Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 maja 2012

Jacek Dobrowolski

Wspomnienie o Andrzeju Urbanowiczu
Andrzej Urbanowicz (1938-2011), malarz i performer, był niepokornym gnostykiem...

Kategoria: Wspomnienia
Tematy/tagi: performanszen

Andrzej Urbanowicz, malarz i performer zmarły w wieku 73 lat w Szklarskiej Porębie 22.08.2011, był niepokornym gnostykiem, badaczem granic egzystencjalnej i artystycznej wolności, polskim inteligentem o szlacheckim, wileńskim rodowodzie i rogatej duszy, bezkompromisowym artystą, adeptem chaosoficznej tantry i dadaistą zbuntowanym przeciw wszelkiej władzy, autorytetom i dogmatom, poza swoją absolutną racją. Nigdy „nie kłaniał się okolicznościom“. Był nie tylko oryginalnym malarzem, przedstawicielem śląskiej szkoły malarstwa ezoterycznego, twórcą assemblaży, kolaży, tkanin i ready-mades, tłumaczem i wydawcą tekstów buddyjskich oraz czarodziejem-performerem, lecz również animatorem misteriów. Miał niespożytą energię jaką bywają obdarzeni ludzie spod znaku Byka. Urodzony przywódca o silnej, władczej osobowości i lucyferycznej aurze oraz impulsywnym, nieznoszącym sprzeciwu, marsowym temperamencie wojownika, pasującym do dowódcy wojskowego z dawnych czasów. Oscylował między ostrą dyscypliną pracy w okresach gorączki twórczej, czy zarządzania wspólnotą, a orgiastycznym wyzwoleniem i anarchiczną abnegacją, czyli między dyscyplinującym Saturnem a „podziemną“ Wenus. Kusiła go, jak to nazywają Tybetańczycy, „nieskrępowana, czarna tantryczna wolność Rudry“ sakralizująca ciało i seks.

urbanowicz_01 urbanowicz_02

Pod jego patriarchalną powierzchownością czuło się gravitas silnej woli i intencji, i często wielką serdeczność, co umożliwiało mu budowanie wspólnot. Był odważny, często zuchwały, lubił prowokować, nikomu nie pozwalał na narzucanie mu woli, natomiast sam dążył do dominacji. Jednocześnie jego gościnność była ujmująca.

Był człowiekiem wielkich sprzeczności, ponieważ naczelną jego dewizą była wolność, zarówno sobiepiańska dla ego, jak prawdziwa bez ego, co było źródłem stałego, czasem twórczego, czasem destrukcyjnego, konfliktu ze sobą i ze światem. Umysł miał bardzo niezależny i dociekliwy, posiadał sporą wiedzę na temat magii i religii, nauk hermetycznych i sztuki symbolicznej. Właściwie był magiem, raz białym, raz czarnym, w zależności od stanu ducha, duchowym bratem Witkacego, Kantora, Grotowskiego, Eliphasa Lévi, Wilhelma Reicha i Aleistera Crowley’a, jak oni uwodzącym i „terroryzującym“ otoczenie. Zdecydowany antykomunista z pozycji anarchistycznych oraz postaw Polski szlacheckiej i Drugiej Rzeczpospolitej Piłsudskiego. Jego ojciec był oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza czyli polskiego kontrwywiadu i Andrzej nosił jego wojskowy pas.

Na początku lat 70-tych XX w. inicjował powstanie legendarnego, katowickiego ezoterycznego kręgu artystycznego „Oneiron“. Z tego okresu pochodzi jego największe dokonanie artystyczne, wspólnie tworzone Czarne Karty dadaistycznego tarota - dzieło metafizyki merkurialno-saturnicznej. W połowie lat 70-tych był ojcem chrzestnym polskiego zenu jako współzałożyciel i lider pierwszej buddyjskiej wspólnoty w Polsce „Związku Buddystów Zen Sangha“, którą wraz z żoną Urszulą finansował przez kilka lat. Po kilkunastu latach praktyki zen jednak wybrał tantrę.

W stanie wojennym współprowadził w Nowym Jorku księgarnię „Solidarności“. Do wolnej Polski powrócił z USA w 1991 r. po 13 latach nieobecności, by kontynuować swe artystyczne działania jako patriarcha katowickiego artystycznego undergroundu i kapłan teatrów misteryjnych „Oneiron 2“, a później „Oneiron 3“ , poszukując na eklektycznej drodze tantrycznych ceremonii pierwotnego chaosu - „matki wszystkich rzeczy“ – uosabianej przez babilońską smoczą boginię Tiamat. W roku 2000 powołał Towarzystwo im. Hansa Bellmera, upamiętniające tego katowickiego fotografika-surrealistę z początku XX w., którego uważał za bratnią duszę. W 2002 r. zadeklarował przynależność do narodowości śląskiej.

urbanowicz_03


Andrzeja po raz pierwszy spotkałem podczas wystawy grupy artystów z Katowic p.t. „Nowy bezpretensjonalny chaos w obrazkach“ w Galerii Boguckich w Warszawie w kwietniu 1970 r. gdzie pokazano Czarne Karty. Byłem wtedy studentem anglistyki U.W. i hipisem, początkującym poetą interesującym się buddyzmem i pisującym recenzje do pisma „Jazz“. Na wystawie zdumiały mnie napisy na ścianach: „Satori“, „Budda“, „Zen“. Myślałem, że poza kilkoma warszawskimi erudytami nikt w Polsce o zen nie słyszał, a tu raptem artyści z Katowic!

Latem owego roku szukałem w Londynie mistrza zen, ale żaden tam nie rezydował. Znalazłem jednak nauczyciela buddyzmu therawady - Kapilavadho Bhikku i medytowałem w jego świątyni. Jak wracałem powiedział mi, że spotkam w przyszłości ludzi medytujących w Polsce. Miał rację. Jesienią 1974 r. trafiłem na wykład Andrzeja o medytacji zen w klubie studenckim „Remont“ w Warszawie – przemawiał basem i miał dłuższą brodę od pierwszego patriarchy zen Bodhidharmy. Wiosną 1975 r. zacząłem chodzić na medytacje do podniebnego mieszkania, nieodżałowanej pamięci poety Jarka Markiewicza, przy ul. Oboźnej w Warszawie, człowieka o gołębim sercu, jednego z najbliższych przyjaciół Andrzeja, będącego jego charakterologicznym przeciwieństwem.

Gdy w sierpniu 1975 r. roku na warsztacie nauczycieli zen z USA Philipa Kapleau i Toni Packer w zendo (sali medytacyjnej), na strychu Andrzeja i jego żony Urszuli Broll-Urbanowicz w Katowicach, potrzebny był tłumacz, bez wahania zaproponowałem swoje usługi. W rezultacie zostałem na miejscu, wstąpiłem do Sanghi i zabrałem się za tłumaczenia tekstów zen. Przez dwie zimy mieszkałem na strychu przy ulicy Piastowskiej, lato spędzając w drewnianym domu Andrzeja i Urszuli na górze Kamieńczyk, części świętokrzyskiego pasma Klonówka-Kamień.

Był to czas zgrzebnej epoki Gierka, haseł w stylu „Tylko tak PKO i Fiat!“. Katowice były szare i brudne, spowite dymami, upstrzone hasłami o czynach produkcyjnych i partyjnych, wśród nich snuła się ponura brać górnicza, a pośrodku tego socrealistycznego, śląskiego koszmaru na strychu Andrzeja i Urszuli rozkwitała nasza medytacja jak stokrotka. Nic od niej nie odciągało, nic nie kusiło, a gospodarze ojcowali i matkowali prawdziwej duchowej wspólnocie. Żyliśmy w niepowtarzalnej atmosferze duchowej rewolucji, będącej naturalną konsekwencją hipisowsko-artystycznych poszukiwań. Artyści, studenci, hipisi i proletariusze z kilku miast Polski spotykali się w zendo na codziennych medytacjach rannych i wieczornych, okresowych siedzeniach sobotnich i comiesięcznych siedzeniach kilkudniowych, nie mówiąc o ceremoniach. Piastowska, owiana aurą magicznych działań grupy „Oneiron“, stała się buddyjską świątynią zen, pełną orientalnych figur buddów i bodhisatwów, kadzielnic i innych rytualnych przedmiotów.

Nigdy nie zapomnę grupowego zazen 1 maja 1976 r. kiedy za oknami przeciągał pochód 1-majowy z partyjnym zapiewajłą, a my, przy kadzidlanych aromatach, otwieraliśmy w medytacji serca na Wielką Drogę. Rozbrzmiewająca za oknami „Międzynarodówka“ nabierała nieoczekiwanych znaczeń - „myśl nowa blaski promiennymi prowadzi nas na bój i trud“.

Andrzej z wielką energią odgrywał rolę patriarchy i groźnego strażnika Dharmy, a my staliśmy się żarliwymi entuzjastami, a niektórzy, w tym ja, fanatykami tego, co uważaliśmy za ortodoksyjny zen. Trzeba przyznać, że gdyby nie wysiłek Andrzeja nic by z tego nie było. To on egzekwował surowe zasady dyscypliny. Nie zapomnę jego ogłoszenia w trakcie kinhin (medytacji chodzonej): „Osoby rozglądające się będą uderzane kantem kjosaku (kija pobudzającego)“! Będąc urodzonym liderem swoją rolę odgrywał z lubością i jak Pan Twardowski „śmieszył, tumanił, przestraszał“. Prócz ambicji zaszczepienia praktyki zen w Polsce, jako alternatywy dla modlitewnych praktyk chrześcijańskich, kierowała nim prawdziwa serdeczność i współczucie. Spontanicznie pomagał komu tylko mógł.

To była prawdziwie braterska wspólnota, poczucie więzi między nami było niebywale silne, wiele przyjaźni trwa do dziś. Byliśmy pionierami buddyzmu zen w Polsce, grupą silnie zhierarchizowaną, rytualistyczno-teatralną, ekskluzywną i bojową, uprawialiśmy bowiem hiperkoncentracyjną praktykę wyczynową na samurajską modłę. Ta niebywała erupcja energii promieniowała chyba na całą Polskę z zenda na Piastowskiej i jej letniego wcielenia - świątyni zen na Kamieńczyku, zbudowanej przez nas własnymi rękami w latach 1976-77. Czerwonemu totalitaryzmowi i czarnemu totalizmowi przeciwstawialiśmy totalitaryzm praktyki zen w imperialnym stylu japońsko-amerykańskim. Zbawialiśmy Polskę! Ta sama siła buntu przeciw dyktaturze komunizmu, która później wydała „Solidarność,“ ożywiała nas pod jego przewodem od połowy lat 70-tych. Pamiętam jak Andrzej proponował wydawanie podziemnego pisma zen p.t. „Han ostrzegający!“. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że han to drewniany blok w który uderza się drewnianym młotkiem, gdy zwołuje się ludzi na praktykę zazen.

Była to fantastyczna przygoda, „makyo“ (złudna wizja, jap.), sen o potędze i wolności bez granic w zniewolonym kraju. Świadomość, że przez lata, dzięki znajomościom Andrzeja, drukowaliśmy nasze buddyjskie teksty, książki i kwartalnik „Droga Zen“ w drukarni KW PZPR w Katowicach dawała mi, tłumaczowi, dziką satysfakcję. Był to złoty wiek buddyzmu zen w Polsce, buddyzmu podziemnego uprawianego głównie na strychach! Kiedy podczas stanu wojennego i przez kilka lat po nim prowadziłem zendo na strychu przy ul. Freta na Nowym Mieście w Warszawie, była to dla mnie naturalna kontynuacja działań ze strychu Andrzeja i Urszuli w Katowicach. Na medytacje przychodzili m.in. drukarze podziemnej „Solidarności“: Jan Narożniak (postrzelony przez ZOMO i odbity ze szpitala) oraz Maciej Wrześniowski (więziony na Białołęce). Więzionym działaczom „Solidarności“ dostarczaliśmy książki o medytacji zen do więzień i internatów.

Jestem Andrzejowi szalenie wdzięczny za jego niepokorny sarmacki charakter, fantazję i dobre serce ukryte za maską groźnego patriarchy. Mam nadzieję, że ktoś go namaluje jako Samuela Zborowskiego, Józefa Piłsudskiego, Eliphasa Levi’ego i śląskiego Bodhidharmę w jednym. Jestem też wdzięczny Andrzejowi z jeszcze jednego powodu. Gdyby nie on, nie poznałbym, ani nie tłumaczyłbym, mądrej i szlachetnej Toni Packer. Proponuje ona odtrutkę na katedralny zen z jego rytualnymi rolami – bezpretensjonalną, bezceremonialną medytację bez premedytacji, prostą, otwartą obecność wolną od technik, ideologii, dogmatów i wyczynów. Andrzeju, dziękuję za otwarte drzwi na Piastowskiej! Bywaj!


Jacek Dobrowolski

urbanowicz_04
Zdjęcie z buddyjskiej ceremonii pożegnalnej Andrzeja Urbanowicza.
Na ołtarzu jego zdjęcie z papierosem. (Foto. Adam Sobota)


Pierwodruk: Miesięcznik "Odra" 02.2012. W „Tarace“ za zgodą Redakcji „Odry“.



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)