Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 maja 2018

Mirosław Czylek

z cyklu: Wędrówki po znakach zodiaku (odcinków: 7)

Wstęp do autorskiej wędrówki po znakach

Kategoria: Astrologia
Tematy/tagi: astrologiaznaki zodiaku

Baran i Byk »

Pisanie o znakach zodiaku jest wyjątkowo niewdzięcznym zadaniem. Bierze się to z tego względu, że jest to temat najbardziej wyeksploatowany, brutalnie zawłaszczony przez rozrywkowe media, traktowany niczym piąte koło u wozu dla ambitniejszych astrologów. Wydawałoby się, że wyciśnięte soki poznania uczyniły ze znaków wymemłanego suchara, któremu nie grozi żadne zepsucie i który doskonale się spełnia w wesołych i stereotypowych konwenansach, pozbawionych treści. O ile w świecie wciąż nowo odkrywanych planet, systemach domów czy rodzajach prognoz wciąż panuje ożywiona dyskusja, o tyle w świecie znaków wiele wzorców, mitów i nowatorskich pomysłów odchodzi do lamusa. Nawet dzieci wiedzą, że Wodnik to dziwak, Lew to paw, a Baran to baran... Znaki to najbardziej wyeksploatowany temat, więc po kiego diabła odgrzebuję to zaschnięte źródło?

Właśnie z tytułu przyzwyczajenia, intelektualnego lenistwa i powielania starych struktur warto od czasu do czasu przewietrzyć ten wątek. Byłoby naprawdę miło, gdyby ktoś zaryzykował teksty, jak ostatnio Wojciech Suchomski [› Horoskopy kulturowe pod brzytwą Ockhama], biorąc pod lupę mit o Polsce spod znaku Byka, czy wcześniej Wojciech Jóźwiak [› Horoskop Polski: czy coś takiego istnieje?] czyniąc swoje uwagi m.in. na temat horoskopu chrztu Anno Domini 966. Archiwum internetowe pamięta również wątki dotyczące nowej interpretacji gwiazdozbiorów, tworzonych przez nieokiełznaną wyobraźnię ezoteryczną w wydaniu Światosława F. Nowickiego. Jednak próba ryzykowania i dawania czegoś wyłącznie od siebie, lub własnego doświadczenia, stanowi wciąż mały zbiór autorów. Mówiąc językiem współczesnych coachów, chyba dobrze by było opuścić swoją strefę komfortu, żeby można było poczuć bardziej bezpośredni, niepozbawiony subiektywnych przeżyć i błędów, osobisty przekaz dotyczący znaków? Jestem zdecydowanie za tym, żeby po kilkunasto-, kilkudziesięciokrotnym powtarzaniu elementarza podobieństw wrzucić coś, co może zaintrygować, zastanowić lub spowodować poznawczy chaos. A nic tak bardzo nie czyni krzywdy dla praktycznie każdej dziedziny, jak brak ruchu i chodzenie po starych, utartych szlakach.

Motyw stereotypów i przyzwyczajeń u astrologów mógłby dotyczyć wielu kwestii. Jednym z powielanych schematów jest bezkrytyczne utożsamianie planet ze znakami. Nie, nie, nie wymyśliłem sobie tego – śledzę fora, słucham ludzi i jest to autentyczny stan rzeczy! Ten rodzaj automatycznego powielania nauk czy sloganów powoduje nie tyle szkodliwość samoograniczania się dla samego astrologa, lecz wzmacnia wewnętrzny lęk i opór przed samodzielnym poszukiwaniem odpowiedzi. Astrologia przestaje być przez to dziedziną poszukującą, staje się hermetyczną sektą. Gdy po dwóch stronach pojawiają się twarde „szkoły” i poglądy, zmierzające niemalże do usankcjonowania formalnego z lekką nutą religijności, dyskusja przestaje istnieć. Pojawiają się „obozy”. Zaczyna się niewidzialna „polityka”. Jak to niestety bywa, do głosu w sporach dotyczących znaków, domów i planet dochodzą dwie frakcje: przytakująca i sceptyczno-ironizująca. Pierwsza grupa idzie za głosem swojego pierwotnego nauczyciela, wybierając jakąś oryginalną koncepcję (weźmy na to: „dwadasamsy u L. Weresa”, „tranzyty na progresje u J. Gronerta”, „brak domów u W. Jóźwiaka”, "aspekty trzynastkowe i siedemnastkowe u Ś. Nowickiego", „almuten tematyczny u P. Piotrowskiego”, „liczenie horoskopów bez komputera u L.Zawadzkiego” czy „ignorowanie transsaturników u J.Frawleya”). Możliwe, że nauczyciel tego nawet nie wie, że jego uczniowie idą bezmyślnie jak w ogień za jego propozycjami i niekoniecznie jest szczęśliwy z tego powodu, że jego absolwenci zostali jego „wyznawcami”. Druga grupa często przy pomocy indywidualnych przykładów próbuje na skróty obalić sens całej astrologii lub staje okoniem wobec jakiegoś nazwiska w astrologii, które nieszczególnie mu się podoba. Często silny opór pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy sprawy dotyczą bezpośrednio własnej osoby lub osób bliskich, ponieważ spoglądanie na astrologię pod kątem własnych prywatnych życzeń nie jest niczym szczególnie nowym. Weźmy na to, osoba, która ma Marsa w Baranie, Wenus w Byku, Słońce w Lwie czy Jowisza w Strzelcu stosunkowo często pożąda od tych położeń planet szczęśliwego losu, dobrych okoliczności czy potwierdzenia dobrego działania planet, podchodząc do astrologii w sposób roszczeniowy i pretensjonalny. Nie ma złotych wysp szczęśliwości! Frakcja sceptyczna jest mniej groźna, ponieważ większość tych osób wycofuje się ze świata astrologii i gdzieniegdzie śmieszkuje lub czyni drobne przytyki wobec osób, które „w te bzdury wierzą” i jeszcze je powielają z powagą szafarza urojonych ksiąg.

Podsumowując, bardziej niebezpieczna dla kondycji astrologii jest frakcja powielająco-wzmacniająca stereotypy, legendę nauczyciela czy idąca zgodnie z wyznacznikiem mody. Bo jakże ktoś mógłby się ośmielić napisać, że Księżyc w Lwie niekoniecznie jest egocentryczny, Słońce w Bliźniętach jest zapatrzone na relacje, a nie informacje, zaś Wodnik ma bardzo dużo wspólnego z Saturnem, chociaż sporo inwestuje od kilkudziesięciu lat, sponsorując kosztowną kampanię o Erze Wodnika? Kto mógłby mieć tą czelność, żeby interpretować kobiecość bez udziału Lilith? Niedoczekanie, wszystkie odkrycia zostały wykonane i odpowiednio „zaopiekowane” przez swoich dysponentów słusznej doktryny astrologicznej. Czas budować okopy i stawiać w ich centrum nowe świątynie!

Konstruowanie serii opisów dotyczących znaków wymaga lekkiego zdystansowania do fundamentów poznawczych,które znało się do tej pory. Pisanie wielu podpunktów wymagało przeze mnie podjęcia co najmniej próby rzeczywistego przeżycia lub znalezienia się na miejscu archetypów, które opisuję. Bardziej to przypomina fraszki i anegdoty niż próby wywracania dotychczasowych systemów, co nie tylko uważam za niepoważne, ale bardziej mało użyteczne. Te wywrotki poznawcze zresztą niezbyt dobrze się kończyły, o czymś świadczy silna zapaść i kryzys astrologii pomiędzy porzuceniem „starej” astrologii tradycyjnej, a nowymi odkryciami. Spójrzmy jak sam sposób szybkiego przyzwolenia i entuzjazmu przekazania pałeczki pierwszeństwa władania Skorpionem, Wodnikiem i Rybami przez Urana, Neptuna i Plutona został zbyt łatwo kupiony przez bardziej co współczesnych astrologów. Z dość lekką ręką zgilotynowali stare i niemodne władztwa Saturna, Jowisza i Marsa nad starymi znakami, oddając panowanie mniej doświadczonym planetom, ledwo co odkrytym i w dużym obszarze jeszcze nieznanym. Nie wiem czy to kwestia autorytetów, badań czy niezdefiniowanej polityki spowodowała wyrugowanie Saturna jako władcy Wodnika czy Jowisza jako władcy Ryb, tym niemniej chciałbym się w miejscach poświęconych tym znakom do typologii Jowisza i Saturna mocno się odnieść. Tak samo szokującą kwestią dla wielu osób może być fakt przynależności ognistego i porywczego Marsa do żywiołu wody, jak też umiejscowienie Saturna w troistości... powietrza! Z punktu widzenia tego, co nauczano w polskich szkołach astrologicznych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, te przynależności brzmią jak bluźnierstwo. Z tytułu odkurzenia starych tradycji astrologicznych, w czym wielka zasługa Piotra Piotrowskiego, korona jednak z głowy wielu osobom nie spadła. Więcej – sporo odrestaurowanych tradycji pozwoliło na rozszerzenie horyzontów i wykorzystanie starych, jakże zakurzonych i nie pasujących do post-nowoczesności, technik!

Wydaje mi się, co często powtarzam, że środowisko astrologów bardzo cierpi na syndrom lęku przed popełnianiem błędów lub zmianą poglądu w wielu istotnych sprawach. Jest to jakieś uwarunkowanie charakterystyczne dla polskiego systemu edukacji, w którym na wielu poziomach, nie wypada zadawać odważnych pytań, podnosić inspirujących kwestii czy też niszczyć toksycznego w swojej nieomylności autorytetu nauczyciela. Sporo „absolwentów” czy „guru” płynie na tej energii tajemniczej bezbłędności, zbliżając się maluteńkimi kroczkami do dogmatu o nieomylności papieża. Jeśli pozbędziemy się złośliwych intencji czy personalnych przytyków i postawimy na tym miejscu swoje własne doświadczenia, oparte na osobistej pracy z osobami i ich horoskopami, jesteśmy w stanie wygrać bardzo wiele ciekawych odkryć, poruszyć wiele nowych pytań i przestać odgraniczać boski świat astrologów od przyziemnego świata ich odbiorców.

To doświadczenie otwarcia i indywidualnego ryzyka może być bardzo bolesne i obnażające dla wielu osób, które czuły się komfortowo w przestrzeni nabożnego milczenia, przerywanego kąśliwymi i patetycznymi tonami, pełniącymi rolę strażników do niedostępnej krainy zarządzanej przez astrologicznego czarnoksiężnika z Oz. W jakimś sensie ten brak komunikacji i wymiany dużej liczby doświadczeń jest znakiem naszych czasów. Są one bardzo deficytowe, jeśli chodzi o pasjonatów, którzy są w stanie poświęcać się swoim zajęciom, gdy wokół zderzają się z coraz to atrakcyjniejszymi bombami intelektualnego zachwytu. Kiedyś człowiek miał szansę chociaż kilka – kilkanaście minut dziennie się ponudzić, stojąc na przystanku lub siedząc na ławce w kolejce do lekarza. W obecnym czasie każda wolna chwila jest luksusem. W takim tłoku trudno jest przysiąść i bezinteresownie, bez gwarancji ekonomicznej satysfakcji, wykonać dużo analiz i porównań, żeby na ich podstawie próbować wyciągnąć użyteczną esencję poznawczą.

Jeśli część moich anegdot czy obserwacji się nie zgadza z własnymi historiami czytelników, tym lepiej dla potencjalnej dyskusji. Proszę tylko, żeby nie bazowały one na kopiowaniu i powielaniu wiedzy wcześniej usłyszanej lub na jednostkowych przypadkach, w celu udowodnienia babci, że wnuczek miał rację. Sądzę, że większość z nas podziela większość opinii, krążących od wczesnych lat młodości, kiedy stykaliśmy się z pierwszymi horoskopami gazetowymi czy krótkimi opisami znaków, choćby przypadkowo i bez intencji zagłębiania się w to. Moje teksty są prowokacją i próbą odejścia od bezpiecznych i wygodnych rozwiązań oraz zachętą do własnych, autorskich projektów. Pozycja krytyka jest zawsze wygodniejsza, bo nie wymaga kreatywności ani ryzyka. Na pocieszenie dodam, że część analiz zawartych w tym wprowadzeniu jest moim prywatnym doświadczeniem, ponieważ sam często byłem uczestnikiem kopania tych palisad i ustalenia tych granic poznawczych.

Zapraszam do moich autorskich uwag i komentarzy, które mogą na nowo sprowokować twórczą dyskusję o znakach. Każdy opis jest poprzedzony osobliwym cytatem znalezionym w internecie.



Baran i Byk »

komentarze

1. :) • autor: Jarosław Koziński2018-05-29 22:04:36

Bardzo mądry wpis, popieram. Ja sam szukam inspiracji w szkole Piotrowskiego, cenię Frawleya, Ciebie Mirku też, Pana Jóźwiaka zaś czytam od co najmniej 2005 roku. No i przyjmuję system geocentryczny oraz jestem wyznawcą Płaskiej Ziemi. A na swoim blogu astrologicznym bardziej idę w stronę astrometeorologii. W końcu mam te 36 lat i wciąż szukam, wciąż szukam...
[foto]

2. :) • autor: Mirosław Czylek2018-05-30 20:05:02

Dzięki! Astrometeorologia to dość niszowa dziedzina, więc masz okazję żeby zaistnieć :-)

3. :) • autor: Jarosław Koziński2018-05-30 23:47:55

Mirku, dziękuję za miłe słowa. Raz mi pomogłeś, bodajże w 2011 roku,na forum jak na górze tak na dole.Chodziło o horoskop godzinowy. Trafiłeś w sedno, w czasie gdy inni na astrolabium rozważali wszystko godzinami. Stwierdziłeś, że skoro Antares jest na Punkcie Szczęścia, to wszystko OK. I było OK. Takich rzeczy się nie zapomina :) Pozdrawiam nocnie :)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)