zdjęcie Autora

19 września 2014

Jarosław Bzoma

z cyklu: Badanie snów (odcinków: 37)

Wehikuł czasu. Cz.5

Kategoria: Sny i wizje

« Wehikuł czasu. Cz.4 Wehikuł czasu. Cz.6 »
                                      Czytane 282 razy

                              

                      Wehikuł czasu. Cz.5




             

                                

                  

                      Pytam Szirin o jej ocenę Bijal Hewa i jego towarzyszy.

Siedzimy w kilka osób. Ja siedzę tyłem do obserwatora ekranu, po lewej mam mało wyraźne osoby. Panuje przyjazna atmosfera. W drzwiach po prawej stronie, nieco w głębi ekranu, staje przełożony moich nowych „kolegów”. Nic nie mówi tylko potrząsa w moim kierunku pismem, które trzyma w ręce. Coś tu mi brzydko pachnie, czyżby to jakieś wezwanie?

 

Jestem świadkiem osądu, jaki ktoś znaczniejszy dokonuje nad dwoma zatrzymanymi. Zatrzymanych jest dwóch. Stoją twarzą do mnie i „sędziego”. My (mam przewodnika) stoimy plecami do obserwatora ekranu śnienia.

Pierwszy z naszej lewej strony jest winny w małym stopniu, więc z nim sprawa trwa krótko, to jakiś rodzaj nagany. Nie słyszę żadnego słowa, ale niewątpliwie następuje pomiędzy nimi jakiś przekaz. Widzę to po reakcjach ich ciał, zmianie postawy, mimice twarzy.

Drugi podsądny, ten z naszej prawej strony, otrzyma karę. Karzący najpierw przypala jego lewą skroń.

A potem jest półmrok, więc orientuję się w sytuacji dopiero wtedy, kiedy z półmroku po naszej prawej stronie karzący unosi w ręku drewniany, duży młotek. Lewą ręką przykłada do skroni karanego gwóźdź, a trzymanym w prawej ręce młotkiem zaczyna powoli wbijać gwóźdź w skroń karanego. Najgorsze jest to, że nikt nie reaguje, prawo do poruszania ma tylko wykonujący karę, ja mam dziwne odczucie - jakbym był jednym z karzącycym, kontrolowanym przez Niego organizmem(!). Trudno mi powiedzieć, czy podobne odczucia mają obydwaj podsądni, ale chyba tak, bo nieszczęśnik, któremu jest wbijany w głowę gwóźdź, nawet nie drgnie.

Nawet we śnie nie mogę się uwolnić od wrażenia, że karany to ta sama osoba, która wraz z towarzyszami przybyła na Ziemię pod imieniem Jezusa!

Skazaniec stoi, cierpliwie znosząc karę wbijania gwoździa, ale to nie jest egzekucja. To jest brutalne wyłączenie jednego z ośrodków mózgu. (W tym rejonie mózgu jest płat, w którym znajduje się ośrodek mowy!).

Budzę się zmaltretowany psychicznie. Na szczęście szybko  ponownie zasypiam.

Wszystko co widzę: meble, ściany, drzwi i ludzi jest „pomalowane” w żółto-czerwone poziome pasy!

Głos (z wyraźną drwiną):

– Słuchaj, od tego tutaj nikt nie ucieknie!

Budzę się i doznaję momentu jasności, zrozumienia!

Tutaj się nie mówi! Wcześniej też nikt z nich niczego nie mówił, nawet „jubilerka”;  to wszystko były przekazy z umysłu do umysłu!

Za mówienie tutaj jest kara, tak jak u nas kiedyś za drukowanie bezdebitowe. Mówienie tutaj to zdrada wspólnej, wszystko przenikającej żółto-czerwonymi falami (w drugiej księdze obcy przedstawili mi się kodem flagowym o identycznych kolorach-„Hiszpanie”!), świadomości. Mówienie to takie nielegalne wyjście w prywatność. Widać tu „Jezus” przyniósł wolność bycia indywidualną osobą, w jakimś sensie to samo głosił u nas.

Oni nasłuchują/obserwują naszą cywilizację, więc mówienie u nich jest podwójnym przestępstwem:

- indywidualizm przeciw wspólnocie świadomości!

- zakłócanie transmisji, czyli działanie wbrew racji stanu obcych. Niewykluczone, że to - z ich strony - rodzaj ciszy falowej w paśmie świadomości ludzi. Mamy nie być świadomi ich obecności!

Zasnąłem.

Mówię do faceta, który przyszedł do mnie do pracy, aby chodził normalnie, a nie jak jemu się wydaje „ostrożnie”. Kiedy chodzi się normalnie - ślady zostają na środku i łatwo je sprzątać, natomiast kiedy chodzi się ostrożnie, czyli stawia nogi w miejscach nietypowych - mam mnóstwo roboty z odnajdywaniem tych śladów i ich czyszczeniem.

Budzę się. Ale im przygadałem!

 

Przed ponownym zaśnięciem proszę Szirin jeszcze o coś ciekawego na ich temat.

Uczestniczę w koncercie, ale próbuję już z niego wyjść, pod jakimkolwiek pretekstem. Jestem kobietą!

Jako obserwator - widzę od przodu rząd krzeseł, Ja, uczestnicząca, siedzę na drugim miejscu od prawego końca rzędu; słyszę w uszach dźwięk operowej arii, ale jednocześnie widzę w głowie synestetyczne (!) obrazy. To drobne biało - czarne prążki w koncentrycznych pierścieniach. Dla mnie to niezbyt przyjemne doznanie!

Budzę się. Artystom wolno mówić, śpiewać, ale to jest forma sztuki, pewnie licencjonowana?! Na dodatek dla elit! Oczywiście izolacja „akustyczna” takiej Sali koncertowej jest dla Nich zapewne łatwo wykonalna.

Po chwili.

Mężczyzna stoi w pomieszczeniu o trapezowatym kształcie podłogi (bardziej niż wynikałoby to z normalnej perspektywy. Pod ścianami stoją niskie szafki o żółto - brązowym kolorze. Całe wnętrze jest w tonacji trochę przypominającej stare złoto i starą czerwień, tak jakby ten kolor wynikał ze zmieszania się pasów czerwonych i żółtych). Mężczyzna właśnie otrzymał złą wiadomość. Jest wściekły, odsłonił nawet swoje rzadkie, parodontyczne zęby. Wypuszcza ze swojego umysłu jakieś ześrodkowane myśli (wyglądają jak kółko z kropką w środku).

Ta wściekłość wynika z tego, że ktoś w dniach - 23, 24, 25 i 26 położył się do łóżka. (Dzisiaj na jawie mamy  noc 26/27 marca).

 

Jestem w innym pomieszczeniu o tej samej żółto-brązowej kolorystyce.

Przełożona, stojąca na środku sali, „opieprza” dwie kobiety siedzące po prawej stronie za kontuarem. Przełożona strofuje je, ponieważ nastąpiła pomyłka o 4 grosze. Wymawia to: cztygo! (Być może chodzi o te same cztery dni co w poprzedniej narracji!)

Przełożona dostała polecenie odroczenia ich dostępu do przeprowadzanych operacji, bo zaczęły się mylić!

Pojawiają się w ich otoczeniu biało-czarne smugi, grubsze, dłuższe i nie tworzące zamkniętych form, inaczej niż na koncercie czy w przypadku pojedynczej myśli wkurzonego, być może mną, mężczyzny.

Budzę się. Potrafię namieszać. Nie ma co!

Zasypiam.

Teraz zrelacjonuję sen, który zafundowała mi Szirin na sam koniec, jako podsumowanie całego cyklu podróży.

 

Jestem na cmentarzu, ten cmentarz należy do jakiejś prowincjonalnej społeczności. Jestem bardzo zadowolony, opowiadam wszystkim o radości, jaka mnie spotkała, w dodatku wcale o to nie zabiegałem!

Grób, który moi rodzice mieli na starym cmentarzu, z jakichś powodów musiał być zmniejszony o część, która czekała na mnie. W związku z czym zarząd przydzielił mi indywidualny grób gdzieś na końcu alei zasłużonych! (Oddzielono mnie od ludzkiej rodziny, czy raczej od Matki i Ojca z dziesiątego poziomu? To nie było jedynie próżne gadanie obcych!).

Biegam w tę i z powrotem: od mojego nowego grobu do początku alei zasłużonych. Ten mój grób ma wyznaczone miejsce niezupełnie w alei dla zasłużonych; to miejsce jest raczej na jej tyłach, zaraz za płotem, który jest tylną ścianą alei cmentarnej! (We śnie ta lokalizacja dla mnie jest prawie tak samo dobra jak pośród zasłużonych. W ogóle sobie nie zdaję sprawy z tego, że wyznaczono mi miejsce za cmentarnym murem, pod płotem). Biegam więc i wszystkim o tym opowiadam. To świetne miejsce, mówię, to taki drugi nieoficjalny szereg zasłużonych!

Kolejny już raz biegnę aleją z lewej na prawo i kiedy kończy się cementowy płot - zmierzam do przejścia na drugą stronę płotu. Tu następuje małe zamieszanie, bo prawie się zderzam z księdzem idącym w bogatej, prawie popiej kapie na ramionach. Dokoła niego idzie kilku ministrantów. Szczęśliwie mijamy się bez kolizji. Więc lecę dalej, w świetnym humorze, widzę już swój kawałek ziemi. Nie mam jeszcze żadnego nagrobka, ale widzę, że miejsce jest świetne! Po tej stronie płotu jest rząd samych najprzedniejszych grobów, przeważnie stare. Po prawej sama najbitniejsza, okoliczna szlachta, a po lewej jakiś ułan. Zwracam nawet czyjąś uwagę, zagadując do kogoś z przechodzących obok, na zacną lokalizację mojego grobu. Przyglądam się nagrobkowi po lewej, jest bardzo ciekawy, nie widać, co prawda, typowego krzyża, ale widzę sporą, wiszącą na płocie, przeszkloną szafkę. W szafeczce są zawieszone odznaki wojskowe. Już nieco zaszły patyną, ale znać piękną starą robotę snycerzy pracujących na zamówienie wojska. Nawet mnie trochę dziwi, że nikt tych odznak do tej pory jeszcze nie „zwędził”. Kiedy tak się przyglądam przez szybkę tym metalowym odznakom, przed moimi oczami ukazują się dwie zupełnie odmienne od innych odznaki; mimo że są duże - nie widziałem ich jeszcze przed chwilą. Tymczasem powstaje małe zamieszanie, czas już wracać do domu a ja jeszcze stoję przed szafką z odznakami. Na szczęście nie muszę niczego robić aby wrócić, bo przestrzeń zaczyna się przesuwać wzdłuż płotu samoistnie, w prawą stronę tak, jakby ruszyła będąc pociągiem, cmentarz zaś, wraz z płotem, „pobiegł” w lewą stronę. Krajobrazy przesuwają się przede mną, a ja - nadal wychylony nieco do przodu - mam czas na kontemplację zawartości gablotki.

Opiszę teraz dokładniej dwie odznaki:

Obydwie (duplikacja!) są jednakowe, różnią się jedynie pewnymi akcentami kolorystycznymi. Są zadziwiająco duże. (Jak przyciski do papieru, ale na jawie, przychodzi mi do głowy, że skoro należały do dawnego ułana, to mogą być klamrami spinającymi pasy, które są elementami umundurowania).

Klamry są owalne, na każdej z nich są trzy szpice/groty ostrzem skierowane do środka. Szpice biegną ku środkowi od tyłu/góry, z lewej i z prawej strony. To jakieś groty a może nawet szpony, trudno powiedzieć. Lewy medal ma szpony białe a prawy - czerwone. Cała klamra/odznaka jest srebrzysta(!).

(Dziwne połączenie kierunków - wektorów wcześniejszego dęcia na wieży i okuć srebrnej księgi.)

Nie koniec na tym, ponad troistymi ostrzami pod kątem czterdziestu pięciu stopni w prawo, nad ich potrójną kompozycją widać stylizowany łeb orła, niewiele wystający wierzchołkiem głowy ponad powierzchnię klamry, jednak na tyle, aby uwidocznić drapieżny dziób ptaka. Kolorystyka dziobu jest ta sama, jak w przypadku szponów/ostrzy, na lewej odznace dziób jest biały na prawej czerwony.

Wytrzeszczam nadal oczy na te plakiety i co widzę? Kolejną warstwę, która odsłania się przed moimi oczami, warstwa istniejąca pod odznakami, pod plakietami teraz ujawnia się zaskakujący obraz!

Na kanapie w kącie pokoju, mając ścianę po swojej lewej stronie (dla mnie to prawa), siedzi ułan w futrzanym czaku; najwyraźniej to jakaś formacja z czasów napoleońskich albo nawet je poprzedzających. Ułan siedzi na kanapie i gra na gitarze. Ułan śpiewa jakąś pułkową żurawiejkę (pierwszy raz w życiu słyszę jej treść).

Jestem tak zaskoczony beztroską owego ułana, że w pierwszej chwili myślę, że to aktor albo ktoś z grupy rekonstrukcyjnej. Przyglądam się otoczeniu ułana, za nim oraz na ścianie po jego lewej stronie wiszą zdjęcia gołych bab. Tę część zdjęć, która mieści się w nieruchomym kadrze ekranu mojego śnienia, ktoś pozaklejał tak, aby nie było widać miejsc intymnych, prezentujących się na owych zdjęciach niewiast, ale dalej, gdzie oko „kamery” nie sięga - wszystkie baby są gołe jak Pan Bóg przykazał!

(Powróćmy jeszcze do tego, co ułan śpiewa.) Udało mi się zapamiętać jedynie fragment refrenu:

- Ze mną, łamagą, będziesz dyszała!

Budzę się. Jestem w znakomitym humorze. Odpowiada mi towarzystwo na tym cmentarzu. Ma się rozumieć, że ułan miał na myśli swoją kobyłę, jak to w przewrotnych żurawiejkach bywa!

 

Dzioby i ich dwa kolory kojarzą mi się z dwoistością władzy, która wyposażyła swoje wojsko w te emblematy: po lewej są władzą pokojową, po prawej są krwawi w swoim postępowaniu. W jakimś niezrozumiałym jeszcze dla mnie sensie ma to, zapewne, również odniesienia do strony duchowej całego spektaklu. Ułan jest też dwoistością; ten, zanim wszystko ruszyło w pędzie na prawo, był naszym ziemskim ułanem i jego odznaki były typowe dla ziemskich ułanów, natomiast te plakiety, które pojawiły się w chwilę przed rozpoczęciem się pędu, były jakieś nieziemskie, ale mimo to imperialne w ogólnym sensie. Kim mógł być ułan - nietrudno się domyśleć. To Jan Potocki, autor Manuscrit trouvé a Saragosse. To on do mnie przyszedł, właśnie na jawie czytam „Rękopis znaleziony w Saragossie”. Bardzo tę lekturę polecam wszystkim podróżującym, podobnie jak  „Sanatorium pod klepsydrą” Bruno Shulza. To nasze polskie dziedzictwo literacko wyrażonego nurtu śnienia!

Oczywiście wizyta Jana Potockiego nie jest bez związku z podróżą do przyjaciół Bijal Hewa. Nie śmiem tego sugerować, ale odnoszę wrażenie, że pojawienie się Pana Hrabiego to taki przyjazny gest podróżnika dawnego wobec podróżnika współczesnego. Bardzo dziękuję, Panie Hrabio!

Cały sen również nie pozostaje bez związku z rozmową, jaką odbyłem wczoraj z pierwszym „zewnętrznym” czytelnikiem trzech części mojej książki. Powiedział, że powinno się je koniecznie wydać, chociaż zaznaczał, że starał się czytać je bez nadmiernego zagłębiania się w bardziej ryzykowne idee, więc udało mu się przed końcem nie zwariować! Zaznaczył również, że w poświęconej ziemi ksiądz mnie pewnie już nie pochowa, to jedno jest już prawie pewne.

Nic nowego nie powiedział, wiem to już od dwóch lat!

Wróćmy jeszcze na moment do Hrabiego Potockiego.

Potocki popełnił samobójstwo w 1815 roku, po nadzwyczaj bujnym i wyczerpującym życiu. Dokonał rozstania z tym światem zgodnie z własną wolę, z podniesioną głową. Oderwaną od srebrnej cukiernicy gałką. Piłował ją powoli, przez wiele miesięcy. Kiedy już pasowała do kalibru jego pistoletu, załadował tę srebrną kulę i wypalił sobie w usta. Piękna, romantyczna śmierć wolnego człowieka!

Jeszcze jedna uwaga. Sądzę, że zawiodłem oczekiwania naszych pozaziemskich obserwatorów. Szirin przez cały czas ekranowała kontakt mojej jaźni z nimi. Dlatego połowa nocy była dla mnie zawsze niedostępna. Dopiero po przefiltrowaniu przez nią - informacje trafiały do mnie. Widać było to świetnie dzisiejszej nocy, kiedy poprosiłem Szirin o wypowiedź podsumowującą, worek z informacjami, które przechwyciła Szirin, rozwiązuje się w jednej chwili, ale dopiero nad ranem.

Lepiej, gdybym przez jakiś czas nie oddalał się od powierzchni naszej błękitnej planety. Kilka osób pozostających na jej orbicie trochę się przeze mnie zdenerwowało.

 

 

List od T.K.:

Witam.

Osądzanie i ferowany wyrok oddalił mnie znacznie od tego towarzystwa.

Ostatni raz o wbijaniu gwoździa w głowę czytałem u nijakiego Suworowa, szpiega sowieckiego, który uciekł do Anglików.

Trafił Pan do sfery prawie lub już umarłych A to cudne miejsce na cmentarzu, a to ułan -  hrabia Jan Potocki.

„Sanatorium pod klepsydrą”  i „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” czytałem ze  trzydzieści  lat temu.

Chętnie przeczytam znowu. Dziękuję za  e -książkę.

Pozdrawiam

T.K.

 

Tak się rozochociłem , że postanowiłem ciągnąć temat dalej.

Szirin, powiedz, co jest największą tajemnicą tych istot?

 

Cdn.


                            

 


Korekta przez: ()



« Wehikuł czasu. Cz.4 Wehikuł czasu. Cz.6 »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)