Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 kwietnia 2006

Wojciech Jóźwiak

Wiktor Stoczkowski, czyli neoetnologia albo gnoza obnażona
O książce: Wiktor Stoczkowski 'Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu'

Kategoria: New Age
Tematy/tagi: alieni, UFOezoterykagnozaneoetnologiaNew Age

W lutowej "Tarace" napisałem tekst, w którym apelowałem o powstanie nowej nauki, a raczej specjalizacji w nauce już istniejącej, pod nazwą "neoetnologii", która, inaczej niż etnologia klasyczna, z całym swym scjentycznym warsztatem zajęłaby się nową postacią Obcego (- tego, co obce) mianowicie tym, co określiłem tam jako "nowoczesny miejski folklor ezoteryczny". Pisząc to nie wiedziałem, że jest już - i to w polskim przekładzie i na naszym rynku - książka, która jest ścisłą odpowiedzią na tamto moje zapotrzebowanie! Książka ta nosi tytuł "Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu", napisał ją Wiktor Stoczkowski, urodzony w 1959 r. w Bydgoszczy, aktualnie profesor w École des Hautes Études en Sciences Sociales (EHESS) w Paryżu. Autor, na wstępie określający siebie jako etnolog, choć w tym zadaniu pracujący raczej metodą historii idei, wziął na warsztat nowoczesny okultyzm, ale idąc za dobrym przykładem w swojej dyscyplinie, badania swe zaczął od szczegółu zmierzając ku uogólnieniom, i by przekazać swoją ogólną koncepcję i wizję, wziął pod lupę, niby kiedyś Malinowski tubylców z Trobriandów, pojedyncze plemię ze zbiorowiska Obcych, stanowiące zjawisko próbkowo niewielkie, lecz zarazem reprezentatywne i łatwe przy tym do badawczego ościankowania - zjawisko, jakim są dänikeniści, to jest doktryna (dänikenizm) i ruch (dänikenia) kojarzone z osobą i twórczością Ericha Dänikena jako swego najbardziej znanego przedstawiciela. Inaczej nazywając, przedmiotem książki jest koncepcja "starożytnych astronautów", którzy jakoby stworzyli człowieka jako rozumną istotę i obdarowali go cywilizacją - chodzi więc o dział zainteresowań zwany także "paleoastronautyką" i o towarzyszący mu społeczny ruch i odzew. Stoczkowski nie idzie za powierzchownie krytycznymi autorami, którzy oskarżali Dänikena i jego kolegów i wyznawców o nieuctwo, idiotyzm, o chorobę psychiczną czy chęć bogacenia się na ludzkiej naiwności. Traktuje ich - zarazem swój przedmiot badań - poważnie. Nie odmawia im racjonalności, ale też widzi w nich przykład "racjonalności ograniczonej", w której założenia są ważniejsze od faktów i która jest głównym odkryciem tej książki, opisanym w ostatnich rozdziałach. Zresztą, do czego potem wrócę, dänikeniści jako członkowie klubu racjonalności ograniczonej znajdują się w bardziej szacownym towarzystwie niż skłonni bylibyśmy zrazu sądzić! Pokazuje też Stoczkowski przez większą część objętości książki, że dänikenizm nie jest dowolnym kaprysem, lecz ideą, która ma swoich prekursorów, nauczycieli, logikę i dynamikę rozwojową, a także osadzona jest na głębokich korzeniach sięgających aż antyku. Czytamy więc, że prócz Szwajcara Ericha Dänikena koncepcję starożytnych astronautów tworzyli Louis Pauwels i Jaques Bergier (tandem francuskich autorów), i inny Francuz, Robert Charroux, którzy wcześniej lub równolegle uprawiali literacki gatunek science-fiction, a swoje książki "dänikeniczne", jakby się zmówili, ogłosili niemal jednocześnie w 1960 roku - chociaż komercyjny szczyt powodzenia dänikenii nastąpił dopiero w r. 1973. Stoczkowski pod powierzchnią ich opowieści o starożytnych astronautach odkrywa głębszą warstwę: teologiczną i soteriologiczną, miejscami uderzająco podobną do teo-kosmicznych wizji ojca-profesora Piotra Teilharda de Chardin; z tą różnicą, że Szardenowska nauka stara się nie naruszyć katolickich dogmatów, myśl zaś Dänikena i jego towarzyszy prawowierne chrześcijaństwo ma w pogardzie. Właściwego prekursora dänikenizmu odnajduje jednak Autor w osobie i twórczości nie kogo innego, jak samej matriarchini nowoczesnego okultyzmu Heleny Bławatskiej, i w ideach wyłożonych w jej dziełach "Izis odsłonięta" i "Doktryna tajemna". Przy okazji znajdujemy w książce Stoczkowskiego najlepszy jaki dotąd czytałem wykład nauk Bławatskiej, szczęśliwie nie zepsuty ani bałwochwalczym szacunkiem cechującym nawiedzonych wyznawców, ani ostrożnością jej krytyków, którzy zwykle czynią wrażenie, jakby w obawie, by teozoficzna paskuda do nich nie przylgnęła, na wszelki wypadek starają się zbyt wiele Bławatskiej nie czytać. Bławatska zaś też nie jest samotnym na scenie dziejów myśli deus ex machina, lecz kontynuatorką, dyletancką wprawdzie, lecz jakże wpływową, gnozy. I w tym momencie, kiedy uchwycone zostają gnostyckie korzenie teozofii, okultyzmu i w konsekwencji także dänikenizmu jako jednej z późnych ich gałęzi, książka Stoczkowskiego przestaje być przewodnikiem po dewiacyjnie dowolnych obrzeżach pop-kultury: zaczyna odtąd dotyczyć samego rdzenia naszego współczesnego ideowego krajobrazu, samego rdzenia noosfery, w której żyjemy i z której nikt z nas nie ma szans uciec - bo wyjść nie ma dokąd, chyba aż poza kulturę, a to niemożliwe. Stoczkowski przedstawia nowoczesną cywilizację Zachodu jako miejsce kłopotliwego współistnienia trzech niespójnych i nieprzystających do siebie myślowych formacji: religii (chrześcijaństwa i judaizmu), nauki wraz z jej racjonalistyczną filozoficzną otoczką wypracowaną głównie w XVIII wieku, oraz gnozy, przyjmującej kilka historycznych form, w tym teozofii, okultyzmu i współczesnej new-age. Także - i to jest mocne twierdzenie, którego nie można zapomnieć ni zlekceważyć - Stoczkowski uważa, iż pozaeuropejskie religie, takie jak buddyzm, hinduizm, taoizm czy tubylcze religie amerykańskie, są przyjmowane na Zachodzie wyłącznie przez okultystyczno-gnostycki filtr - nawet jeśli wyznawcy jeżdżą po naukę do krajów ich pochodzenia. Gnostyckimi są koncepcje człowieka jako istoty obcej temu, empirycznemu światu, istoty wrzuconej we wrogi świat, podwójnie urodzonej, której ciało sfabrykowane zostało przez nieudolnych "niskich" demiurgów, rozum zaś, świadomość i iskra boskiego światła nadane zostały przez przybyłych z kosmicznej oddali oświecicieli, którzy pozostawili też na Ziemi swych ukrytych wysłanników, którzy niektóre wybrane jednostki wspomagają w ich dziele powrotu do kosmicznej ojczyzny. Wszystkie te wątki dają się odnaleźć w twórczości Dänikena i towarzyszy, z tą modernizacyjną różnicą, że rolę babrającego się w materii demiurga przejmuje u nich darwinowska ewolucja, oświecicielami zaś i właściwymi stwórcami człowieka okazują się kosmici. Także u dänikenistów znajduje Stoczkowski takie typowe toposy teozofii, a po części i starszej gnozy, jak zatopione kontynenty (Atlantyda, Lemuria, Mu, Hyperborea), następstwo kolejnych "ras" na Ziemi, zabytki poprzednich technicznie rozwiniętych cywilizacji, które jakoby istniały na Ziemi dziesiątki, a może setki tysięcy (jeśli nie miliony) lat przed naszą, dalej interpretowanie kilku ulubionych starożytnych zabytków (piramidy egipskie i meksykańskie, Baalbek, Wyspa Wielkanocna, Tiahuanaco) jako dzieł kosmitów lub poprzednich cywilizacji, upodobanie do odległych i niedostępnych zakątków Ziemi z Tybetem na czele, gdzie jakoby miały czekać wehikuły zapomnianej wiedzy w postaci ksiąg i żyjących acz ukrytych pra-mistrzów, itd. Wątek zapomnianej, starożytnej zbawicielskiej wiedzy jest zaś tym, co wspólne wszystkim nurtom gnozy dawnej i nowoczesnej, i Stoczkowski traktuje owo przekonanie jako niezawodny ślad naprowadzający go na gnostyckie źródła i charakter różnych uznawanych nauk. Na marginesie głównych rozważań odkrywa ów trop w doktrynach Carla Junga i Mircei Eliadego, i konsekwentnie zalicza obie do gnozy, nie nauki, nazywając je "naukowymi teoriami zbawienia", rozdziały zaś, w których wykłada i rozpracowuje poglądy obu koryfeuszy humanistyki, należą do najsmakowitszych w jego książce - i wręcz od tych rozdziałów radziłbym następnym pokoleniom studentów zaczynać uczyć się o Eliadem i Jungu. Stoczkowski, wierny racjonalizmowi, w swym stosunku do badanego gnostyckiego przedmiotu daleki jest od oburzeń i potępień: patrzy nań z ciekawością i niejaką sympatią, surowiej chyba niż okultystów i gnostyków jawnych wyceniając tych, którzy chowają się za maską fałszywej naukowości. W gnozie widzi wyraz tych stron ludzkiego ducha, których nauka i jej ideologia nie zaspokaja. Również racjonalności ograniczonej przydziela właściwą jej "działkę", dostrzega bowiem takie dziedziny życia, gdzie użycie ścisłej metodologii nauk równałoby się obłędowi. Oczywiście, w paru kilobajtach tekstu nie streszczę tego bogatego w przekazywane sensy dzieła. Polecam tę książkę: powinna stać się obowiązkową lekturą dla każdego, kto ma świadomie do czynienia z ludzkim umysłem, duszą i kulturą. I nawet trochę czuję dumy, że jej autor, chociaż Francuz, jest Polakiem.


Wojciech Jóźwiak
5 kwietnia 2006



Książka omawiana: Wiktor Stoczkowski "Ludzie, bogowie i przybysze z kosmosu", przełożył Robert Wiśniewski, wyd. PWN, Warszawa 2005.





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)