Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 lipca 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Własne miejsce

Kategoria: Obserwacje obyczajowe
Tematy/tagi: historiaobyczajePolska

« Czarny motyl Ile nas jest w nas? »

         Przy okazji 60 rocznicy wybudowania Pałacu Kultury dużo się mówi o PRL. Także sezon urlopowy skłania do wspominek, jak drzewiej spędzało się wakacje, w czym góruje Gazeta Wyborcza, publikując kolonijne wspominki dzieci PRL. Czytam te wszystkie teksty, czasami nawet rozmawiam o nich z moimi synami i odkrywam, że większość z nich PRL widzi w latach sześćdziesiątych. Z tej perspektywy patrząc, najgorszym okresem oczywiście wydawał się stan wojenny za Jaruzelskiego, kiedy wszystko, co było miłe i przyjemne (a było sporo takich rzeczy) uległo natychmiastowemu załamaniu. Mój syn na przykład uczęszczał do osiedlowego klubu radiotelegraficznego i tak go to wciągnęło, że stan wojenny, zburzywszy jego ówczesną organizację życia, doprowadził prawie do załamania i depresji. Dziś on sam tego tak nie wspomina, ale ja doskonale pamiętam, bowiem byłam całkowicie bezradna, nie umiejąc zastąpić odebranego mu ówczesnego sensu życia, kiedy z dnia na dzień coś bardzo dla niego ważnego zostało mu zabrane. Rozumiem też żal ówczesnych dzieciaków, którym odebrano Dobranockę – w czasach, gdy programów telewizyjnych w ogóle, a szczególnie dla dzieci, było bardzo niewiele. Choć nie ukrywam, że odczuwam wówczas lekkie pobłażanie, gdy mówią o tym politycy opowiadając, jak okropnym przeżyciem z tego powodu dla nich był stan wojenny.

         Jednak prawdziwy PRL był inny. Dla mnie ten prawdziwy, to koniec lat czterdziestych i początek pięćdziesiątych. To najgorsze, najciemniejsze czasy, z perspektywy dzisiejszego człowieka, kropka w kropkę przypominające Koreę Północną. Większość moich dziecinnych lęków bierze się z tamtych czasów, a niektóre z nich tak jakoś wrosły, że tkwią we mnie do dziś.

         Zacznę jednak od rzeczy całkiem przyziemnych i z pozoru odległych od PRL. Czy zastanawialiście się kiedyś, co sprawia, że czujecie się na własnym miejscu? I gdzie tak się czujecie? Weźmy przykładowo nasze mieszkanie.

         Jedna z moich koleżanek teoretycznie mieszka wspólnie z matką i dorosłym od niedawna synem. Tylko teoretycznie, bowiem matka jakiś czas temu wyprowadziła się, pozostając formalnie właścicielką mieszkania. Co jakiś czas wpada tam, rozgląda się i coś zmienia, po czym znowu znika na miesiąc lub więcej. Ponieważ koleżanka ta nie była nigdy w najlepszych stosunkach z matką, sądziła, że w czasie jej nieobecności będzie czuła się nareszcie jak u siebie w domu (wszak sprząta, zmywa, kupuje jedzenie, opłaca rachunki itp.). Tymczasem jej poczucie bycia u siebie zaburzyła pewna maleńka zmiana, którą wprowadziła jakiś czas temu matka. Otóż koleżanka w starej, dawno nieremontowanej kuchni (nie ma na to środków) przykleiła jakiś plastikowy wieszaczek na ścianie, gdzie wiesza ścierki do naczyń. Pewnego dnia pojawiła się jej matka, oderwała jej wieszaczek i wbiła gwóźdź w bok kuchennej szafki i tam powiesiła ścierkę. Po dwóch dniach jej już nie było, ale koleżanka nie może odżałować wieszaczka. Ten gwóźdź bardzo jej przeszkadza, zawsze zawadza o niego głową, bo jak każdy człowiek, operujący na ciasnej przestrzeni (jaką jest kuchnia), ma swoje ścieżki przemieszczania i schylania się i akurat gwóźdź wypada na jednej z jej ścieżek.

         Moja koleżanka ze zdziwieniem stwierdziła, że wskutek tego faktu przestała się czuć u siebie w domu, jak u siebie. Ponieważ właścicielką lokalu jest jej matka i ponieważ koleżanka przywykła do podporządkowywania się jej (mimo rozmaitych chwilowych odruchów buntu), nie przyszło jej do głowy usunięcie tego gwoździa, choć właśnie on ześrodkował w sobie całokształt jej poczucia braku własnego miejsca na świecie.

         Ja miałam i mam czasem podobne odczucia. Po śmierci męża przekazałam nasz dom na działce synowi, ponieważ nie byłabym w stanie ani się nim zająć, ani nawet samodzielnie dojechać. Skutkiem tego wiele zwyczajów wypracowanych wspólnie przeze mnie i męża przestało się liczyć, podobnie jak ścięto „nasze” drzewa, czy wyrzucono „nasze” sprzęty. Po kolei godzę się z tym, choć na początku było mi bardzo ciężko. Za każdym jednak tam pobytem coś się zmienia nie po mojej myśli, co sprawia, że dom ten w coraz mniejszym stopniu jest moim miejscem. Na przykład zmieniło się miejsce na śmieci. Plastikowy pojemnik na śmieci z pokrywą stał na zakręcie płotu obok drewutni, w specjalnie wygrodzonym miejscu, pod daszkiem ochraniającym go przed deszczem. Pojemnik wykładany był workiem, a pokrywa chroniła go przed dostępem zdziczałych kotów i psów, potrafiących dobrać się do puszek albo folii. Reszta śmieci (papiery) była palona w piecu kuchennym, a odpadki spożywcze wyrzucane na pryzmę kompostową i przykrywane ściętą trawą. Przejściowo na drzwiach kuchni, na jednym z 4 wieszaków, gdzie wieszało się mokre kurtki przeciwdeszczowe, wisiała też jakaś reklamówka, do której „na chwilę” wrzucano puszki i folię i nie potrzebowaliśmy się schylać, a z wiekiem kręgosłupy nieco mniej lub bardziej sztywnieją.

         Teraz śmieci muszą być w koszu na śmieci pod zlewem i za każdym razem, gdy się tam schylam i uderzam głową o blat zlewozmywaka, żałuję dawnego miejsca. Złości mnie też, że worki nie są w pojemniku, tylko leżą luzem na chodniku, a odpadki do wyrzucenia na kompost gromadzi się na maleńkiej tacce, a nie na większej, jak kiedyś, z której nie zsuwały się tak łatwo. Tylko więc już same zwyczaje dotyczące śmieci sprawiły, że nie czuję się u siebie.

         Teraz inne przykłady, już o szerszym zasięgu. Będąc młodą mężatką w bliźniaczej ciąży czułam się bardzo źle. Mieszkaliśmy z mężem wtedy w Olsztynie i, nie ujmując nic temu miastu, odczuwałam dominującą tęsknotę za rodzinną Warszawą. Wszystko w Olsztynie było dla mnie obce i nieprzyjazne. Począwszy od komunikacji miejskiej w której (w przeciwieństwie do Warszawy) nie było zwyczaju ustępowania miejsca kobietom w ciąży, aż do problemów z zakupami w sklepiku na Starym Mieście, gdzie mieszkaliśmy, czy miejskich urzędów przydzielających pieluchy i kaftaniki dla niemowląt, w których to miejscach z uporem złośliwie chyba mówiono po niemiecku, jakbyśmy nie byli w Polsce. Kiedy przyjeżdżałam służbowo do Warszawy (teoretycznie kobiet w ciąży nie wolno było służbowo delegować poza miejsce zamieszkania, ale w Olsztynie niczym takim, podobnie jak kobietami w ciąży nikt się nie przejmował) czułam się, że od razu jestem w domu. Cóż z tego, że w tramwajach panował straszliwy tłok, skoro zawsze ustępowano mi miejsca, a nawet pomagano podać zakupy, gdy przeciskałam się od wejścia. To było miasto, w którym czułam się u siebie. Z pewną niechęcią dodam, że w czasie pięćdziesięciu lat, które upłynęły od tamtego czasu, Warszawa zmieniła się na gorsze.

         Teraz inny, już pozytywny przykład. W 2009 roku wybrałam się z siostrą i synową na wycieczkę do Paryża. To był zupełnie prywatny wyjazd, miałyśmy własne plany, które modyfikowałyśmy, kiedy chciałyśmy i jak chciałyśmy. Podróżowałyśmy metrem, które w porównaniu z Warszawskim było siermiężne, brudne i ciasne, a pociągi miały drzwi otwierające się szarpaniem. Wyjeżdżałyśmy z taniego hoteliku bardzo rano i podróżowałyśmy z rzeszami zwykłych pracowników o różnych kolorach skóry i bardzo zróżnicowanym wyglądzie. Mimo to, w Paryżu czułam się u siebie bardziej, niż w Warszawie. Wszyscy byli mili i uprzejmi, pomagali otworzyć drzwi, usuwali się, kiedy wysiadałyśmy i tak dalej, naturalnie i bez spięcia. Przede wszystkim jednak uderzał w życiu codziennym brak tej wszechogarniającej agresji, z jaką mamy stale do czynienia w Warszawie. Tu nie można przebywać poza domem godziny, żeby nie słyszeć przekleństw, burknięć, nie spotkać się na każdym kroku z niemiłymi odruchami bez powodu. Ot tak, złość bez powodu jest normą, a nie wyjątkiem. Nawet świętujemy agresywnie. Nie cieszymy się, nie bawimy, tylko wrzeszczymy i klniemy.

         Nie oznacza to oczywiście, że w paryskich blokowiskach na przedmieściach nie kwitną agresywne odruchy (wszak znamy przykłady rozruchów i palenia samochodów), są to jednak pewne enklawy z problemami, niespotykane na co dzień. Podejrzewam też, że problem nie leży w samych emigrantach, a w agresji wobec nich, i nakręcającej się wzajemnie spirali nienawiści. W Warszawie nienawiść ta robi wrażenie bezprzedmiotowej, nieukierunkowanej, albo skierowanej przeciwko całemu światu, bezmyślnie wyuczonej od dziecka.

         Zrozumiałam dlaczego wiele młodych osób uważa Anglię za lepsze miejsce do życia niż Polskę. Z ich opowieści wyłania się obraz świata, mimo ciężkiej pracy i oddalenia od bliskich, przyjaźniejszego ludziom niż ten, w którym żyjemy na co dzień.

         Mogłabym mnożyć przykłady, ale nie o to mi chodzi. Chcę wrócić do PRL i spojrzeć nań nie jako na jednorodny kraj, a na miejsce, które obserwowałam na przestrzeni trzech etapów, zupełnie od siebie odmiennych.

         Etap pierwszy – lata czterdzieste i początek pięćdziesiątych. Prawie dziś zapomniany, bo od dawna „biorą już z mojej półki”. To nie było miejsce przyjazne. Dominował wszechpotężny strach, tylko nieco przytłumiony radością, że wojna teoretycznie się skończyła. Piszę teoretycznie, bo ja z okresu przed pójściem do szkoły i w pierwszych latach szkolnych, mniej więcej do roku 49, najbardziej ten strach zapamiętałam. Mieszkaliśmy na Bielanach, na które mówiono wtedy „przedmieście”, na skraju lasku, przed miejscem gdzie wybudowano potem Szpital Bielański. Tu w każdej chwili można było spodziewać się nocnego łomotania do drzwi, a najgorzej nie wiadomo z czyjej strony. Mogli to być bandyci i nasz sąsiad z naprzeciwka tak zginął ponieważ niepotrzebnie otworzył łomoczącym. Mogło to być UB i tym należało otwierać. Mój ojciec pracował przy tajnym projekcie związanym z budową polskiego modelu samolotu, zajmował się konstrukcją służącą do wyważania jego skrzydeł. Pracował też w domu i tu trzymał niektóre wykresy i plany. Dlatego często wpadali do nas ci od łomotania w drzwi, celem sprawdzenia, jak plany te są przechowywane, czy szafa stalowa jest zamykana i plombowana. Przy okazji sprawdzano, czy przypadkiem ktoś nie słucha Wolnej Europy, jeszcze wówczas mało skutecznie zagłuszanej.

         Problem w tym, że z owego łomotania należało odgadnąć, z kim ma się do czynienia. Rodzice to jakoś potrafili, bo pamiętam takie wydarzenie, gdy ojciec zerwał z drzwi wieszak na ubrania i wychyliwszy się przez okno udawał, że repetuje broń i ostrzegał, że będzie strzelał. Widać byli to bandyci, bo odeszli.

         Innym razem wpadli panowie z UB, a moim zadaniem w takim przypadku było przesunięcie wskazówki na skali w radiu na inną, niż Wolna Europa stację i ustawienie jej w dodatku tak, żeby magiczne, zielone oko prezentowało piękną koniczynę. Zwykłe i najprostsze wyłączenie radia nie wchodziło w grę, ponieważ mogło budzić podejrzenia. Ojciec w tym czasie szedł otwierać drzwi, a mama plombowała szafę. Tym razem się poślizgnęłam i upadłam ręką na zapaloną elektryczną maszynkę ze spiralą w kamionce, którą ogrzewaliśmy pokój, i wypaliłam sobie w przedramieniu solidną dziurę.

Trudno tego dziecinnego strachu nie zapamiętać, zwłaszcza, że dołączały się do tego jeszcze inne okoliczności (pisałam o nich w odcinku 36 „Śmierć Stalina” I-go sezonu Babci ezoterycznej http://www.taraka.pl/smierc_stalina ). Trudno czuć się było wówczas jak w domu, choć dzieci szybciej zapominają swoje lęki, a przynajmniej spychają je w nieświadomość.

         Potem PRL zmienił swoje oblicze, a strach u większości ludzi wycofał się. Ten drugi PRL, z lat sześćdziesiątych, był może siermiężny i nie zawsze sprawiedliwy, ale o wiele bezpieczniejszy. Katastrofy rodzinne miały prawne oblicze, usankcjonowane przepisami i regułami. Rozwody, eksmisje, niektóre sądowe wyroki miały zawsze (podobnie jak dziś) swoje umocowanie prawne, choć nie zawsze były sprawiedliwe. Ale świat był uporządkowany, a reguły znane wszystkim. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że można było bez swojej woli i wiedzy stać się odmieńcem, podlegającym karze albo przynajmniej negatywnemu osądowi, czy niemiłym konsekwencjom lub represjom. Urzędniczka, do której zanosiło się odwołanie od nakazu eksmisji, mogła pogardliwie oświadczyć w majestacie prawa, że trzeba było nie rodzić dzieci, skoro nie miało się do tego warunków. Lekarz mógł uznać za dziwactwo niechęć do przerwania ciąży. Urzędy mogły wydać nakaz pracy daleko od miejsca zamieszkania, a wyższa uczelnia odmówić przyjęcia, mimo zdanych egzaminów, z powodu braku miejsc dla określonych kategorii społecznych (np. inteligencji). Wychowawczynie na koloniach letnich musiały robić wszystko, żeby dzieci nie szły do kościoła, ani nie wieszały nad łóżkami krzyżyków czy ryngrafów. Należało to do podstawowych ich obowiązków (podobnie jak sprawdzanie czystości rąk, uszu czy szyi). W tym celu było to kontrolowane, a delikwentki wyrzucane z pracy. (Przypomniało mi się przy okazji pewne zdarzenie, gdy uprzedzona o takiej kontroli, kazałam dziewczynkom pochować „emblematy religijne” wiszące nad łóżkami w „świeckiej placówce wychowawczej”, ale dla hecy powiesiłam nad swoim miedzianą klamrę do włosów, z daleka przypominającą do złudzenia taki ryngraf, z powodu wygiętego kwiatka, podobnego do twarzy w aureoli. Ale miałyśmy potem zabawę!) Z tychże powodów pewne kategorie ludzi były wyraźnie dyskryminowane, ale godzono się z tym, najwyżej usiłowano ominąć przepisy. Posiadanie znajomości oczywiście pomagało w życiu (podobnie jak dziś), tylko najpierw trzeba było je mieć. Jednakże istnienie jasnych reguł, nawet niesprawiedliwych, sugerowało pewien porządek i dawało poczucie bezpieczeństwa na tyle, że można było sobie czasem pozwolić na kpiny.

         I wreszcie trzeci etap, Solidarność i stan wojenny. Tu już świat z powrotem (przynajmniej na początku) stracił swoją przewidywalność. Do czasu oczywiście, aż wszyscy oswoili się z regułami i żaden komendant wojskowy zmilitaryzowanej firmy nie groził już kobietom rozstrzelaniem za odmowę wykonania rozkazu odśnieżania, ponieważ wolał się napić wódki w zaciszu swego gabinetu i przystąpić do malowania kolejnego olejnego obrazu z naręczem kwiatów w wazonie. Obraz można było pochwalić i miało się spokój na jakiś czas. Można też było iść na komisję lekarską i uzyskać zwolnienie, najeść się słonych śledzi i powściekać, co skutkowało podniesieniem ciśnienia. Niestety numer z nabijaniem termometru był już zbyt znany i komisje nie łapały się nań.

         Solidarnościowa robotnicza brać czasem pogroziła wieszaniem na najbliższym drzewie urzędniczce, która przypadkiem natknęła się na coś, czego widzieć nie powinna, ale można było temu łatwo zapobiec, zmieniając pracę. Tak więc powoli oswojono i stan wojenny i znowu świat stał się przewidywalny (do czasu).

         Tak więc cały PRL z czasami współczesnymi włącznie dzieli się na okresy, kiedy czujemy się u siebie i kiedy przestajemy się takimi czuć. Mnie osobiście na takie smuteczki pomaga świadomość, że póki co, jesteśmy w Unii Europejskiej i że mogę jakby co wziąć i pojechać tam, gdzie lepiej się czuję i gdzie będę bezpieczniejsza. Ta świadomość pomaga znieść wiele niemałych ciężarów. Choć czasem, nie ukrywam, pojawia się skojarzenie z latami tuż przed II wojną światową i przed oczami staje cała lista niesłusznych nadziei i mniemań ludzkich. Cóż, mam nadzieję że nie dożyję czasu próby.


PRL, rok 1960 – wakacje u koleżanki we wsi Knopin. Na odwrocie fotki uwaga:
Wsadzona między wieprze w ciemnym i niehigienicznym chlewiku opłakuję zmarnowaną młodość.”

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-07-26)



« Czarny motyl Ile nas jest w nas? »

komentarze

1. na własnych śmieciach • autor: Jerzy Pomianowski2015-07-29 01:07:07

Szokują mnie ludzie którzy w każdym miejscu czują się "u siebie". Są to albo nieznośni dranie odruchowo biorący na własność każdą przestrzeń w której się znajdą, albo ekstrawertycy nie odczuwający cudzej ani swojej potrzeby intymności. Ci drudzy są nawet dość sympatyczni na krótką metę.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)