zdjęcie Autora

25 lutego 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Wycieczka do Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD)

Kategoria: Twórczość

« Powidoki czyli babcia w Karpaczu Zalane kasety »

Czy obcowanie ze sztuką może być źródłem upokorzeń? Pytanie wydaje się idiotyczne, jeśli dotyczy normalnego na ogół człowieka. Sztuka nigdy nikogo nie jest w stanie poniżyć, może najwyżej postawić wobec czegoś, co go przerasta, i to wszystko. Nawet jeśli nie czuje się podziwu tylko zazdrość twórcy, nie dorastającego do pięt mistrzom, nie jest to w żadnej mierze upokorzające.

         Ja jednak coś takiego przeżyłam w Dreźnie. Złożyło się na to kilka spraw, ale najważniejszą z nich był powrót przeżytego w latach siedemdziesiątych obcowania z byłą NRD — wówczas w Weimarze, obecnie w Dreźnie.

         Zafiksowałam się na chęci obejrzenia Galerii Malarstwa Mistrzów Dawnych  (Gemäldegalerie Alte Meister) w Zwingerze i zdałam na starania osób bliskich, które zarezerwowały i wykupiły bilety korzystając z sieci, do której ja nie miałam dostępu. Nie zwróciliśmy uwagi, że galeria ta jest niedostępna z powodu remontu. Na stronie internetowej Muzeum w Dreźnie była informacja, ale ja nie miałam internetu. W rezultacie bilety zostały wykupione na wystawę Grünes Gewölbe — pokazującą skarby królów saskich. Można obejrzeć ją wirtualnie, z daleka i bez szczegółów tu:

http://www.skd.museum/fileadmin/panoramav103/

         Było jeszcze kilka pomniejszych „wystawek” o niewielu eksponatach, ale bilety obowiązywały na każdą z nich oddzielnie, a takich nie zarezerwowaliśmy.

         Wystawa, jak przystoi na skarbiec królów jest oczywiście olśniewająca przepychem, artyzmem wykonania, błyskiem klejnotów, połyskiem kości słoniowej łączonej czasem z koralem, wzmaganymi jeszcze przez wszechobecne lustra. Warta obejrzenia, ale do zwiedzania na góra dwie godziny, nie więcej i nie dla osób ze słabym wzrokiem. Eksponaty nie dość, że w gablotach, to jeszcze oddzielone barierką z co najmniej z metrowym odstępem od gablot. Jak w tych warunkach oglądać klejnoty i drogie kamienie? Duże, bo duże, ale na miarę klejnotów; kto ma słabszy wzrok szczegółów na odległość nie rozróżni. Nie ma też gdzie przysiąść. To nie Paryż jednym słowem, nie Luwr i inne muzea przyjazne zwiedzającym, gdzie za jednym biletem wchodzić można na cały dzień, coś zjeść, napić się kawy, przysiąść na każdej prawie sali i kontemplować sztukę, a wieczorem stwierdzić, że nie zdążyło się wszystkiego zwiedzić. I marzyć o powrocie.

         Upokorzenie zaczyna się już na etapie szatni. Stoi się w gigantycznej kolejce, a gdy przychodzi do oddania kurtek, okazuje się, że zapłacić trzeba przed, a nie przy odbiorze odzieży. Zanim zorientowałam się, zostałam obdarzona niemiłym spojrzeniem, chociaż pani szatniarka była grzeczna i cierpliwa. Numerek oraz kwitki na zapłacone po 50 centów od osoby niefrasobliwie schowałam do swojej, niedużej torebki – jak to zwykle się robi z numerkami i kwitkami, jeśli nie ma się w ubraniu kieszeni – a ja nie miałam. Przy wejściu zawrócono mnie – należało oddać torebkę. Poczułam się głupio, nienawykła pozbywać się w obcym kraju pieniędzy, dokumentów i lekarstwa, ale torebkę oddałam. Wyjęłam z niej numerek, ale zostawiłam w środku kwitki opłaty. Pani odwiesiła torebkę, zwróciła numerek, ale zażądała owych kwitków, które zostały w torebce. Nie znam niemieckiego, więc zanim się zorientowałam o co chodzi i zanim ona mnie zrozumiała, upłynęła chwila. Ona stała grzecznie i czekała, ale mówiły jej oczy. Na długą kolejkę nawet nie śmiałam spojrzeć. Wcześniej stałam w niej ponad kwadrans. Wręcz czułam skoncentrowaną niechęć — a ja niestety takie rzeczy wyczuwam.

         W końcu wpuszczono nas do szklanej klatki, w której prześwietlono nas i wypuszczono do pierwszej sali. Sal takich było kilka i przed każdą z nich należało wejść do dwuosobowej klatki i poczekać w niej jakiś czas.

         Z tymi wszystkimi ceregielami zwiedzanie trwało niewiele dłużej niż godzinę. Schody były pozagradzane więc na inne piętra i na niższy poziom, do toalet, należało czekać na windy. Wind było dwie, do nich kolejki, więc wszystko to zabrało mnóstwo czasu, i okazało się, że na te piętra trzeba mieć odrębne bilety. Informacja turystyczna mocno kulała, gdzież tam do naszych piktogramów, napisów w kilku językach (po angielsku byłyby dla mnie w zupełności zadowalająca, każdy Polak po trochu go zna). Zwiedzający wystawę dysponowali w środku nagraniami po polsku, ale były one mocno denerwujące, wiele słów, mało treści. Nadmiar zachwytów, a mało konkretów; w dodatku nie ma gdzie przysiąść, żeby tego posłuchać. No i jak ma się w każdym ręku po kuli, trudno przykładać aparat do ucha; przydałyby się słuchawki.

         Po wyjściu pochodziliśmy trochę po okolicy, ale warunki były mocno nie sprzyjające — śnieżyca, kopny śnieg powyżej kostek, nigdzie nieodśnieżone chodniki i samochody, których kierowcy nie zwracają uwagi, czy ktoś porusza się o kulach i nie mają zamiaru zwolnić, czy przepuścić pieszego, nawet na oznaczonych dla nich przejściach. Ech! Gdzież tam im do Paryża, albo nawet Warszawy, na którą utyskuję! Nawet na moim osiedlu kierowcy zatrzymują się przed przejściami, chociaż stoję jeszcze na chodniku i czekam! I dozorcy odśnieżają chodniki. Lepiej, gorzej, ale zawsze. Drezno pod tym względem to całkiem wykapana Rosja — gdzie trzeba na jezdni biec truchcikiem, żeby w ogóle przejść, bo nikt nie zwolni, nie mówiąc już o zatrzymaniu się. A przecież było sobotnie przedpołudnie, okolica pustawa, jeśli nie liczyć wycieczek, ruch stosunkowo mały.

         Kiedy już wyjechaliśmy z miasta pełnego bloków, brzydszych niż w Warszawie i niewiele tylko ładniejszych niż w Moskwie, oboje z synem wybuchliśmy śmiechem. Rzecz była w tym, że drugi z synów obiecywał mi od trzech lat, że mnie zawiezie do Drezna i okazało się, że wcale nie zostanie mu darowana ta obietnica. Mam zamiar wrócić i obejrzeć wymarzoną galerię dawnych mistrzów w lepszej porze, bardziej sprzyjającej wycieczkom. No i kiedy skończy się remont.

         Pisałam w poprzednim odcinku o powidoku. Jako głębsze wrażenie zostało mi to niechętne spojrzenie szatniarki o sowich, okrągłych oczach, w schludnym mundurku, zachowującej się bez zarzutu, ale upokarzającym innych poczuciem własnej wyższości. Ona wiedziała to wszystko, o czym ja nie miałam pojęcia. Ona była odpowiedzialna za wiele ważnych przedmiotów (łącznie z moją torebką), a ja przeszkodą w wypełnianych obowiązkach.

         Nie wzięłam pod uwagę, że nie byłam już w Europie, tylko w XX wieku w NRD, gdzie wprawdzie w sklepach była kiełbasa i szynka, ale zawsze czuliśmy się upokorzeni. Wszystko było w porządku, gdy nie otwieraliśmy ust, wyglądaliśmy tak samo jak tubylcy, ale kiedy tylko zamienialiśmy ze sobą kilka słów po polsku, w każdym sklepie chodzono za nami krok w krok i śledzono sowim wzrokiem tej szatniarki. Zrobiliśmy więc wycieczkę do niewłaściwego kraju.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Powidoki czyli babcia w Karpaczu Zalane kasety »

komentarze

1. narody wyższe i niższe • autor: Jerzy Pomianowski2013-02-27 21:34:15

Wszystkie poważne narody Europy wychowywane są od dzieciństwa w przekonaniu o swojej wyższości nad innymi, a zwłaszcza nad Słowianami. Rekordy biją tu Niemcy, tam podstawową lekturą szkolną, odpowiednikiem naszego np "Pana Tadeusza",  jest dzieło o losach niemieckego biznesmena działającego wśród polskiej dziczy w czasach zaborów.
Pamiętam niektóre fragmenty: "żyją jak zwierzęta, tak służba jak i panowie", dalej nie lepiej.
Mamy być rodzynkiem wśród narodów Europy, bijącym się w piersi, wiecznie przepraszającym za to że żyje mimo swojej wrodzonej nikczemności, lenistwa i pijaństwa.
Obie linie propagandowo-wychowawcze są kłamliwe, ale która z nich przynosi lepszy rezultat, i komu?


Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)