zdjęcie Autora

24 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Wielkanocne trzepanie dywanów

Kategoria: Twórczość

« Jeszcze o Dzieciach Indygo (i innych) Teorie spiskowe »

Gdyby zdarzyło się coś tak dziwacznego, że nie chodząc codziennie do sklepów i nie czytając gazet tudzież nie oglądając telewizji meteo, która prognozy dla narciarzy zamieniła na prognozy na Wielkanoc (ale w tym roku przeplotła je tylko zgrabnie)  zapomnielibyśmy o zbliżaniu się świąt — jedna rzecz nam je nieuchronnie przypomni — dywany.

         Najpierw za oknami od świtu aż do zmroku, a czasem jeszcze dłużej  usłyszymy rytmiczny odgłos ciężkiej pracy panów domu, a w ich braku, samotnych matek nie posiadających konkubentów, choć posiadających dywany, potem w naszych skrzynkach pocztowych za sprawą przepisów unijnych zwiększających ich objętość, pojawią się ogłoszenia o wyprzedaży dywanów z powodu likwidacji hurtowni. Już od lat przynajmniej pięciu podobne ogłoszenia zamieszcza Gazeta Wyborcza i co roku zdobią je fotografie tych samych dywanów i ta sama hurtownia sprzedaje je na wyprzedaży, bez widocznego skutku.

         Za czasów słusznie minionych dywan w mieszkaniu był wyznacznikiem statusu rodziny. Kanapa, dwa fotele, stół rozkładany z regulowaną wysokością, coby służył raz jako ława pod kawę i ciastka, raz jako bufet na przyjęcia młodych albo stół na przyjęcia starych. To wszystko musiało stać na dywanie, a dywan, choć regularnie odkurzany, przed Wielkanocą musiał zostać koniecznie wytrzepany, jak jego właściciele wyspowiadani, umyci i wypachnieni – najczęściej „ruskimi duchami”, bo były mocne i wydajne.

         Jednak Wielkanoc miała i inne milsze strony. Rodzinnie malowano pisanki, a przynajmniej gotowano jajka w łupinkach od cebuli, namaczano mięsko wieprzowe w czymś, co nazywało się saletrą, dla sporządzenia szynki (jakoś nikt nie bał się, jak dziś, że saletra kupiona w spożywczaku może zostać wykorzystana przez terrorystów), wszyscy cieszyli się z góry na zwiększony przydział kartkowy, wysiewali nasiona rzeżuchy na podkład z zaoszczędzonej waty albo ligniny (też na kartki, a podpasek wówczas nie było) i czekano na to aż pojawią się kiełki. W sklepach można było kupić baranki, zajączki albo kurczaczki z cukru (nie na kartki!), a dzieci z góry się ciszyły, że po świętach będą je mogły zjeść. Pamiętam, jak kupiłam przed Wielkanocą baranka z wędzonego serka owczego i dzieci były tym mocno rozczarowane. Dla mnie baranek to był tradycyjny przedmiot do postawienia na stole i mało zastanawiałam się nad tym, z czego jest sporządzony – z ciasta, cukru czy sera.

         Trzeba było jeszcze przed Wielkanocą nabyć u babiny pęczek bazi i wiecznie zielonej borówki. Laryngolodzy mieli urywanie głowy, bo dzieci, między innymi i ja, lubiły wkładać pączki bazi do nosa. Poczekalnie były pełne takich delikwentów.

         Dzieci przeżywały też rozczarowania. W Wielką Sobotę święciło się potrawy, ale jeść je można było dopiero w niedzielę, albo przynajmniej po rezurekcji. Dlatego dzieciaki nie protestowały, kiedy rodzice ciągnęli je do kościoła po nocy wiedząc, że po powrocie dostaną coś gorącego i szyneczkę albo kiełbaskę. Rodzice, którzy nie chodzili na rezurekcję często budzeni byli w nocy z dziecinnym molestowaniem: czy możemy już coś zjeść?

         Niektóre kurczaki siedziały w gniazdkach na jajkach z cukru albo czekolady i to też ekscytowało dzieci. Kiedy te jajka będziemy mogli zjeść?

         Należało poczekać, aż rodzina podzieli się ćwiartkami jajka i można już było zgarniać do buzi wszystko, co się nadarzy.

         To wszystko jakoś napędzało i podtrzymywało tradycję. Sąsiadki spotykające się przed blokiem czy w kolejkach pilnie baczyły kto trzepie swoje dywany.

         — Pani nie trzepie dywanów? – pytały mnie.

         — Nie, bo nie mam — odpowiadałam.

         — Niemożliwe, jak można nie mieć dywanów? Przecież jesteście normalna rodzina, żadne tam menele!

         — No, ale mam alergię na kurz.

         — To nie ma pani odkurzacza?

         — Mam, ale nie mam dywanów.

         — To po co pani odkurzacz?

Tak czy siak byłam odmieńcem i tyle.

         Religijne aspekty Wielkanocy były mniej ważne, choć w dzieciach budziły rozmaite demony.

         Po pierwsze trzeba było przebrnąć spowiedź, a jeszcze przedtem sporządzić rachunek sumienia. Kiedyś moja szkolna koleżanka spisywała na kartce swoje grzechy podczas lekcji i kartkę zabrała jej pani od biologii. Nie była osobą religijną, tylko komunistką z przekonań i praktyki i wobec tego w trosce o uchronienie dzieci przed przesądami, odczytała grzechy mojej koleżanki na głos przed całą klasą. Uważała to za bardzo wychowawcze postępowanie. Czasami dzieci gubiły swoje kartki z grzechami i też przeżywały stres, czy ktoś nieodpowiedni takiej kartki nie znajdzie i na złość nie zaniesie rodzicom.

         Kolejnym strachem dzieci były świąteczne rytuały. Ja na przykład zawsze wymiotowałam po zjedzeniu jajka i bałam się okropnie, że nie dobiegnę do łazienki po podzieleniu się jego ćwiartką z rodziną. Zwłaszcza jeśli goście upodobali sobie jakieś dłuższe przemówienia po takim podziale. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – od tamtej pory wiem, że nie mogę na przykład szczepić się przeciwko grypie.

         Potem trzeba było być grzecznym przy stole. Nie można było brać sobie tak od razu upatrzonych potraw, trzeba było czekać, aż zostanie się poproszonym o poczęstowanie. Ale zawsze częstowano akurat nie tym, na co dziecko miało ochotę. Nie można było ciamkać i mlaskać, a także glamać, jeśli coś nie smakowało, trzymać łokci na stole, odzywać się nie pytanym, odpowiadać na pytania w sposób dziwaczny i nieoczekiwany. Poza tym trzeba było odpowiadać na głupie pytania dorosłych: Co tam w szkole, jakie masz stopnie i takie tam – albo jeszcze gorsze. Ja zawsze podpadałam za to ostatnie.

         Kiedyś spytana przez pewną panią, czym bym chciała zostać, jak dorosnę odparłam (jeszcze nie chodziłam wówczas do szkoły), że kurtyzaną. Przy stole nastąpiła konsternacja. Pani ta, przyjaciółka mojej mamy „z wyższych sfer” zaczęła dopytywać się, co ja widzę takiego atrakcyjnego w życiu kurtyzany.

         Tymczasem ja przypadkowo wysłuchałam kiedyś opowieści pewnych państwa o wizycie w teatrze i obejrzeniu opery „Dama Kameliowa”. Dla mnie, nie dysponującej słownikiem, kurtyzana była aktorką, pięknie ubraną dziewczyną wesołą i swobodną, której nikt do niczego nie zmuszał i nikt niczego nie zakazywał (a zwłaszcza trzymania łokci na stole).

         Z wielkanocnych gaff jeszcze pamiętam jedną. Przed kościołem chłopiec młodszy ode mnie, brat szkolnej koleżanki zawołał:

— Uważaj Kasia bo wejdziesz w gówno! I ja weszłam. Jego mama spytała:

— Nie słyszałaś? 

— Słyszałam  — odpowiedziałam.

— Może nie wiesz, co to jest gówno?

— Ależ wiem: to jest coś ważnego, na przykład Dworzec Główny.

Trudne było życie dziecka w tamtych czasach. Dzisiaj nawet nie każą mu się podzielić z dorosłymi jajkiem, bo dziecko jajek nie lubi i jest to wystarczający powód. Wszyscy nabożnie słuchają, co mały królewicz ma do powiedzenia, a on zazwyczaj nieporadnie opowiada jakieś filmy z Fox Kids. I w ogóle, gdyby nie to trzepanie dywanów i jakieś bzdety wystawione w sklepach nikt nie wiedziałby, że jest jakieś święto. Kiedyś nudziły się dzieci, teraz nudzą się dorośli. Tylko dlaczego zawsze na mnie wypada – czy jestem dzieckiem, czy dorosłą?

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Jeszcze o Dzieciach Indygo (i innych) Teorie spiskowe »

komentarze

[foto]

1. Dywany • autor: Przemysław Kapałka2013-03-28 18:42:14

Dywanów z domu się pozbyłem na wniosek żeńskiej części mojego gospodarstwa domowego. Z perspektywy widzę, że miały rację.

Swoją drogą nie rozumiem, co za sens przeprowadzać rezurekcję w sobotę wieczorem. U nas robi się to w niedzielę wcześnie rano i tylko to ma sens.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)