Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 października 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Włóczkomania


« Nostradamus czyli proroctwa zawikłane Miłość i śmierć oraz tango przytulango »

         Dawno, dawno temu, za górami za lasami, za latami; za mojej biurowej młodości w PRL-u, kiedy to, co kobiece, było niepoważne i głupie, a podszyte mizoginią o wiele bardziej jawnie niż dziś (choć ten termin nie był raczej powszechnie znany); kiedy krytycy literaccy (np. redaktor naczelny miesięcznika „Poezja”) kobiece tomiki wierszy określali „pieluchową poezją”, czyniąc z tego zarzut podstawowy i w recenzjach szeroko rozwijali uzasadnienie tegoż; kiedy szefowie firm konflikty z pracownicami nazywali „majtkowymi sprawami”; kiedy problemy kobiet, jakie by nie były, wyśmiewano i dyskryminowano — niektóre z nas, bardziej wrażliwe, szukały w swej kobiecości ucieczki. Wszak nawet sztandarowa Liga Kobiet była nie pomocnicą, a nauczycielem i opresywnym kontrolerem. Raczej pilnowała, czy wypełniasz swoje kobiece i polityczne obowiązki, niż pomagała w czymkolwiek. Mnie osobiście szkodziła bardzo — działaczki uznały za słuszne krytykować głupi pomysł studiowania, zamiast pójścia do pracy i utrzymywania chorej mamy (to, że tata nie płacił alimentów, było im całkiem obojętne; a skoro tata nie płaci, to płacą dzieci, nieważne, że nie są pełnoletnie). Nawet delegowały prawników do pouczania mnie o moich obowiązkach.

         Uważałam naiwnie, że nie w dostosowaniu się do męskich zainteresowań i aprobowanych poglądów szukać należy oparcia, a w świecie kobiecym, do którego mężczyźni nie mieli dostępu i w związku z tym przy każdej okazji okazywali się ignorantami — choć tak czy siak postępowałyśmy, na jedno wychodziło. Trudno było walczyć z systemem; raczej większości z nas nie przychodziło to do głowy. Wpisywałyśmy się mniej czy bardziej w świat z góry określonych powinności, a gdy nam uwierał, ucieczki szukałyśmy w czymś, co wydawało się powszechnie aprobowane (bo praktyczne), jak na przykład gotowanie (przez żołądek do serca mężczyzny), robótki ręczne (odzież była bardzo droga i bez wyrazu), utrzymywanie porządku w domu, sprzątanie, zmywanie, pranie. Dawało to satysfakcję, że nawet ostatek sił, poświęconych na te niektóre obrzydliwe zajęcia, awansuje ciebie, sfrustrowaną młodą kobietę, do grona słusznie postępujących, świadomych swych obowiązków. Wszak nawet matki mówiły córkom, że życie to nie jest bajka i trzeba być twardą, odporną i zdyscyplinowaną wewnętrznie.

         Spośród tych kobiecych zajęć szycie i włóczkomania była najprzyjemniejsza i dawała najwięcej osobistej satysfakcji. Kiedy robiłam wykroje, przeliczałam pracowicie centymetry na oczka i rzędy, czułam się równa matematykom z uniwersyteckim wykształceniem. Nie było komputerów ani maszyn liczących, liczyło się na liczydłach, przesuwając spłaszczone kule na drucianym szkielecie, lub na kartkach, zapisując je piętrowymi słupkami. Metoda procentowa tworzenia wykrojów była w powijakach – wprowadzona przez niemiecki żurnal „Burda”, biblię szyjących i dziergających kobiet, podniecała umysły nieco bardziej niezależne od tradycyjnych robótkowych przekazów. Dzięki „Burdzie” byłyśmy o oczko nowocześniejsze, nawet jeśli nie reprezentowałyśmy typowej figury Polki panny (165-92-65-92) czy matki i żony (165-98-80-112), miałyśmy do wyboru kilka wykresów, sporządzonych różnymi rodzajami linii, które kalkowało się na płachty szarego pakowego papieru i korygowało ewentualnie do własnej figury. Moje wymiary, z których byłam dumna, bo podobne były do Lolobrygidy (158-92-56- 90), a po porodzie jeszcze mniej (tylko w talii przybyło mi 2 cm – jak Scarlett O`Hara) były jak najbardziej wpisane w standardowy rozmiar. Szyłam więc sobie rozmaite kreacje, zdatne do użytku do pierwszego prania, a to z powodu tandetności najtańszego materiału – kretonu.

         Miałam rozmaite artystyczne ciągoty, malowałam obrazy farbami klejowymi, kupowanymi w mydlarniach na wagę, zyskując sobie opinię dziwaczki. Będąc panną, namalowałam na ścianach swojego nieumeblowanego prawie pokoiku średniowieczny korowód taneczny. Wówczas coś takiego oceniane było jako pogranicze normy psychicznej. Nikt nie malował żadnych murali, mur i ściana to były rzeczy święte. Szydełkowanie i robótki na drutach było moim odkryciem — aprobowane powszechnie jako kobiece zajęcie, pozwalające wykorzystać swoje uzdolnienia i niezaliczane do zajęć powodujących stratę cennego czasu.

         W firmie, gdzie pracowałam kilkanaście lat i przeszłam pełną drogę awansu dla osoby ze średnim wykształceniem (referent - starszy referent - instruktor - inspektor - starszy inspektor - specjalista - starszy specjalista - główny specjalista), dużo jeździłam w delegacje po Polsce, pociągami i PKS-em. Z powodu złego wzroku i wstrząsów nie mogłam czytać, więc dzierganie szydełkiem lub robótka na drutach były świetnym pomysłem na zabicie nudy. Także w chwilach stresów, których kobietom nigdy nie brakuje, były pracą uspokajającą nerwy i pozwalającą bez przeszkód oddawać się myślom. W dodatku, jako osoba leworęczna, miałam już na starcie w szydełkowaniu przewagę nad innymi szydełkującymi — przy robieniu kawałka dzianiny posługiwałam się na przemian prawą i lewą ręką, wskutek czego prostokątny kawałek wyglądał jak robiony „na okrągło” – co miało duże znaczenie dla estetyki i wyrazistości wyrabianego wzoru.

         Zrobiłam sobie w ten sposób kilka pięknych sukienek z wyrabianymi wzorami, wielką różą i motylem na biuście, zimowe, ciepłe, pasiaste rajtuzy, dzieciom trochę sweterków z reniferami wśród choinek, wielką narzutę z tęczowych kwadratów. Stare, maszynowe sweterki przerabiałam na kamizelki dziergając brzegi szydełkiem w koronkowe wzory.

         Mój mąż, zobaczywszy, że lubię to zajęcie, kupił mi maszynę dziewiarską, bardzo ułatwiającą pracę. Sukienka, która mi się znudziła, była pruta, włóczkę zwijało się i prało i robiło z niej coś innego. Szczególnie ładnie wyglądały wzory wyrabiane rozmaitymi kolorami. Mężowi zrobiłam na maszynie kilka swetrów „w serek” z warkoczowym wzorem po bokach w kilku wariantach i bardzo był z nich zadowolony. Dopiero kilka lat później tego rodzaju swetry można było gdzieś kupić w sklepach.

         Maszyna miała jednak wadę, że grube i wiskozowe włóczki, które były najtańsze i dostępne w najładniejszych kolorach, nie nadawały się do niej, a więc nadal wiele rzeczy robiłam ręcznie.

         Któregoś razu mąż przyniósł mi worek brązowo-zielonej grubej i paskudnej włóczki z prośbą, żebym zrobiła z niej sweter teściowi. Wprawdzie teściowa robiła szydełkiem, ale głównie serwetki i swetra nie chciała zrobić, twierdząc, że nie umie na drutach. Wiedziała, co robi, oj wiedziała! Przystąpiłam do pracy niechętnie, bo lubiłam robić rzeczy z kolorów, które mi się podobały, tymczasem teść, jako wojskowy, przyzwyczajony był do wojskowej barwy polskiej brudnej khaki i nie wyobrażał sobie, że mógłby założyć na przykład niebieską koszulę czy kolorowy szalik. Nawet po domu chodził w starym mundurze. Drugim powodem mojej niechęci był fakt, że sweter miał być gładki, bez wzoru, a że z powodu grubości włóczki nie mógł być robiony na maszynie, praca zapowiadała się nudno jak tylko to możliwe.

        No ale jakoś zrobiłam ten sweter. Wtedy teść zaczął wybrzydzać. Najpierw uznał, że włóczka ma zbyt luźny splot. Sprułam i zrobiłam na nowo, ale wtedy okazało się, że jej nie starczy. Następnym pomysłem była kamizelka, która też się nie spodobała. Wrócił pomysł swetra. Teść wydostał skądś brakującą włóczkę (w PRL-u na włóczkę, jak na wszystko, trzeba było polować) i zaczęłam robić na nowo sweter. Ten był z kolei za sztywny (bo użyłam ściślejszego splotu).

         W ten sposób pomysł robótek ręcznych obrzydł mi zupełnie. Ponieważ byłam kobietą tamtego czasu, niestawiającą otwartego oporu męskiemu światu, wykręciłam się wymówką, że z powodu awansu mam więcej pracy; potem zaczęłam studia i tak przestałam być włóczkomanką. Ponieważ odmówiłam pomocy najbliższej rodzinie, nie wypadało mi już „bawić” się robótkami dla siebie, bo jak by to wyglądało, nieprawdaż?

         Skończyłam studia, zmieniłam pracę, zaczęłam pisać opowiadania SF, a mój prezes żegnając mnie uroczyście i składając życzenia owocnych działań w jednostce nadrzędnej, w samych superlatywach wyrażał się o mojej zdolności pracy dla dobra kraju, pomyślnie łączonej z obowiązkami rodzinnymi, podkreślając zwłaszcza ten ostatni aspekt mojego bytowania i fakt, że praca zawodowa nie przysłoniła mi obowiązków żony i matki, także dzięki wsparciu mojej rodziny. Po czym wszyscy rozsiedli się przy stołach w podkowę, a ja roznosiłam kawę (wcześniej, z pomocą koleżanek rozstawiłam talerze z ciastkami). Przypomniałam sobie wówczas, że także na Dzień Kobiet my nakrywałyśmy stoły i że przemówienie Pana Prezesa niewiele odbiegało od mojego pożegnania. Przypomniałam sobie i zaraz zapomniałam.

         Tymczasem wielkimi krokami zbliżało się NOWE, które przeorało wszystko – doktrynę polityczną i gospodarczą, świadomość ludzką i życie codzienne. Pozostał tylko, ubrany w nowe już szaty, mizoginizm. I pozostało to, że cokolwiek kobieta zrobi własnego, dla siebie, bardzo szybko zostaje zawłaszczone i wykorzystane przeciw niej. Hobby zmienia się w zawód, zaprzestanie pracy dla wychowania dzieci w obowiązek, podejmowanie pracy i organizacja opieki nad dziećmi w inny obowiązek – finansowego utrzymywania odpowiedniej stopy życiowej (dla dobra dzieci oczywiście). Czasami wydaje mi się, że pod tym względem stale się cofamy. Kiedy czytam artykuły o matkach przebywających na urlopach macierzyńskich, które aby się nie nudzić zajmują się rozmaitym rękodziełem i z powodzeniem je sprzedają, przypomina mi się moja włóczkomania i jej smutny koniec.Może jestem przeczulona, ale kiedy czytam do poduszki taki fragment nowo kupionej książki znanego pisarza, Johna Fowlesa, pt. „Daniel Martin” ze str., 72: „Problem, jak być młodą kobietą na swój własny sposób, a nie tylko wedle szowinistycznego, męskiego wyobrażenia, zdeformował ją w inny jeszcze sposób...” zaczyna mi się wydawać, że wszystko, co robimy dla siebie w społecznym odbiorze właśnie deformuje nas i że pogląd ten tak głęboko wrósł w tkankę naszej kultury, iż niemożliwe jest wyplenienie go przez wiele jeszcze pokoleń.

Korekta przez: Radek Ziemic (2014-10-27)



« Nostradamus czyli proroctwa zawikłane Miłość i śmierć oraz tango przytulango »

komentarze

1. szkoła eksperymentalna lat 60 • autor: Jerzy Pomianowski2014-10-27 20:27:46

W mojej podstawówce (mniej więcej 1962-1970) było inaczej. Mieliśmy zajęcia techniczne męskie (dla nas) i kobiece dla koleżanek, ale potem następowała zamiana pracowni więc musiałem gotować, szydełkować, haftować itp, zaś one uczyły się wbijania, piłowania, i czegoś tam jeszcze.
Dosyć sprawiedliwe podejście, i pouczające.

2. jak wyżej • autor: Nierozpoznany#86232014-10-30 16:35:07

szkoła była nie eksperymentalna/ tak jej się wydawało. znaczy - państwowa. fajne to było. w ogóle fajnie tkać, piłowac, gotować, prać-pożytek czynić/sprawiać/dawać.widzieć twórczą , codzieną przydatność. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)