Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 stycznia 2016

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku (odcinków: 22)

Wizytacje

Kategoria: Historia i współczesność
Tematy/tagi: historiaobyczajepolityka

« Pierwsze uśmiechy raju Spokojny dom (1) »

         W 1930 roku w mieście Sokołowie (Dziś Sokołów Podlaski) na polecenia Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego reaktywowano wyznaniową szkołę żydowską, w wyniku czego powstały 3 szkoły: męska licząca sobie 353 dzieci, żeńska – 337 dzieci i żydowska licząca 505 dzieci. Wizytację tych i innych okolicznych szkół przeprowadzał naczelnik Stanisław Bugajski i nie zostawił suchej nitki na tym pomyśle swoich władz. Na wstępie swojego protokółu wizytacji zaznaczył, że utworzenie odrębnej szkoły wyznaniowej przyszło wówczas, gdy „stosunki, uprzednio zaognione, wyrównały się całkowicie, a młodzież przydzielona do szkoły męskiej i żeńskiej zaczęła brać czynny udział w pracy szkolnej, zżywając się wyraźnie z młodzieżą katolicką”.

         Budynki nowej szkoły są nieprzystosowane do jej celów, a jako przykład podaje się, że oddział V, liczący 64 dzieci, zajmuje salę o powierzchni 24 m2.

         To tyle, co mój duży pokój w PRL-owskim bloku.

         We wszystkich trzech szkołach największym problemem są „stosunki hygjeniczne”, a w szczególności ustępy szkolne. „Szkoła męska mieści się w trzech budynkach, które wielkością sal dają lepsze pomieszczenie, jednakże utrzymane są w rażącym niechlujstwie”. Zeszyty szkolne są brudne i zaniedbane, a dzieci nieposłuszne i rozbrykane. Wizytujący widzi konieczność ponownego rozważenia utrzymania podziału szkół na męską i żeńską, a także skłonienia miejscowego samorządu do organizacji centralnej pracowni przyrodniczej i robót ręcznych, zakupu mebli i wystąpienia do ministerstwa o udzielenie kredytu na zakup pomocy naukowych. Z protokółu wynika także, że młodzież męska jest rozwydrzona, nauczycielstwo szkół jest ze sobą bardzo skłócone, wielu osobom z grona pedagogicznego brakuje kwalifikacji, są w nim nauczyciele używający wobec uczniów przemocy fizycznej, co już wówczas uznawano za niedopuszczalne. Z powodu wewnętrznego skłócenia nauczycielstwa przez 3 lata nie udało się zwołać konferencji. Tylko 50% młodzieży korzysta z biblioteki szkolnej, choć ci, co czytają, czytają dużo.

         Nie będę zanudzać szczegółami, z dokumentu jednakże wynika, że głównym problemem szkół (poza warunkami lokalowymi i stanem higieny oraz niechęcią samorządu do ponoszenia wydatków na szkolnictwo) jest narzucona przez ministerstwo zmiana podejścia do ich organizacji, spowodowana głównie względami ideologicznymi. Nadmienia się o tym, że wprawdzie samorząd wybudował nową szkołę, jednakże zaraz podarował ją OO. Salezjanom.

         Przyszła i minęła wojna i okupacja niemiecka; nowo powstałe państwo polskie przystąpiło do odbudowy szkolnictwa po okresie marazmu i ograniczeń. Wydawać się mogło, że ludzie nauczeni doświadczeniem, powinni skupić się na sprawach istotnych, zwłaszcza, że w Polsce każdy zna się na szkolnictwie (z racji tego iż większość posiada dzieci) i zdrowiu (ponieważ każdy przynajmniej czasem choruje). Ale, jak wynika ze wspomnień i nieupiększonych relacji, zaczęto od krytykowania wszystkiego, co było, a w dodatku nie z pozycji praktycznych, a ideologicznych.

         W poprzednim odcinku zamieściłam fragmenty powieści mojego nieżyjącego dziadka o przejmowaniu władzy po wyzwoleniu. Wspomniałam też, że bohater powieści, siedząc w poczekalni kogoś z ówczesnej władzy, studiuje artykuł w czasopiśmie.

         Mój dziadek był bardzo dokładnym i zasadniczym człowiekiem (co w pracy literackiej raczej szkodziło, za to w warstwie realistycznej dostarczało mnóstwo smakowitych szczególików), dlatego też przytoczył co celniejsze fragmenty owego artykułu. Czasopismem tym była „Walka Młodych”, tygodnik początkowo wydawany w Warszawie w warunkach konspiracyjnych w latach 1943-44, wznowiony potem w Lublinie w roku 1944 i wydawany do roku 1948.

         Powołany artykuł o tytule „Albo-albo” zamieszczony został w numerze 15. tegoż tygodnika, a cytowany w powieści fragment to:

         „Są ludzie – tak zwani oporni. Gdy wszyscy idą – to oni stoją, gdy wszyscy budują – to oni rujnują. Są to opozycjoniści czy reakcjoniści.

         Ludzie ci, ilekroć ich spotykam, przypominają mi kozłów odwróconych tyłem do nowej rzeczywistości i tkwiących w miejscu z uporczywością znamienną dla wymienionego gatunku zwierząt. Nie zdolni pojmować nowości, niemający siły ani inteligencji, by szukać nowych dróg, nowych prawd, stoją w zaczarowanym kole zatęchłych pojęć. Zdarza się nawet i tak, że ci konserwatyści usiłują zagradzać sobą drogę ludziom młodym, idącym naprzód. Wciąż odwróceni tyłem do przyszłości, uderzają rogami „swych prawd” w idee nowe – z nadzieją zaiste nieusprawiedliwioną, powstrzymania biegu wypadków. Dyrektor gimnazjum w Wieliczce – należy także (niestety!) do omówionej wyżej kategorii. Usiadł sobie na katedrze, a stamtąd, w Polsce szlacheckiej i ani rusz nie chce posunąć się naprzód. Pobrzękując obrączką zaślubin z sanacją, podzwaniając okularami w takt walca londyńskiego, marzy o mgle – o postaciach panów z mgieł i w ogóle śnią mu się mgliste koszałki-tomaszki (?).

         A obok niego przesuwa się czas, przesuwają się doniosłe wypadki, zmienia oblicze życia – nie dostrzega nic – nie widzi i tego, że broda jego zasad zasiwiała i obrosła pajęczyną.

         Z wyżej wspomnianą, posiwiałą brodą zarosłą mchem, rzuca swoim wychowankom z grobowych odmętów piersi zdanie: „Albo będziecie się uczyć albo burzyć Polskę w ZWM-ie”.

         To się nazywa powiedzenie... Albo – albo. Wybierajcie!!!

         Są różne burzenia, drogi panie dyrektorze. Są burzenia się krwi i zaburzenia żołądkowe, są burze uczuć i zaburzenia psychiczne.

         Osobiście sądzimy, że szanowny pan cierpi na zaburzenia żołądkowe, co jak nam wiadomo fatalnie odbija się na stanie psychicznym. Znanym jest fakt, że pewien król dlatego prowadził ciągłe wojny, że cierpiał na chroniczną obstrukcję.

         Radzimy więc leczyć się intensywnie. Być może i wtedy marzenia przestaną być „mgliste” i zdania mniej głupawe i żądania kategoryczne.

         Tak się dziwnie złożyło ku pognębieniu sz. pana dyrektora, że akurat Związek Walki Młodych ma za zadanie uczyć się, pracować i budować Nową Polskę – a nie burzyć, jakby sobie życzył sz. pan dyrektor cierpiący na zaburzenia żołądkowe. Jesteśmy szczerze zmartwieni tym, że człowiek siedzący na tak odpowiedzialnym stanowisku, jest obrócony tyłem do wydarzeń i nie zdaje sobie sprawy z idei, które realizuje ZWM”.

         Mój dziadek znęca się po kolei nad każdą przenośnią i każdym porównaniem tego elaboratu pisząc: „Brrr! Zimno się robi od tego rzucania z brodą z grobowych odmętów piersi”... pisząc, że „szkoda tylko, iż nie zdobył się na jakieś określenie owych idei, tak samo jak nie zdobył się na bliższe określenie owych „wydarzeń”, do których „człowiek siedzący na tak odpowiedzialnym stanowisku jest obrócony tyłem”

         Nieprawdą są słowa piosenki: „Nic dwa razy się nie zdarza”, jeśli żyje się wystarczająco długo na świecie, a zwłaszcza nieco za długo, obciążając skarb Państwa jakimiś wydatkami, łatwo się przekonać, że pod rozmaitymi etykietkami typu prawica, lewica, komuniści itp. wszystko powraca i jest ponownie przeżuwane, zanim zostanie szczęśliwie wydalone i odsunięte w niepamięć na jakieś kilkadziesiąt lat, zanim ludzie młodzi nie przeobrażą się w tych w średnim wieku, z rodziną, kredytami i zobowiązaniami wobec własnych rodziców, w związku z czym odechce im się kwiecistych porównań zastępujących prawdziwe idee. Powstanie nowa stylistyka „dobrej zmiany” i nowe rzesze jej poetów.

         Dlaczego się więc dziwimy kolejnym pomysłom dobrej zmiany i reform także szkolnych? I kto się im dziwi?

         Mamy, jako ludzkość, takie szczęście w nieszczęściu, że wymiana pokoleń nie odbywa się prosto i gładko co ileś tam lat. W rodzinach są starsi i młodsi bracia, trafiają się małżeństwa o dużej różnicy wieku między małżonkami, a zdarza się, jak na przykład w części mojej rodziny, że najmłodsi jej potomkowie są tym samym pokoleniem, co ojcowie z innej gałęzi. Czasami w rodzinach ostają się dokumenty, na które nikt inny, bez szperania w bibliotekach, nie trafiłby i nie dowiedział się, jak w praktyce może wyglądać przepływ idei między pokoleniami. No i wreszcie są także ludzie o omszałych pajęczyną brodach, mający na co dzień w nosie kredyty i stabilizację, niepłacący alimentów (choć to brzydko z ich strony) i dzięki temu mogący sobie pozwolić na bezkarne odwracanie się tyłem do nie do końca sprecyzowanych postępowych idei. I czasami mają taką siłę przebicia, że potrafią wyprowadzić na ulice tłumy — żeby tam zawładnęli nimi już lepiej przygotowani prorocy. I wszystko zaczyna się od nowa.

         A może, wracając do wizytacji, gdyby zaczęto od umycia i dezynfekcji ustępów, rozmawiania z niesfornymi, niekorzystającymi z biblioteki szkolnej uczniami, naprawy dachu w szkole i tak dalej, wszystko wyglądałoby lepiej niż wtedy, gdy zaczyna się od idei naprawy nie do końca zdefiniowanych spraw.

         Mój dziadek podsumowuje to tak:


         Optymista z niego był, że ha!




Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku: wstęp na końcu

Z szuflad starego biurka. Historie rodzinne sprzed wieku

Korekta przez: Radek Ziemic (2016-01-18)



« Pierwsze uśmiechy raju Spokojny dom (1) »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)