Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 maja 2016

Przemysław Kapałka

z cyklu: Opowieści wędrowne (odcinków: 13)

Wędrowne odosobnienie

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: medytacja

« Grudniowe impresje spod Jezioran Szeskie Wzgórza »

Do napisania tej notatki sprowokowała mnie ostatnia dyskusja na temat odosobnienia, której elementem jest wpis Wojtka Jóźwiaka. Postaram się jako tako przedstawić swój punkt widzenia.

Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że jeśli potrzebuję odosobnienia, nie muszę nigdzie daleko wyjeżdżać. Pod samą granicę mojego miasta podchodzi Puszcza Napiwodzko-Ramucka i wystarczy, że się w nią trochę zagłębię i ominę nieliczne tamtejsze wioski, a będę miał odosobnienia ile zechcę. Niestety, nie każdy jest w tak szczęśliwej sytuacji, więc trochę warto na ten temat napisać tym, dla których nie jest to takie proste.

Rzadko udawałem się na odosobnienie w ścisłym tego słowa znaczeniu, a jeśli już, to na krótko. Zamiast tego praktykowałem wyjazdy w przyrodę na kilka dni lub dłużej, w czasie których nie chodziło mi o zwiedzanie, o poznawanie terenu czy poznawanie czegokolwiek. Chodziło właśnie o takie wyciszenie, o kontakt z Naturą i przez nią kontakt z samym sobą, czy jakkolwiek to nazwiemy. W tym celu udawałem się tam, gdzie ten kontakt z Naturą mogłem odczuć najlepiej, gdzie nie było tłumów ani imprezowego towarzystwa, chodziło bowiem o to, żebym miał spokój i wyciszenie. Najczęściej wybierałem jakiś niewielki pensjonat albo kwaterę agro; często przenosiłem się co kilka dni z miejsca w miejsce. Czy znalezienie takich miejsc jest trudne? Moim zdaniem nie. Całkiem uniknąć ludzi w ten sposób nie można – spotyka się ich nawet nie czasami, ale dość często, czasem trzeba porozmawiać, czasem trzeba pójść do sklepu, kontakt z gospodarzami też jest nieunikniony. Mnie to jednak nie przeszkadza. Spokojne i sensowne rozmowy z gospodarzami (a rozmowy z gospodarzami ośrodków agro z reguły są spokojne i sensowne) mogą ten efekt wyciszenia nawet pogłębić. Ważne jest zachowanie zasady, że przyjeżdżamy się wyciszyć, ograniczyć kontakt z ludźmi, a rozmowy są tylko dodatkiem. Całkowite odizolowanie się od ludzi jest, moim zdaniem, niewskazane, w większości przypadków miałoby to nawet w sobie coś z niepotrzebnego wyobcowania. Komuś, kto żyje w wielkim mieście, ludzi wokół ma za dużo, za dużo zgiełku i wszędzie pośpiech, może się wydawać, że potrzebuje udać się gdzieś na pustynię i być zupełnie sam. Jednak po przybyciu tam, gdzie panują zupełnie inne nastroje i układy, w większości przypadków tak radykalne rozwiązanie okazuje się niepotrzebne, a niewielki kontakt z ludźmi może być nawet ważnym uzupełnieniem.

Dwie podstawowe zasady w takich przypadkach są następujące: Po pierwsze - nie jedziemy po to, żeby zwiedzać, coś poznawać, uprawiać sport czy przechodzić długie trasy. To może się pojawić tylko przy okazji. Jedziemy po to, żeby się wyciszyć i po prostu być; może  się okazać, że  wskazane będzie przesiedzieć nawet cały dzień w jednym miejscu. Po drugie - trzymamy się z daleka od miast, głównych ciągów komunikacyjnych i miejsc, w których można spotkać tłumy. Szczególnie ważne jest to, żeby znaleźć się na tyle daleko od głównych szos i linii kolejowych, żeby nie czuć związanej z nimi infrastruktury i nie słyszeć ich nawet nocą. W przypadku tych największych, o międzynarodowym znaczeniu, musi to być co najmniej 10 kilometrów na terenach otwartych i 5-6 w lasach. Nie zawsze okazuje się to konieczne – kiedyś nocowałem niecały kilometr od szosy Augustów – Sejny, prowadzącej do przejścia granicznego w Ogrodnikach i było to nieodczuwalne. Ale innym razem nocowałem w namiocie, jakieś 5 kilometrów od szosy „siódemki”, i nocą było ją słychać tak wyraźnie, że uszy sobie zatkałem stopperami. Dla bezpieczeństwa i uniknięcia przykrych niespodzianek lepiej odpowiednią odległość zachować. Najlepiej znaleźć sobie jakąś kwaterę agro, na przykład gdzieś w puszczy lub wśród bagien, ewentualnie mały pensjonat lub ośrodek wypoczynkowy położony w strefie ciszy (obecnie nie powinno z tym być żadnego problemu) i tam nocować, a za dnia przebywać wśród przyrody. 

A gdzie należy jeździć? Przepraszam, jeśli urażę czyjś lokalny patriotyzm, ale najmniej nadaje się do tego środkowa część naszego kraju. Po pierwsze, przyroda jest tam najmniej urokliwa (takie jest przynajmniej moje zdanie), po drugie - występuje tam zjawisko, o którym pisał Wojtek, mianowicie trudno jest nie natknąć się na tubylców, którzy będą mieli zamiary nie pasujące do naszych. Na szczęście jest dużo innych rejonów, w których daje się tego uniknąć.

Przede wszystkim góry. Tu należy unikać miejsc takich jak Turbacz, Trzy Korony czy nawet Tarnica. Co prawda specjaliści potrafią znaleźć ustronne miejsca nawet w Tatrach, i to zupełnie legalnie, ale to wymaga dużego obycia. Należy udać się do dolin, przez które nie przebiegają żadne drogi, najwyżej ścieżki, i nie prowadzi żaden szlak turystyczny. Pójść na górę nie leżącą na szlaku turystycznym – poza parkami narodowymi jest takich sporo. Dużo uroku ma przejście w poprzek jakiejś doliny. Można wtedy zatrzymać się w jakimś mało popularnym górskim schronisku – są takie, na przykład, w Beskidzie Małym. I nie nastawiać się na wyczyn i na zdobywanie gór. To nic, jeśli nie wejdziemy na żaden większy szczyt. Na to będzie czas innym razem, teraz skoncentrujmy się na obcowaniu z górami jako całością.

Polecałbym też północną i wschodnią Polskę. Ja najczęściej wybieram Mazury i Suwalszczyznę, ale nadaje się do tego również Podlasie i wnętrze Pomorza. Tu należy unikać wszelkich szlaków żeglarskich i kajakowych. Najlepiej jest zaszyć się tam, gdzie turyści nie docierają – tam, gdzie brakuje większych atrakcji turystycznych, a jeziora są na tyle małe, że nie zainteresują się nimi amatorzy sportów wodnych, a najlepiej, jeśli są położone w strefie ciszy. Są takie miejsca w Puszczy Piskiej, Boreckiej czy Augustowskiej, są na terenach otwartych. Tu powinna pomóc analiza mapy. Szczególnie polecam okolice Gołdapi - tam, poza samą Gołdapią i pasem przy szosie, praktycznie każde miejsce jest ustronne, sama kraina też wybitnie sprzyja celom takim, jak wyciszenie. Mogę jeszcze dodać, że po mazurskich puszczach zdarzało mi się chodzić cały dzień, nie spotykając człowieka.

Świetnie do wyciszenia i odosobnienia nadawałoby się morskie wybrzeże. Tu jednak jest problem – nad morzem trudno jest o miejsce spokojne i wolne od tłumów. Chociaż wbrew pozorom jest to możliwe. Polecam na przykład Mierzeję Wiślaną. Między Krynicą Morską a Piaskami jest 11 kilometrów i już kilometr za Krynicą Morską panuje spokój, a przechodzący nieliczni ludzie mało przeszkadzają. Same Piaski też okazują się miejscem w miarę spokojnym. Sądzę, że są jeszcze inne takie miejsca, ja znam to jedno.

A kiedy jeździć? Na pewno należy unikać długich weekendów, bo wtedy najpewniej można natknąć się na tłumy i to niezbyt miłe. Okres letni ma swoje zalety i wady. Zaletą jest to, że przyroda jest wtedy w pełnej krasie i kontakt z nią jest najpełniejszy. Zaletą jest to, że jest ciepło, a dzień długi, i długie przebywanie wśród Natury jest ułatwione. Wadą jest to, że wtedy większość ludzi wyjeżdża na urlopy i o spokój jest znacznie trudniej. Ale bynajmniej nie jest to niemożliwe.

Najlepszą porą do odosobnionych wyjazdów jest listopad. Jest to miesiąc sam w sobie nastrajający bardzo refleksyjnie i sprzyjający wyciszeniu, o czym pisałem w pierwszym odcinku tego bloga. Jest to miesiąc, który większość ludzi najchętniej by przespała i mało kto wtedy myśli o wycieczkach. Wtedy nie trzeba nawet trzymać się zasady, że unikamy popularnych miejsc. O tej porze roku praktycznie żadne miejsce położone wśród przyrody nie jest popularne i praktycznie wszystkie takie miejsca są puste. Odwrotnie – odwiedzenie miejsc, o których wiadomo, że kilka miesięcy temu były gwarne, a teraz są opuszczone, może dać niesamowity efekt. A jeśli nawet trafi się spotkać jakąś wycieczkową grupę, najpewniej będą to ludzie podobni do nas i ich chwilowa obecność nie powinna przeszkadzać. W listopadzie wręcz wskazane jest udać się na kilkudniowy, postny wręcz wyjazd, którego celem będzie skupienie i wyciszenie. Być może Ty, czytający te słowa, stwierdzisz, że listopad Ci nie odpowiada i nie chcesz w tym czasie praktykować odosobnienia na łonie przyrody. Myślę jednak, że spróbować warto, może na początek na 2–3 dni.

Ogólnie jest tak, że im dalej od sezonu i od weekendów, tym mniej trzeba unikać popularnych i uczęszczanych miejsc. Bezwzględnie tylko trzeba trzymać się z daleka od miast i głównych arterii komunikacyjnych. Również im dalej od sezonu, tym mniej prawdopodobne jest spotkanie licznego i uciążliwego towarzystwa, a jeśli już się spotka innych przybyszów, to przeważnie będą to ludzie spokojni i nieuciążliwi. Latem i późną wiosną zawsze będzie ryzyko natrafienia na balangowe towarzystwo lub hałaśliwą rodzinę z dziećmi. Jesienią ryzyko to jest pomijalne.

Wiosna i lato są czasem gwaru i życia. Wtedy najbardziej można odczuć przyrodę i ją zgłębiać. Jesień to czas wygaszania. Od listopada do lutego jest czas zupełnej ciszy i pustki. Wtedy odosobnienie i wyciszenie może wyjść najlepiej. Tyle że wtedy należy liczyć się z utrudnieniami związanymi z porą roku i z krótkim dniem, choć to drugie może się okazać czynnikiem sprzyjającym.

W ciepłą porę roku można też, zamiast szukać kwatery, wziąć ze sobą namiot. Ale to ma swoje mankamenty. Znacząca część ludzi, przebywających na większości pól biwakowych, ma tendencję do przesiadywania i pałętania się do późnej nocy i zachowywania się wcale nie cicho. Szczególnie na weekendy często zjeżdża towarzystwo, które potrzebuje się wyryczeć. Im dalej od dróg i większych miejscowości, tym prawdopodobieństwo natrafienia na takie towarzystwo jest mniejsze, ale całkowitej pewności nie będzie nigdy, chyba że ktoś już ma swoje sprawdzone pole biwakowe. Kiedyś po prostu przychodziłem do wioski i zawsze znajdowałem ludzi, którzy pozwalali mi rozbić namiot na swoim terenie. Od jakiegoś czasu mam jednak z tym problemy. Można też po prostu z namiotem wędrować. Jednak noszenie ze sobą namiotu i niezbędnego wyposażenia tak, żeby jeszcze można było się skupić na czym innym, wymaga dużej siły i kondycji. Ja, kiedy zależy mi na czymś zbliżonym do medytacji, od dłuższego już czasu nie praktykuję tego nigdy i chyba już nie będę.

A tym, którzy udadzą się na takie odosobnienie wtedy, kiedy jest ciepło, polecam jeszcze jedną praktykę: udać się w odpowiednie miejsce, zrzucić z siebie całe ubranie i tak po prostu pobyć. To proste ćwiczenie może mieć bardzo silne działanie terapeutyczne. A takim odpowiednim miejscem może być środek lasu lub polana (niestety tu jest niebezpieczeństwo kleszczy), niepopularna góra albo plaża naturystyczna położona daleko od popularnych miejscowości turystycznych. Warunkiem jest to, żeby czuć się tam bezpiecznie i swobodnie.

Większość tego, o czym tu napisałem, ma jeden mankament: wymaga dobrej orientacji w terenie. Dla niektórych nie będzie to żaden problem, dla niektórych zasadniczy. Tym ostatnim mogę tylko polecić przebywanie w ustronnym miejscu i spacery w jego pobliżu. Więcej musieliby się wypowiedzieć ci, którzy z takimi problemami mają do czynienia.

A do znalezienia odpowiedniego miejsca można też posłużyć się metodami niecodziennymi, takimi jak radiestezja czy medytacja. W moim przypadku testy radiestezyjne dawały średnie rezultaty – bardzo dobrze wskazywały mi teren, na który mam się udać, natomiast kiepsko konkretnie miejsce. Zawsze jednak można poprosić o pomoc specjalistę, a ze znalezieniem takich czytelnicy tego portalu nie powinni mieć problemów.

Był to wpis w znacznym stopniu improwizowany na tyle, na ile teraz mogę poświęcić na to czas. Mam nadzieję, że zawarte tu porady trochę będą pomocne.


Opowieści wędrowne: wstęp na końcu

Raz w miesiącu ruszam na wędrówkę. Przez cały rok, pogoda mnie odstrasza tylko wtedy, kiedy zaczyna być niebezpieczna, a jak zdrowie nie dopisuje, to idę tak, jak jego stan pozwala. Daje mi to ciągłość kontaktów z Naturą i wiele obserwacji. Oczywiście podróżuję i wędruję również poza tym. Jak mi się nasunie jakaś ciekawa myśl czy obserwacja, znajdzie się ona tutaj.

Korekta przez: ()



« Grudniowe impresje spod Jezioran Szeskie Wzgórza »

komentarze

1. nad morze tylko w zimie • autor: Jerzy Pomianowski2016-05-29 21:30:47

Nad morze mam blisko, ale jeżdżę tam na dłużej niż jeden dzień tylko w listopadzie albo w lutym. Ludzie jednak i wówczas tam są, ale specyficzni, bo Niemcy. Nie ma ryzyka jakiegokolwiek kontaktu.
Oni szukają samotności grupowej, nigdy nie występują w pojedynkę.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)