Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 czerwca 2015

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Wycieczki w głąb siebie (3)
Piosenki, które nas ukształtowały


« I pomalowałem dom na czerwono... Gdybym ja spotkała takie drzewo... »

         Spotkania z rówieśnikami mają także i tę zaletę, że tworzą coś w rodzaju zbiorowej pamięci. Nagle przypominamy sobie piosenki, których nas uczono, których słuchaliśmy w szkole i w kościele. Moje pokolenie urodzone w 1942 r. oczywiście nie przypomina sobie żadnych filmów dla dzieci (z powodu nieistnienia telewizji i słabego zasięgu oraz powojennego prymitywizmu kin – prześcieradło rozwieszone na ścianie, rzędy trzeszczących krzeseł i przerwy na wymianę taśmy). Zapamiętaliśmy niewiele piosenek usłyszanych w radio, bo jakoś były mało inspirujące. Na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie..., Na barykady ludu roboczy, czerwony sztandar w górę wznieś..., Młoty w dłoń, kujmy broń..., Gdy naród do boju wystąpił z orężem, panowie o czynszach radzili..., Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy, nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my... itd. Jednym słowem radiowy repertuar ograniczony był najczęściej do pieśni rewolucyjnych, partyzanckich i socjalistycznych oraz nielicznych współczesnych, chwalących odbudowę kraju i nowe porządki.

         Rewolucja tak spowszedniała dzięki tym pieśniom, że wydawała się najnudniejszą z nudnych spraw. Nowe porządki to murarskie trójki, przekraczanie norm, odbudowa Warszawy – równie nudne dla dzieci, jak pouczania rodziców.

         Z filmów zapamiętałam cząstkowo pierwszy obejrzany w życiu – w pierwszej klasie szkoły podstawowej, seans na którym mogli być też rodzice. Niewiele z tego filmu zrozumiałam. Film był radziecki, z napisami, a ja tak szybko jeszcze nie umiałam czytać, zresztą siedziałam za daleko, żeby napisy te widzieć. Zapamiętałam tylko że była jakaś wojna czy rewolucja, że walczyli i strzelali a jakaś dziewczyna ni z tego ni z owego kołysała dziecko owinięte w szmaty i śpiewała mu coś. Lepiej zapamiętałam oburzenie mojej mamy, że takie filmy pokazują małym dzieciom, bo nie rozumiałam także, o co jej chodziło z tym dzieckiem, które dziewczyna przyniosła z wojny. Kolejne filmy, który zapamiętałam pochodziły już z okresu gdy miałam 14-15 lat.

         Ale wracam do pieśni. Z tych, które uczono nas w szkole zapamiętałam najlepiej „Ech ta droga” Ech, ta droga tonie we mgłach. Znowu chłód i trwoga,. i burzanu krzak. Nie odgadniesz,. jaki twóóój los, może w piach upadniesz, jak podcięty kłos... Najbliższa mojemu ówczesnemu odczuwaniu jest wersja w wykonaniu Muslima Magomajewa: https://www.youtube.com/watch?v=li_nlAFbCoI

Lub wersja rosyjska w wykonaniu Natalii Murawiewej:

Эх, дороги, пыль да туман Фото Великой Отечественной войны 1941-1945 Наталия Муравьева Военные песни

https://www.youtube.com/watch?v=p3fdTYs0l9E

         Wiele, wiele lat później zrozumiałam, czemu ta pieśń budziła we mnie tak silne emocje, które wówczas wyciskały łzy z oczu. Niezależnie od swojego pochodzenia, jest to pieśń archetypiczna, korzeniami tkwiąca w rozlicznych starożytnych mitach. Wpisywała się ona swoim nastrojem w opowieści o wędrówkach bohaterów przez nieprzyjazny świat, gdzie na każdym kroku czyhała śmierć. Tak wędrował Odyseusz, tak przemierzał podziemne piekło Orfeusz w poszukiwaniu swojej Eurydyki, tak też musieli podróżować Adam i Ewa wygnani z Raju oraz cała rzesza ich następców w literaturze i sztuce. Niesprzyjające warunki są symbolicznym przedstawieniem ludzkiego życia i jego trudów, niepewności tego, co czeka u celu wędrówki. Instynktownie czułam to już wówczas i temu też przeczuciu przypisuję współczesny wybór wersji najtrafniej oddającej moje ówczesne odczucia – wcale muzycznie czy interpretacyjnie nie najlepszej.

         Astrologiczne Strzelce, do których należę, mają w swoją podświadomość wbudowaną, może jeśli nie potrzebę, to przeczucie doświadczeń wędrówki i wewnętrzną do niej tęsknotę. Zawsze pragnęłam podróżować, ale urodziłam się w złym miejscu i czasie, żeby potrzebę tę realizować. Przeżywałam ją więc podobnie, jak przeżywa się każdy rezonans między rzeczywistością, a uświadomionymi lub nie, symbolicznymi związkami z przypadkowymi wydarzeniami, przedmiotami, artefaktami. Dla Strzelca przeżywanie muzyki związane jest z preferencją – jak pisze  Henryk Rekus w swojej książce „Astrologia Zodiak Encyklopedia astrologicznych typów osobowości” — dzieł zawierających rytmy ekstatyczno-histeryczne oraz muzyki kościelnej.

         Tu dochodzę do drugiej pieśni fascynacji mojego dzieciństwa — pieśni kościelnej „Ludu mój ludu” Najciekawsze, że nigdy nie byłam kimś religijnym, a nieliczne momenty religijności przeżywałam jako zachwyt jakimś chorałem, pięknym wnętrzem jakiegoś kościoła, wszystkim, co wzniosłe i oderwane od świata i rzeczywistości. Niestety, kazania nigdy nie były piękne i wzniosłe, a ogłoszenia kościelne jeszcze mniej, stąd może mój religijny sceptycyzm.

         Strzelec jako znak bestialski (zwierzęco—ludzki) bardzo silnie związany jest z pierwotnymi emocjami – jak oczywiście należy rozumieć to astrologiczne bestialstwo. Dlatego też każdy lament, czy jest to wycie psa, czy też pieśń religijna, czy wreszcie cygański chór z „Trubadura” Giuseppe Verdiego, podkreślający uderzeniem młota o kowadło nieuchronność Losu, gdy raz popełniona zbrodnia pociąga za sobą następne, jest mi bliski. Tak musiała lamentować bogini Ceres po utracie córki; kiedy wiązała swój los z traumą własnego dzieciństwa i losem swojej matki; kiedy uświadomiła sobie iż rodzina jest jej największym wrogiem, każąc płacić za pomoc w przeszłości; zanim jeszcze podjęła decyzję, co dalej robić i jak walczyć. Tak w trenach i elegiach dawali wyraz swojemu bólowi i bezradności wobec okrucieństw losu poeci, tak brzmi utwór Zygmunta Preisnera „Lacrimosa”: https://www.youtube.com/watch?v=xacflWZig8c poświęcony pamięci przyjaciela, Krzysztofa Kieślowskiego.

         Dla mnie, jako dziecka, kiedy nie istniała jeszcze muzyka poważna, poza kościołem w parku Bielańskim, gdzie śpiewał chór i brzmiały organy, takim lamentem podstawowym, archetypicznym była pieśń „Ludu mój ludu, cóżem ci uczynił”. Jest wiele wersji tej pieśni, ja zapamiętałam z dzieciństwa śpiewające w kościele kobiety, z upodobaniem zwalniające tempo, przeciągające słowa i fałszujące melodię, tak że stawała się prawdziwie prymitywnym babskim lamentem. Ta pieśń, z tekstem śpiewanym w imieniu Chrystusa, wyrażającego swój żal do tych, którym i za których oddał swoje życie, powróciła do mnie w czasach przełomu i Solidarności, gdy obnoszono jakiś święty obraz na nieogrodzonym wówczas parkingu przed moim blokiem. Zapamiętałam zimno i siąpiący deszcz, kobiety klęczące na betonie w kałużach wody i tę przejmującą melodią wyrażającą w istocie lęk przed nowym, które nadchodzi i nie wiadomo, co ze sobą przyniesie.

         Dziś nie znalazłam żadnego wykonania, które oddawałoby tamte moje przeżycia, choć najbardziej zbliżone jest wykonanie Beaty Bednarz https://www.youtube.com/watch?v=eVU0Dj3g0WU

Ale to już nie jest to. Ta precyzja dźwięku, głębia brzmienia, a nawet dokładność odtworzenia nut nijak ma się do zapamiętanego prymitywnego babskiego śpiewu w drewnianym kościele na Bielanach, dusznym i śmierdzącym smołą z podkładów kolejowych. Ta ekstatyczna histeryczność przebijająca z każdej nuty wdrukowała się w moją pamięć i na równi z pieśnią „Ech ta droga” stałą się symbolem ludzkiego losu.

         Potem już, gdy w szkole średniej uczęszczałam do Filharmonii na czwartkowe koncerty dla młodzieży, w każdym utworze muzyki poważnej nam prezentowanym szukałam odbicia tej symbolicznej drogi, od urodzenia po śmierć, przez cierpienie. Nie znajdowałam, bo repertuar dla młodzieży nie uwzględniał potrzeby przeżycia emocji, a raczej nakierowany był na zapoznanie dzieci z klasyką i stylami w muzyce. Trwało to do czasu, gdy nie odkryłam oper i nie uzyskałam możliwości wielokrotnego ich oglądania (piszę o tym w odcinku bloga „Uwięziona w grobowcu” http://www.taraka.pl/uwieziona_w_grobowcu

         Kiedy próbuję sobie przypomnieć najwcześniejsze melodie mojego życia powraca do mnie pamięć o kołysance murzyńskiej śpiewanej przez mamę : „Śpij, mój synku, Śpij biedny ty murzynku, twój ojciec w polu kark swój gnie, a bat mu plecy tnie...” Od najwcześniejszych lat życia, od mętnych dziecinnych wspomnień trupów na ulicach w Powstaniu Warszawskim słyszałam o bólu i cierpieniu.

         Może to właśnie takie lamenty, śpiewane dzieciom jako kołysanki, na całe życie utrwalają zamiłowania muzyczne i gromadzą wokół nich symbolikę cierpienia? Jeśli tak, to jakimi ludźmi będą u schyłku życia obecne dzieciaki, bombardowane bez ładu i składu obrazami, dźwiękami i ideami sprzecznymi ze sobą. Jakie archetypy zostaną w nie wdrukowane i jak odbiją się na ich życiu?

 



« I pomalowałem dom na czerwono... Gdybym ja spotkała takie drzewo... »

komentarze

[foto]

1. Uzupełniając • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-06-20 12:07:18

Uzupełniając muzyczne inspiracje: W ubiegłym roku wracając z Gdyni z zapaleniem płuc w trzygodzinnym oczekiwaniu na punkcie poboru opłat autostradowych ( w przeddzień czasowego zniesienia tychże opłat, co zlikwidowało kolejki) w upale i kurzu usłyszałam po raz pierwszy taką piosenkę, która zapadła mi w pamięć na długie  dni:

https://www.youtube.com/watch?v=K5KAc5CoCuk&list=RDF3wpq-i150c&index=3

 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)