazywane są icaro, liczba mnoga icaros. Są one osobistą własnością tego, do kogo przychodzą.) Mam nadzieję, że zostaną też stworzone pieśni, które będą śpiewane chóralnie podczas różnych działań na warsztatach. Do tej pory takich pieśni ogromnie mi brakuje. Przydałaby się pieśń na rozpoczęcie, śpiewana podczas rozpoczęcia warsztatu. Pień przywołująca strony świata, śpiewana wtedy, kiedy trzeba przywołać opiekuńcze istoty czterech kierunków, góry, dołu i środka. Pieśń na rozpalenie ognia. (Mają taką harcerze, "Płonie ognisko i szumią knieje", ale to całkiem inna bajka...) Pieśń na zostawienie ognia aby zgasł. Pieśń witająca deszcz. Pieśń oddalająca deszcz i przywołująca słoneczną pogodę - bardzo ważna z powodów praktycznych. Pieśń ogniowa przygotowująca do chodzenia po ogniu, i druga pieśń ogniowa z którą przechodzilibyśmy przez ogień. Pieśń grobowa, z którą szedłby kondukt tych, którzy idą się zakopać. Inna pieśń grobowa do śpiewania w grobie. Pieśń tryumfalna na wyjście z grobu. Pieśń łaziebna do śpiewania w saunie. Pieśń na przyniesienie ptaków (do kręgu ochronnego) i pieśń na wyniesienie ptaków. A także pieśń ochronna, budująca ochronny krąg, nawet jeśli fizycznych instalacji ochronnego kręgu nie ma. Ta pieśń powinna też sprawiać, że stajemy się niewidoczni dla osób postronnych i nie wywołujemy niczyjego zainteresowania. Posiadanie obrzędowych pieśni wydaje mi się w dalszej perspektywie absolutnie konieczne. Każda tradycja szamańska pracuje z pieśniami i pieśni są potężnym wehikułem, dzięki któremu mogą odbywać się działania i w nich zawarta jest moc pozwalająca na kontynuację działań i ich odnawianie się w wykonaniu coraz to innych ludzi, również w następstwie pokoleń.

Tańce. Z tańców, które w Polsce przekazywał David Thomson, najbardziej obiecujący wydaje mi się "taniec do Księżyca", tańczony w nocy, w kręgu, wokół ognia. Uczestnicy tworzą krąg trzymając się za ręce. Krok jest bardzo prosty: lewą nogą w bok w kierunku ruchu, prawą dostawiasz, ręce, złączone z rękami sąsiadów, podkreślają rytm. Tańczy się w szatach, które powinny być długie, luźne i jasne (najlepiej białe; to rzadki przypadek rytualnego użycia bieli). Taniec ten ma ogromne działanie "transportujące", czyli przenosi w stany zmienionej świadomości. O szczegółach nie wolno mi mówić. Podobny jest słynny Taniec Duchów, wynaleziony przez Wovokę w 1889 roku. Tam też tańczy się w kręgu w nocy (albo trzy doby bez przerwy) wokół ognia, a wzdłuż tancerzy poruszają się mistrzowie ceremonii, którzy machaniem chustkami pomagają tym, którzy do tego dojrzeli, przenieść się do krainy duchów. Tańców, podobnie jak pieśni, powinniśmy poznać wiele.

Można zapożyczać działania z jogi, tajczi, huny. Tworzenie nowych działań jest w dużym stopniu tylko sprawą fantazji i zmysłu twórczego.

Są także działania, których na swoich warsztatach nie prowadzę, chociaż zdarza mi się brać w nich udział. Na przykład nie przejąłem palenia fajki i do żadnych czynności nie używam tytoniu.

Wybór miejsca

Warsztaty szamańskie w dużym stopniu polegają na kontakcie z przyrodą i pracy z przyrodą. Dlatego w miejscu, gdzie przeprowadzamy swoje działania, przyroda powinna być zachowana w stanie możliwie naturalnym lub, mimo ludzkiej gospodarki, dobrze zregenerowana. Ludzi powinno być tam niewielu, tak by ich obecność nie dokuczała i dla przeprowadzenia naszych działań nie trzeba było chować się po krzakach. Powinny rosnąć stare drzewa, powinien leżeć naturalny opał - suche gałęzie, powinno być na tyle dużo krzewów i podrostu, aby nie żal było wycinać kijów na szkielet łaźni i do innych naszych instalacji. Głos bębna nie powinien nikomu przeszkadzać, a woda w rzece lub jeziorze powinna być taka, żeby można było się jej napić. Ziemia nie może być przenawożona (co się poznaje po tym, że rosną pokrzywy), a teren nie nie będzie przesadnie zmeliorowany. Raczej należy unikać takich brutalnych ludzkich budowli, jak wały nadrzeczne, nasypy kolejowe, hałdy i odkrywkowe kopalnie; chociaż stare odkrywki, kiedy już zarosną roślinnością, mogą być nie po pogardzenia. Unikajmy też sztucznego oświetlenia, płotów z siatki, i jeszcze gorszych - z płyt betonowych. Przeszkadzać będą odgłosy szos, silników i linii kolejowych. Ogromnie pomagają za to stare dęby, oczka wody, błota z żabami i pijawkami, gnieżdżące się ptaki, także sarny, zające, jaszczurki i jeże.

Konieczna jest życzliwość gospodarzy, do których należy ziemia, na której pracujemy.

Co do organizacji warsztatów, to dla swojego użytku dzielę je ma trzy rodzaje:

(1) Warsztaty "totalne", kiedy nie korzysta się z żadnych cywilizacyjnych udogodnień, w tym stałych budynków, przyjeżdża się na puste pole, śpi w namiotach lub w tipi, a w miarę możliwości pod gołym niebem, pali ogień drewnem, które leży pod drzewami na miejscu, jedzenie gotuje samemu - wszystko jak na spływie kajakowym lub rajdzie po Bieszczadach.

(2) Warsztaty z zapleczem, gdzie korzysta się z udogodnień jakie daje stały budynek, kuchnia pod dachem, zamówienie posiłków u gospodarzy. Także drewno można kupić i przygotować siłami drwala-fachowca. Ułatwia to wiele spraw, zwalnia czas, który zużylibyśmy na gotowanie i cięcie drewna - ale nie daje tak "totalnego" kontaktu z przyrodą, przestrzenią i dzianiem się.

(3) Warsztaty wyrywkowe, poświęcone pracy nad wybranymi zagadnieniami. Jeśli zbieramy się np. po to, aby podróżować przy bębnie, to można to robić w wynajętym pensjonacie lub w innym wysoce cywilizowanym, nie szamańskim, miejscu.

(Neo)szamanizm a sztuka

Szamańskie warsztaty i praktyki otwierają nowe przestrzenie przed twórcami sztuki. Na warsztatach potrzebna jest pieśń, poezja i muzyka. Nie jest to jednak żaden z tych gatunków pieśni, wierszy i muzyki, jakie znamy dotychczas, gdyż sam ich "kanał przekazu" jest nowy. Będzie to albo taki rodzaj sztuki, który sięga do źródeł, do "gleby duszy", tak samo jak szamańskie działania, albo sztuki tej nie będzie. Warsztat jako wydarzenie stawia wysokie wymagania autorom. Tu nie przejdzie nic sztucznego, wymyślonego, udawanego, skłamanego i nieświeżego. Wzorem niech będą pieśni mocy, śpiewane przez Indian Prerii po powrocie z ich wypraw po wizje, podszepnięte im przez ich zwierzęta mocy, albo pieśni zwane icaros, które każą śpiewać duchy poruszone przez ayahuaskę. W szamańskim wykonaniu utwór staje się środkiem "transportującym", jakby powiedział Aldous Huxley , czyli wyciągającym umysł na wędrówkę. Same warsztaty, jeśli porównywać je ze sztuką, są najbliższe teatrowi, ale jest to taki dziwny teatr, w którym nie ma widzów ani reżysera, i nikt nie pozostaje na zewnątrz - są sami aktorzy na scenie, która jest tylko dla nich.

Czy należy się organizować?

Osoby, które prowadzą w Polsce szamańskie warsztaty, można zapewne policzyć na palcach jednej dłoni. Jednak pytanie, czy należy i warto się jakoś zorganizować, przy różnych okazjach się już pojawiało. Uważam, choć jest to tylko moja własna opinia, że od zrzeszania się i zakładania organizacji należy trzymać się jak najdalej. Szamanizm powinien pozostać tym, czym jest teraz: luźną wiązką poszczególnych osób, ich zainteresowań, wysiłków, umiejętności i inicjatyw. Szamani powinni działać na własną rękę. O tym, czy ktoś prowadzi warsztaty dobrze czy może mniej dobrze, w takim stylu lub w innym, powinny świadczyć tylko własne doświadczenia, a nie fakt przynależności do czegokolwiek. Pamiętajmy też, że kiedy jest organizacja, pojawia się jej zarząd, formalni kierownicy, i tacy zawsze będą żądali, aby ich słuchać i honorować, zupełnie niezależnie od tego, czy coś oprócz tego zdziałali. Przypuszczam, że gdyby takie stowarzyszenie powstało (odpukać...), byłbym pierwszym, który je kontestuje i uporczywie odmawia zarejestrowania się w nim. Czy byłaby to organizacja legalna, działająca na mocy prawa o stowarzyszeniach, czy też nieformalna i prywatna, to nie ma nic do rzeczy. Manipulowanie uprawnieniami i procedurami będzie odbywać się i w jednym i w drugim przypadku.

Nie widzę też powodu, aby ktoś próbował nasz ruch upodabniać do elitarnej szkoły, do której dostęp obwarowany jest ukończeniem specjalnych kursów, zdobywaniem stopni i egzaminami pod okiem surowych mistrzów, tak jak to dzieje się w psychoanalizie, POP (psychologii zorientowanej na proces) Arnolda Mindella, NLP (neurolingwistycznym programowaniu) lub - skądinąd bardzo bliskim szamanizmowi - oddychaniu holotropowym Stanisława Grofa. I znowu: jeśli ktoś taką szkołę założy, to ja w niej NIE będę zdobywał uprawnień. Niech drogę do szamanizmu wyznacza "nie matura, lecz chęć szczera"!

Z neoszamanizmem jest trochę tak, jak z fizyką, tak jak o niej mówił Richard Feynman. W którymś miejscu swoich słynnych "Wykładów z fizyki" zauważył on, że fizycy zaczynają badać pewien fragment przyrody tylko z grubsza, a pracę nad szczegółami pozostawiają już innym, bardziej wyspecjalizowanym naukom: chemii, astronomii, materiałoznawstwu itd. Podobnie w ramach neoszamanizmu powinno się działać tylko "z grubsza", u podstaw i u źródeł, a szczegółowe zastosowania wyniesionych stąd inspiracji pozostawić fachowcom. Co oznacza także, że szamanizm powinien pozostać dziki, spontaniczny, prymitywny, nie wyspecjalizowany, nieokrzesany, źródłowy, biologiczny, cielesny i intuicyjny, powszechnie dostępny (choć tylko tym, który mają "chęć szczerą") i nieufny metodom i organizacjom.

Męskie i żeńskie

Kilka swoich pierwszych warsztatów prowadziłem tylko dla mężczyzn. W ogóle jedną z okoliczności, które zachęciły mnie do podjęcia wyzwania prowadzenia warsztatów było to, że wcześniej brałem udział w czysto męskich warsztatach pod wodzą Davida. Warsztaty jednopłciowe wydały mi się czymś prostszym i łatwiejszym niż koedukacyjne, i zapewne nie odważyłbym się na pierwszy ogień startować z grupą mieszaną, biorąc sobie na głowę prawdopodobne w takich przypadkach problemy żeńsko-męskie. Kiedy doszedłem do większej wprawy, na moich warsztatach pojawiły się również kobiety.

Sam jestem i staram się być jak najdalszy od wszelkiej przesady w dzieleniu się na męskie i żeńskie i od faworyzowania jednej lub drugiej płci i jej upodobań. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że bardziej podoba mi się "twardy", "surowy" a nawet "brutalny" (co by to nie oznaczało) styl prowadzenia warsztatów, obliczony raczej na męskie upodobania i męski rodzaj wrażliwości.

Zanim zacząłem pracować również z kobietami, obawiałem się trzech rzeczy, które mogłyby wyniknąć z udziału osób obu płci: po pierwsze tego, że w warunkach warsztatów, które przypominają trochę dziecięce zabawy i rzeczywiście budzą te warstwy psychiki, które bywają uśpione od czasów dzieciństwa, ujawniać się mogą infantylne podziały: "my chłopaki przeciw tym babom" albo odwrotnie. Po drugie, obawiałem się erotycznych napięć i wzajemnej rywalizacji o względy, które mogłyby rozwalić grupę. Po trzecie wreszcie obawiałem się, czy kobiety sprostają skrajnym doświadczeniom, jakim są poddawani uczestnicy warsztatów. Wszystkie te obawy okazały się płonne - chociaż nie wiem, czy przy jakiejś innej okazji, w innych warunkach, a także pod okiem innego prowadzącego tamte zagrożenia nie dojdą do głosu. Okazało się, że kobiety równie dobrze jak mężczyźni radzą sobie ze stresem podczas ćwiczeń, zaś napięcia erotyczno-rywalizacyjne oraz damskie lub męskie "podgrupy" to coś, czego można uniknąć, jeżeli odpowiednio kieruje się energią podczas działań.

Z kilku jednak problemów trzeba sobie zdawać sprawę. Pierwszy jaki mi przychodzi na myśl jest taki, że styl i "smak" działań silnie zależy od osoby prowadzącego. To czy warsztat jest bardziej męski czy bardziej kobiecy z ducha również od tego zależy. Być może komuś - nie tylko kobietom - bardziej odpowiadałyby warsztaty bardziej nastawione na zapewnienie poczucia bezpieczeństwa, na wyciszenie lęków, na ochronę, opiekę, wzajemne dowartościowywanie się i budowanie grupowej solidarności. Innym z kolei bardziej opowiadałaby rywalizacja, sprawdzanie się i ekstremalne przeżycia. Rozwiązanie jest takie, że nie należy się spierać o to, które podejście jest lepsze i jedynie słuszne, tylko zgodzić się, że warsztaty bywają prowadzone w różnych stylach i każdy prowadzący ma prawo do własnego stylu.

Kiedy ogłaszałem, że zbieram chętnych na warsztaty tylko dla mężczyzn, otrzymywałem listy z protestami-połajankami od kobiet, które mi zarzucały dyskryminowanie ich płci. Absurd! Po pierwsze, wiem że (także w Polsce) są prowadzone podobne warsztaty tylko dla kobiet; po drugie, dyskryminacja byłaby dopiero wtedy, gdybym nie zapowiadał, że chodzi o warsztat wyłącznie męski, a zgłaszające się kobiety odprawiał z kwitkiem. Zresztą, wtedy żadna z protestujących nie miała nawet zamiaru brać udziału w podobnych imprezach. Poza tym warsztat jest impreza czysto prywatną i jeśli ktoś chce go urządzić wyłącznie dla łysych mężczyzn, rozwiedzionych, o grupie krwi zero, to też mu wolno.

Zapewne nadal, od czasu do czasu, oprócz mieszanych, będę prowadził warsztaty dla mężczyzn.

Inny problem jest taki, że jeżeli w tym, co robimy, wzorujemy się na przekazie od Indian Ameryki Północnej (lub od ich Białych naśladowców), to trzeba sobie zdawać sprawę, że u tamtych plemion różnica płci jest o wiele większa niż w naszej kulturze. Tak zapewne jest u większości, jeśli nie u wszystkich ludów pierwotnych. U Nieńców, pasterzy z syberyjskiej tundry, istnieje ścisły podział wszystkich gospodarczych czynności na męskie i kobiece. Mężczyzna nie rozkłada jurty, kobieta nie zagania reniferów. Dopiero we dwójkę mężczyzna i kobieta tworzą zespół, zdolny do przeżycia w warunkach arktycznej tundry. Zarówno w nienieckim czumie (jurcie), jak i w indiańskim tipi są osobne miejsca dla mężczyzn i dla kobiet. Za tym idzie cała masa odrębności kobiecych i męskich, które dla nas bywają niezrozumiałe, zbędne i śmieszne. Gdybyśmy chcieli wraz z takimi praktykami, jak łaźnia lub wyprawy po wizje, przyjmować również tamte zwyczaje dotyczące separacji płci, to będziemy na prostej drodze, aby obudzić najidiotyczniejsze infantylizmy w duchu "z babami się bawimy", albo "bo my tu mamy swoje dziewczyńskie tajemnice".

Kolejny problem, to feministyczna ideologia. Neoszmanistyczne nowinki przychodzą do nas z Zachodu, głównie ze Stanów Zjednoczonych, a w świecie anglosaskim, jak słychać, ruchy ekologiczne i neopogańskie mają silne zabarwienie feministyczne: w skrajnym wydaniu chodzi o srogie przekonanie, że to mężczyźni spieprzyli ten świat i teraz go trzeba oddać w ręce kobiet, aby one przywróciły porządek. Za tym idzie kult "wielkiej bogini-matki", eksponowanie "świętej misji" kobiet i traktowanie mężczyzn jako istot podrzędniejszych, którzy winni są kobietom... poczucie winy. Myślę, że trzeba się od tego trzymać z daleka, tak samo jak od wszystkich ideologii głoszących, że zło pochodzi od jakichś "strasznych innych", niezależnie jak się te "wrogie siły" określa.

Wspominam o tych problemach, jako że - choć nieśmiało i w zalążkowym wydaniu - to jednak zaczynały straszyć na niektórych warsztatach, w których brałem udział.

Jedność czasu i miejsca

Jak liczna może (powinna) grupa na warsztatach? Na moich warsztatach bywało od trzech do 25 osób. U Davida - nawet do 45 osób. W zbyt licznych grupach pojawiają się tendencje odśrodkowe: zawiązują się podgrupy, tworzą się podziały, wyłaniają się przywódcy podgrup, którzy mogą rywalizować z prowadzącym. Kłopoty wynikające z tego nie muszą być aż niszczące, zawsze jednak takie rzeczy rozpraszają i odbierają energię. Jak to przezwyciężyć, to już zależy od osobistych umiejętności prowadzącego.

Zalecam, aby podczas warsztatów utrzymywać - jak w starożytnym teatrze - jedność czasu i miejsca. Jedność czasu oznacza, że podczas warsztatów nie robimy przerw. Nie ma "dnia wolnego" na wypoczynek i indywidualne wyjazdy. Nikt nie wyskakuje na chwilę, aby doglądnąć interesów i wrócić. Oznacza także, że razem się zbieramy, razem zaczynamy zajęcia i nikt nie dojeżdża dzień lub dwa później. Nikt oczywiście też nie wpada na jeden dzień, aby zaliczyć pojedyncze działanie. Nie jest tak, że ktoś wybiera sobie tylko to, co go interesuje. Warsztaty tworzą jeden jednolity proces, i warto się umówić, że jeśli ktoś musi opuścić warsztat, to już nie wraca. Oczywiście wszyscy uczestnicy muszą akceptować tę zasadę.

Jedność miejsca rozumiem tak, że miejsce, gdzie odbywają się warsztaty, ma tylko jedno centrum, i w tym centrum przebiegają działania. Co oznacza, z drugiej strony, że tuż obok miejsca warsztatów nie ma atrakcyjnej kawiarni, gdzie można byś się spotykać, baru z piwem, plaży, kąpieliska ani kuszącego wyciągu narciarskiego. Otoczenie nie jest dla nas atrakcyjne! Ideałem byłoby, gdyby była pusta łąka, na niej namioty lub tipi uczestników, w środku ognisko przy którym zbieramy się w kręgu, i niedaleko drugie ognisko do sauny i chodzenia po ogniu. Kiedy korzystamy z zaplecza w postaci stałego budynku będącego siedzibą gospodarzy, to ten dom może stać się drugim, konkurencyjnym centrum. Na to trzeba uważać. Ten dom może mieć swoje szczególne właściwości, swojego ducha, który będzie przyciągał ludzi i narzucał swoje zasady. Należy uważać, aby duch tego domu-zaplecza nie był przeciwstawny i konkurencyjny wobec samego warsztatu. (Spotkałem się z takim zjawiskiem.)

Zachowanie jedności czasu i miejsca bardzo pomaga stworzyć i utrzymać spójność grupy.

Przypisy

[1] Aldous Huxley (1894-1963). Patrz jego "Drzwi percepcji. Piekło i niebo", wyd. polskie Warszawa 1991.

[2] Richard Feynman (1915-1988), amerykański fizyk, uczestnik programu budowy bomby atomowej, jeden z twórców elektrodynamiki kwantowej, czyli teorii pola elektromagnetycznego łączącej mechanik kwantową z Einsteinowską teorią względności, uhonorowany nagrodą Nobla w 1965 roku. Książka "Feynmana wykłady z fizyki" powstała w oparciu o jego wykłady z lat 1961-2; polskie wydanie Warszawa 1968. Na zdjęciu w tej książce jej autor gra na bębnie! W latach siedemdziesiątych Feynman próbował odwiedzić Tuwę, matecznik szamanizmu na południu Syberii, lecz plan ten upadł z powodu oporu sowieckiej biurokracji. Dziś imię Feynmana nosi stowarzyszenie przyjaciół Tuwy w USA.

[3] Ktoś (częściowo słusznie) zauważy w tym miejscu, że z rdzennymi szamanami rzecz się inaczej miała: pełnoprawnym szamanem zostawało się tam po dwudziestu latach nauki i przebyciu szeregu surowych prób. Odpowiem: tam jednak ponad ludzkim widzimisię istniała "instytucja" nadrzędna: mianowicie same duchy szamańskie, strażnicy linii, które jednych przepuszczały dalej, a innym nakazywały zadowolić się niższym wtajemniczeniem. Obecność i działanie duchów sprawiały też, że można było zostać szamanem bez poparcia ludzkiego (a tym bardziej instytucjonalnego) autorytetu, a także przeskakiwać szczeble drogi ku wtajemniczeniom, na przekór temu, co było przyjęte, ale w zgodzie z własnymi, wewnętrznymi predyspozycjami. Tak działo się nie tylko na Syberii i w szamanizmie, również tybetański buddyzm wadżrajany zna takie przypadki, z których najsłynniejszym jest jogin, pieśniarz i cudotwórca Milarepa, o którym powiada się, że "osiągnął wyzwolenie w ciągu jednego życia", co oznacza także to, że do buddyjskiej zakonnej hierarchii dostał się niejako bocznymi drzwiami, omijając przepisane formalności, a tylko na mocy swojej osobistej duchowej mocy.






Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)