zdjęcie Autora

16 stycznia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Wszechogarniająca miłość pozbawiona ...izmów

Kategoria: Twórczość

« Jak zdobyć forsę metodą Sigili Dalsze losy sprowadzania dużych pieniędzy metodą sigili »

W czasie dyskusji nad odcinkiem o życiu zgodnie z naturą, dyskusja zboczyła na lekko dziwaczne tory. Odezwali się idealiści(tki) wierzące w automiłość pozbawioną narcyzmu, egoizmu i takich tam przywar. Piotr Jaczewski postawił tezę, że wszechogarniająca miłość towarzyszy zawsze jakiejś formie przemocy. Z niechęcią przyznaję, że chyba ma rację.

         Nie uważam oczywiście, że nie należy kochać siebie. Trzeba, ale bez przesady i zaślepienia, z umiarem i rozwagą. W ogóle popadanie w skrajności nie przynosi dobrych rezultatów.

         W Biblii najbardziej podobają mi się przypowieści mające ilustrować pewną tezę. Więc i ja posłużę się taką przypowieścią. Wydarzenie jest prawdziwe ale niejednoznaczne. Podejrzewam, że moje spojrzenie na nie jest całkiem inne niż dyskutującej Moniki Stępniewskiej ale niestety, nie mam nadziei, że Monika spróbuje choć spojrzeć na niego moimi oczami. Patrzy na świat przez pewien filtr, jak osoby, o których napiszę. (Co nie oznacza, że używają tego samego filtra!)

         Jeśliby próbować nadać nazwę zjawisku, z którym miałam do czynienia, to dziś istnieje na nie określenie: bombardowanie miłością.

         W 1959 roku zdałam na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim i idealistycznie nastawiona do świata, z kompletem poglądów które wzbudziłyby poklask Moniki, postanowiłam gdzieś wyjechać na wakacje. Nie miałam jeszcze 17 lat, więc byłam w wieku zbyt starym na uczestniczkę kolonii letnich (jednak w sierpniu załapałam się na takie kolonie), a zbyt młodym jeszcze na wychowawstwo na koloniach. Idealnym wyjściem, które wynalazła mi mama, był obóz dla młodzieży studenckiej organizowany przez pewien kościół w Warszawie. Opłata była symboliczna, zapowiadano dużo czasu poświęconego na dyskusje i swobodę tych dyskusji, co w zupełności się potwierdziło. Księża byli młodzi, sympatyczni i wykształceni. Ja wtedy już przestałam chodzić do spowiedzi po pewnych niemiłych doświadczeniach, ale byłam otwarta na wszelkie rozmowy i starcia poglądów.

Wśród nas była i młodzież ateistyczna i nikt jej nie krępował w wypowiadaniu swojego zdania ani nikt nie sekował za nie. Czasami dyskusje przeciągały się długo w noc, były zawsze na wysokim poziomie intelektualnym. Dyskutanci powoływali się na filozofów, o których jeszcze nic nie wiedziałam. Chłonęłam te dyskusje, uczyłam się nowych poglądów i dzięki temu bezwarunkowo akceptowałam całą formułę tego obozu. Poranne i wieczorne msze (nieobowiązkowe, ale uważałam, że jeśli korzystam z gościnności Kościoła mam obowiązek w ramach akceptacji poddać się wszystkim zalecanym czynnościom), to, że ksiądz gra z nami w piłkę i na co dzień nie chodzi w sutannie, wieczorną spowiedź (na którą nie uczęszczałam) no i owe inspirujące dyskusje. Przyjacielskość wszystkich wobec wszystkich.

W szkole byłam średnio lubiana. Wszyscy wiedzieli, że utrzymujemy się z Opieki Społecznej i matki koleżanek przynosiły mi ich stare sukienki. Ze swojego kościoła parafialnego wyniosłam też niezbyt dobre, dość traumatyczne doświadczenia – choć nie nikt nie korzystał wówczas z jego pomocy, jak dziś. Wydawało mi się, że Kościół zawsze i wszędzie jest taki sam i to zaskoczenie było przyjemne.

         Dziś wiem, że jeżeli coś jest aż tak bardzo świetlane, to zazwyczaj kryje się za tym jakaś ciemna strona. Mając 16 lat byłam naiwna i pewnych rzeczy nie chciałam wiedzieć. Że na przykład codziennie chodząca do wieczornej spowiedzi moja koleżanka jest zakochana w księdzu i że ich kontakty w dzień bywają dziwne. Wokół nich powietrze jakby gęstniało od niewypowiedzianych słów i pragnień, ale cóż ja o tym mogłam wiedzieć, naiwne dziewczę chowane pod moralnym kloszem, bez lepiej poinformowanych przyjaciółek i pod wpływem starannie dobieranych przez mamę lektur.

 Bombardowanie miłością. Podobno po tym odróżnia się sekty od prawowiernych religii, ale to oczywiście uproszczenie. Ja z czymś takim zetknęłam się tylko raz w życiu, ale pamiętam to doświadczenie do dziś, a właściwie przypomniałam sobie pod wpływem wspomnianej dyskusji.

 Najpierw zadziałał instynkt, wręcz fizyczne odczucie, że „coś nie jest tak” i on pozwolił mi uciec gdzie pieprz rośnie.

Zaczęło się pewnego ranka. Wybrałyśmy się na wycieczkę w góry z trzema koleżankami. Nigdy nie dość nam było rozważań filozoficznych, więc i religijne też się zdarzały. Moje koleżanki należały do osób bardzo religijnych i chciały właśnie na ten temat dyskutować. Mnie było wówczas wszystko jedno o czym dyskutuję, kochałam sam kontakt z ludźmi, możliwość rozmowy z nimi, spragniona byłam koleżanek, przyjaciółek, nieocenzurowanych przez mamę rozmów.

W czasie tej wycieczki osunęła się pode mną sterta kamieni i zjechałam na dół śliskim od kapiącej wody żlebem. Nie stało mi się nic strasznego, ale noga spuchła mi w kostce jak bania. Potem okazało się, że zerwałam ścięgno, ale nie założono mi nawet gipsu, tylko jakiś czas chodziłam w bandażu elastycznym.

Na upartego podpierając się jakimś kijem doszłabym do schroniska, w którym mieszkaliśmy. Mogłam też zaczekać aż koleżanki przyprowadzą więcej osób, a zwłaszcza chłopców z noszami. Próbowałam im to wytłumaczyć, ale one się uparły, że zrobią siodełko i same mnie zaniosą do domu.

Protestowałam, ale były naprawdę uparte, a mnie noga bolała jak diabli. Poza tym byłam kompletnie nieodporna na ludzką życzliwość, głupiałam wówczas po prostu i rozpływałam się jak smalec na patelni. Darzyłam takie osoby nieograniczoną miłością i wielką estymą.

Dziewczyny były szczuplutkie, a ja swoje ważyłam, gdzieś z 52 kg – dla każdej po 26 kg to nie byle co. Widziałam jak się męczą i byłam coraz bardziej przerażona. Gdybym mogła natychmiast zmieniłabym się w piórko i uniosła do góry, ale nie mogłam im w żaden sposób ulżyć. Milczałam więc, jakby słowa dodawały ciężaru.

Tymczasem one nie bacząc na pot lejący się po całym ciele szły nieustraszenie dalej. W końcu poprosiłam żeby postawiły mnie na chwilę i odpoczęły, a najlepiej poszły po kogoś do schroniska. One jednak nie chciały. Nawet trzeciej, drepczącej obok bezradnie nie dały się zmienić.

Zaczęłam wyrażać swoją wdzięczność i swoje skrępowanie, że tak je wykorzystuję i już sama nie wiedziałam jak okazać im moją — wówczas — wszechogarniającą miłość.

Na to usłyszałam, że nie robią tego dla mnie, tylko dla miłości Boga. I jeśli o mnie chodzi, to mogłabym zdechnąć tu, na miejscu, ale wówczas Bóg by im nie wybaczył. I człowiek musi się umartwiać z miłości do Boga, żeby pokazać mu swoje oddanie, więc tak czy inaczej  to robi, wszystko jedno. Umartwienie polegające na niesieniu mnie pojawiło się same, bez poszukiwań z ich strony, więc jeśli w ten sposób mogą okazać miłość do Boga, tym lepiej. Całą drogę tak trzeszczały mi o tym umiłowaniu umartwień i co by jeszcze zrobiły z miłości do Boga. Jedna z nich pokazała mi nawet pręgi od samobiczowania i wówczas zrozumiałam dlaczego w górach na wycieczce chodzi w długiej spódnicy, a nie w szortach, jak normalni ludzie.

Zawieźli mnie samochodem do szpitala razem z moimi rzeczami, a ja po prześwietleniu i opatrunku kazałam się odwieźć na stację kolejową i wsiadłam do pierwszego pociągu. Siedząc na peronie kilka godzin cały czas czułam mdłości ze wstrętu. Takie to wydawało mi się chore i obrzydliwe. Widok tych pręg na udach koleżanki prześladował mnie.

Doskonale wiedziałam z dzieciństwa jak boli uderzenie pasem (w dodatku ze sprzączką) na nagim ciele. Bywało, że nie mogłam rozebrać się na WF, a matka pisała mi zwolnienie. Myśl, że ktoś dobrowolnie może sobie coś takiego robić i w dodatku twierdzić, że czyni to z miłości, przekraczała moje pojmowanie. Wydawało mi się to obrzydliwe i  właśnie chore, jak mdłości na chwilę przed wymiotami.

Dziś wiem: bombardowanie miłością towarzyszy zawsze indoktrynacji. Oczywiście moje koleżanki pod wpływem wysiłku prawie przekraczającego ich możliwości utraciły dotychczasową umiejętność ukrywania swoich celów.

Nie była to jednak indoktrynacja w stylu ojca Rydzyka, wręcz przeciwnie, indoktrynacja ludzi myślących i dyskutujących. Bombardowani miłością, jeśli nie załapali, że to manipulacja (tam przecież nikt nikogo do niczego nie zmuszał, wolno było mówić wszystko i w każdy dostępny sposób), wpadli jak śliwka w kompot i pływają w nim, niektórzy zapewne do dzisiaj.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Jak zdobyć forsę metodą Sigili Dalsze losy sprowadzania dużych pieniędzy metodą sigili »

komentarze

1. Pani Katarzyno • autor: Nierozpoznany#63642013-01-16 17:08:28

Pani Katarzyno:)

Z zaciekawieniem przeczytałam Pani kolejny wpis na blogu i szczerze współczuję samookaleczających się koleżanek w "imię miłości do Boga".
Moj komentarz pt" Czy kochasz samego siebie?" nie miał na celu ani nikogo obrazić, nie byl też zarzutem w niczyją stronę, a tymbardziej prowadzeniem polemiki na temat warukowej czy bezwarunkowej miłości.

Jestem szczęśliwą żoną i matką trójki dzieci, do żadnych sekt i tym podobnych stowarzyszeń nie należę, przemocy rownież nie doświadczyłam i nie doświadczam.

Nie wiem dlaczego automiłość wywołała tak negatywne skojarzenia.
Zaznaczyłam wyraźnie w pierwszym komentarzu swoją definicję miłości :
"... (nie narcystycznej, ale zdrowej i pozytywnej akceptacji samego siebie z pełnym poczuciem własnej wartości)"
Uważam zwyczajnie, że kochać siebie jest fajnie:) i podpisuję się pod Pani zdaniem:

"Nie uważam oczywiście, że nie należy kochać siebie. Trzeba, ale bez przesady i zaślepienia, z umiarem i rozwagą. W ogóle popadanie w skrajności nie przynosi dobrych rezultatów."

Pozdrawiam serdecznie.

Monika:)


[foto]

2. Pani Moniko • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-16 17:18:25


Bardzo się cieszę że się zrozumiałyśmy. W końcu to sprawa określeń i nazw, a nie pryncypiów. Serdecznie pozdrawiam

3. Ma Pani rację,... • autor: Nierozpoznany#32012013-01-18 17:42:54

Ma Pani rację, bombardowanie miłoscią może słuzyć manipulacji i indoktrynacji, szczególnie na osoby podatne na to, wrażliwe.. Nie znam stylu ojca Rydzyka i jego nauk, jako że nie słucham , ani nie oglądam przekazów z jego mediów oraz  jestem osobą niewierzącą, ale jako zainteresowany polityką, źle odbieram tzw. politykę miłości głoszoną przez obecnie rządzącą partię, która przynosi dokładnie odwrotne skutki od zapowiadanych. Jak oglądam wiadomości przygotowane na sposób cukierkowy, jakby dla małych dzieci, w propagandowych telewizjach pro-peowskich, to nie mam wątpliwości ,że kryje się za tym silna manipulacja. Kto nie ogląda TV i nie wierzy , niech sobie obejrzy np. wieczorne Fakty,prowadzący rozpływają się niczym lukier, a usmiechy sa chyba szersze niż u Dżokera..
[foto]

4. No... • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-18 18:08:20


No, nie jestem pewna czy PO, Wiadomości telewizyjne, media to "bombardowanie miłością"! Ten cukier i lukier to nie miłość, tylko wpychanie dzieciom do buzi cukierków, żeby się zamknęły.

5.  Właśnie o to... • autor: Nierozpoznany#32012013-01-19 08:57:22


 Właśnie o to chodzi. To nie miłość do społeczeństwa, tylko kamuflaż. Zasłona stworzona z pozorów chęci zrobienia dobrze ludziom, a w rzeczywistosci za tym kryją się zupełnie odmiennne intencje. Jak wkraść sie w łaski wroga?-udając jego przyjaciela, Jak najłatwiej zwieść czyjąś czujność?-udając miłego i niewinnego. Jest takie powiedzenie-" Panie uchroń mnie przed moimi przyjaciółmi, bo z wrogami sam sobie poradzę." Znam pewnego bardzo bezwzględnego człowieka, mającego liczne konflikty z prawem, który działa na podobnej zasadzie. Na pierwszy rzut oka miły i grzeczny, robiący świetne wrażenie, ale po bliższym i dokładniejszym poznaniu- kanalia. Słyszałem o przypadku ,że jednego ze swoich wrogów potraktował nożem w plecy-nożem dosłownie, nie w żadnej przenośni..Ofierze udało się wtedy przeżyć. Jednak seryjny samobójca , który od kilku lat grasuje po kraju, jest dużo skuteczniejszy.,

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)