Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 listopada 2001

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Warsztaty szamańskie, praktyczny terenowy podręcznik

Warsztaty szamańskie - praktyczny terenowy podręcznik
Co robić pod gołym niebem i na gołej ziemi, aby otworzyć swój umysł na to, co nieznane

Kategoria: Twarda Ścieżka


  Warsztaty szamańskie • praktyczny terenowy podręcznik  
Wojciech Jóźwiak  •  2001

Problemy z przekazem

Różne szkoły rozwoju duchowego (jeśli zdefiniować je tak ogólnie, żeby zmieściły się tu i religie, i - na przykład - psychoterapie) dbają o przekaz i o czystość, właściwe pochodzenie, tego przekazu. W chrześcijaństwie zachowywana jest zasada tak zwanej sukcesji apostolskiej, która oznacza, że tylko biskup może innego kapłana wyświęcić na biskupa, a cofając się w łańcuchu biskupich święceń dochodzimy w końcu do apostołów, którzy swoje uprawnienia do nauczania i sprawowania religijnych ceremonii otrzymali (jak się wierzy) od samego Jezusa.

W buddyzmie zachowaniu czystości nauk i praktyk służy rozbudowana procedura udzielania przekazu, na co składa się przekaz tekstu, przekaz prawa do nauczania i przekaz mocy. Dzięki temu - czego nie podaje się w wątpliwość w żadnym z odgałęzień buddyzmu - łańcuch uprawnionych mistrzów biegnie nieprzerwanie od samego Buddy Śakjamuniego.

Również w psychoanalizie i wywodzących się z niej szkołach psychoterapii prawa do odbywania praktyki otrzymuje się od nauczyciela, który dostał je od... i tak dalej... i na początku tego łańcucha stoi założyciel danej szkoły. Podobnie jest w szkołach walki, jak kungfu, karate i pokrewne.

Czy w naszym szamanizmie należy dbać o taki przekaz i o zachowanie sukcesji?

Przede wszystkim, gdyby udzielanie przekazu zostało jakoś sformalizowane, byłoby to coś bardzo podobnego do działania organizacji, czego jak tylko możliwe należy unikać. Nie widzę też sensu, aby ktoś miał komuś udzielać przekazu na całość szamańskich praktyk, bo wtedy musiałaby istnieć jakaś instytucja, która ustala, jakie umiejętności i działania do owej "całości" należą. W grę wchodzi raczej przekaz poszczególnych praktyk, a do tej sprawy radziłbym podejść możliwie swobodnie.

Jeśli na przykład czujesz, że potrafiłbyś poprowadzić łaźnię, zakopywanie do ziemi albo podróż przy bębnie, zrób to - na razie w gronie zaufanych przyjaciół. Po czym dobrze będzie, jeżeli poradzisz się kogoś, kogo uważasz za bardziej doświadczonego i zapytasz go, czy robisz to w miarę dobrze. Niech ta osoba sprawdzi to własnej skórze i oceni twoje umiejętności. Pozytywna opinia w zupełności wystarczy. A kiedy będziesz później prowadzić to działanie, pamiętaj, aby powiedzieć uczestnikom, komu je zawdzięczasz.

Sygnały o tym, że dojrzałeś do prowadzenia pewnych działań mogą też przyjść nie od ludzi: na przykład w snach, w spontanicznych wizjach, podczas podróży przy bębnie, lub - jak to było w moim przypadku, kiedy przymierzałem się do poprowadzenia warsztatów po raz pierwszy - w wizji podczas oddychania holotropowego. (Oczywiście powinieneś umieć odczytać symbole, poprzez które przychodzi potwierdzenie.)

Trzymajmy się też zasady, że w swojej drodze zbieramy, od różnych mistrzów i z różnych źródeł, poszczególne praktyki, a nie jakąś "całość uprawnień". To drugie rozumowanie doprowadzi cię do przystąpienia do sekty lub do założenia własnej.

Są też praktyki, które jakby same z własnej mocy udzielają przekazu na ich prowadzenie. Należy tu przede wszystkim chodzenie po ogniu. Bariera lęku, jaka ogradza chodzenie po ogniu sprawia, że ten, kto odważy się samodzielnie po ogniu przejść i pociągnie za sobą innych, może uważać się za inicjowanego przez sam Ogień.

A co z przekazem książkowym? Czy można robić i prowadzić działania, o których się tylko przeczytało? - To zależy od ćwiczenia. Wiele na przykład zawdzięczam książce Sancheza o jego warsztatach , ale niektórych ćwiczeń, które on opisuje, nie próbowałem nawet naśladować, nie widząc jak to wygląda w naturze i nie mając okazji aby doświadczyć ich "od środka" pod okiem samego twórcy. I tak przejąłem z jego książki zakopywanie się do ziemi, ale rekapitulacji nigdy bym się nie odważył - mimo iż on w książce tę drugą praktykę opisuje dużo obszerniej.

A może (neo)szamanizm to tylko zabawa w Indian?

Mój nauczyciel, David Thomson, przekazuje "rodzimą tradycję" Indian z USA. Przez kilka lat miałem okazję zauważyć, jak to, co robi, ulegało wyczyszczeniu pod kątem wierności temu, co robią jego indiańscy "starsi". Reprezentuje on podejście, w myśl którego to, co pochodzi z indiańskich źródeł, jest automatycznie lepsze i zasługuje na większe poważanie i pilniejsze naśladowanie niż to, co zostało stworzone gdzie indziej i w inny sposób. Takie podejście uważam za godne szacunku, ale... nie widzę powodu, abym ja miał je naśladować.

Różnica jest taka, że on, w Ameryce, przez poznawanie i kultywowanie indiańskiego przekazu, wraca do tradycji swojej ziemi. Będąc, w sensie rodowym czy rodzinnym, niedawnym gościem na tej ziemi, czuje się w obowiązku przejąć jej rdzenny przekaz. I to jest wspaniałe.

Z podobnym szacunkiem myślę o tym, co (również w Ameryce) robi Frank Henderson MacEowen, kiedy drogą wewnętrznych wglądów poszukuje przekazu swojej krwi, swoich celtyckich przodków.

Ja jestem jednak w tym położeniu, że moi przodkowie są stąd i moja ziemia jest tu: nie pod Górami Skalistymi i nie w Szkocji. I dokładne trzymanie się tego, co robią oni, dla mnie byłoby egzotyczną wycieczką, duchowym odrzutowcem transkontynentalnym, a nie poszukiwaniem własnych źródeł i korzeni. Więc uważam, że każdy powinien mieć świadomość, że jest taka kreska, za którą, gdy się ją przekroczy, kończy się poważna duchowa praca, a zaczyna się plastikowa zabawa w Indian.

Co jest a co nie jest szamanizmem?

W poprzednich rozdziałach Czytelnik mógł mnie przyłapać na wahaniach: czy działanie lub zjawisko, które opisuję, należy lub nie należy do szamanizmu? I komu przysługuje miano szamana?

Mam wrażenie, że problem jest głównie natury słownej. Rozpowszechniło się w świecie ładne słówko "szaman", dorobiono do niego "szamanizm"; jest moda i jedni mają ochotę nazywać tymi słowami to, co im się podoba, a inni, przeciwnie, chcieliby znać jakieś rygorystyczne zasady, komu ten tytuł ma słusznie przysługiwać.

Wydaje mi się, że pewnych zasad trzeba przestrzegać, bo nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy szaman, kto w bęben bije. Widzę trzy takie linie graniczne, zawężające użycie słowa szaman. Po pierwsze, trzeba odróżnić szamanizm jako praktykę rodzimą, tradycyjną, czyli to co robią tubylcy w różnych krajach, od tego co robimy my: interesujący się szamanizmem i uczestnicy warsztatów. Miano szamanów pozostawmy dla ludzi wiedzy z tamtych ludów; to co robimy sami nazywajmy raczej neoszamanizmem, a nas samych (jak proponuje Frank Henderson MacEowen) - szamanistami.

Wśród samych ludów tubylczych przebiegają jeszcze dwie linie graniczne. Pierwsza oddziela tych, którzy sami wędrują po świecie duchów i wizji (i ci zasługują na miano szamanów), od tych, którzy swojego ciała i głosu udzielają duchom, przejawiających się za ich pośrednictwem. (Wśród Afrykanów i ich potomków w Ameryce przeważa to drugie podejście, rozwinięte w tak zwanych religiach opętania.)

Druga linia graniczna wydziela te obszary, na których występują dwa zjawiska, które bez większego błędu można uznać za kluczowe dla szamanizmu (tego typowego, z Syberii): mam na myśli lot duszy i inicjację do "stanu" szamana połączona z rozkawałkowaniem (w wizji) ciała i otrzymaniem nowego. Dopiero za tą linią znajdują się ludy praktykujące szamanizm w sensie ścisłym, dopiero ich czarownicy zasługują na miano szamanów "w całej okazałości". Tu mieszczą się ludy Syberii, Mongolii i Mandżurii oraz Inuici (Eskimosi) z Ameryki Północnej. Dawniej ten "ścisły" szamanizm był znany także Lapończykom, tureckim ludom Azji Środkowej i ich sąsiadom, przodkom Madziarów, oraz Tybetańczykom. U Indian w USA występują tylko, jak się powiada, "pewne elementy" szamanizmu. Tym milsze jest dla nas, Polaków, że pewne elementy szamanizmu, i to tego ścisłego, przeciekły do "Dziadów" Mickiewicza.

Czy szamanizm (a raczej neoszamanizm) jest religią?

Jeśli pojmować religię jako kult oddawany bóstwom lub jednemu bogu, to oczywiście to, co robimy na warsztatach, żadną religią nie jest. Ale jeżeli w ślad za Eliade'm uznamy że religia jest tam, gdzie jest świętość, sacrum, to rzeczywiście szamańskie działania graniczą z religią, jako że stwarzają warunki i okazje, aby doświadczyć świętości chwili, miejsca, zdarzenia, życia. Ale nic więcej...

Szamanizm i buddyzm

Oceniam, że około połowa ludzi, którzy przewinęli się przez warsztaty, które prowadziłem i w których brałem udział, ma mniejsze lub większe doświadczenia w praktyce buddyzmu, głownie zen lub tybetańskiej wadżrajany. Mam też wrażenie, że obie te drogi znakomicie się uzupełniają. Buddyzm ma coś, czego nie ma (i raczej mieć nie będzie) szamanizm, mianowicie znajomość ostatecznego celu naszej ziemskiej drogi, którym - w myśl buddyjskich nauk - jest urzeczywistnienie natury naszego umysłu. Szamanizm zaś dostarcza sposobów i okazji na poznanie owej natury umysłu w jej bogactwie i wielostronności zanim zostaniemy oświeceni. Powiada się w buddyzmie, że ktoś, kto dostatecznie wyraziście wyobraziłby sobie, że jest oświecony, zostałby oświecony. Można z pewną przesadą powiedzieć, że szamańskie działania zaczarowują nas tak, że samsara przez czas jakiś wydaje się nirwaną. Ale skoro tak wydaje się, to już został poczyniony krok w kierunku tego, aby tak było. Szamanizm i buddyzm w żadnym punkcie ze sobą nie konkurują, a przeciwnie - takie mam wrażenie - wspierają się. Choć oczywiście dziać tak się może tylko w umysłach poszczególnych ludzi. Jako "instytucje" oba stoją zupełnie osobno.

Czy (neo)szamanizm jest (neo)pogaństwem?

Różnica między współczesnym szamanizmem i współczesnym pogaństwem jest taka, że zamiarem pogaństwa jest odnowa, rekonstrukcja lub wskrzeszenie oddawania czci dawnym bogom, za to z punktu widzenia działań szamańskich bogowie są raczej nieistotni. Czy są, czy ich nie ma, czy może ich imiona są tylko metaforami, czy jest ich wielu czy raczej jeden, jak się nazywają i jaki sposób ich czczenia i przywoływania jest właściwy - to wszystko niech pozostanie prywatną sprawą poszczególnych ludzi. Być może "klimaty" i stany umysłu, jakie pojawiają się podczas szamańskich działań spodobają się neopoganom, i w takim razie - zapraszam do kręgu... tak jak i wszystkich innych.

Czy możliwe jest odrodzenie słowiańskiego szamanizmu?

- I tak, i nie. Nie, ponieważ nie ma możliwości, aby sprawdzić, czy to co stworzymy, ma jakiś związek z faktycznym dawnym słowiańskim szamanizmem; i co więcej raczej nie należy się łudzić, żeby kiedykolwiek taka możliwość zaistniała. Dawne słowiańskie praktyki o szamańskim charakterze przepadły tak, jak przepadła dawna religia Słowian i mnóstwo wątków z ich oryginalnej kultury. Euro-chrześcijańskie "światło" wypaliło (niemal) wszystko. Przede wszystkim zaś zerwana została ciągłość przekazu, a także jesteśmy w o tyle gorszej sytuacji od Madziarów i Turków, że tamci mają przynajmniej swoich etnicznych krewnych, którzy zostali przy rodzimej kulturze: dla Węgrów kimś takim są Mansowie (Mansi), dla Turków Jakuci i Tuwińcy. My nie mamy starych syberyjskich pobratymców, nad czym ubolewam bez nadziei na pociechę. Warto przy okazji zauważyć, że jednak jesteśmy w lepszym położeniu od słowiańskich neopogan, bo jednak nie jesteśmy, jak oni, uzależnieni od wiedzy o tym, jacy byli słowiańscy bogowie, kim byli dla swoich wyznawców i jakie należą im się kultowe praktyki jako dowody czci. Praktyki szamańskie są jednak dużo bardziej ogólne, uniwersalne i ponadczasowe.

Kiedy myślę o szamanizmie, że powinien być słowiański, chodzi mi raczej o coś dużo skromniejszego niż rekonstruowanie dawnych praktyk (których i tak chyba nie poznamy). Chodzi mi o cała rytualną otoczkę, która powinna być odczuwana przez nas, Polaków, jako coś swojego. A więc odwołania do zrozumiałych symboli, jak to, że z północy przychodzi wilk, a z południa bocian. Że zapach, który jest dla nas wehikułem, to zapach naszego piołunu (chociaż kalifornijska Salvia apiana, white sage jest mi równie bliska). Zaklęcia, które wypowiadamy w naszym języku. I że śpiewamy pieśni, których melodia wyciska nam łzy i każe myśleć o błotach i stepach, z których wynurzyli się nasi przodkowie, i o rzekach, którymi płynęli. Kiedy prowadziłem "długie, nocne rozmowy" z Leonidem Larem, nienieckim "szamanem pędzla", jasne się stało dla nas obu, że rodzima kultura Polski (nie nazywajmy ją pogardliwie ludową ani folklorem) jest równie soczystym podłożem dla szamańskich praktyk, co ich, Nieńców, prastary syberyjski przekaz - tyle, że my nie mamy jej zwieńczenia: nie mamy własnych szamanów.

Oby duchy pomogły, aby byli.

Chociaż mam wciąż nadzieję, że te skromne metody badania umysłu, które przekazuję, jak i te bardziej zaawansowane, których nie znam, doprowadzą kiedyś do tego, że w umysłach polskich (i innych) praktyków pojawi się rdzenny słowiański szamanizm, który będzie kontynuacją i przekazem od naszych genetycznych i duchowych przodków, przekazem naszych ciał, naszych kości i naszej ziemi. Doświadczenia Grofa i MacEowena pokazują, że nie jest to niemożliwe.

Przypisy

[1] Inaczej jest w hinduzmie, który sprawia wrażenie, jakby przekaz, który pozostaje po wielkich mistrzach tej religii i duchowej tradycji, stopniowo słabł w miarę mijania lat i pokoleń od ich śmierci. Wielu nie pozostawiało żadnych uczniów choćby w przybliżeniu podobnej miary co oni sami; tak było np. w przypadku najsłynniejszego chyba z niedawno żyjących hinduskich mahatmów, jakim był Ramana Mahariszi (1879 - 1950) spod góry Arunaczala. Jest tak, jak gdyby Hindusi ufali swoim bogom, którzy co jakiś czas zsyłają swój kolejny awatar - wielkiego guru - aby odnowić stygnące nauki o wyzwoleniu. W przeciwieństwie do nich buddyści pilnie strzegą swoich "linii przekazu", aby ani na moment nie osłabły, nawet jeżeli w którymś pokoleniu zabraknie naprawdę wielkich mistrzów.

[2] Victor Sanchez, "Nauki Don Carlosa", wyd. polskie Bygdoszcz 1997

[3] Słowo szaman (akcentowanie sza-MAN) pochodzi z Syberii, z języka Ewenków, ludu z rodziny tungusko-mandżurskiej, zamieszkującego ogromne przestrzenie od Jeniseju do wybrzeży Morza Ochockiego. Od Ewenków przeszło do rosyjskiego i stąd w świat. Dopatrywano się podobieństwa słowa szaman do sanskryckiego śramana i palijskiego samana, znaczących "umartwiający się asceta". W tym ujęciu słowo to nie byłoby rdzennie syberyjskie, lecz zapożyczone z Indii (w co nie chce mi się wierzyć). Południowi sąsiedzi Ewenków mówiący językami tureckimi nazywają szamanów kam, co Rosjanie zapożyczyli w postaci czasownika kamłat', kamłanije - wchodzić w szamański trans, odprawiać seans szamański. W języku ich północnych sąsiadów, Nieńców, szamana określa się słowem tadebja.

[4] Frank Henderson McEowen, "Reclaiming Our Ancestral Bones: Revitalizing Shamanic Practices in the New Millenium", w: Shaman's Drum nr 58, 2001.

[5] Według Piersa Vitebsky'ego; patrz jego książka "Szaman", wyd. polskie Warszawa 1996.

[6] Mircea Eliade, "Traktat o historii religii" 1949, wyd. polskie Łódź 1993






Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)