Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 listopada 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 30)

Winter is coming. Cz. 3: H.G. Wells recenzuje Energiewende


« Winter is coming. Cz. 2: Pan raczy żartować, panie Hawking Winter is coming. Cz. 4: Marsz dla klimatu »

Temat klimatycznego zagrożenia stał się zakładnikiem opcji światopoglądowej, która choć sama jest jak najdalsza od gloryfikowania natury w każdej innej sferze, tu z powodzeniem używa pojęcia natury instrumentalnie, jako narzędzia do promocji swoich wartości. Stosunek lewicowo postępowego światopoglądu do przyrody naznaczony jest interesującą sprzecznością. Z jednej strony biologiczne, ludzkie instynkty są albo potępiane, albo wręcz neguje się samo ich istnienie, twierdząc, że człowiek jest całkowicie tworem swej kultury. Z drugiej jednak, kiedy mowa o „panowaniu nad przyrodą”, którego domaga się opcja konserwatywna, obóz postępowy przedstawia tę ideę jako zbrodniczą. Reasumując, wychodzi na to, że powinniśmy szanować przyrodę i nic w niej nie zmieniać, a jednak przyroda ta nie ma żadnego wpływu na nasze umysły, pragnienia, możliwości i źródła, z jakich moglibyśmy czerpać satysfakcję, nie jesteśmy bowiem częścią przyrody, a tworami kultury i w ramach naszych własnych umysłów żadnych zwierzęcych instynktów nie mamy, nie wiemy o czym mowa, lub może i wiemy, co tu się nam sugeruje, ale nas to co najmniej osobiście obraża. Niemniej przyroda jest matką.

Podobne wewnętrzne sprzeczności pojawiają się w obozie postępowym w odniesieniu do teorii ewolucji. Z jednej strony, kiedy mowa o krytyce religii, teoria ewolucji jest wedle tego obozu niepodważalna. Z drugiej, kiedy próbuje się z teorii ewolucji wywodzić jakiekolwiek tezy psychologii ewolucyjnej, okazuje się nagle, że wszelkie takie teorie są formą opresji. Człowiek jest zatem istotą tylko biologiczną, gdy mowa o istnieniu duszy, lub podmiotowości płodów, ale natychmiast przestaje być istotą biologiczną, gdy mowa na przykład o różnicach międzypłciowych. Na pocieszenie można powiedzieć, że obóz konserwatywny cierpi na niemal lustrzane rozdarcie. Człowiek, wedle tego obozu, posiada racjonalność, wolną wolę, oraz nieśmiertelną duszę, gdy mowa (odpowiednio) o wolnym rynku, systemie penitencjarnym, bądź zarodkach, ale ten sam człowiek natychmiast traci to wszystko i staje się istotą czysto biologiczną, gdy temat schodzi na międzypłciowe różnice. O psychoanalitycznym rozumieniu przyczyn tego osobliwego krzyżowania się wzajemnych pozycji będę jeszcze pisał w innych tekstach, tymczasem przyjrzyjmy się, w jaki sposób problem zagrożenia klimatycznego zostaje połknięty przez narrację postępowej lewicy, co to dla niego w praktyce oznacza i jakie to perspektywy rysować może dla naszego przetrwania, oczywiście zakładając, że w warstwie realnej samo klimatyczne zagrożenie jest faktem. Na to założenie przystanę tu dla potrzeb rozważań, choć sam o tym nic nie wiem, bo nie znam się na tym.

Postępowa lewica pokochała globalne ocieplenie tak mocno, jak konserwatyści je znienawidzili. Że lewica postępowa je pokochała, ma tę dobrą stronę, że dzięki temu interesuje się tematem w ogóle ktokolwiek, ale ma tę złą stronę, że takie traktowanie tematu nie sprzyja rozwiązywaniu jakichkolwiek realnych problemów, ponieważ wszelkie działania odbywają się jedynie w polu symbolicznym i poza nie wykroczyć nie mogą. Opcja światopoglądowa, o której tu mówię, zainteresowana jest zwalczaniem w człowieku tego wszystkiego, co można najkrócej opisać jako tradycyjnie rozumianą męskość. Zwalczanie tego agregatu cech odbywa się tu podobnie, jak na wszystkich innych polach poprzez przedstawianie ich jako zasadniczo amoralnych. Gdy odbywa się to za pomocą wizji klimatycznej katastrofy, nie jest potrzebne zawstydzanie, którego używa się, gdy walka odbywa się w innych przestrzeniach. Wystarczy proste wykazanie, że „tradycyjnie męska” zdobywczość doprowadza do samozniszczenia, a wnioski odbiorca ma sobie wyciągnąć już sam. To byłoby jeszcze stosunkowo najmniejszym kłopotem. Większy pojawia się, gdy zaczyna się dyskusja o rozwiązaniach. Te bowiem odpowiadać muszą na te same potrzeby, które do tej pory zaspokajane były przez „męskie wynalazki”. Trzeba jakoś przewieźć pewne ładunki i ludzi z miejsca na miejsce, podnieść pewne ciężary, zbudować budynki, oświetlić je, ogrzać, oraz zaspokoić cały szereg innych energetycznych potrzeb. Ale ma się to odbyć w ten sposób, by żadne „tradycyjnie męskie cechy” tak twórców urządzeń, jak i ich samych, nie były tu do niczego potrzebne. Energia ma być „ze słońca i wiatru”, ponieważ to budzi inne skojarzenia, niż atom, a nie dlatego, że ktoś udowodnił, że to w ogóle możliwe.

Percepcja typowego przedstawiciela progresywnej lewicy jest tu znacznie ograniczona, bowiem zwykle w ogóle nie uświadamia on sobie istnienia ciężkiego przemysłu. Oczywiście wie o nim teoretycznie, wie też o nim stąd, że wie, jakie straty przynosi on środowisku, jednak w praktyce nie jest to jego świat i jego wyobraźnia nie uświadamia sobie jego skali i jego gigantycznych potrzeb. Wielkie piece nie przychodzą mu do głowy jako pierwszy obiekt, który miałaby zasilić energią taka, powiedzmy, wiatrowa farma. Może sobie wyobrazić, że ta farma ma zasilić laptop, lub energooszczędną żarówkę, która robi dobry nastrój w rogu pokoju, ale ile energii potrzeba, żeby te laptopy w hurtowni ustawić na paletach do wywózki, albo ile trzeba energii, by przewieźć i rozmieścić światłowody, którymi do tego laptopa dociera muzyka – tego taki człowiek nie wie, gdyż nigdy w takiej hurtowni sam nie był, ani nigdy sam światłowodów nie rozwijał, by je własnoręcznie umieścić pod ziemią. Nie wyobrazi sobie. Nie wie ile to waży. Z tego też powodu człowiek taki nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo bezpośredni jest związek jego stylu życia z istnieniem tej gigantycznej, energochłonnej bazy. Nie wie na przykład, że to tylko dzięki maszynom wykonującym najcięższe prace możliwe jest podtrzymywanie projektów emancypacyjnych, które zmierzają do tego, by pracowników nie różnicować. Różnice są niwelowane dzięki pracy tych maszyn, a maszyny te pracują dzięki energii. Jeśli energii nie będzie, to różnice wrócą. Ale żeby to wiedzieć, trzeba mieć doświadczenie pracy fizycznej w czasach, gdy tak wielu tych maszyn nie było. Kto go nie ma, nie wie o czym mowa. Lub nie uwierzy.

Dobrym przykładem jest tu temat samochodów. W ramach propagowania się obaw klimatycznych zaproponowano wprowadzenie na rynek samochodów elektrycznych. Dlaczego? To proste. Ludzie dowiedzieli się, że istnieje problem emisji CO2 do atmosfery, a w optyce przeciętnego mieszkańca wielkiego miasta, który pracuje w sferze „nadbudowy”, jedynymi dużymi maszynami są samochody. Łatwo więc wyobraził sobie, że to właśnie one odpowiadają za emisję owego CO2 i natychmiast bezkrytycznie przyjął tezę o konieczności ich zelektryfikowania. W rzeczywistości spaliny samochodowe stanowią nieznaczną część emisji, jednak to wszystko, co naprawdę tę emisję tworzy, jest całkowicie poza zasięgiem pojmowania środowisk opiniotwóczych, gdyż większość ludzi z tych środowisk, to humaniści, tak formalnie, jak i osobowościowo. Huty, cementownie, fabryki materiałów budowlanych, kopalnie, statki masowe – nie istnieją dla tych osób realnie, ponieważ takie osoby ich nie odwiedzają, ani nie mają o czym rozmawiać z osobami pracującymi w takich miejscach. Widzą samochody, więc uznały, że należy zrobić coś z emisją z samochodów. Nawet to jeszcze nie byłoby wielkim problemem, gdyby bowiem cała dyskusja odbywała się poza sferą ideologii, ktoś z fachowców mógłby tym ludziom spróbować coś wytłumaczyć. Ponieważ jednak temat jest zakładnikiem progresywnej lewicy, przy jego omawianiu używane są takie same narzędzia, jakich ta opcja używa także w innych polach. Głównie mowa tu o narzędziu szantażu moralnego, oraz o specyficznym sposobie widzenia obiektów, jako „jednoznacznie dobrych” lub „jednoznacznie złych”, bez możliwości jakiegokolwiek ich niuansowania. Jeśli więc raz powiedziano, że „silniki spalinowe zabiją planetę” każdy kto by się sprzeciwił, zostanie uznany za wroga tejże planety i zakrzyczany. W rzeczywistości samochód elektryczny jest pomysłem całkowicie chybionym. Po pierwsze, gdyby wszystkie samochody miały być tak zasilane, żadna sieć energetyczna na świecie nie zdoła przesłać energii niezbędnej do ich ładowania. Po drugie, baterie w tych samochodach wymagają kobaltu. Na całej planecie nie ma tyle kobaltu, by zastąpić istniejące samochody spalinowe elektrycznymi, a ten kobalt, który jest, został zawczasu zabezpieczony przez Chiny, ponieważ znajduje się niemal w całości w Afryce i Chiny wykupiły kopalnie, widząc kierunki rozwoju łacińskiej psychozy „hybryd”. Po trzecie wreszcie, żeby pozyskać ilość energii potrzebną do ładowania tych samochodów, trzeba spalić niewiarygodne wprost ilości węgla. Nie wystarczą tu żadne wiatraki, ani baterie słoneczne, co dobitnie pokazuje przykład Niemiec.

Niemcy włożyli olbrzymie środki w swój program Energiewende, który miał zapewnić ograniczenie emisji CO2. Mimo gigantycznych nakładów nie uzyskano żadnego spadku emisji. Gorzej nawet – ponieważ wyłączono elektrownie atomowe i węglowe, okazało się, że dla zapewnienia dostaw energii konieczne jest zasilanie gazowe, co zmusiło Niemcy do korzystania z dostaw gazu z Rosji. Oderwany od rzeczywistości progam „energetyki wiatrowej” zmusił więc Niemców do decyzji, która de facto ośmieszyła całkowicie ich politykę zagraniczną opartą na wartościach, uzależniła ich bowiem od kraju, w którym panuje dyktatura. Jak się nietrudno domyśleć, sami Niemcy zupełnie wypierają świadomość tego faktu. Dużo prościej i pewnie mniej emisyjnie byłoby zrobić samochody po prostu na gaz, zamiast spalać gaz w elektrowni gazowej, przesyłać prąd ze stratą, ładować kobaltowe akumulatory z kobaltem kupowanym od dyktatury chińskiej i później je szkodliwie dla środowiska utylizować, jednak takie rozwiązanie nie może w ogóle być dyskutowane, ponieważ nie rządzi tu logika, a emocje. Nie jest istotne, jak działa to, czego nie widać. Przedstawiciele środowisk opiniotwórczych są zainteresowani tym, żeby czysto wyglądało to, co znajduje się w ich świecie i jest dostępne ich percepcji. O reszcie nie chcą wiedzieć, ponieważ reszta razi ich uczucia. Widok wielkich pieców i kopalni kobaltu nie pasuje do wyobrażeń o radosnej ludzkości bez różnic. A elektryczny samochód pasuje, szczególnie, jeśli jest mały i zabawny. Warto tu przypomnieć wizjonerski geniusz H.G. Wellsa, który w powieści Wehikuł czasu opisał społeczeństwo przyszłości, gdzie po wielu tysiącach lat rozwoju ludzkość podzieliła się na dwa podgatunki zamieszkujące dwa światy. Świat Elojów był światem powierzchni. Eloje byli szczęśliwi, uśmiechnięci, mili, sympatyczni, żyli wśród ruin niegdyś pięknych budowli, które były gustownie zarośnięte, dużo śpiewali, bawili się i tańczyli. Pod ziemią żyli Morlokowie. Byli brzydcy, agresywni, bali się światła, obsługiwali maszyny i jak się okazuje, praca tych maszyn zaspokajała pewne potrzeby Elojów. Morlokowie w ogóle o tym nie myśleli. Obsługiwanie maszyn było częścią ich życia i nie zastanawiali się, czemu one służą. Czasem w nocy wychodzili na powierzchnię, by zjadać kilku Elojów. W jakimś sensie szło to w tę stronę, że jakby ich hodowali. Geniusz Wellsa polega na odmalowaniu w naszej wyobraźni tego osobliwego przejścia. Zaskakującej zamiany ról. W pierwszej fazie Eloje byli prawdopodobnie arystokracją, zaś Morlokowie robotnikami. Z czasem, przez wieki, doszło jednak do tego, że Eloje całkowicie oderwali się od rzeczywistości, Morlokowie zaś zeszli pod ziemię i stawali się coraz bardziej niezbędni. Jednak ta ich niezbędność była przez Elojów wypierana, do tego stopnia, że z czasem tak się stało, że Morlokowie mogli ich zjadać nocami, a w dzień Eloje w ogóle o tym nie rozmawiali. Z czasem stali się niemal hodowlą i w tym punkcie „przed ostatecznym przełomem” zastaje ich podróżnik w czasie, który ich odkrywa. Analogia z niemieckim, oderwanym od rzeczywistości programem Energiewende i jego sromotnym końcem w postaci gazowej zależności od Putina narzuca się sama.

Czemu Eloje czegoś z tym nie zrobili? Bo o Morlokach się nie rozmawia. Kulturalny człowiek nie mówi o takich rzeczach. Już nie wypada.

W dyskusjach na temat rozwiązań, takich jak energetyka atomowa, elektryczne samochody, czy to, skąd naprawdę bierze się zanieczyszczenie oceanów plastikiem, prócz problemu szantażu moralnego, który skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek racjonalną rozmowę, pojawia się wspomniany wcześniej problem „niejednoznaczności obiektu”. Co to znaczy?

Spróbujmy to wyjaśnić na nieco odległym przykładzie. Powiedzmy, że wieziemy dwu pięcioletnich chłopców – syna i jego kolegę -z przedszkola do domu. Na ulicy są korki, skręcamy więc w inną drogę. Chłopcy pytają, czemu jedziemy tędy, skoro oni nie znają tej drogi. Wyjaśniamy, że jedziemy tędy, bo są korki. A która droga jest krótsza? Odpowiadamy, że tamta droga jest nieco krótsza, w sensie, że ma nieco mniej kilometrów, ale ta nie jest zakorkowana, a tamta jest, więc ta jest krótsza czasowo. Chłopcy zaczynają o tym rozmawiać i okazuje się, że rozmowa zawiera sporo nieporozumień. Głębsze wsłuchanie się odsłania, w czym jest problem. Oto obiekt – droga – ma kilka cech i jest różny z punktu widzenia różnych cech. Jedna cecha czyni go dobrym, inna złym. I jest problem ze zintegrowaniem obrazu tak złożonego obiektu. Dają radę to zrobić, ale nie robią tego tak łatwo, jak by zrobił to człowiek dorosły, a przynajmniej większość dorosłych ludzi. Dla dziecka, do pewnego etapu, obiekty widziane są całościowo i nie jest łatwo wyodrębnić poszczególne ich cechy, rozpatrywać te cechy oddzielnie, po czym ułożyć pewną gradację tych cech i zdecydować, które będą decydujące. To czynność bardzo zaawansowana. Wydaje się, że w dyskusjach nad problemami energetycznymi część uczestników zdradza, że umiejętności tej nie opanowała.

Jeśli coś jest „czyste”, to nie ma już znaczenia, że „wymaga redundancji w postaci źródła które nie jest czyste, bo jest niestabilne”, ponieważ niemożliwa jest sprzeczność w ramach jednego obiektu. Jeśli jest „czyste” to reszta nie ma znaczenia i się tę resztę po prostu wypiera, a próby przywrócenia tego wypartego do świadomości traktowane są jako ataki. Jeśli coś opisane jest jako „związane z bombą atomową”, to nie ma znaczenia, że jednocześnie „nie spowodowało jak dotąd śmierci ani jednej osoby”, bo znaczący „bomba atomowa” ustawia natychmiast jednoznaczność takiego obiektu i staje się ona nieodwołalna, każdy zaś, kto by to próbował podważać, traktowany jest jako „ten który lubi atomową bombę”.

Jak pokazuje genialna książka Wellsa, nie można uratować świata, myśląc tak, jak myślą Eloje, a na Morloków także nie ma co za bardzo liczyć. Przykład Wellsa pokazuje jednak, że myślenie XIX wieczne pozwala dość klarownie zobaczyć przyszłe problemy.

Na ilustracji fragment komiksu Wehikuł Czasu, który kultowy Relaks stworzył dawno temu na motywach powieści Wellsa. Genialna rzecz i komiks i książka. Filmu nie polecam.

z: paweldrozdziak.files.wordpress.com

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Winter is coming. Cz. 2: Pan raczy żartować, panie Hawking Winter is coming. Cz. 4: Marsz dla klimatu »

komentarze

1. Lewica • autor: Ylvaluiza2018-11-25 03:53:51

Ludzie przejawiają skłonność do niezauważanie ciągów przyczynowo- skutkowych. Może wynika to z niedoskonałości systemu oświaty i braku ćwiczenia w postrzeganiu tych ciągów, może z ciasnoty umysłowej? Jak u Tuwima w wierszu " Straszni mieszczanie": "Patrzą na prawo, patrzą na lewo, a patrząc - widzą wszystko oddzielnie". I my też zapominamy, że wszyscy stanowimy jeden organizm i nasze własne działanie ma także wpływ na całość. 
[foto]

2. Lewica a męskość w ujęciach 2 autorów • autor: Wojciech Jóźwiak2018-11-25 09:03:36

Paweł Droździak, autor niniejszego, powyżej:
Postępowa lewica [czyli...] Opcja światopoglądowa, o której tu mówię, zainteresowana jest zwalczaniem w człowieku tego wszystkiego, co można najkrócej opisać jako tradycyjnie rozumianą męskość.
Mirosław Miniszewski na Facebooku 20 listopada o 16:06: to samo spostrzeżenie wyraził tak:
Różnica między punkami do których ja należałem a tymi dzisiejszymi jest taka, że my byliśmy gotowi zabijać faszystów za sprawę. Z tego, co wiem wielu zabito. Sam zabiłem kilkudziesięciu w latach 1981-86.
Tę myśl MM rozwija we wpisie z następnego dnia. Czytamy!
(Tu Mirosław Miniszewski jako autor Taraki.)
[foto]

3. Juliusz Braun rok temu o Puszczy Białowieskiej, czyli pakiet nie puszcza • autor: Wojciech Jóźwiak2018-11-25 09:39:47

Że pułapką jest pakietyzacja zagrożeń ekologicznych, tzn. że:
Ekologia znalazła się w ostatnich latach w jednym pakiecie politycznym z aborcją, eutanazją, małżeństwami homoseksualnymi. Ekologowie to przy okazji często wegetarianie, cykliści i wyznawcy innych, równie podejrzanych ideologii. Dla wielu publicystów prawicy wyśmiewanie działalności ekologów należy od lat do katalogu tematów obowiązkowych.
-- pisał ponad rok temu Juliusz Braun we wszystkoconajwazniejsze.pl pt. "Puszcza Białowieska i polityka. Dwa języki, dwie wrażliwości, dwa światy".
Czyli niniejszy problem widzi też ów autor, który należy do samego jądra prawicy, podobnie jak witryna w której publikuje. Ale chociaż prezes Braun w tekście bierze stronę Simony Kossak przeciw Janowi Szyszce, i chociaż monituje i zawstydza współpartian cytatami ze św. JPII, to widać, że jednak grochem o ścianę. Pakiet jest na to odporny.
W cytacie usunąłem niepotrzebne cudzysłowy. O słowie "wrażliwość" użytym w tytule długo dyskutować. Tekst wart przyjęcia badawczym okiem
[foto]

4. O tym dualizmie • autor: Radek Ziemic2018-11-25 13:18:21

myślałem ostatnio na przykładzie narracji historycznych, dwóch głównych, dominujących: monumentalnej i krytycznej (wedle rozróżnień Nietzschego z drugiego z Niewczesnych rozważań, O pożytkach i szkodach historii dla życia.) Całkowity brak trzeciej, antykwarycznej, w której wyraża się wdzięczność za istnienie. Dziś na fb przeczytałem artykuł o losach archiwum Polskiego Towarzystwa Pamiętnikarskiego, założonego przez Jana Szczepańskiego i Józefa Chałasińskiego. Z około 900 000 dokumentów ocalało po ’89 roku zaledwie kilkanaście, i to w złym stanie. Gdyby to były jakieś pamiątki po żołnierzach wyklętych (guziki!), Janie Pawle II albo coś dotyczącego Holocaustu, to pewnie już dawno założono by osobne muzeum. Zastanawiam się jednak czy ten dualizm (Croce już w roku 1932 pisał o nieaktualności podziału na lewicę i prawicę) nie jest ewolucyjny, i dlatego tak trudny do przezwyciężenia. Bez wątpienia jednak jest związany z władzą (walką o nią), w tym również symboliczną, i dlatego podsycany przez różne środowiska (ten polityczno-dominacyjny rys też wydaje mi się jakoś tak ewolucyjny).

5. kto bogatemu zabroni? • autor: Jerzy Pomianowski2018-11-25 21:08:42

Jak zwykle artykuł jest błyskotliwy nad podziw. Chyba jakaś pomyłka z tym kobaltem. Wąskim gardłem przy elektryfikacji samochodów jest lit (ogniwa) oraz samar i neodym (silniki elektryczne). Rzeczywiście akurat Chiny położyły łapę na metalach rzadkich. Prawda, że każdy nowy panel słoneczny czy następna farma wiatrowa wymuszają konieczność budowy kolejnej elektrowni węglowej. Nie wszystkie kraje unijne stać na takie marnotrawstwo. Niemcy stać.

6. I dlatego Polska... • autor: JSC2018-11-25 23:27:48

nie będzie miała, ani wiatraków ani węglówek... a atom to sen wariata.

7. dobra analiza • autor: Sławek2018-11-26 20:07:28

Wnikliwa analiza, dziękuję.Tak i ja to mniej więcej widzę. Tylko tyle dodam że zgodnie z prawami Tao w warunkach ziemskich prawdziwa jest I i II zasada termodynamiki. A te mówią między wierszami że za darmo mamy tylko choroby i podatki. Co do ciasnoty umysłowej to oczywiscie powtórzę że winą jest wczesne nauczanie na sposób marksistowski. Efekt: wąski fachowiec, z klapkami na oczach. Mylący przyczynę i skutek, a często nieuznający ich związku. Doskonały konsument i spokojny trybik w maszynie. Zagubiony i zły jak ktoś ośmieli się mieć inne zdanie odpowiednio argumentowane. Kolego/anko JSC, nigdy tak nie było aby jakoś nie było.Pozdrawiam
[foto]

8. Człowiek ukradł bogom ogień... • autor: Roman Kam2018-11-26 22:18:50

...teraz kradnie co się da. Złodziejstwo tkwi w naszej naturze. Nie znam nikogo kto nie byłby w to umoczony, ani płaczki egipskie, ani tym bardziej nadaktywni. A na dokładkę, co sobie siądę wieczorem i wynajdę kolejne pepetuum mobile to mi się przeklęta zasada zachowania energii przypomina. Ogarnia mnie wtedy strach i zwątpienie. Strach - przed karą, zwątpienie w sens łamania sobie głowy nad dojściem do nieograniczonego źródła energii. Mam podejrzenie, że jak ktoś wreszcie znudzony moim guzdraniem się, perpetuum mobile wymyśli, to spruje nasz sweterek i zostanie z niego tylko kłębek splątanej włóczki. Niby coś będzie, ale ani różowe, ani w serek, tylko czysta melancholia przed skropleniem. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)