Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 listopada 2013

Ewa Motyka

z cyklu: W ciemności (odcinków: 12)

Węże i łabędzie szyje

Kategoria: Symbole

« Bajka o spotkaniu w lesie wyjątkowego dębu i co z tego wynikło O prze-mocy, czyli mocy manifestującej się parciem do swego okazania się. »

Od kilkunastu dni wertuję słowniki i książki z zakresu antropologii religii, wchodząc w zdumiewający świat zwierzęcia, które w naszym kraju, a także wśród ludzi wyrosłych na lekturze i oddziaływaniu jedynej Księgi, nie kojarzy się pozytywnie. Utonęłam w znaczeniach, wystawiam więc rękę nad ich powierzchnię, machając – pomocy! Czy jest ktoś, kto to ogarnie?

WĄŻ

Nie masz dla piękna litości.
Ach, jakich kobiet nie dościgł
Wyrok twojej srogości!
Ewa, Eurydyka, Kleopatra Egipska!
Znam jeszcze trzy lub cztery nazwiska.

 Guillaume Apollinaire w tłum. Artura Międzyrzeckiego


Wąż widziany jest jako podstępne, jadowite, chytre, zdradliwe, kąsające zwierzę, zadające nagłą, niespodziewaną śmierć (trzeba uważać, gdzie się wchodzi, w jaki sposób się chodzi i co jest dokoła ciebie, bo może przeszkadzasz komuś w jego własnym osobnym trwaniu?). Budzi, w najlepszym razie, niechęć; dalej wstręt i nienawiść, mające swoje zasilanie w strachu przede wszystkim, może braku wiedzy. Nieliczni starają się wejść w istotę zwierzęcia (tu kłaniam się miłośnikom zwierząt, w tym wężów, szamanom, neoszamanom, szamanistom, omalże szamanom, sympatykom dawnych szamanów, badaczom szamanizmu, itp.) Zimny, niesłusznie kojarzony ze śliskością i wilgocią - zapewne ze względu na zwinność w przemieszczaniu się lub zestawieniu z robakami. W rzeczywistości jego pokryta łuskami skóra jest gładka i sucha pl.wikipedia.org/wiki/W%C4%99%C5%BCe.

Nie ma rąk, ani nóg, pełza po ziemi, schodzi pod ziemię, zespolony z ziemią lub tym, co z niej wyrasta, choćby drzewem, większą częścią ciała. Granicą między ziemią a jego ciałem - ruch błyskawicy. Nie tak jak ludzie – „szczyt ewolucji” chodzący, przez przeważającą część życia, na dwóch stopach – jaki to procent powierzchni ciała? Podobno między 1,37% do 2%. Słaby kontakt cielesny z ziemią zaciera w nas pamięć o niej; o tym, że z niej jesteśmy i do niej wrócimy. Konkret materii świata tego niech będzie pochwalony. Nie chcę tu gloryfikować jednego żywiołu, zwłaszcza, że z wężem możemy pływać w niezmierzonych głębinach wód ciemnych, w chłodnych rwących strumieniach rzek, mknąć w powietrzu radośnie, poddając się jego prądom. Wąż to także ogień błyskawicy, jej nagłość, pasja i powalająca siła, palący żar jadu, który i owszem, uśmierca, ale także uzdrawia. Pamiętam ojca, który leczył dolegające mu „korzonki” (przez smarowanie „w szachownicę” okolic lędźwiowych kręgosłupa), jakimś specyfikiem zawierającym podobno jad żmij. Specyfik był czerwonawy. Tato wydawał przy tym tubalne odgłosy, a ja zapamiętałam je jako wyrażenia, nieznośnego do zniesienia, pieczenia.

Asklepios, mityczny bóg sztuki lekarskiej i uzdrawiania (choć w Iliadzie Homera jest zwykłym śmiertelnikiem, nauczonym sztuki lekarskiej przez centaura Chirona) - podczas składanej, współcześnie przez lekarzy,przysięgi, przywoływany w preambule wraz ze wszystkimi bogami, plus wymienionymi imiennie: Apollonem, Hygieją i Panakeją - ma jako symbol węża owijającego się wokół jego laski. Wąż linieje w jednorazowym akcie, zrzucając całą skórę, powłokę cielesną chroniącą, ale też tworzącą jego osobne trwanie. Wydany ziemi, przyjmującej kończące się życie, sam-odnawia się, stając się znakiem odrodzenia z choroby i niejako powstania ze śmierci.

Bardzo starym, przebogatym w znaczenia symbolem, wyrażającym, m.in. ideę aktywnej równowagi (Waga), pozostaje kaduceusz – laska Merkurego okręcona dwoma wężami, mającymi w górnej części dwoje małych skrzydeł. Jego magiczna moc miała mieć zdolność przemieniania ciemności w światło.


Moszcząc swe myślouczuciątka w wężowych światach różnych kultur, w międzyczasie tak zwanym, oko zahaczyło o zdanie napisane przez Wojciecha Jóźwiaka na temat rzekomego śpiewu łabędzia tuż przed śmiercią (nie mogę teraz znaleźć tego tekstu). Odmitologizowanie jego śpiewu początkowo lekko zasmuciło. Zaczęło mnie męczyć wspomnienie łabędzia powiązanego z wężem. Skojarzenie jest oczywiste: długa wygięta łabędzia szyja, falujący wąż (falliczność aż natrętna, jednak i łabędź i wąż noszą w sobie także odniesienia do obrazów kobiecości). Pamiętałam, że był taki zgrabny dwuwiersz u Apollinaire’a, a mówi o tym, o czym wiem, a o czym wolałam dotąd milczeć. Oto on:

„Czyż węże nie są szyjami tych łąbędzi
Co śpiewać nie chciały i wiecznie są żywe?”.

Mamy zatem równanie: wąż = łabędzia szyja, opatrzone przez poetę znakiem zapytania.

Dla Mariusa Schneidera poświęcony wąż był równoznacznikiem szyi łabędziej. Apollinaire żył przed nim, ciekawe czy Schneider znalazł tę półstrofę jako inspirację. Przeglądanie się w słowach, także złożonych w wiersze, bywa zajęciem generującym rozmaitość wrażeń, porusza emocje, poleruje uczucia, wzbudza myśli, budując tym samym wewnętrzny obraz, który skłonni jesteśmy zestawić ze sobą umiejscowionym w konkretnym czasie i miejscu, dokonać uzgodnienia, jakiegoś retuszu, by uczynić zadość gustowi swemu lub gustom tych, których słowa i wzrok przymierzamy do siebie samego, bo przeczuwamy w nich istnienie nieuchwytnego czegoś, co jest nam bliskie i znaczy wiele.

Wracając do rzeczywistości namacalnej, słyszalnej i policzalnej (konkret - moje ulubione słowo ostatnio;). Zdarzyło się mi być na warsztatach u Barbary Wilińskiej www.taraka.pl/_og_1013_spiewam, która szybko zauważyła, że mam tendencję do zbyt szerokiego otwierania ust w czasie śpiewu.

Lata temu śpiewałam w chórze, a prowadząca wciąż nas pouczała, by otwierać usta szerzej. Zatem, być może, to zwykły nawyk do przepracowania. Jednak zaczęłam obserwować siebie, użyłam też retrospekcji – jak śpiewam w różnych okolicznościach: będąc sama, wśród nieznanych bliżej ludzi, wśród kobiet, których nie znam, ale budzą moją sympatię, bo czuję wzajemność dostrajania się z nutką wesołej przekory, jak śpiewam w gronie najbliższych lub serdecznych znajomych. Nie wdając się w szczegóły sprawozdawcze samoobserwacji, zajmujące pewnie fachowców od psychologii, podaję swój wniosek końcowy: jestem nie-wy-powiedziana. Odkładając na chwilkę ów wniosek na bok, chcę powiedzieć, że postanowiłam nie otwierać ust tak szeroko, chociażby tylko z tego powodu, by nie połknąć nadlatującej muszki lub, co gorsza, przedstawiciela licznego rodu (wieść szeptana niesie, że rycerskiego) pająków, choć ten ostatni sam się o to prosi, z uporem radosnego maniaka, tkając swoje sieci tam, gdzie zbyt duży ruch powietrza i w dodatku coraz bardziej gorącego. Odnoszę wrażenie, że dodatkowo usiłuje on przenieść do krwiobiegu trujące mikrogrzyby z rodziny Mea Culpa.

Po dygresji, nieco nie na temat (?), wracam do dwuwiersza – wehikułu z Apollinaire’a. Łabędź w kulturze (kolejny przebogaty w znaczenia symbol) kojarzony jest ze słonecznym muzycznym Apollinem z lirą, jako ptak – piękność nieskalana i jasna - zaczynający przed śmiercią śpiewać swą słodką pieśń. Tuż przed śmiercią organizmu biologicznego człowieka – uruchamiają się specyficzne procesy dające, na przykład, wizje a czasem widoczną poprawę stanu odchodzącego. Jakby organizm ostatnim paroksyzmem rzucał wszystką swą energię na podtrzymanie trwania. Tuż przed końcem danego etapu w życiu kobiety, śmiercią tego etapu wyznaczaną, w jakiejś mierze, przez naturę, ale też kulturę - także zdarzają się doświadczenia intensywniejsze w odbiorze na poziomach zmysłowym, psychologicznym, duchowym; gęściej upakowane w tkankach Czasu. Nakładające się na siebie, by za dwa uderzenia serca znaleźć się, oddalone odrzuceniem, poza zasięgiem choćby wewnętrznego przyhołubienia.

Czas byłoby śpiewać Apollinowi swoją pieśń. Problem w tym, że przeważnie nie przepadałam za nim i tym, co uosabiał, a raczej żal mi było Dionizosa - niedocenianego i spychanego w ciemne kąty podrzędnych miejsc, do których dobrzy, kulturalni, bezgrzeszni nie chadzają.

Tyle o mitycznych postaciach i osobistych do nich odniesieniach. Dużo większą frajdą jest żyć, smakować życie w jego różnorodnych przejawach (nawet, gdy boli tak, że budzisz się w nocy, szlochając, albo z podrapanymi własnymi paznokciami przedramionami) niż samemu je opisywać, kreować słowem pieśni czy wiersza. Pisarze i poeci zwykle mieli zimne serca. Spójrzcie w ich biografie.

Korekta przez: ()



« Bajka o spotkaniu w lesie wyjątkowego dębu i co z tego wynikło O prze-mocy, czyli mocy manifestującej się parciem do swego okazania się. »

komentarze

1. Czy na pewno "zimne"...? • autor: Nierozpoznany#70192014-06-27 16:07:38

 Ewuniu, naprawdę uważasz, że pisarze i poeci "zwykle mieli zimne serca" ? Co jest przyczyną takiego osądu ?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)